Podróż do Nowej Zelandii: tam wszystko jest inne

17.07.2012 14:30
- Nie zrobię tego, gdyż przez miesiąc będę na urlopie - wyjaśniam prostymi słowami, poproszony o coś w firmie. - Przez miesiąc? To dokąd ty, do cholery, jedziesz? - dopytuje z użyciem sarkazmu kolega Radek. - Do Nowej Zelandii?! - A skąd wiesz?
Po chwili niezręcznej ciszy przez redakcję przetaczają się pomruki. Trudno ocenić, czy zaskoczenia i niedowierzania, czy czystej ludzkiej zazdrości.
1 W Nowej Zelandii wszystko jest inne W Nowej Zelandii wszystko jest inne fot. Jacek Y. Łuczak, Ewelina Zając

W Nowej Zelandii wszystko jest inne

Sam wciąż w to nie wierzę, choć siedzę na łóżku, czytam przewodnik Lonely Planet i palcem na mapie układam plan podróży. Dodatkowo kilkukrotnie okręcam globus. Nie chce wyjść inaczej - Nowa Zelandia leży dokładnie po przeciwnej stronie kuli ziemskiej. Z Polski dalej jest jedynie na Księżyc.

- Mówiłam ci, że nam się uda - przekonuje Szanowna Małżonka.

- A tak w ogóle... - próbuję szukać minusów wyprawy. - Lodowce, wulkany, gorące źródła, lasy tropikalne, rafy koralowe, piaszczyste plaże, ośnieżone szczyty gór, jeziora z krystalicznie czystą wodą, soczyście zielona trawa, o, patrz, pustynia i fiordy nawet. Po co mielibyśmy tam jechać?

- Bo tam jest wszystko - odpowiada Szanowna Małżonka.

Fakt. W Nowej Zelandii jest wszystko. Ale też wszystko, co tam jest, jest inne niż wszystko inne.

Obcy pod butem

Lecimy Singapore Airlines. Przez Singapur. To nasze pierwsze dwa loty jumbo jetem. W klasie ekonomicznej ciasny jest, skurczybyk. Ale jedzenie - wyśmienite, dużo i często. Oglądamy po 11 filmów, w tym dwa, które jeszcze nie weszły na ekrany polskich kin. Bierzemy też udział w życiu towarzyskim boeinga 747-400, które kwitnie w kolejkach do ubikacji. Podziwiamy kultowe wdzianka stewardes w stylu pidżamy z Cepelii.

Przed lądowaniem trzeba wypełnić jakieś druczki. Imię, nazwisko, cel podróży. Początek standardowy, ale końcówka zaskakująca: miejsce pobytu przez ostatnie sześć miesięcy, czy przewożę herbatę, kawę, nasiona, owoce, warzywa, króliki. A co ich to obchodzi, gdzie ja byłem pół roku temu? Albo czy w Paraparaumu będę chciał sobie zjeść jabłko ze Skarżyska-Kamiennej? Czujemy się, jakbyśmy przekraczali granicę Izraela z Syrią.

Trzeciego dnia lądujemy w Auckland. 23 godziny samego lotu, nie licząc przesiadek i dojazdu autobusem do Frankfurtu nad Menem. Od zmian ciśnienia, braku snu i zmęczenia aż kręci się w głowie. Podczas skrupulatnej kontroli paszportowej trzeba zdjąć buty. Strażnicy oglądają podeszwy. Nasze są czyste, ale tracimy kawę i herbatę. Do Nowej Zelandii nie wolno wwieźć niczego, co mogłoby być zagrożeniem dla rodzimej fauny i flory. Hipokryci, najpierw wyrżnęli 95 procent lasów i sprowadzili miliony owiec, a teraz dbają o ochronę przyrody...

2 W Kelly Tarlton's Antarctic Encounter and Underwater World, co w Polsce nazywamy po prostu oceanarium W Kelly Tarlton's Antarctic Encounter and Underwater World, co w Polsce nazywamy po prostu oceanarium fot. Jacek Y. Łuczak, Ewelina Zając

Rotorua: bardzo śmierdzące miasto

Nowa Zelandia składa się z dwóch głównych wysp - Północnej i Południowej - oraz niezliczonej ilości mniejszych. Obie główne wyspy znacznie się różnią. Północna jest wulkaniczna, gęściej zaludniona. Za to Południowa, górzysta, wydaje się nieco bardziej stabilna.

Zwiedzanie zaczynamy od Auckland, z cudowną zatoką, potężnym Harbour Bridge. Stąd można się wybrać łodzią na obserwację delfinów, orek i wielorybów, a także na Bay of Islands - do raju żeglarzy. Albo do Kelly Tarlton's Antarctic Encounter and Underwater World, co w Polsce nazywamy po prostu oceanarium.

- No dobra, a gdzie te wulkany, gejzery, gorące źródła? - pytam retorycznie.

- W Rotorua - odpowiada Szanowna Małżonka.

- No to jedziemy! - zarządzam.

Poruszamy się lokalnymi pekaesami. Różnią się od polskich i to znacznie. Na trasie z Poznania do Kalisza można usłyszeć najwyżej "dzień dobry" na odczepnego. W Nowej Zelandii kierowcy są jednocześnie audioprzewodnikami. Tylko ciężko ich zrozumieć. Podobno mówią po angielsku, ale tak naprawdę to tzw. kiwi English, nowozelandzka jego odmiana. I są nieznośnie wręcz uprzejmi. I robią postoje co dwie godziny na kawę i siku. Ideał.

Rotorua to niezwykłe miasto. Śmierdzi tak, jakby w którymś momencie swojej historii po prostu się popsuło. Jak gdyby było niewłaściwie przechowywane w lodówce. Zapach zgniłych jaj z gejzerowych oparów jest wszechobecny. Pokoju nie da się wywietrzyć. Na zewnątrz jest jeszcze gorzej. Tutaj z wulkanami, gejzerami i siarkowymi jeziorkami stykamy się niemal na każdym kroku, przy każdej ulicy. I odnosimy nieodparte wrażenie stąpania po niepewnym gruncie.

W Nowej Zelandii wszystko jest inne, podróże, wakacje, Zapach zgniłych jaj z gejzerowych oparów jest wszechobecny

3 Odwiedzamy gorące źródła ze słynnym gejzerem Lady Knox, polami wrzącego błota i gorącymi jeziorami, mieniącymi się wszystkimi barwami tęczy Odwiedzamy gorące źródła ze słynnym gejzerem Lady Knox, polami wrzącego błota i gorącymi jeziorami, mieniącymi się wszystkimi barwami tęczy fot. Jacek Y. Łuczak, Ewelina Zając

Mamy certyfikat zdobycia wulkanu

Zostajemy na trzy dni. Odwiedzamy gorące źródła ze słynnym gejzerem Lady Knox, polami wrzącego błota i gorącymi jeziorami, mieniącymi się wszystkimi barwami tęczy.

- W przewodniku piszą, że temperatura wody jest bliska wrzenia - czyta Szanowna Małżonka.

- Niemożliwe - oceniam.

Przezornie nie wkładam całej ręki do wody, a jedynie wskazujący palec. Miejsce oparzenia boli przez następne cztery dni. Woda jest jednak bliska wrzenia.

Wokół wulkanów można wybrać się na wycieczki. Nawet kilkudniowe. System szlaków jest znakomicie ułożony, a baza noclegowa bez zarzutu. Dla każdego. I dla każdej kieszeni.

Jedziemy jeepem na jeden z nich - Mount Tarawera.

- Skąd jesteście? - pyta maoryski kierowca płci żeńskiej.

- Z Polski. To w Europie, pomiędzy Niemcami a...

- Wiem, gdzie jest Polska - przyznaje bliska urażenia autochtonka. - A ilu macie mieszkańców?

- 40 milionów - uśredniam.

- 40 milionów?! - szoferka jest w szoku. - 40 milionów to u nas jest owiec!

Po przecudnym wulkanie Mount Tarawera oprowadza nas przewodnik Max. Opowiada, że po erupcji w XIX w. góra się zapadła, a w potężnej eksplozji znikło olbrzymie jezioro, znajdujące się na jej wierzchołku, pogrzebana została wioska, utworzył się 17-kilometrowej średnicy krater. Pół dnia włóczymy się, grzęznąc po kolana w kolorowym pumeksie. W nagrodę otrzymujemy certyfikat zdobycia wulkanu.

W Nowej Zelandii wszystko jest inne, podróże, wakacje, Pół dnia włóczymy się, grzęznąc po kolana w kolorowym pumeksie wulkanu Mount Tarawera

4 Wellington, stolica Nowej Zelandii, zaskakuje nas krytymi chodnikami Wellington, stolica Nowej Zelandii, zaskakuje nas krytymi chodnikami fot. Jacek Y. Łuczak, Ewelina Zając

Bagażownia: kawałek polski na antypodach

Wellington, stolica Nowej Zelandii, zaskakuje nas krytymi chodnikami.

Zwiedzamy genialne multimedialno-interaktywne muzeum Te Papa, poznajemy historię wojowniczych Maorysów, którzy w przeciwieństwie do australijskich Aborygenów postawili się Europejczykom. Dzięki czemu wywalczyli podstawowe prawa, a także szacunek.

W mieście nie zostajemy jednak długo. Leje. Przestają nas dziwić daszki nad chodnikami.

Płyniemy promem do Picton na Wyspie Południowej. Nad jednym z pomieszczeń widnieje napis - "Bagażownia". To dowód na to, że prom kiedyś kursował po Bałtyku. Kawałek Polski na antypodach. Pokonujemy malownicze Marlborough Sounds, wielokilometrową plątaninę wąskich morskich cieśnin. To przedsmak tego, co można zobaczyć na samym południu, we Fiordlandzie, jadąc choćby przepiękną widokowo Milford Road, ciągnącą się z Te Anau do Milford Sound. Nie tylko w Norwegii "fiordy jedzą ludziom z ręki"!

Z Picton jeździ pociąg do Christchurch i Dunedin. Biegamy od okna do okna, bo po jednej stronie pociągu widać morze, a po drugiej - ośnieżone łańcuchy górskie. Na kartach pamięci w aparatach fotograficznych zaczyna brakować miejsca.

W Christchurch na krótko - ładnie tu, ale zbyt gwarno. Na weekendy do miasta, które powoli podnosi się z ruin po tragicznym trzęsieniu ziemi z lutego 2011 r., zjeżdża młodzież z całego kraju.

W Nowej Zelandii wszystko jest inne, podróże, wakacje, W Nowej Zelandii ptaków kiwi nie ma - te nocne nieloty nie występują już w naturzeDłużej zostajemy w pięknym Dunedin. Na półwyspie Otago przez kilka dni podglądamy tutejsze zwierzęta: albatrosy, kolonie głuptaków. Do uchatek można się zbliżyć nawet na półtora metra! Są też rzadkie pingwiny małe, zwane niebieskimi, oraz prawdziwy rarytas - pingwiny żółtookie.

Tylko ptaków kiwi nie ma - te nocne nieloty nie występują już w naturze. Można je podziwiać jedynie w centrach hodowlanych, które jednak nie zgadzają się na stosowanie lampy błyskowej. A bez flesza? Kiwi są tak ruchliwe, że pamiątkę fotograficzną mamy marną.

Po wycieczce zabytkowym pociągiem przez malowniczy wąwóz Taieri zajeżdżamy do Queenstown, nazywanego światową stolicą sportów ekstremalnych. Krajobraz oszałamia. Ceny też. Spośród sportów ekstremalnych doświadczamy jedynie kurczaka z rożna. Zdaje się, że nie ma tu tradycji przyprawiania potraw.

5 Trekking na lodowcu Franciszka Józefa Trekking na lodowcu Franciszka Józefa fot. Jacek Y. Łuczak, Ewelina Zając

Polacy i Duńczycy przewodników nie słuchają

Na wyprawę na Górę Cooka, najwyższy szczyt antypodów, jesteśmy za słabi i zbyt mało doświadczeni. Ale w zwykłym trekkingu na lodowcu powinniśmy sobie dać radę. Wybieramy kawałek Austro-Węgier na antypodach - lodowiec Franciszka Józefa. Idziemy z wycieczką jak dla przedszkolaków. Niczym nie trzeba się martwić, w cenie jest opieka przewodnika, czekan, raki oraz - co ciekawe - także buty i firmowe wełniane skarpety. Pogłoski o grzybicy są przesadzone.

Lodowiec jest w ciągłym ruchu, więc przewodnicy codziennie o świcie na nowo układają szlak, wpinają poręczówki, ustawiają trapy. Idziemy gęsiego w 20-osobowej grupie. Z Polski jesteśmy jedyni. Nie wolno zbaczać ze szlaku. Ale jak tu zrobić dobre zdjęcia? Szanowna Małżonka co rusz wyskakuje na boki w poszukiwaniu optymalnych ujęć.

- Tej, ale przewodnik mówił, żeby tego nie robić - zauważam ostrożnie.

- E, tam. Tamci przed nami też zbaczają - przekonuje Szanowna Małżonka.

Nagle obijamy się o plecy dwóch Japonek. Wycieczka zostaje gwałtownie zatrzymana. Przewodnik przedziera się na czoło pochodu. Ze złości zrobił się czerwony na twarzy.

- Matko, co się stało? - pytam szeptem.

- Mówiłem, żeby nie wychodzić poza ścieżkę!? - wrzeszczy przewodnik jak nauczyciel przysposobienia obronnego.

Kilka głów na przedzie pochodu skwapliwie potwierdza. Lizusy.

- No właśnie! Wszyscy rozumieją, tylko Polacy i Duńczycy nie!

Dawno nie czułem się w ten sposób. Jak mały łobuz. Ostatnio, zdaje się, w szkole podstawowej. Po zalepieniu plasteliną zamka w drzwiach salki biologicznej. Ciekawe czy Duńczykom też głupio.

6 Mijamy ogromne połacie soczyście zielonych pastwisk, upstrzonych owcami Mijamy ogromne połacie soczyście zielonych pastwisk, upstrzonych owcami fot. Jacek Y. Łuczak, Ewelina Zając

Gdzie są wieloryby?

Nasz czas się kończy. Wracamy do Auckland, zaglądając po drodze do dwóch miejsc, w których Peter Jackson kręcił "Władcę Pierścieni". Mijamy ogromne połacie soczyście zielonych pastwisk, upstrzonych owcami. To tereny prywatne. Bo w Nowej Zelandii niemal wszystko jest prywatne. Nie ma małych i średnich gospodarstw. Są albo olbrzymie farmy, albo domki na podmiejskich osiedlach, w których działki są od nich większe zaledwie o szerokość psa.

Przed nami ostatni akcent. Może uda się zobaczyć morskie ssaki z bliska? W porcie oceniają szanse na 50 procent. Więc płyniemy na wieloryba. Na bezkrwawe łowy.

Cóż... Orki są. Delfin? W porywach jeden. I to z daleka. Pingwiny niebieskie - zatrzęsienie. W końcu w oddali pokazuje się nietypowa płetwa grzbietowa. Na łodzi wielkie poruszenie. Wszyscy chcą zrobić zdjęcie. Na wyświetlaczach kieszonkowych aparatów Japończyków wieloryb wygląda jak ciemna kropka. W naszym teleobiektywie - zaledwie jak wierzch byle jakiego walenia. Gatunek wieloryba z tej odległości jest nie do rozpoznania.

W Nowej Zelandii wszystko jest inne, podróże, wakacje, Płyniemy promem do Picton na Wyspie Południowej

Od znawców tematu dowiadujemy się, że o tej porze roku, w tym rejonie nie ma szans na obserwację wielorybów. Od organizatora dostajemy jedynie 10 procent zniżki na kolejny rejs. Zdzierstwo. Chamstwo i drobnomieszczaństwo.

Ale Nową Zelandię zapamiętamy dobrze. Nie zapomnimy o wspaniałych wulkanach, górach, fiordach, wodospadach, rzekach, jeziorach i lasach, o endemicznych gatunkach zwierząt: papugach kea, ptakach tui, garlicach maoryskich, takahe. Nie zapomnimy o kulturze Maorysów, ich bojowych tańcach o nazwie haka. Nie zapomnimy o wzorcowo wręcz czystych miastach, w których nikt nie rzuci papierka na chodnik, nie zgasi peta na krawężniku.

Ale nie zapomnimy też o tym, że za wyjazd z Nowej Zelandii trzeba na lotnisku zapłacić po 25 dolarów od łebka.

W Nowej Zelandii wszystko jest zjawiskowo piękne. Ale inne. Inni są ludzie, inne rośliny, inne zwierzęta. Inne jest nawet niebo. W bezchmurną noc nie dopatrzysz się Wielkiego Wozu, Kasjopei i Gwiazdy Północnej. Ujrzysz za to Krzyż Południa. I Księżyc, który spogląda z nieba też jakoś... koślawo. W tym kraju wszystko jest nietypowe, niespotykane gdzie indziej. Można powiedzieć, że Nowa Zelandia sama w sobie jest endemitem.

Tekst jest fragmentem powstającej książki "Jonasz na krańcach świata"

7 Nowa Zelandia praktycznie Nowa Zelandia praktycznie Infografika: Mikołaj Kirschke

Nowa Zelandia praktycznie

Walutą jest dolar nowozelandzki (1 zł to ok. 2,5 dol.). Drogi jest przelot, kilka tysięcy złotych na osobę. Baza noclegowa jest znakomita i różnorodna: od hoteli (od 100 dol.), poprzez motele (100-150 dol.), hostele, B&B, Camping & Cabins (50-100 dol.), do schronisk (poniżej 50 dol.).

Bardzo popularne są motele (turyści wypożyczają zwykle samochody na czas pobytu) i sieć ponad 400 schronisk. Te ostatnie - Backpackers Budget Hostels - oferują przyzwoite noclegi w przyzwoitej cenie (do 50 dol. za dwójkę, do 20 dol. za miejsce w dormitorium). Dodatkowo, gdy za kilkanaście dolarów kupimy kartę rabatową, w każdym hostelu dostaniemy zniżkę, karta zwróci się więc już po piątym-szóstym noclegu. W tańszych kwaterach są aneksy kuchenne, kompletnie wyposażone. W sezonie noclegi trzeba rezerwować z wyprzedzeniem.

Obowiązuje ruch lewostronny. Mandaty płatne są natychmiastowo (od 200 dolarów wzwyż). Przestrzeganie przepisów jest surowo egzekwowane. Oprócz samochodu można się poruszać autobusami dalekobieżnymi lub pociągami. Rowerzyści muszą, niestety, obowiązkowo jeździć w kaskach.

Gniazdka elektryczne są inne niż w Europie, typu australijskiego.

Wulkanicznie

Historię tego kraju znaczą wulkany. Wokół Auckland jest ich 48, na szczęście wygasłych. Ale Ziemia cały czas żyje, pracuje, drży. Można to sprawdzić w muzeum Te Papa w Wellington - dziennie notuje się około stu wstrząsów. Większość z nich odczuwalna byłaby tylko przez słonie (trąbiaste ssaki, jeśli chcą zadzwonić do krewnych z sąsiedniej sawanny, po prostu mocno tupią). Gdyby, oczywiście, słonie mieszkały w Nowej Zelandii.

Komentarze (3)
Podróż do Nowej Zelandii: tam wszystko jest inne
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • avatar

    Gość: Podpisz się

    0

    Mysle ze masz na imie Jacek ,szkoda ,ze nie odwiedziles Coromandel i naszego domu w Howick,pozdrowienia ,Gosia i Slawek.

  • avatar

    Gość: Podpisz się

    0

    A i jeszcze jedno 1 dol kosztuje 2.50 zl.

  • avatar

    Gość: gosiawielemborek@yahoo.co.nz

    0

    Witam Pana. Bardzo ladnie opisal Pan moj nowy kraj od 16 lat. Jak tu przyjechalam z moja rodzina 8 maja 1996r to tez wszystko bylo takie inne,niepodobne do niczego ,co kiedys znalam.Widzialam jak tu pieknie i czysto,ludzie mili,urzedy zyczliwe,ale 4 lata marzylam o powrocie do Polski.Wszystko co Pan opisal jest prawda ,ale plaki kiwi tez zyja w naturze. Bardzo milo sie czyta Pana spostrzezenia . Dziekuje ,ze Pan tak to widzi,szkoda ,ze TY tu nie zyjesz,wszystko by CI sie przewartosciwalo ,w ty wolnym kralu .pozdrowienia dla Zony i Pana .PS smiesnie sie pisze Pan ,my tu wszyscy jestesmy po imieniu.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX