Frustracja i lęk - tak pracują Polacy?

Czy przestawia krzesła w sali, czy pije biznesowego drinka, człowiek będzie na pracę wkurzony. Spotkałem się z paroma gośćmi, by o tym pogadać przy piwku lub kawie.
1 Komisja rekrutacyjna traktuje cię bez szacunku? Powinna zapalić ci się czerwona lampka Komisja rekrutacyjna traktuje cię bez szacunku? Powinna zapalić ci się czerwona lampka fot. Andrey_Popov / shutterstock.com

Prawda życiowa

To nie jest kwestia polskiego charakteru, tylko ułożenia świata. Czy na dole, czy na szczycie drabiny - zawsze będziesz pracować pod kimś, dla kogoś lub z kimś, kto cię będzie przyprawiał o ból głowy i palpitacje. Żadne odkrycie, ot - prawda życiowa. Ale po zestawieniu paru konkretnych historii ten obraz nabiera ostrości. Oczywiście, ostrość została rozmyta zmienionymi imionami i okolicznościami pracowej przyrody. Bo wokół nie tylko frustracje i załamania, ale i lęki.

2 Dziecko w szkole - motywuj, nie zniechęcaj Dziecko w szkole - motywuj, nie zniechęcaj Fot. iStock

Ławka była za słona

Do Tadeusza jadę pociągiem. Ładny kawałek na wschód. Ta frustracja, ten człowiek wydają się godni służbowej podróży. Małe miasto pod dużym, zielono, przyjemnie. Mijam zespół szkół ponadpodstawowych. Obiekt zabytkowy, raczej zadbany, ale wymagający renowacji. Zostałem zaproszony do mieszkania dwie przecznice dalej. Małe osiedle. Nowe budownictwo. Kawalerka na parterze. Dostaję kawę, po niedużym pokoju kręci się nieduży pies. Tadeusz niedawno zostawił robotę "na obiekcie", wreszcie może dogonić czas utraconego nicnierobienia. No, szuka roboty.

- Zaczynałem z doskoku, po znajomości, dzieciaki urwały kibel, sytuacja kryzysowa. Z czasem doszło nagłaśnianie apeli, oświetlanie spektakli kółka teatralnego. W końcu zostałem etatowym technicznym z bonusową obsługą sekretariatu. Mój zakres obowiązków rósł, zarobki stały. Pilnowanie terenu szkoły, nadzorowanie firm sprzątających, ochroniarskich, wyszukiwanie firm konserwatorskich. Następnie powstał aneks do umowy o pilnowaniu wpisów do książki obiektu, czyli nadzór wszystkich przeglądów.

Oferta oczywiście wcale nie oznaczała, że awansuje na kierownika albo, że zmniejszy się zakres dotychczasowych obowiązków. Nie zamierzał jej przyjąć. - Na zebraniu wicedyrektor krzyczał. "Kim chcesz zostać? Całe życie nosić ławki?". To było podsumowanie mojej pracy - opowiada spokojnie.

I ten spokój jest najbardziej dołujący. Zastanawiam się, jakie są te "wszystkie przeglądy". - Oświetlenie ewakuacyjne, przepięciowy, wentylacja, gaśnice, kotły. Wcześniej odpowiadał za to kierownik. Ale odszedł. Dyrektor połączył dwa stanowiska. Wyszło na to, że zostałem ze wszystkim sam na... dwa lata - podsumowuje.

Święta, nie święta - konieczny tryb nadgorliwości. Był osobą kontaktową, np. w przypadku włamania. Kiedy obiekt nie zaliczył któregoś z przeglądów, bo dyrekcja nie chciała dać pieniędzy na wymagane naprawy, stawał się natomiast kozłem ofiarnym. Dyrektor pieniędzy dać nie chciał, bo nie miał.

Gdy kasa idzie z miasta, gdy obiekt nie działa komercyjnie - tak często wygląda sytuacja i budynku, i jego pracowników. Czy to szkoła, czy biblioteka, ośrodek kultury czy pomocy. Klasyka. W tym przypadku wyłonione w przetargu ekipy naprawcze odchodziły jedna po drugiej, bo nie otrzymywały wynagrodzenia w terminie. Tadeusz wyszukiwał nowe, według prostego klucza.

- Wykonawca miał być najtańszy, a najtańszy nie jest najlepszy. Dochodziły więc poprawki. Szybko stały się moim domyślnym obowiązkiem. Kiedy pojawiły się w rodzinie kłopoty zdrowotne, rozpocząłem robotę wieczorami oraz weekendami. Za pełną zgodą współpracowników. I niechętnej temu dyrekcji - choć w umowie miałem równoważny system czasu pracy.

Tadeusz wiele rzeczy załatwiał też siedząc w domu, z prywatnego komputera. I za korzystanie z prywatnego komputera w sprawach służbowych były pretensje. Auto, którym woził sprzęt, też było prywatne. Nawet niektóre urządzenia oświetleniowe i dźwiękowe, którymi wspomagał szkołę podczas imprez na sali gimnastycznej czy rodzinnych festynów...

Choć godziny się zgadzały, zaczęły się pretensje. Dyrekcja sugerowała petycję o skrócenie wymiaru roboty. Czyli de facto prośbę o obniżkę. Mimo kłopotów rodzinnych wrócił do trybu dziennego. Ale z czasem napięcia rosły. Praca w starym-nowym reżimie i codzienny spinki z przełożonymi przerosły jego siły. Złożył rezygnację.

Ze znalezieniem roboty nie jest łatwo. Firmy wymagają konkretnego doświadczenia, najlepiej świeżego, i konkretnych kursów. Tadeusz nie ma formalnie doświadczenia nawet w branży, w której pracował.

- Administracyjny? Biegle dwa języki i superobsługa komputera, szkolenia techniczne. Świetlik? Tzn. oświetleniowiec? Co dwa lata szkolenia z nowych mikserów, uprawnienia do 1 kW, uprawnienia wysokościowe. No dobra, to może realizator dźwięku? Wysokościowe. I szkolenia na nowych systemach realizacji.

Pracodawca przez pięć lat nie zapewnił Tadeuszowi żadnego z nich.

3 Olśnij wszystkich Olśnij wszystkich Fot. Shutterstock

Prawie jak bankster

Paweł od zawsze pracuje w banku. Lubi podróże - rozmowę autoryzuje podczas odważnych egzotycznych wakacji z dzieciakami - i sprawy, które są totalnie po drugiej stronie społecznej barykady.

Ale od dwóch dekad robi w kredytach hipotecznych. Był kierownikiem jednej, drugiej placówki, teraz koordynuje współpracę swego megabanku z tzw. doradcami finansowymi w paru regionach kraju. Tymi wszystkimi openfinansami, pobierającymi prowizję od banku, u którego kredyt ci "doradzą". - Stop, po nowelizacji ustawy nie mogą już się nazywać "doradcami". Teraz są "pośrednikami" - prostuje Paweł. Słusznie, stwierdzam jako głupi frankowicz.

- Rutyna roboty i te same gadki o realizacji planów wewnątrz firmy mi nie przeszkadzają, to nieodzowne. Ale nie mogę pogodzić się z bylejactwem pośredników. Nieumiejętnością przygotowania dokumentacji dla mnie. Wniosek, karty informacyjne, dokumenty nieruchomości, bla, bla, bla. Klasyka. Jeśli koleś obsługuje sześć banków, powinien siłą rozpędu się nauczyć poszczególnych wymagań. Każdy bank ma swoją specyfikę, owszem. Lecz potrzeby są zbliżone, a pośrednik ma udostępnione narzędzia, checklisty, generatory dokumentów. Ja codziennie czuję, że zaczynam pracować z kimś nowym. Są goście, z którymi rozmawiam po 15 razy dziennie.

Czerpiemy benefity promocji "2 piwa w cenie 1", więc rozmowa się klei. Paweł odbiera co parę minut telefony, sukcesywnie skraca czas połączeń. - Nie żartuję, trzeci raz dzwoni ten sam typ. I zawsze pyta praktycznie o to samo. Przerabiamy każdy wniosek punkt po punkcie - Paweł nie jest zadowolony. Ja też nie, bo telefony zaburzają rytm zwierzeń. - Nie możesz pogadać z jego przełożonymi? Dostarczyć adekwatnej informacji zwrotnej? - pytam. - Nie mam takich możliwości. Zresztą nie chcę. Ja tego faceta dobrze znam, mieliśmy wspólne szkolenia, także przy wódce. Ze wszystkimi moimi pośrednikami jestem po imieniu.

To jakie są z nimi jeszcze kłopoty? - Zabawne. Bardzo często brakuje kwoty kredytu we wniosku. Albo okresu kredytowania. Albo wypełniają papiery ołówkiem, bo dokumenty muszą być pisemne, z dopiskiem: "Jak wyjdzie wam coś innego, poprawcie". Potrzebuję kilkunastu papierów, żeby ruszyć sprawę. Dostaję osiem. Bo tego nie wiedział, tego nie znalazł, a o tym zapomniał. I rozpoczyna się po raz setny dyskusja, czy nie możemy bez. Gdyby to był przypadek jeden na dziesięć, rzeczywiście moglibyśmy przymknąć oko, uzupełnić póź-niej. Ale jak pójdziesz na rękę dziesięciu osobom, system przestanie działać; położymy całą współpracę. Prawidłowe wypełnienie wniosku powinno być w interesie pośrednika, bo w jego interesie jest interes klienta. I gość nie mówi potem petentowi, że spieprzył mu dokumentację. Tylko powie, że "bank się czepia".

A te procedury wewnątrzbankowe? Czy to nie dobija? - Jasne, że są bólem dupy. Np. przeglądanie jednego wniosku przez trzy różne osoby, na każdym etapie procesu. Różnice w ocenach zdarzają się bardzo rzadko, to margines statystyczny. Ale tylko osoba na górze może wydać decyzję. Choć wcale nie jest mądrzejsza od tej na dole. I tak sprawa ciągnie się ponad tydzień, a mogłaby trzy dni - wyjaśnia. Na szczęście nie jest częścią tego procesu, stoi obok. I w sumie mało go to wszystko obchodzi, bo nie ma systemu prowizyjnego.

- Utknąłem na takim stanowisku, że nie idzie ani dalej, ani w bok. Zresztą wszystkie konkursy na stanowiska są rozstrzygnięte na etapie ich rozpisania, do tego stopnia, że raz przegrałem z osobą, która przeprowadzała rekrutację. O szefie też nie mam nic inspirującego do powiedzenia. Kiedyś bardziej mi się chciało, ale przestałem pracować w nadgodzinach, bo nikt tego nie doceniał.

4 Coaching ma w Polsce ogromny problem z PR-em Coaching ma w Polsce ogromny problem z PR-em Fot. Shutterstock

Zmora prywaciarza

Piotrek to taki romantyczny i nostalgiczny egzystencjalista, jakich ze świecą szukać na tym burym świecie. Już po pierwszym papierosie na balkonie jego mieszkania wiem, że jest za mądry i za dużo myśli. Za chwilę wszystko jasne: humanista z tytułem doktora, chętnie skoncentrowałby się na wykładaniu i tłumaczeniach, ale ma kredyt, dzieci i głowę na karku. Dlatego uciekł z wielkiej korporacji, pozostając jednak ogniwem łańcucha reklamowego. Założył z podobnie kombinującymi kolegami spółkę, działa też samemu, zdobywa intratne kontrakty obciążone poważnymi zobowiązaniami.

- Przede wszystkim: ludzie oszukują, ciężko poruszać się w tym bagnie. Sam padłem ofiarą podwykonawcy, którego przez parę miesięcy uważałem za potencjalnego przyjaciela, kosztowało mnie to połowę oszczędności oraz pół roku deprechy. Nie można mieć zaufania nawet do oficjalnych raportów poważnych firm, a tym bardziej do osób z branży - wali z grubej rury. Obaj nie mamy czasu na pierdoły. - Zaliczyłem kilka spraw sądowych, system skonstruowany jest tak, że adwokaci ślą sobie tony pism bez znaczenia, bo mają płacone za godzinę.

Praca na swoim to praca 24/7. - Dobija mnie też konkurencja, są setki takich gości jak ja. I wszyscy mamy niewielkie szanse w starciu z dużymi graczami. Po trzecie przetargi, w których uczestniczę, z niejasno rozpisanymi regułami, zapraszające do nadużyć. No i przede wszystkim: ja nie chcę tego robić. Niestety, umiem. Ale nie chcę... Kasa, którą utraciłem, miała mi pozwolić na zajęcie się ważniejszymi rzeczami. Zamiast tego straciłem dowcip i luz - kończy rozmowę. Ciężko nie stracić luzu, jak się utraciło zaufanie, kilkaset tysięcy i dwa lata roboty

5 Czasem warto zastanowić się, dlaczego odszedł twój poprzednik Czasem warto zastanowić się, dlaczego odszedł twój poprzednik Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta

Redaktor klasyczny

- Całe to dziennikarstwo zacząłem jeszcze w ubiegłym tysiącleciu, w czasach liceum. Jak przystało na nastolatka interesowałem się kinem i muzyką, kupowałem fanziny na koncertach, sam próbowałem pisać, działałem i w ksero, i w raczkującym necie; krzykliwe kolory lat 90. - mówi Eryk. Znalezienie gościa nie było skomplikowane, znam ich na pęczki. - Dziennikarstwo jako sposób na darmową kulturę i liche zarobki się sprawdzało, szybko trafiłem do prasy drukowanej, zostałem naczelnym fajnego magazynu, miałem też inne prestiżowe publikacje przed ukończeniem studiów. Których zresztą nigdy nie zakończyłem tytułem, bo po cholerę. Z biedaszyby kefirowej awansowałem do pozycji osoby z frankowym kredytem i złodziejską polisolokatą, na której odkładałem liche nadwyżki - błyska okiem. Widać, że to był jego najlepszy czas. Po którym coś się stało, coś się zesr...

- Na własne życzenie zostałem szeregowcem w większym tytule, poległem w korporacji. Jak usiadłem, tak siedzę na tym samym stołku, bez grosza podwyżki. Nie potrafię odnaleźć się w pionach, poziomach i skosach firmy. Nie mam przydatnych zdolności biznesowych ani sztucznej kindersztuby. Nowi szefowie sprowadzają sobie zastępców. Po dekadzie zapomniałem o środowiskowym blichtrze i pewności siebie. Aktualnie brak ruchu już mi nie przeszkadza, lecz zamiast pochwał zaczęły się opierdole, zamiast wzrostu kasy wzrost obowiązków. Nie wyrabiam się i nie mam siły.

6 Dla wszystkich miłośników muzyki Dla wszystkich miłośników muzyki unsplash

Nuda, ale się spóźnię

"Spóźnię się lekko, bo, ku...a, praca" - czytam na Messengerze przed naszą godziną 20. I już mam pomysł na śródtytuł. Elegancka pętla tekstu polega na tym, że Michał też rzeźbi w dźwięku. Było radio, była didżejka, była zabawa. Teraz trzeba zarabiać. - Wszyscy myślą, że jak nagrywam celebrytów we własnym domu z ogródkiem w środku miasta, to mam zajebistą pracę. Ale ci ludzie to często młoty, spóźniają się. Niby po szkole teatralnej, a czytać nie potrafią, wymyślają słowa, znaki przestankowe, nie znają języków. Jarają przed mikrofonem i szurają kartkami, zero wyobraźni. W sumie dobrze; gdyby nie to, byłbym niepotrzebny - stwierdza.

Pracuje dla niewielkiej firmy obsługującej nagraniami dużych klientów. Szef jest kumplem, ale tylko wtedy, kiedy nie jest szefem. Teoretycznie luz, lecz wymagana jest pełna dyspozycyjność, tyra po nocach, gdy życzy sobie tego klient lub gdy aktor dorabia po godzinach. - Do tego robota jest nudna. Sadzam gościa przed mikrofonem, jak coś popopier...li, to powtarza. Zacząłem to robić pięć lat temu, program opanowałem do perfekcji w trzy miesiące - zamyka temat.

Frustracja w pracy emocjonalnie rozciągnięta jest między egocentryczną satyrą Marka Koterskiego a społecznymi dramatami Mike'a Leigh. Jakkolwiek nie ugryźć, nie jest dobrze. Wszyscy jesteśmy frustratami.

Komentarze (3)
Frustracja i lęk - tak pracują Polacy?
Zaloguj się lub komentuj jako gość

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX