Podróże: wino z prezydentem Gruzji

Jeśli Polskę zaliczamy do Europy Wschodniej, to gdzie leży kraj położony ponad 2 tys. km dalej na wschód? Gruzini nie mają wątpliwości, że geograficzno-polityczno-kulturalne macki kontynentu sięgają za Kaukaz. Przekonywał mnie o tym przy winie i samogonie w prywatnej willi sam prezydent!
Podróże: wino z prezydentem Gruzji - Twierdza Narikala dogląda świątyni Metechi. Tbilisi Podróże: wino z prezydentem Gruzji - Twierdza Narikala dogląda świątyni Metechi. Tbilisi Twierdza Narikala dogląda świątyni Metechi. Tbilisi, fot. Figiel

Dziś mieliśmy się ogrzać w Batumi, więc dzielnie wstaliśmy rano na samolot. Ale padło hasło: "Micheil Saakaszwili zaprasza", plany musiały ulec natychmiastowej zmianie. Potem drugiej, trzeciej. Wreszcie ustalono godzinę spotkania. No, mocno przybliżoną. Ustalono porę dnia. Minuty płyną tu bowiem inaczej. Czasem szybciej, częściej wolniej. Jak pisali Marcin Meller z żoną w "Gaumardżos. Opowieści z Gruzji", obowiązuje strefa GMT: "Georgia Maybe Time".

 

Obsługiwany przez gruzińskiego prezydenta

Na prezydenckich wysłanników oczekujemy na małej stacji benzynowej gdzieś w Kachetii, dwie godziny jazdy od Tbilisi. Ponieważ jest zima - i to zima stulecia - pośród śniegów próżno wypatrywać zielonych winnic, z których słynie ten region. Podczas jazdy nie zobaczyliśmy też innych przejawów działalności zarobkowej ludności (sklepów, warsztatów, knajp ni targów), ale rozmowę z wychowaną w Kanadzie śliczną 31-letnią minister gospodarki zrównoważonego i rozwoju regionalnego Verą Kobalią odbyliśmy dwa dni temu, więc nie będzie z kim przegadać tematu. Jest kilkanaście stopni poniżej zera, na szczęście słoneczko przygrzewa. Grupa oszołomionych tempem i przebiegiem wydarzeń dziennikarzy z Polski zagryza słodycze i pali kupione przed chwilą fajki. Cena paczki to mniej więcej 1,5 lari, czyli 3 złote. Nie mogłem sobie darować, że dzień wcześniej nabyłem w eleganckiej restauracji papierosy za 12 lari - przebitka ośmiokrotna, większa niż w Polsce czasów przedakcyzowych. Ale koniec narzekania. Po kilkunastu minutach ładujemy się z powrotem do vanów.

Przyjechało auto pilot. Biała, zmęczona toyoya pikap nie przypomina pojazdu rządowego. Nikt nas nie wita, nie informuje, co się dzieje. Samochód prowadzi małą kolumnę dróżkami między drzewami i polami, wkrótce dobijamy do samotnego domku otoczonego solidną siatką. Wokół grupa mężczyzn, niektórzy w oficjalnych czapach, większość w cywilu. Troszkę straszno. Chłopaki sprawdzają torby, aparaty, każą wyłączyć telefony. Po terenie prowadzi nas młoda dziewczyna. Gdzie gospodarz? Nie wiadomo.

Gości witają krzewy winorośli, podobno uprawianych własnoręcznie przez prezydenta. Powierzchnia kilkunastu, może kilkudziesięciu hektarów. Pośrodku dom - niewielki, skromny, ale ładny i nowoczesny. Przy płocie skansenik pokazowy. Najwyraźniej często wpadają tu goście z zagranicy. Babinka piecze chleb szoti: ciasto (mąka, woda, drożdże) ugniecione na stole zwija w rulon, przyklejany następnie od wewnątrz do kamiennego pieca-studni zwanego tone. Chętni mogą sami cisnąć ciastem o ścianę. Produkt jest gotów po trzech minutkach. Na razie nie jest nam dane go spróbować. Przyglądamy się małej destylarni, gdzie pędzi się gronowy bimber - czaczę, oraz podziemnym czarom, w których fermentuje wino.

Podróże: wino z prezydentem Gruzji, wakacje, europa, podróże

I dla lokalnej babinki, i dla polskiej blond gwiazdy telewizji - pieczenie gruzińskiego chleba szoti to bułka z masłem.

Podróże: wino z prezydentem Gruzji - wino leżakuje w kwewrach Podróże: wino z prezydentem Gruzji - wino leżakuje w kwewrach fot. Figiel

Gruzińskie wino leżakuje w kwewrach: glinianych naczyniach zakopanych w ziemi - w piwnicy lub na zewnątrz. Potem towar zlewa się do butelek, elegancko eksponuje i ze smakiem pije.

Choć stoją gazowe lampy grzewcze, nikt ich nie odpala. Są też jakieś sery i kielonki, ale nikt nie częstuje. Marzniemy, lekko zdezorientowani, chyba podobnie jak prezydencka obsługa, przez dobre pół godziny. Wreszcie słychać warkot helikoptera. Gospodarz spada nam z nieba.

Śmigłowiec ląduje kilkaset metrów za posesją. Za chwilkę podjeżdża limuzyna, z której wysiada sam Micheil Saakaszwili. Różany rewolucjonista, wróg Rosji, przyjaciel Polski i Ameryki. Postawny, przystojny, przyodziany w skórzaną kurtkę lotniczą ze swoim nazwiskiem i funkcją wyhaftowanymi na piersi. - Abym nie zapomniał, kim jestem - rzuca dumnie i dowcipnie. Polewa każdemu po kieliszku na rozgrzanie. Bohater powieści Hrabala obsługiwał angielskiego króla, a mnie obsługuje gruziński prezydent! - To nasz superwynalazek, tu się gotuje, tędy wylatuje - objaśnia lakonicznie mechanizm wytwarzania czaczy. Pijemy na dzień dobry, stukając się szkłem. Prezydent znosi narzucone przez ochronę obostrzenia. Kamery idą w ruch. I telewizyjne, i małpki. Saakaszwili nie ma nic do ukrycia, czaruje ekipę, zwłaszcza dziewczyny. Za chwilę siedzimy przy suto zastawionym stole w piwnicznej lanczowni. Tam też następuje krótka prezentacja procesu produkcji wina. Nasz przyjaciel opowiada, że owoce zbierał z księciem Monako Albertem II, a potem założyli kalosze i ugniatali towar, wspólnie wyciskając sok. Ten następnie spłynął do glinianych kadzi, pokrytych pszczelim woskiem, i teraz fermentuje zakopany. Tak to się tutaj robi. Prezydent leje wino z vipowskiego tłoczenia i zaprasza fotografów do biesiady. Koniec roboty, panowie!

Przy wjeżdżających na stół potrawa po potrawie: serach, kurczakach i faszerowanych bakłażanach - czas upływa szybko. Gospodarz, siedzący między najładniejszymi dziewczętami, to samiec alfa. Mięsiwo urywa palcami i połyka agresywnie niczym niedźwiedź. Nie bawi się w sommelierkę. Wino wchłaniamy szybko, zaczynają się prezydenckie żarty. Jeden dotyczy rosyjskiej pornoprowokacji, której bohaterami są Micheil i Julia Tymoszenko. Inny, przytoczony jako dowcip opozycyjny, także nie nadaje się do publikacji. Głowa państwa przywołuje wspomnienie słynnej strzelaniny, której obiektem stał się Lech Kaczyński. - Ja natychmiast zostałem powalony przez swoich ochroniarzy. Kaczyński stał odważnie i uśmiechał się, a kule latały mu koło głowy - zaznacza z uznaniem. Podkreśla wagę przyjaźni między naszymi narodami (umacnianej wszak od czasów II RP) i miejsce Gruzji w Europie.

Podróże: wino z prezydentem Gruzji, wakacje, europa, podróże, Micheil Saakaszwili

My nie jesteśmy gorsi. Sławniejsza z pięknych dam, wybrana jako symbol miłości między narodami piosenkarka Natalia Lesz, obecnie obywatelka z dwoma paszportami, ma coś do ogłoszenia. - Prezydencie, niniejszym informuję o przyznaniu Panu tytułu doktora honoris causa uniwersytetu w Rzeszowie - obwieszcza. W towarzyskim meczu na wyjeździe zaliczamy remis.

Teraz wyróżniony rzuca wyzwanie, podając tradycyjny róg wypełniony trunkiem. Róg ma to do siebie, że nie można go odstawić jak kielicha - trzeba wydudnić do końca. Zwierz musiał być wielki. Rogowi obfitości nikt nie daje rady. Gospodarz nie pali, ale nie ma nic przeciw kopceniu przez gości, więc się nie krępujemy. Gruzińskie umiłowanie wolności jednostki, stojące lekko w kontrze do tendencji unijnych, jest mi bardzo na rękę. Saakaszwili pyta, jakie mamy plany na jutro. Część ekipy zamierza jechać w góry. Prezydent zapewnia, że też tam dotrze - i pozwoli polatać swoim helikopterem. Obietnica, która wydawała się spontanicznym gestem imprezowym, zostanie dotrzymana.

Bo to nie byle jakie góry; dogorywał w nich mityczny tytan Prometeusz. Kaukaz wystrzeliwuje Elbrusem 5624 m nad poziom morza. Najwyższy szczyt Europy zdetronizowała w świadomości światowej działalność alpejskiego lobby promontblancowego, do którego należał sam Mickiewicz. Fakt, Elbrus jest po stronie rosyjskiej. Ale u Gruzinów mamy wszak Kazbek i Szcharę (oba ponad 5000 m n.p.m.). No i Uszguli, najwyżej położoną osadę "europejską" (2200 m n.p.m.).

Spełniwszy delegacyjne obowiązki, wychodzimy na powietrze. W ramach pożegnalnych zdjęć strzelamy żółwiki. Zakręceni, zawiani, wracamy do domciu.

Z Gruzji pochodzą:

Podróże: wino z prezydentem Gruzji, wakacje, europa, podróże, Stalin,Borżomi, Merab Gabunia

Józef Stalin....................... woda Borżomi........................ Merab Gabunia

 

 

Z Gruzją nie mają nic wspólnego:

Podróże: wino z prezydentem Gruzji, wakacje, europa, podróże, Włodzimierz Press, Georgia, Gustaw Herling-Grudziński

Włodzimierz Press ........................ Georgia w USA........................ Gustaw Herling-Grudziński

Podróże: wino z prezydentem Gruzji - Twierdza Narikala dogląda świątyni Metechi. Tbilisi Podróże: wino z prezydentem Gruzji - Twierdza Narikala dogląda świątyni Metechi. Tbilisi Twierdza Narikala dogląda świątyni Metechi. Tbilisi, fot. Figiel

Twierdza Narikala dogląda świątyni Metechi. Albo, w imię Chrystusa, na odwrót. Średniowieczna historia Tbilisi świeci blaskiem lamp XXI w.

Werandy Tbilisi

Nasz van dzielnie walczy o miejsce na ulicach miasta, które powstało w V w. za panowania Wachtanga Gorgasalego. A może i wcześniej. W każdym razie król przeniósł tu stolicę z Mcchety, gdzie w 337 r. odbył się chrzest państwa. To daje Gruzji drugie miejsce w konkursie na najstarszy chrześcijański kraj świata, tuż za Armenią. Rzecz miała miejsce w czasach, kiedy Słowianie gryźli na drzewach szyszki. 600 lat przed Gnieznem, gdy Polska została Polską. Jeszcze wcześniej powstał gruziński alfabet, nawet w dzisiejszej, zmodyfikowanej formie egzotycznie piękny i graficzny - jeden z 14 oryginalnych alfabetów świata.Założone, bagatela, 1500 lat temu Tbilisi rozrosło się w 1,5-milionową metropolię, gdzie mieszka co trzeci obywatel Gruzji. Na ulicach auta są panami sytuacji, nie przejmują się pasami, znakami, a zwłaszcza pieszymi. Mijamy przeszkloną siedzibę MSW. Wiecznie uśmiechnięta przewodniczka Tamara (lat dwadzieścia kilka, podobnie jak jej rówieśnicy płynnie mówi po angielsku, jak to Gruzinka - raczej ładna) wyjaśnia, że architektura symbolizuje transparentność działań policji. Podobnie - jeśli chodzi o ideologiczny budulec - wyglądają zwykłe komisariaty. Wozy błyskające kogutami krążą po mieście non stop, taki zwyczaj. Kiedy półchcący sfotografowałem policyjne auto, transparentny funkcjonariusz natychmiast spojrzał mi w wyświetlacz LCD, pytając, dlaczego pstrykam "maszinę". Słusznie założył, że do mnie nie ma co po gruzińsku, ale ja i po rosyjsku nie za bardzo. Więc udało się odejść na głupa. Maszin, na wszelki wypadek, już nie uwieczniałem.

Szkło to również główny element przerzuconego nad rzeką Kurą (Mtkwarią) nowoczesnego mostu dla pieszych, dość dziwnie wpisującego się w stylówę wiekowego Tbilisi. Ekstrawagancką, pofalowaną konstrukcję nazywaliśmy roboczo "podpaską", lecz trzeba się było wycofać. Wszak dzieło włoskiego architekta Michella De Lucchiego symbolizuje pokój. Choć całość jest kosmiczna, do mostu dochodzi się po błocku i dechach. Lekka prowizorka jest tu stałym elementem architektury.

Podróże: wino z prezydentem Gruzji, wakacje, europa, podróże, most Pokoju

Nad miastem od jego zarania góruje - tyleż razy niszczona, co restaurowana - twierdza Narikala. Na czerwone dachy starówki spoglądają także średniowieczna świątynia Metechi oraz klasztor św. Dawida z XIX w. Większość ślicznych, kolorowych kamieniczek - koniecznie z drewnianymi werandami - pochodzi z tego właśnie okresu. Choć "półeuropejskie" Tbilisi nie padło pod faszystowskimi bombami, sporo wycierpiało wcześniej, głównie od Persów, którzy pozbawili nas możliwości oglądania starszych zabudowań.

Podróże: wino z prezydentem Gruzji Podróże: wino z prezydentem Gruzji fot. Figiel

Kolorowe, drewniane werandy Tbilisi czekają na letnie biesiady.

Matka Gruzja lewą dłonią poleje wino gościom. Na wrogów czeka z mieczem w prawej ręce.

W 1958 r., czyli za czasów Gruzińskiej SRR (niepodległość wróciła w 1991 r.), na wzgórzu wystrzeliła aluminiowa Kartlis Deda. Matka Gruzja (właściwie Matka Kartlia - nazwa historyczna) w prawicy trzyma miecz na wroga, zaś w lewicy - kielich z winem dla przyjaciół (to my!). Ładnie prezentuje się na zdjęciach cykanych z okolic starówki. Ale wystarczy podejść trochę bliżej, by na pierwszym planie fotek pojawiły się prowizoryczne blaszane kominki wychodzące z okien równie barwnych, lecz nieco mniej zadbanych domów. W Tbilisi przez większą część roku myśli się raczej o chłodzeniu niż grzaniu. W lutym kominy dymiły jednak na całego. Czas na rozgrzewkę.

U diabła za piecem

"Tbili" znaczy: "ciepły". godnie z legendą król założył miasto przy gorących źródłach, gdzie znalazł swojego ugotowanego sokoła. Łaźnie siarkowe to najstarsze budowle, z półtoramilenijną tradycją. Od zawsze fascynowały ludzi prostych i ekstraordynaryjnych - w tym Aleksandrów Puszkina oraz Dumasa. Ja należę do tej pierwszej kategorii i po wyczerpującym - pierwszym, zapewne ostatnim w moim życiu - spotkaniu z prezydentem ostra kąpiel wydaje mi się znakomitym pomysłem. Na miejsce dobijamy późniejszym wieczorem, koło godz. 21. W recepcji pobieramy ręczniczki i klapeczki. To zarazem pomieszczenie na chill, odpoczywający od pary palą tu papieroski i kontemplują. Dziewczyny wchodzą do swojej kabiny, a chłopcy - do swojej. W pomieszczeniu właściwym wali siarką jak u diabła za piecem, oddychać ciężko. Śmierdzi, duchota, aklimatyzacja zajmuje kilka minut. Do higieny hydrauliki można mieć pewne zastrzeżenia; rury owinięte są w stare szmaty. Ale ja pracowałem kiedyś na basenie przy ul. Inflanckiej w Warszawie, żadnej wody się nie boję. No i bakterie na pewno zabija stężenie wspomnianego pierwiastka.

Zgodnie z założeniami kąpiel w zielonkawej cieczy jest przyjemna i wydaje się pomagać na wszelkie dolegliwości. Do pełni zdrowia brakuje tylko pijawek. Ale jest pan masażysta. Purytańscy koledzy wymiękają, więc na marmurowe łoże kładę się jako pierwszy. Gościu ubrany jest w spodenki, a ja - nie. Pół biedy, dopóki leżę na brzuchu. Obrót przyrodzeniem do góry jest wybitnie stresujący. Na szczęście masaż, który sprowadza się do obcierania ciała szorstką myjką i zginania kolan (pewnie turystyczna wersja soft), nie podoba mi się "aż tak bardzo". Szybki prysznic i zwycięsko wracam do basenu. Teraz to ja mogę filować, jak z diabelskiej próby męskości wyjdą kumple. W łaźni moczymy się pół godziny. Kolacja i spać.

Podróże: wino z prezydentem Gruzji, wakacje, europa, podróże, Tbilisi

Siarkowe łaźnie dymią tu od 15 wieków. Lutowym wieczorkiem przy -20°C nie może być nic przyjemniejszego.

Podróże: wino z prezydentem Gruzji, średniowieczny most Metechi Podróże: wino z prezydentem Gruzji, średniowieczny most Metechi fot. Figiel

Brzegi Mtkwarii, zwanej z rosyjska Kurą, spinają średniowieczny most Metechi (powyżej) oraz kosmiczny most Pokoju z 2010 r.

W 1958 r., czyli za czasów Gruzińskiej SRR (niepodległość wróciła w 1991 r.), na wzgórzu wystrzeliła aluminiowa Kartlis Deda. Matka Gruzja (właściwie Matka Kartlia - nazwa historyczna) w prawicy trzyma miecz na wroga, zaś w lewicy - kielich z winem dla przyjaciół (to my!). Ładnie prezentuje się na zdjęciach cykanych z okolic starówki. Ale wystarczy podejść trochę bliżej, by na pierwszym planie fotek pojawiły się prowizoryczne blaszane kominki wychodzące z okien równie barwnych, lecz nieco mniej zadbanych domów. W Tbilisi przez większą część roku myśli się raczej o chłodzeniu niż grzaniu. W lutym kominy dymiły jednak na całego. Czas na rozgrzewkę.

Przemiany stolicy

Przed snem dygresja. Hotelowe sieciówki chętnie okupują tu starsze budynki. Nasz przeszklony Holiday Inn to eks-duma Sowietów, hotel Adjara. Do najważniejszej arterii miasta podjeżdżamy metrem (bilet: 0,5 lari). Z przesiadką - są dwie linie. Dłuższa - z 1966 r. i krótsza - otwarta 13 lat później. Wysiadając na głównej stacji, Rustawelego (60 m pod ziemią!), rozpoczynamy marsz dużą aleją. Także imienia XII-wiecznego gruzińskiego poety, autora epopei "Rycerz w tygrysiej skórze" (przypomnę, że jako Polacy jesteśmy jeszcze grubo przed zapisaniem pierwszego zdania, które wyszło mniej więcej tak: "Day, ut ia pobrusa, a ti poziwai"). Szeroką ulicę otwiera pl. Republiki, gdzie w 2004 r. w socjalniaku dla IDPs, czyli wewnętrznych uchodźców (trudną historię współczesną Gruzji zostawimy sobie na inny artykuł), zagnieździł się Radisson Blu. Obok, w Instytucie Marksizmu i Leninizmu, powoli rozpycha się Kempinski. Aleję, przy której mijamy jeszcze parlament i ratusz, kończy pl. Wolności ze złotym monumentem patrona kraju św. Jerzego i okazałym Mariottem w ślicznym secesyjnym budynku po hotelu Majestic. Kamienie i kolumny widziały tu zabójcze strzały wojsk rosyjskich 9 kwietnia 1989 r. i róże rewolucji 14 lat później. Słyszały Busha i Kaczyńskiego.

Aha, Lech Kaczyński ma w Tbilisi ulicę swoją imienia. Kiedyś nazywała się: Morza Czarnego.

Podróże: wino z prezydentem Gruzji, wakacje, europa, podróże, Lech Kaczyński, Tbilisi

Gdy my biliśmy się o krzyż, Gruzini nie mieli wątpliwości. Lech Kaczyński w Tbilisi dostał ulicę swojego imienia, a w Batumi prezydencka para ma elegancką nadmorską aleję przy lotnisku.

Podróże: wino z prezydentem Gruzji Podróże: wino z prezydentem Gruzji fot. Shutterstock

Ech, Batumi, niegdyś herbaciane, dziś pomieszane

Druga ulica Kaczyńskiego - a właściwie aleja Lecha i Marii Kaczyńskich - powstała w Batumi, stolicy Adżarii. To nowy bulwarek wiodący od lotniska. Nim nastały czasy podróży na Majorkę i Teneryfę, na lepszy letni wypoczynek jeździło się nad Balaton lub Morze Czarne. Na przykład do Gruzińskiej SRR. "W swych wędrówkach przeszłyśmy wiele miast. Wiele mórz i rzek, wiele gór wśród gwiazd. Ale miasto, o którym śpiewamy dziś, milsze jest, bo z nim wiążą się nasze sny. Batumi, ech Batumi. Herbaciane pola Batumi". Piosenkę Filipinek przerobiła teraz Natalia Lesz w imię umacniania przyjaźni na śpiewająco. Nagrała nawet teledysk, baśniowo przedstawiający pastelowo-szklane budowle (to duży progres; statyczny klip Filipinek dzieje się w ciemnym pokoju z widokiem na anonimową czarną wodę). A nasza grupa trzydziestoparolatków ma okazję sprawdzić miejsce, gdzie balowali dziadkowie. Tym razem wyprawa (Georgian Airways, od 50 euro w jedną stronę z Tbilisi) - nie licząc tajemniczego zaginięcia kierowcy, który spóźnił się pół godziny - odbyła się bez problemów.

Podróże: wino z prezydentem Gruzji, wakacje, europa, podróżeNa miejscu urzekający architektoniczny miszmasz, jaki ciężko zobaczyć nawet na podwarszawskich drogach. Jadąc z lotniska w kierunku miasta, mijamy holenderski młyn, Partenon, prostą wieżę w Pizie, a także domek (restauracjo-muzeum) w tradycyjnym stylu adżarskim. Już przy pierwszej promenadzie wypożyczalnia rowerów, nowocześnie elektroniczna. Z jednej strony kamienista plaża, z drugiej - blokowiska. W tle miasto, hotele, 130-metrowa wieża Alfabet (telewizyjna, z ruchomą restauracją; under construction), no i góry. Cuda. Takie małe Las Vegas nad Morzem Czarnym. Apetyt zwiedzających wzrasta w miarę jedzenia. I zostaje zaspokojony. Przy nadmorskim ośmiokilometrowym bulwarze znajdujemy park australijskich bambusów. Pomnik najsławniejszej Gruzinki, czyli mitycznej Medei, na pl. Europy nie powinien dziwić - gdyby nie jego cena: milion lari (2 mln zł). Medea Gruzinką? Spójrz dokładniej w grecką mitologię: tu się działa połowa akcji, z wyprawą Argonautów po Złote Runo na czele. Złoty jest też pobliski monument Neptuna, filuternie wyginającego nogę, świecący na tle blokasów w kolorach tęczy. W starym mieście dominuje niska zabudowa europejska, XVIII w., ale zwiedzanie zaczynamy od nowiutkiej "włoskiej" wieży na placu Piazza, w pobliżu cerkwi św. Mikołaja. Skład etniczno-wyznaniowy Batumi jest tak bogaty, jak jego architektura. Są tu meczety, synagogi, a nawet świątynie katolickie. Na ścianach budynków polityczne graffiti, z okien zwisa pranie, wszędzie palmy. Słodko! Warto zaznaczyć, że - jak podkreślają internetowe źródła - pod koniec XIX w. suszeniem błot otaczających miasto zajmował się polski generał Żygulski.

Przechadzając się po Batumi, ciągle myślimy o opiewanej w piosence herbacie. I znajdujemy ją w kiosku turystycznym. Zaskoczone pozasezonowym ruchem dziewczyny mają spory problem z wydawaniem reszty, ale finał finałów - lądujemy w busie z kilogramami herbacianego suszu. Teraz wycieczka na targ, aby łyknąć trochę prawdziwego miasta. Szwarc, mydło i powidło, jak to na bazarze. Ponieważ w knajpach od paru dni jemy i pijemy na potęgę, ale jakoś zawsze bez deserku, kupujemy słodycze. Głównie kandyzowane owoce i czurczchelę, czyli orzechy zalane masą winogronową z mąką, wizualnie - kabanosy w wosku.

Podróże: wino z prezydentem Gruzji, jedzenie Podróże: wino z prezydentem Gruzji, jedzenie fot. Figiel

Wino, borżomi, sery, orzechy i kurczaki

Jemy na potęgę, bo jak tu nie jeść? Codziennie trzy obiady, a każdy multidaniowy. Potrawy wjeżdżają jedna po drugiej, bez ustalonego porządku, niezamawiane, magicznie. Nie zaliczyliśmy spontanicznej uczty domowej, więc nie poznaliśmy słynnej gościnności "prawdziwych" Gruzinów. Ale doświadczenie knajp pasuje do tego, o którym czytałem u gruzinofilów. Najfajniejszy obiadek zaliczamy, a jakże, w restauracjo-winnicy.

Podróże: wino z prezydentem Gruzji, wakacje, europa, podróże, jedzenieRzecz się dzieje w kolorowym Sighnaghi, historycznym miasteczku Kachetii, znanym z produkcji dywanów i wiadomo czego. Teraz ważne: nie Aramejczycy, Egipcjanie, Grecy ani Chińczycy - pestki znalezione przez archeologów wskazują na to, że właśnie Gruzini jako pierwsi robili wino, i to dobre 8 tys. lat temu. Dziś uprawiają niemal 40 odmian winorośli przetwarzalnych na trunek, zazwyczaj w unikatowym procesie fermentacji w kwewrach - tych glinianych dzbanach zakopanych w ziemi.

Naszą knajpo-winnicę prowadzi niejaki John W. Wunderman V, amerykański muzyk, który podczas poszukiwania polifonii Wschodu wylądował w Gruzji, nauczył się języka, ożenił i spłodził córeczkę. Dziewczynka wesoło pomyka między gośćmi uczty, dołączając do śpiewającej matki w chórkach. Brodaty gospodarz wyjaśnia proces produkcji trunku, pokazuje dywany i lokalną grupę muzyczną, która wyśpiewuje rzewne pieśni o ojczyźnie. John pełni funkcję tamady, czyli osoby wznoszącej toasty, kończone hasłem "Gaumardżos!" ("zwycięstwo"). To prastara tradycja, turystycznie atrakcyjna. Nie wiem, jak codzienne pijackie tyrady znoszą Gruzini, nam się podoba. Na początku wiktorię klasycznie przegryzamy chaczapuri, czyli plackiem serowym. Ludzie kochają tu sery. W innej restauracji pani ekspertka wyjaśniała, że dzielimy je na sukunimi i meruni, robione ze świeżego krowiego mleka, oraz owczy ser kuda, który dojrzewa w zwierzęcej skórze i może być zawijany w winogronowe liście i topiony w czaczy lub dojrzewać w miodzie. Ale nie dam sobie głowy uciąć, czy nie pokręciłem nomenklatury albo przepisów. Mamy też kurczaki pod rozmaitymi postaciami, np. sacivi - pałeczki z orzechami na zimno. Z orzechami mogą być też bakłażany. Albo kulki szpinakowe (kuczmaczi). W grę wchodzą również baranina i wieprzowina: w postaci szaszłyków, zupy lub kołdunów (czinkali). Dla o(t)rzeźwienia zapijamy słynną mineralką borżomi, ewentualnie lemoniadami: ziołową, gruszkową, jabłkową...

Podróże: wino z prezydentem Gruzji, wakacje, europa, podróże, jedzenie

Jeśli chodzi o kuchnię, znajdziesz na pewno lepszych ekspertów. Podobnie jeśli chodzi o Gruzję. Moja szybka wyprawa była tylko przystawką. Aby poznać odpowiedź na pytanie, czy to Europa, czy Azja, muszę zaliczyć większą rundkę. Z dala od polityki i drogich restauracji. Z dziewczyną i plecakiem, jak Gael Garcia Bernal w pokazywanej na zakończenie ostatniego Festiwalu Filmów Świata Ale Kino "Najsamotniejszej z planet". To co? Widzimy się na szlaku.

Podróże: wino z prezydentem Gruzji Podróże: wino z prezydentem Gruzji ilustracja: Figiel

Jak się dostać?

Gruzja stoi otworem. Jako obywatele UE nie potrzebujemy wizy, a LOT-em w taryfie First Minute można załapać się na powrotną podróż do Tbilisi za jeden uśmiech - czyli 330 zł. Jeśli nie chwytasz promocji, zapłacisz 1000-1500 zł. Lekko kłopotliwe są godziny: lądowanie o 3.50 rano (0.50 naszego czasu), wylot do Warszawy o 4.50. Druga dobra linia to łotewska Air Baltic, lecz tu przesiadasz się w Rydze i tracisz pół dnia. Przy dobrych wiatrach zapłacisz 800 zł.

 

A może raczej do:

Podróże: wino z prezydentem Gruzji, wakacje, europa, podróżeArmenii?

 

Tak, jeśli jesteś fanem Pana Kleksa: film kręcono w świątyni boga słońca w Garni.

Nie, jeśli boisz się kaca po winie z granatów.

 

Podróże: wino z prezydentem Gruzji, wakacje, europa, podróże

Azerbejdżanu?

Tak, jeśli lubisz gorące życie nocne za petrodolary.

Nie, jeśli na ciekawość czy nachalność tubylców reagujesz paniką.

 

Podróże: wino z prezydentem Gruzji, wakacje, europa, podróże

Kraju Krasnodarskiego (Rosja)?

 

Tak, jeśli chcesz przetestować Soczi przed olimpijczykami.

Nie, jeśli lubisz zwiedzać na piechotę (Soczi ma 145 km długości!).

 

 

Tekst: Łukasz Figielski

Zdjęcia: Figiel, MTR MEDIA, Malgorzata Kujawka, POLFILM/EAST NEWS, Johnny Action/wikipedia, Library Of Congress/wikipedia, Shutterstock (montaż)

Więcej o:
Komentarze (3)
Podróże: wino z prezydentem Gruzji
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • jankiel77

    Oceniono 3 razy 3

    Rewelacyjna opowieść, piękna. Dużo by się dało za spotkanie z naprawdę świetnym facetem jakim jest prezydent Gruzji, doskonale wykształcony, mądry, a jaki przystojny! Nieraz słychać o gruzińskiej gościnności i ogromnej życzliwości dla Polaków. Chyba tak jest.

  • bogdan331

    Oceniono 1 raz 1

    Suchumi,batumi tbiliso.Za kratami .Byłem tam.Kochałem.Teraz tęsknię.Wino jak bałałajka.Eh to było!

  • Gość: Lolek

    0

    Chciałbym tam pojechać. Bardzo mnie też cieszy, że teraz oprócz Węgrów mamy też jako bratanków Gruzinów:-))))

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX