Iran pełen sprzeczności: podróż, której nie zapomnisz do końca życia

Podróż do Iranu była niesamowita. Zachwycaliśmy się pustynią koło Jazdu i zaśnieżonymi szczytami w północnym Teheranie. Spędzaliśmy czas w towarzystwie mafiosów i twardogłowego, lecz uprzejmego mułły w Komie. Posmakowaliśmy podłej zupy dla pielgrzymów oraz jagnięciny, której smak przyprawia o zawrót głowy.
Iran Iran Zdjęcia: Michał Murawski (montaż)

Tajemnicza Persja

Ta podróż rozpoczęła się po przeczytaniu "Czwartego pożaru Teheranu" Marka Kęskrawca. Zdolność do dzielenia się doświadczeniem, wnikliwość i wrażliwość autora już wówczas podziałały na moją wyobraźnię. Iran jawił się jako kraj niebezpieczny i kuszący. Bez namysłu wsiadłam w pociąg do Krakowa, aby spotkać się z pisarzem. Praktyczne rady: jak zachować się w sytuacjach ekstremalnych lub problematycznych, okazały się niepotrzebne. Jedyna rzecz, którą straciliśmy, to kawał serca. Persja okazała się wyjątkowo życzliwa.

Ostatnie piwo

Przed wyruszeniem do Iranu ostatni raz spojrzeliśmy na Europę z Kadiköy - azjatyckiej części Stambułu. Czekając na lot do Teheranu, spędziliśmy kilka dni w portowej dzielnicy i delektowaliśmy się piwem Efez, wiedząc, że w Iranie panuje zakaz sprzedawania alkoholu. Tureckie służby celne przejawiały wyjątkowe zainteresowanie torbą pełną aparatów i obiektywów. Dużo większe niż irański strażnik, który przy wjeździe do kraju zawahał się chwilę, ocenił nas szybkim spojrzeniem i machnął ręką, wpuszczając bez kontroli.

Była to jedna z pierwszych chwil, w której przewartościowaliśmy pewne wyobrażenia o kraju brodatych fanatyków religijnych wzbudzających grozę. Jak w innej historii: w samolocie do Teheranu mężczyzna ze sztucznym okiem posłał mi szeroki uśmiech. Pierwszego dnia naszej wyprawy na lotnisku Mehrabad wypatrzyłam kilka podobnych osób. Automatycznie pojawił się pomysł, że to weterani wojny iracko-irańskiej. Gdy okazało się, że właściciel naszego hotelu w południowym Teheranie również ma szklane oko, zdobyłam się na odwagę i zapytałam wprost, czy brał udział w wojnie z Irakiem. Uśmiechnął się i zaprzeczył, szklane oko było skutkiem katarakty. To była ważna nauczka - nie dopowiadać, po prostu pozwolić się prowadzić. Szczególnie ludziom tak życzliwym jak Persowie. I gościnnym - mimo że przy naszym wjeździe na lotnisku im. Imama Chomeiniego wszystkie bramki dla obcokrajowców były zamknięte.

O Iranie przeczytaj też w książkach m.in. "Czwarty pożar Teheranu", "Wiza do Iranu" >>

Iran - metro Iran - metro Zdjęcia: Michał Murawski (montaż)

Pierwszy na skrzyżowaniu

Przy pierwszej przejażdżce taksówką okazało się, że informacje o cenach z przewodnika Lonely Planet są nieaktualnie, nie uwzględniają szalejącej w Iranie inflacji. Później przekonaliśmy się również, że nieaktualne są niektóre plany miast, mapa teherańskiego metra nie zawiera wielu stacji, a polecane atrakcje - jak np. isfahańskie herbaciarnie - zostały pozamykane przez władzę. Przewodnik się przydawał, gdy lądowaliśmy w środku nocy na dworcu nieznanej nam miejscowości, osaczeni przez tłum rozentuzjazmowanych taksówkarzy, którzy nie mówili w obcych językach. Ale zdecydowanym błędem byłoby ślepe poleganie na wiedzy czerpanej wyłącznie z niego.

Dla turystów oswojonych z europejskimi standardami pierwsza przejażdżka taksówką w godzinach szczytu będzie dużym przeżyciem. W Iranie normą jest jazda pod prąd i bez kierunkowskazów, pasy na jezdni są bardzo umowne, a ich liczba waha się (w zależności od wyobraźni kierowców) od trzech do sześciu. Wszędzie śmigają skutery, a pomiędzy pojazdami maszerują piesi. W Iranie na drogach ginie 25 tysięcy osób rocznie. Podjęcie decyzji o przejściu na drugą stronę ulicy po raz pierwszy zajęło nam dłuższą chwilę. Później sprawiało to nawet perwersyjną przyjemność, więc wymyśliliśmy grę o prostych zasadach: "kto podbiegnie, ten frajer".

Iran

Opuszczając Persję, przyznaliśmy nasze prywatne nagrody: brązową, srebrną i złotą kierownicę. W plebiscycie na najbardziej pamiętną przejażdżkę zwyciężył teherański taksówkarz, który prowadząc samochód, zamiast trzymać kierownicę, spokojnie kremował sobie dłonie. Potwierdził swój talent i wyobraźnię przy prostym manewrze: gdy dojeżdżaliśmy do skrzyżowania, zjechał na lewy pas. Jadąc pod prąd, wyprzedził sznur samochodów, a następnie ze stoickim spokojem wymusił pierwszeństwo, skręcając w prawo.

Czwórka podróżujących Europejczyków wzbudzała często niegroźną sensację, która przybierała różne formy - od proszenia o autograf w przypadku podnieconej nastolatki, aż po okrzyki umundurowanych policjantów: "How are you? Welcome to Iran!". Koledzy byli regularnie komplementowani przez obce dziewczyny, a mnie zdarzało się dostawać w prezencie kwiaty. Tzw. fanatyka religijnego wzbudzającego grozę widzieliśmy tylko raz. W Jazdzie zabłądziliśmy, idąc do restauracji, i weszliśmy prawdopodobnie na teren szkoły koranicznej. W sposób uprzejmy, lecz stanowczy poproszono nas o opuszczenie tego miejsca. Chwilę później minął nas pędzący na motorze umundurowany mężczyzna. Ogolona głowa, wścieklość w oczach... Nie zdążyliśmy go złapać na żadnym zdjęciu, ale jego wzrok mocno wrył się nam w pamięć.

Iran Iran Zdjęcia: Michał Murawski (montaż)

Porozumienie przy planszy

Barierę oddzielajacą nas od Persów często udawało się przełamać dzięki backgammonowi - grze planszowej starszej niż szachy. Jak wiele rzeczy w Iranie - funkcjonuje ona w szarej strefie. Jest zabroniona przez władzę, mimo iż najstarsze jej ślady mające 6 tysięcy lat znaleziono właśnie w Iranie, w prowincji Sistan i Beludżystan. Gra jest idealnym połączeniem szczęścia i strategii. Znajomość rachunku prawdopodobieństwa pomaga zdobyć przewagę na planszy, ale nie wolno ślepo ufać matematyce. W Iranie każdą partię rozpoczyna formuła: "bo-i-dzoze". "Befarmayd" odpowiada przeciwnik i kości zostają rzucone. W Europie czy w Stanach Zjednoczonych gra się kośćmi precyzyjnymi - są przezroczyste, wyważone, z zaokrąglymi rogami, czasem rejestrowane, z wygrawerowanym numerem. Ale takie kości mogłyby miłośnikom gry przysporzyć trochę problemów. Na liście towarów i produktów, których wwóz na teren Iranu jest zabroniony, obok narkotyków czy towarów wyprodukowanych przez reżim okupujący Palestynę, wymienia się właśnie karty do gry oraz inne akcesoria gier hazardowych.

Z powodu tej listy nie uwieczniłam jednego z najpiękniejszych krajobrazów - feerii barw przy jeziorach solnych położonych w prowincji Fars widzianej z lotu ptaka. Ale pierwszego dnia w Iranie zwyciężyło myślenie zachowawcze - nie wiadomo w końcu, czym jest "sprzęt do fotografii lotniczej" obecny na wspomnianej liście.

Iran - Wiatrołapy zwane 'badgir' to charakterystyczne elementy tradycyjnej perskiej architektury Iran - Wiatrołapy zwane 'badgir' to charakterystyczne elementy tradycyjnej perskiej architektury Zdjęcia: Michał Murawski (montaż)

Archeologiczna ekstraklasa

Na miejscu podróżowaliśmy głównie autobusami - przejazd kosztował kilka dolarów, a w cenę biletu wliczone było ciastko i napój. Patrząc na klimatyzowane, wygodne i czyste pojazdy, aż chciało się wykrzyknąć: "Inszallah, oby było tak w Polsce za 10 lat!" Niektóre autobusy były wyposażone w tablice informacyjne wyświetlające hasła propagandowe typu: "First Iran tourism, then global tourism", bądź absurdalne slogany, tłumaczone najprawdopodobniej przez słowniki internetowe, np. "Please take care of your own children".

Z myślą o wycieczce na pustynię wynajęliśmy w Jazdzie samochód z kierowcą. Zobaczyliśmy pozostałości po wiosce zoroastriańskiej Asr Abad oraz tysiącletnie Charanagh z główną atrakcją - "shaking minaret", którego zdobycie zostało nazwane przez Michała najbardziej hardcore'ową rzeczą, jaką zrobił na trzeźwo. Po wejściu rozpadającymi się schodami na samą górę (i przeciśnięciu się przez wąski i ciemny korytarz) otrzymaliśmy nagrodę: widok zapierał dech w piersiach.

Iran, Kharanaq

Iran Iran Zdjęcia: Michał Murawski (montaż)

Atomowy problem

Jadąc z Kaszanu do Komu, mijaliśmy rozległe tereny wojskowe. Niewielka tabliczka przy drodze informowała o zakazie fotografowania, ale nikomu z nas nie przyszedł do głowy pomysł sięgnięcia po aparat. Przez okna wygodnego autokaru, wypełnionego w dużej części żołnierzami, patrzyliśmy na brzydki, bezczasowy i ponury krajobraz. Olbrzymi teren wojskowy ciągnął się aż po horyzont, gdzieniegdzie widać było działa przykyte folią i wieżyczki strażników. W takich miejscach materializuje się lęk przed złem.

Po naszym wyjeździe z Isfahanu miastem wstrząsnęła tajemnicza eksplozja związana z prowadzonym przez Iran programem wzbogacania uranu. Wzbudza to wiele kontowersji, świat nie życzy sobie przeciwwagi dla broni atomowej innych imperiów. Tak więc do dziś w niewyjaśnionych okolicznościach zginęło wiele osób związanych z tym programem.

Iran - Isfahan Iran - Isfahan Zdjęcia: Michał Murawski (montaż)

Trzech mężczyzn i kobieta

W Isfahanie, zwanym przysłowiowo "połową świata", najpiękniejszą rzeczą był wschód słońca na główym placu miasta Naqsh-E Jahan. W ormiańskiej dzielnicy trafiliśmy do zagłębia kawiarni, które przypominało klimatem warszawski plac Zbawiciela. Czuliśmy się jak w Europie, nikt nie traktował nas jak niegroźnej egzotyki. Zapoznaliśmy się z właścicielami kafejki, który bez wahania udostępnili nam laptopa z odblokowanym dostępem do Internetu. Do tej pory korzystanie z komputera nie miało sensu. Google, Facebook, gazeta.pl, Rzeczpospolita, BBC, CNN, Guardian... jakiekolwiek próby połączenia się z tymi stronami kończyły się fiaskiem. Jedyną użyteczną i działającą rzeczą okazała się aplikacja informacyjna Polskiego Radia.

Większość napotkanych przez nas osób chętnie opowiadała o sobie. Jak 29-letni wykładowca matematyki w Isfahanie, który z nieskrywanym podnieceniem dopytywał się, czy rzeczywiście śpimy w jednym pokoju. Przez cały pobyt w Iranie ze względów ekonomicznych mieszkaliśmy w ten sposób (trzech mężczyzn + kobieta) i nikt nie pytał, czy jestem czyjąś żoną czy kuzynką. Na wieść o tym przyjaciółka z Teheranu z niedowierzaniem zdjęła z głowy szalik (w prywatnym samochodzie) i dla żartu zaczęła krzyczeć: "kocham swój rząd".

Iran - Polsko-irańska wojna na śnieżki, niestety przez nas przegrana...

Iran - Polsko-irańska wojna na śnieżki, niestety przez nas przegrana... Polsko-irańska wojna na śnieżki, niestety przez nas przegrana... Zdjęcia: Michał Murawski (montaż)

Tęsknota za normalnością

Innego dnia poznaliśmy Armina - nieśmiałego chłopaka, który kręcił się w okolicach naszego hotelu, poszukując Francuzów. Ponieważ Tomek studiował w Lyonie - Armin czuł się połowicznie usatysfakcjonowany i dosiadł się do naszego stolika w restauracji. (Pałaszowaliśmy gulasz z wielbłąda).

Armin - absolwent elektroniki, marzy o otworzeniu szkoły językowej. Włada biegle angielskim, hiszpańskim, francuskim i włoskim. Złakniony kontaktu z obcokrajowcami, przychodzi wieczorami pod pełen życia hotel, podczas gdy żona wysyła mu z domu nerwowe SMS-y o treści: "nie zapomnij kupić mleka dla dziecka". Armin ma rocznego syna, jego małżeństwo było zaaranżowane. Twierdzi, że nie ma nic przeciwko i jest szczęśliwy. Wieczorami jednak ucieka w świat swoich marzeń, pięknych marzeń o nauczaniu francuskiego z idealnym akcentem w sercu bliskowschodniej pustyni.

Iran

Irańczycy za wszelką cenę chcą wieść normalne życie. W herbaciarni w Kaszanie z wyraźnym smutkiem żegnano nas słowami: "Inszallah, zmienią się czasy, będzie lepiej...". Oprowadzający nas po 300-letniej łaźni znajomy z żalem wspominał czasy, gdy Iran gościł 3,5 mln turystów rocznie. Zapaliliśmy tam cudowną fajkę wodną o miętowo-pomarańczowym smaku. Herbatę podano nam z korą cynamonu, a do niej daktyle obsypane kokosem i maślane ciastka.

Iran - Kom Iran - Kom Zdjęcia: Michał Murawski (montaż)

Prywatny imam

Iran, mułła

W słynącym z religijności Komie próbowaliśmy wtopić się w tłum pielgrzymów podążających do świątyni Hazrad-e Mazumeh. Bezskutecznie. Po chwili strażnik z krótkofalówką wezwał nas do siebie. Ze skruchą przyznaliśmy, że nie jesteśmy muzułmanami. Ku naszemu zaskoczeniu zostaliśmy zaprowadzeni na tyły meczetu, do tajemniczego biura ds. stosunków międzynarodowych.

Poprawną angielszczyzną powitał nas tam mułła i zaczęliśmy rozmawiać o islamie. Duchowny nie unikał trudnych pytań - o stosunki z Izraelem, małżeństwa tymczasowe czy prawa kobiet. Jednak jego odpowiedzi nie wykraczały poza miałką propagandę. Wyjątkowo uprzejmy, sprezentował nam publikacje na temat Komu. Na koniec wezwał swojego asystenta i ku naszej radości kazał mu oprowadzić nas po meczecie, pozwalając na kilka pamiątkowych zdjęć w miejscach wyraźnie oznaczonym tabliczką "no photo".

Niespodziewana audiencja u mułły była ciekawym doświadczeniem, lecz trwała wieczność. Ubrana w dwa polary, kurtkę oraz przykryta syntetycznym kawałkiem materiału odgrywającym rolę czadoru, wiedziałam, że sytuacja nie sprzyja przebieraniu się... Nie wiadomo, jak bardzo wyrozumiały okazałby się nasz rozmówca, a ja nie chciałam tego sprawdzać w sercu Komu. W solidarności z wyzwolonymi Irankami poczułam przypływ nienawiści w stosunku do hidżabu.

Iran - Jagnięcina Iran - Jagnięcina Zdjęcia: Michał Murawski (montaż)

Jagnięcina z mafiosami

W Teheranie hidżab okazał się symbolicznym kawałkiem materiału lub zwiewnym szalikiem. Już pierwszego dnia w stolicy przyjaciele zabrali nas na kolację do pięknego Darband. Gościnność Persów jest niewiarygodna, oczywiście nie było mowy o płaceniu rachunku. Innym razem w wyniku prostej prośby o papierosa spędziliśmy cały dzień w towarzystwie irańsko-hinduskiej mafii. Na niewinne pytanie podtrzymujące rozmowę: "Czym się zajmujecie?", padła odpowiedź: "Praniem brudnych pieniędzy". Nowi koledzy zabrali nas na najlepszą jagnięcinę w mieście.

W pamięci na długo zostanie nam również wieczór spędzony w knajpie Karmel, w zagłębiu kawiarnianym w Teheranie. Zabijając czas przy grach planszowych, popijaliśmy napar ziołowy. Bariera kulturowa zniknęła przy backgammonie. Złączyliśmy stoliki, a zaprzyjaźnieni bywalcy kawiarni dopytywali się o życie w Polsce. Pomimo że takie lokale zamyka się zazwyczaj około godz. 20-21, spędzaliśmy tam beztrosko czas aż do północy. Okazało się, że zgodnie z prawem o godz. 24 kawiarnia musi być bezwarunkowo zamknięta.

Iran, flaga

Właściciel kawiarni odwiózł nas do hotelu. Nasza przejażdżka została urozmaicona podziwianiem slynego grafiiti "Down with the USA". Szukając drogi do tego miejsca, przez chwilę jechaliśmy pod prąd. Zauważyłam, że nie robi to już na nikim wielkiego wrażenia...

Persja zachwyca i porywa. Poddając się wirowi wydarzeń, zapominamy o niebezpieczeństwie rozdmuchanym przez media, które wykreowały wizerunek Iranu jako kraju fanatyków religijnych.

 

Dziękujemy Michałowi Kalecie oraz Tomkowi Kramkowi, bez których ta podróż nie byłaby tak udana.

Tekst: Anna Mielech, kulturoznawczyni, autorka filmu dokumentalnego o hazardowej grze w backgammona

Zdjęcia: Michał Murawski/ishootmusic.eu

Więcej o: