Indonezja: podróż do nieznanego raju

- To u was w Polsce małpy jedzą banany? - zapytał szczerze zdziwiony Agus, nasz lombokijski przewodnik. - Bo nasze wolą orzeszki ziemne - dodał. Doprecyzowaliśmy, że w naszym kraju właściwie nie ma małp. - Nie ma małp - powtórzył zaskoczony i zadumał się.
Indonezja: podróż do nieznanego raju Indonezja: podróż do nieznanego raju fot. Rafał Meszka

W oparach goździków

Indonezyjczycy o Polsce nie wiedzą właściwie nic. Balijczycy i mieszkańcy Lomboku chętnie dopytują o Polandię, kawałek egzotycznej Europy. - Śnieg? Mróz? Nurkujecie w wodzie, która ma cztery stopnie?! - Ludang, divemaster z Bali, był zdruzgotany.

Z 17 tysięcy wysp Indonezji wybraliśmy należące do Archipelagu Malajskiego Małe Wyspy Sundajskie, a konkretnie: Lombok, maleńkie wysepki Gili i słynne na całym świecie jako jeden z "rajów na ziemi" Bali. - Bali? Chyba poszaleliście. Same kurorty, tłum ludzi, śmieci i drożyzna - mówili znajomi, których znajomi tak opowiedzieli im o swoim wyjeździe w to miejsce. Przewodnik Lonely Planet i podróżnicze blogi nie brzmiały aż tak złowróżbnie. Postanowiliśmy zaryzykować.

Już przed lotniskiem, negocjując z kierowcą cenę za transport, poczuliśmy zapach, który miał nam towarzyszyć przez cały pobyt. Kretek, czyli indonezyjskie papierosy. Oprócz  tytoniu w bibułce są goździki, takie same jak te, które my dodajemy do grzańca. Kretek zostawiają goździkowy posmak w ustach, ale też śmiesznie strzelają w czasie palenia.

Pierwszą noc spędzamy na Bali, w malutkim Padang Bai na wschodnim wybrzeżu. Większość turystów wpada tam tylko tranzytem, jadąc na Lombok. A szkoda, bo to urocza, klimatyczna miejscowość z piękną okolicą, tanimi hostelami i guesthousami oraz świetnymi miejscami do nurkowania.

Właśnie z Padang Bai wypływa kilka razy dziennie prom na sąsiednią wyspę (oczywiście jeśli pogoda pozwala). Samo przepłynięcie publicznym promem (ok. 5 godzin) to niezła przygoda. Maszyna zabiera kilka ciężarówek, kilkaset skuterów (to główny środek transportu), masę miejscowych oraz grupki "plecakowców" z całego świata. Oprócz drewnianych ławek, na których wszyscy układają się do spania, są wielkie telewizory. Na nich lecą ciurkiem indonezyjskie telenowele. A kiedy kończy się zasięg anteny, załoga raczy podróżnych przebojami z miejscowego rynku pop. Jest też meczet i mały sklepik. O toalecie nie będę się rozpisywać. Wystarczy tylko wspomnieć, że przed wyjściem z łazienek jest kran, pod którym wszyscy wychodzący obmywają sobie nogi...

Indonezja: podróż do nieznanego raju Indonezja: podróż do nieznanego raju fot. Rafał Meszka

Walki kogutów i konkurs śpiewu

Dopływamy do Lembar. Stamtąd chcemy się dostać do Sengiggi - miejscowości turystycznej na zachodnim wybrzeżu Lomboku. Okolica słynie z białych plaż, malowniczych zatok i pięknych zachodów słońca. Nasz plan to góry na północy i pola ryżowe wewnątrz wyspy. Odległości nieduże (Lombok zbliżony jest wielkością do Bali), ale jakość dróg azjatycka...

Naszym kierowcą jest Agus. To Sasak, czyli rodowity lombokijczyk. Jest muzułmaninem, jak 95 proc. mieszkańców wyspy. I, jak na Lombok, prawdziwym lanserem, bo ma 18-letnią terenową toyotę. Nieźle zarabia, stać go nawet na wynajem mieszkania w stolicy wyspy - Mataram.

Większość mieszkańców nie ma swoich aut. Przemieszczają się bemo, publicznymi lub prywatnymi miniciężarówkami z dwiema ławeczkami na pace. Inni mają skutery. Jest jeszcze jeden środek transportu - cidomo.

W górach cudownie. Z przełęczy Pusuk widać leżące niedaleko Lombok trzy miniwysepki Gili. Wzdłuż drogi biegają stada małp. Zgodnie z zaleceniem Agusa mamy przy sobie orzeszki ziemne. Najpierw podchodzi szef stada. Samice z małymi siedzą obok i cierpliwie czekają na swoją kolej. Orzeszki rozchodzą się w trzy sekundy. Ale małpy nigdzie się nie wybierają. Nadal siedzą na przydrożnych drzewach, kamieniach i na ziemi. Pytam Agusa, jaki to gatunek małp. - No... małpa, normalna małpa - słyszę w odpowiedzi. No tak, przecież odpowiedziałbym tak samo, gdyby ktoś spytał mnie o jakąś polską sowę czy dzięcioła.

wakacje, azja, podróże, Indonezja: podróż do nieznanego raju

W najbliższej wsi zatrzymujemy się na placu targowym. Pośrodku stoi w kółku spora grupa mężczyzn. Kiedy udaje nam się przecisnąć do środka kręgu, okazuje się, że to właściciele kogutów (i widzowie). Wewnątrz dwa ptaki toczą walkę. Ta rozrywka jest w Indonezji zabroniona i gdyby zwierzęta walczyły na śmierć i życie, nie organizowano by tego tak jawnie. Ale tutaj, na targu, koguty mają jedynie sparing. Ten bardziej dziarski, który przyłoży porządnie koledze, zyska przy sprzedaży wyższą cenę.

wakacje, azja, podróże, Indonezja: podróż do nieznanego raju

Ale większa niespodzianka czeka nas chwilę później, gdy trafiamy na kolejną grupę rozentuzjazmowanych mężczyzn. Ci jednak nie krzyczą ani na siebie, ani na koguty. Gwiżdżą i wydzierają się na maleńkie ptaszki siedzące w ozdobnych klatkach. To konkurs śpiewu! Między palmami, na bambusowym drągu zawieszono kilkadziesiąt klatek. Po jednej stronie zestresowani właściciele, po drugiej jury, z specjalnymi zeszytami do zapisywania wrażeń. Oceniania jest długość śpiewu i różnorodność dźwięków. Emocje jak na meczu okręgówki, zenitu sięgają zaś przy podliczaniu wyników.

Kilkanaście kilometrów dalej zaglądamy jeszcze do tkackiej wioski Sukarara. Kobiety siedzą przed domami ze swoimi krosnami i żują betel. Życie toczy się w rytm leniwych ruchów żuchw i czółenek.

Indonezja: podróż do nieznanego raju Indonezja: podróż do nieznanego raju fot. Rafał Meszka

Łyk bintangu

Wreszcie docieramy na środek wyspy, w okolice Tetebatu, położonego na zboczu wulkanu Gunung Rinjani (3726 m n.p.m. - trzeci co do wielkości w kraju). Ruszamy na spacer po polach ryżowych. Ścieżka wije się między drzewami kakaowca i muszkatołowca, w powietrzu czuć też zapach wanilii. Dzieciaki wybiegają z chatek położonych między ryżowymi polami i idą za nami. Gdy wracamy, leje. Kilkuletni chłopcy w jakiejś wiosce biegną na boisko i tarzają się w błocie. Indonezyjczycy kochają futbol. Każdy dzieciak, który chodzi do szkoły, ma piłkarski strój, najczęściej koszulkę w barwach Manchesteru United. W piłę kopie się na boiskach zrobionych na wykarczowanych kawałkach gajów palmowych. Gdy mówimy, że jesteśmy z Polandii, w odpowiedzi zawsze słyszymy "Jerry Dudek? Lukas Podolski?".

Wieczorem zjeżdżamy do Sengiggi, na kolację w ulicznym lokalu. To tzw. nocny bar, czyli namiot z folii, który rozstawia się wieczorem i zwija koło godz. 2-3 w nocy. Nasi goreng, czyli danie z ryżu z krewetkami, kosztuje mniej więcej tyle, co ruskie w barze mlecznym.

Do kolacji bintang, pełne jasne, duma Indonezji. Z bintangiem nie mają tu szans nawet największe światowe koncerny. Piwo wytwarzane jest na Jawie, a jego producent jest właściwie monopolistą w kraju. Turyści je kochają. Na Bali każdy szanujący się australijski turysta maszeruje w koszulce z wielkim napisem "Bintang". Koszulki są paskudne, ale piwo pyszne!

wakacje, azja, podróże, Indonezja: podróż do nieznanego raju

Raj na Gili Meno

Docieramy do miasteczka na północy Lombok, skąd odpływają promy na każdą z trzech wysp Gili - Gili Air, Gili Meno i Gili Trawangan. W porcie niezłe zamieszanie. Naganiacze chcą wcisnąć "okazyjne bilety" na rejsy, które prawdopodobnie w ogóle nie istnieją. Wolimy bezpieczeństwo "państwowych" biletów i ruszamy szukać naszego promu. Promy to po prostu długie, drewniane łódki. Tłum chętnych czeka na brzegu, ale najpierw na pokład trafiają baniaki ze słodką wodą, bo na żadnej z trzech Gili nie ma jej naturalnych źródeł. Na Meno jest wprawdzie jezioro, ale słone! Mężczyźni wnoszą też owoce, warzywa, jaja, miski i różne sprzęty codziennego użytku - na Gili przywieźć trzeba wszystko. Meno na przykład ma dwa kilometry szerokości i niespełna cztery długości. Nie ma tu dróg, aut, skuterów, są tylko ścieżki, którymi się chodzi lub można podjechać cidomo. Na stałe mieszka tam sto osób i mniej więcej tyle samo krów.

Obchodzimy wyspę wokół, mijając kilka hosteli z klimatycznymi bungalowami w bardzo przyzwoitych cenach. Obok jednego z nich jest "przedszkole" fundacji ochrony miejscowych żółwi - w kilku małych basenach pływają setki gadzich maluchów, posegregowanych według wieku.

Dalej już nic, tylko kilometry rajskiej plaży i kusząca z wody rafa. Ubieramy płetwy, maski i wskakujemy. Wystarczy 10 minut, by spotkać pierwszego tego dnia żółwia. Do tego setki kolorowych rybek, korali. Podwodny raj. Po powrocie na Lombok odwiedzamy jeszcze południe wyspy - mekkę surferów Kutę (tak samo nazywa się słynny balijski kurort) o raz tradycyjną wioskę Sasaków - Sade. Mieszka tu kilkanaście rodzin, wyznawców lokalnego Wektu Telu. W chatach mieszkają tylko kobiety i dzieci. Mężowie nocują przed drzwiami wejściowymi. Jeśli żona ma ochotę lub da mu się przekonać, zaprasza małżonka do środka. Tu nikt nie ma wątpliwości, jak powodzi się sąsiadom w życiu seksualnym, wystarczy spojrzeć na ich ganek.

Indonezja: podróż do nieznanego raju Indonezja: podróż do nieznanego raju fot. Rafał Meszka

Tłok na Bali

Dziewczynki biorą udział w święcie oczyszczenia, które odbywa się raz na pół roku, czyli... co 105 dni. Balijski kalendarz ma bowiem 210 dni - to sześć miesięcy po 35 dni każdy. Znad brzegu morza, gdzie składa się ofiary, dziewczynki ruszą w procesji do swojej świątyni, tam obcy nie mają już wstępu.

Zupełnie inne zasady panują na zamieszkanym przez hinduistów Bali. Nie ma tu żadnego spania za drzwiami, ale jeśli umawiasz się z dziewczyną na randkę, w każdej chwili możesz mieć do czynienia z jej tatusiem. Zasada jest taka, że gdy tylko ojciec dowiaduje się, że dziewczyna spotyka się z chłopakiem, idzie do jego domu i żąda ślubu. Gdyby młoda była w ciąży, a chłopak nie chciał ślubu, to czekają go dwa lata więzienia...

Na Bali są tysiące turystów, choć my dotarliśmy tam na przełomie pory suchej i deszczowej, czyli w low season. Po Lombok mamy jednak wrażenie tłoku.

Pierwsze dni na Bali poświęcamy na nurkowanie. W towarzystwie divemastera Ludanga i dwóch smutnych turystek z Chin płyniemy w okolice wyspy Nusa Penida. Jakiś kilometr po wypłynięciu kapitan wyłącza silnik, wyjmuje koszyczek z kwiatami i ryżem, po czym podaje swojemu pomocnikowi. Ten staje przy burcie, modli się z przymkniętymi oczami i wrzuca koszyczek do morza. Złożyliśmy ofiarę duchom. Możemy płynąć, nic nam nie grozi.

Balijczycy są niewiarygodnie religijni i oddani swoim obrzędom. Co kilka dni mają jakieś święto, a składanie darów duchom odbywa się nawet trzy razy dziennie. Każdy przed domem musi mieć swoją małą kapliczkę. I przed sklepem też. A nawet na straganie z mięsem lub owocami morza.

Samo nurkowanie udaje się średnio. Chcieliśmy "zapolować" na mola mola, słynnego samogłowa. Bez efektu. Jak się okazuje, nawet ryba o wadze sięgającej dwóch ton i długości 3 m potrafi się skutecznie schować.

Podwodne łowy kończymy sukcesem w Tulamben na północnym wschodzie. Jest tu wrak USAT Liberty - amerykańskiego transportowca zatopionego w 1941 r. Udaje nam się zaliczyć spotkania z rekinami czarnopłetwymi, barakudą, podmorskim ogrodem węgorzyków i wężem morskim. Wizytę w raju można uznać za skończoną.

wakacje, azja, podróże, Indonezja: podróż do nieznanego raju

Jak podróżować

Przelot

Na Bali można dotrzeć przez wszystkie duże porty azjatyckie (Bangkok, Singapur, Kuala Lumpur, Hongkong). Od października 2011 r. działa tez międzynarodowe lotnisko na Lombok. Na promocjach trafiają się bilety nawet za niewiele ponad 2 tysiące złotych. Regularna cena to ok. 4 tysięcy. Między wyspami można skorzystać z przeprawy promowej, która kosztuje ok. 3 dolarów, podróż trwa ok. 5 godzin.

Ceny

Jedzenie jest tanie. W restauracji dla turystów na Lombok obiad kosztuje ok. 30 złotych. W knajpie dla lokalsów ok. 5 złotych. W Indonezji nie ma sanepidu, wystarczy rzut oka na zaplecze, żeby zamawiać tylko rzeczy smażone lub dobrze ugotowane. Na Bali jest o 20-30 procent drożej.

Szczepienia

Lekarze zalecają szczepionkę przeciw wirusowemu zapaleniu wątroby typu A i B, durowi brzusznemu i tężcowi. Jeśli zamierzamy jeździć po Lombok, warto rozważyć zabezpieczenie się przed malarią.

Indonezyjskie naj

Wyspy

Indonezja to najbardziej wyspiarski kraj świata: 17,5 tys. wysp (więcej niż Filipiny, Japonia, Bahama i Malediwy razem wzięte)

Muzułmanie

Mieszka tu więcej muzułmanów niż w jakimkolwiek innym kraju: 205 mln (Egipt, Iran i Irak liczone wspólnie mają mniej)

Wulkany

W żadnym innym państwie nie ma tylu wulkanów: 145 (więcej niż w całej Europie i Ameryce Płn. razem wziętych)

Indonezja: podróż do nieznanego raju Indonezja: podróż do nieznanego raju fot. Shutterstock

Tu nas nie było:

Kuta

Największy balijski kurort, który się rozrósł i połączył z kolejnymi miejscowościami. Południowo-zachodnie wybrzeże to ciągnące się w nieskończoność hotelowisko. Tysiące drogich sklepów, knajp i olbrzymie korki na ulicach. Kilka godzin pobytu wystarczyło, by wiedzieć, że więcej tutaj nasza noga nie postanie.

wakacje, azja, podróże, Indonezja: podróż do nieznanego raju

Sanur

Jedna z kilku turystycznych aglomeracji, o charakterze mniej imprezowym, raczej relaksacyjno-familijnym. Ulicami drepczą australijscy turyści w skarpetach i sandałach... Jest i mniej rodzinna część - czerwona dzielnica. Gdy wracamy późno do hotelu, znudzone panienki zaczepiają: "How are you, wypijesz ze mną drinka?".

 

wakacje, azja, podróże, Indonezja: podróż do nieznanego raju

Ubud

W Ubud ulicami przewalają się tłumy rozczytane w "Jedz, módl się i kochaj". Ale kulturalna stolica Bali ma swój urok. Jeszcze piękniejsza jest okolica. Można zaliczyć fajną wycieczkę przez okoliczne wioski pełne artystów i ich galerii albo pieszy spacer do prawdziwego tropikalnego lasu i przepięknych pól ryżowych.

wakacje, azja, podróże, Indonezja: podróż do nieznanego raju

Bali

Bali to także mniejsze turystyczne miejscowości, które mają wiele uroku i dają szanse na obejrzenie choć kawałka prawdziwego życia. Najlepiej wyrwać się na północ, do Padang Bai, Candidasy czy Tulamben.

Więcej o: