Podróż do ostatnich pogan Azji

Odcięci od całego świata wysokimi łańcuchami górskimi Kalasze różnią się od swych muzułmańskich sąsiadów wierzeniami, tradycją i wyglądem. W ich spokojnej, gościnnej dolinie z chęcią zostalibyśmy na całe tygodnie.
Kalasze - ostatni poganie w Azji Kalasze - ostatni poganie w Azji fot. Łukasz Supergan

Kalasze

Kołyszemy się na wybojach pokrytej pyłem drogi gdzieś w zachodnim Pakistanie. Nieprzespana noc dała nam w kość, a upragniony odpoczynek czeka nas dopiero za kilka godzin. Na razie autobus sunie w żółwim tempie, wspinając się górską drogą na przełęcz Lowari w jednym z pasm Hindukuszu. Kilka godzin wcześniej udało nam się przejechać przez dolinę Swat, gdzie rzeczywistą władzę trzymają podobno talibowie przybyli z Afganistanu.

Nagle siedząca obok Ola potrząsa mnie za ramię, mówiąc: "Patrz za okno!". Poboczem sunie kilkanaście postaci, każda szczelnie zakryta szarym materiałem. Pierwszy raz widzimy kobiety noszące burki - i od razu zaś jest ich mnóstwo. Nie sposób rozpoznać postaci, jedynie siateczka na wysokości oczu pozwala dostrzec, że za płócienną zasłoną znajduje się żywy człowiek. Nie podnosimy aparatu do oka. Próba sfotografowania kobiety mogłaby skończyć się nieprzyjemnie. Granica Afganistanu jest kilka kilometrów stąd, a zamieszkujący ten region Nuristańczycy niespecjalnie ufają obcym. Zwłaszcza paradującym z aparatami.

Po jakie licho pchać się tam, skąd wszyscy chcieliby uciec? Nie mamy na to jasnej odpowiedzi. Wyruszyliśmy w tę podróż, chcąc dotrzeć do miejsc, gdzie nie zagląda niemal nikt. Podróżując przez Pakistan, wpadliśmy na pomysł, by odwiedzić lud zamieszkujący północno-zachodnie rubieże tego kraju. W odległych dolinach znaleźli schronienie Kalasze, ostatni poganie w tej części świata, kolorowy lud, na który nieufnie patrzą muzułmańscy sąsiedzi.

Kalasze

Badania genetyczne wskazują, że ten tajemniczy lud od sąsiadów różni się nie tylko kulturą i wierzeniami, ale także genotypem. DNA przeczy jednak legendzie, że Kalasze są potomkami żołnierzy Aleksandra Wielkiego, którzy osiedli tu po pokonaniu imperium perskiego.

Do tej legendy nawiązywał Rudyard Kipling w powieści "Człowiek, który chciał być królem", zekranizowanej w 1975 r. (w filmie zagrali m.in. Sean Connery i Michael Caine).

W Chitral spotykają się przedstawiciele różnych narodów: Pakistańczycy, Pasztuni, Nuristańczycy i Wakhi W Chitral spotykają się przedstawiciele różnych narodów: Pakistańczycy, Pasztuni, Nuristańczycy i Wakhi fot. Łukasz Supergan

Miasto

Jeśli określenie "na krańcu świata" może być prawdziwe, to Chitral jest jego ilustracją. Na zachodzie i północy otaczają je najwyższe szczyty Hindukuszu. Za nimi granica, dalej czają się terroryści, wojna lub jeszcze coś gorszego. Na południu dolina Swat, w której uaktywnili się ostatnio talibowie. Na horyzoncie wznosi się Tiricz Mir, potężny siedmiotysięcznik, który w latach 70. i 80. kilkakrotnie próbowali zdobyć Polacy. Teraz żadna wyprawa nie zagląda w tamte strony. Dotrzeć można tu tylko dwiema drogami, z których jedną właśnie pokonaliśmy, ale do najbliższego miasta jest kilkanaście godzin jazdy. Kontrola pakistańskiego rządu jest tu raczej fasadowa.

Na ulicy Ola jest niemal jedyną kobietą. Nieliczne, które mijamy, bronią się przed wzrokiem obcych, na nasz widok zakrywając szczelnie twarze i ciała burkami. Na ich tle Europejka w kolorowej chuście to zjawisko. W Chitral spotykają się przedstawiciele różnych narodów: Pakistańczycy, Pasztuni, Nuristańczycy i Wakhi. Mężczyźni noszą luźny strój zwany szalwar kamiz i płaskie czapki, charakterystyczne dla pakistańskich i afgańskich górali. Jednak to nie ich ubiór zadziwia nas najbardziej, a błękitne oczy wielu z nich, tak inne od mieszkańców nizin.

Na pobyt w górach potrzebny jest kwit, który może wydać lokalny szef policji. Idziemy na posterunek. W niewielkim pomieszczeniu wąsaty komendant rżnie w karty z kolegami. Po szybkiej kontroli dokumentów pozwolenie na pobyt w strefie przygranicznej otrzymujemy bez kłopotu, ale musi nam towarzyszyć uzbrojony ochroniarz. Stanowczo odmawiamy. Ostatnią rzeczą, jakiej nam potrzeba, jest "goryl" siedzący nam bez przerwy na karku. Szef policji jest nieprzejednany. - To rozkaz z góry - mówi. - Możecie dyskutować z moimi szefami w Peszawarze. Doba drogi na południe! Nie mamy wyjścia. Nazajutrz rano wyruszamy więc w towarzystwie młodego policjanta. Gwarantem naszego bezpieczeństwa ma być kałasznikow i dwa magazynki.

Życie w dolinie Rumbur zdaje się biec tym samym rytmem co przed wiekami Życie w dolinie Rumbur zdaje się biec tym samym rytmem co przed wiekami fot. Łukasz Supergan

Góry

Kalasze zamieszkiwali kiedyś rozległy teren obejmujący dużą część Hindukuszu, od Afganistanu aż po Karakorum. Obecnie ich społeczność, zaledwie kilka tysięcy osób, przetrwała z trzech dolinach leżących na południe od Chitral: Bumburet, Birrir i Rumbur. Naszym celem jest ostatnia z nich, gdzie kultura Kalaszy jest najlepiej zachowana i jedyna gdzie stanowią oni większość mieszkańców. Podróż w góry nie jest jednak prosta. Autobus dojeżdża do małej wioski u ich podnóża. Dalej czeka nas kilka godzin marszu lub ryzykowny przejazd górskimi drogami.

Zaczynamy negocjacje z kierowcami taksówek. Nikt nie chce jechać za mniej niż 600 rupii, my zaś nie zamierzamy tyle płacić. Krótki spacer między nudzącymi się na pustym placu kierowcami z początku nie przynosi rezultatu. Tyle, tylko tyle, albo nie jedziemy nigdzie. Czasu mamy jednak dużo, poza odległym jeszcze terminem wygaśnięcia wizy nie goni nas nic, postanawiamy więc czekać. Ola chowa się przed słońcem w małej herbaciarni - chaikanie, ja krążę po placu. I oto w pewnej chwili materializuje się przede mną odpowiednia osoba, lokalny "załatwiacz". Poznał naszą cenę i cel, po czym sam zaczyna kręcić się wśród taksówkarzy. I oto cud - znajduje się ktoś, kto jedzie w tamtą stronę, i zgadza się na nasze warunki. Już po chwili siedzimy w samochodzie, wraz z naszym policjantem i jeszcze jednym pasażerem, w drodze do doliny.

Pół godziny później samochód dojechał do wioski Grom.

Witaj, siostro!

Podróż do ostatni pogan Azji, azja, podróże, No i te niebieskie oczyZ początku wszystko wydaje się snem. Nagle za oknami samochodu miga barwny czepek kogoś w polu. Później następny. I jeszcze jeden. Docieramy wreszcie do wsi w dolinie Rumbur. Na spotkanie wychodzi właściciel małego hoteliku. Z tarasu rozciąga się widok na rzekę i niewielkie poletka. Pracują na nich miejscowe kobiety. Pamiętamy ze zdjęć ich barwne stroje, ale widoku na żywo nic nie zastąpi.

Miejscowi mężczyźni ubierają się jak Pakistańczycy. Strój kobiet to rzecz niepowtarzalna. Wszystkie mieszkanki wsi noszą ciemne suknie, długie i wzorzyście haftowane. Wyjście z domu z odkrytą głową jest nieprzyzwoite, więc Kalaszki splatają włosy w kilka ciasnych warkoczy, które zakrywają płaskimi czepkami. Każdy wyszywają koralikami i setkami drobnych muszelek, sprowadzanych tu nie wiadomo jakim sposobem. Całość uzupełnia długi, spadający na plecy pas, tak samo zdobiony. Kobiety Kalaszy nie zasłaniają twarzy. Przyciąga to uwagę Pakistańczyków, którzy uważają je za bardziej wyzwolone i chętnie szukają wśród nich żon. No i te niebieskie oczy... Chodzą za nami cały czas i nie możemy się powstrzymać, by nie patrzeć w ich głęboki błękit... Legenda głosi, że kolorowi górale Hindukuszu są potomkami żołnierzy Aleksandra Wielkiego, którzy osiedliwszy się tutaj, brali za żony miejscowe kobiety. I choć badania genetyczne wykluczają pokrewieństwo Kalaszy ze starożytnymi Grekami, opowieść jest piękna i powtarza ją także nasz gospodarz.

Kiedy idziemy przez wieś, odprowadzają nas zaciekawione spojrzenia. Nie ma w nich jednak strachu ani nachalności, jakich czasem doświadczamy w Azji. Kobiety i mężczyźni podają nam ręce. Przybyszów witają słowami: "Iszpata baba! Iszpata baja!" - "Witaj, siostro! Witaj, bracie!". Moglibyśmy zostać tu na całe tygodnie.

Kalaszki splatają włosy w kilka ciasnych warkoczy, które zakrywają płaskimi czepkami Kalaszki splatają włosy w kilka ciasnych warkoczy, które zakrywają płaskimi czepkami fot. Łukasz Supergan

Inżynier

Inżynier Khan, jak nazywają go tu wszyscy, wita nas płynnym angielskim. Jego dom to najlepsze miejsce w dolinie Rumbur. Na imię ma Nadim, ale każdy zna go jako "inżyniera". Jako pierwszy z Kalaszy poszedł na uniwersytet. Wszyscy myśleli, że kształci się na inżyniera i tak zaczęli go nazywać. Jest jednak nauczycielem, dzielącym szkolny obowiązek z pracą w gospodarstwie. Razem z nim w skromnym domu mieszkają dwaj synowie i trzy córki. Boimy się pytać o ich matkę, może być wdowcem, ale zagadka wyjaśnia się podczas przypadkowej rozmowy. Jak oznajmia nam z całą szczerością inżynier, jego małżonka przebywa w miejscu odosobnienia, zwanym "domem macierzyństwa". Co tam robi? "Przeczekuje swoje dni w miesiącu".

Kalasze dzielą świat na sferę "czystą" i "nieczystą". "Nieczyste" stają się między innymi kobiety w okresie miesiączki. "Czyste", a więc na swój sposób święte, są strumienie i miejsca będące źródłem pożywienia. Wbrew przekonaniom muzułmańskich sąsiadów nie czczą bożków. Uznają jednego Boga, wierzą jednak, że nie ingeruje on w sprawy tego świata. Modlą się więc do duchów opiekujących się Ziemią w jego imieniu. Modlitwa do nich przynosi dużo lepszy skutek niż kierowana do Stwórcy.

Stary mężczyzna oczyszcza kamienne żarna Stary mężczyzna oczyszcza kamienne żarna fot. Łukasz Supergan

Kamień młyński

Podczas wędrówki przez wieś wpada nam w oko niewielka szopa zbita z desek. W jej wnętrzu dwóch mężczyzn oczyszcza uderzeniami młotka wielki, płaski kamień. Po skończeniu tej pracy starannie układają go na drugim, spoczywającym na ziemi. Kiedy oba fragmenty konstrukcji przylegają ściśle do siebie, przychodzi czas na regulację ich wzajemnego położenia. Starszy Kalasz dokonuje tego, wsuwając pod spód małe kawałki drewna, obniżając lub podnosząc dużą, drewnianą oś, na której obraca się górny kamień. Próby ich odpowiedniego dopasowania trwają długo, aż wreszcie starszy mężczyzna jest zadowolony z efektu. W pewnej chwili przesuwa jakąś dźwignię i ciasne pomieszczenie wypełnia szum rwącej wody. Nagle górny z płaskich kamieni, który obaj oczyszczali, zaczyna obracać się wokół drewnianej osi. Na moich oczach zaczął działać mały młyn wodny.

Stary mężczyzna, być może lokalny młynarz, zawiesza nad rozpędzonym żarnem drewniany pojemnik, z którego, pod wpływem wibracji, wpadają między koła ziarna kukurydzy. Lądują pośrodku, w niewielkim zagłębieniu, i po chwili wokół młyńskich kół pojawia się biały pył. Każde kolejne ziarno to szczypta mąki, która trafia do drewnianego korytka obok. Mężczyzna kuca, patrzy w milczeniu.

W górach, gdzie wody jest pod dostatkiem, a żyznej gleby zawsze zbyt mało, młyny wodne są nieodłącznym elementem wiejskiego krajobrazu. Są też ważnym elementem w życiu Kalaszy, którzy owym niepozornym konstrukcjom nadają specjalne znaczenie. Każdy mieszkaniec wsi może korzystać z pracy kół młyńskich. Zachowują to prawo także ci, którzy z różnych (zazwyczaj ekonomicznych) powodów przeszli na islam, choć fakt ten usuwa ich automatycznie z duchowego życia społeczności.

W górach wody jest pod dostatkiem W górach wody jest pod dostatkiem fot. Łukasz Supergan

Porwą, zabiją

Gdy my kręcimy się po okolicy, pakistański policjant większość czasu spędza w domu inżyniera Khana. Je i śpi za darmo. Gdy pytamy o to gospodarza, ten rozkłada ręce w geście rezygnacji: "To jest Pakistan. Tutaj policja zawsze chce mieć coś za nic". We wsi jest już posterunek lokalnej policji, przysyłanie tu kolejnego mundurowego, by ten mógł na koszt miejscowej rodziny zażyć kilkudniowych wakacji, jest tyleż nieuczciwe co bezsensowne.

Drugiego dnia udaje nam się uśpić czujność naszego strażnika i wyjść samotnie na spacer wzdłuż rzeki. Każdy, kogo spotykamy, wita nas zaskoczony. Do doliny Rumbur goście nie trafiają często. Inżynier Khan na pytanie, kiedy ostatnio odwiedził go ktoś z zagranicy, odpowiada "nie pamiętam". Datę pobytu ostatnich gości mógłby łatwo sprawdzić w prowadzonej przez siebie księdze. Turystów jest tu jak na lekarstwo. W 2009 r. Pakistan zaostrzył mocno swoją politykę wizową i liczba odwiedzających region Chitral spadła w porównaniu z rokiem 2004 prawie dziesięciokrotnie. Wielu z nich do pozostania odstręcza obstawa policji. Nasz ochroniarz stara się być sympatyczny, ale pomału i nas zniechęca do zostania na dłużej. Mundur w Pakistanie to pieniądze z łapówek i władza. Ta władza oddaje Kalaszom niedźwiedzią przysługę, płosząc każdego, kto tu dotrze.

Sąsiedztwo Afganistanu to nie bajka. Porwania, choć ostatnio rzadkie, w strefie przygranicznej się zdarzają. W 2009 r. w zachodnim Pakistanie porwano Greka z organizacji humanitarnej. Nuristańczycy obserwowali go dłuższy czas, zanim przyszli, by go zabrać. Uspokajali, że będzie ich gościem i włos mu z głowy nie spadnie pod ich opieką. Chcieli tylko wymienić go na krewnego, siedzącego w pakistańskim więzieniu. Inżynier Khan z ironią w głosie wspomina, jak prawie wszyscy ochraniający go policjanci uciekli. Został jeden, ale gdy próbował uwolnić Europejczyka, dosięgła go kula. Zakładnik, po przetransportowaniu na drugą stronę granicy, traktowany był z honorami i uwolniony natychmiast po spełnieniu żądań przez rząd w Islamabadzie.

Nieśmiało pytamy gospodarza, jak wygląda sytuacja tutaj. Odpowiedzią jest uśmiech i lekceważące machnięcie ręką. Tu, w doliny Kalaszy, talibowie nigdy nie dotarli. Bo i po co?

Życie w dolinie Rumbur zdaje się biec tym samym rytmem co przed wiekami Życie w dolinie Rumbur zdaje się biec tym samym rytmem co przed wiekami fot. Łukasz Supergan

Niepewność

Życie w dolinie Rumbur zdaje się biec tym samym rytmem co przed wiekami. Czarne chmury, które od dziesięciu lat gromadzą się nad Pakistanem, nie omijają jednak samych Kalaszy. Żyjący na uboczu świata, zdani na siebie, muszą stawić czoła nieprzyjaznej rzeczywistości. Dolina, w której jesteśmy, to ostatnie miejsce, gdzie Kalasze są jeszcze większością. Dwie pozostałe zdominowali już muzułmańscy przybysze. Z narodu zamieszkującego niegdyś cały Hindukusz, łańcuch ciągnący się kilkaset kilometrów z Afganistanu po pakistańsko-chińską przełęcz Kunjerab, zostało kilka tysięcy osób. Wiele z nich przeszło na islam, wiedząc, że w kraju, gdzie władzę ciągle trzymają w garści ugrupowania religijne, ułatwi to robienie interesów.

"Zmian nie da się uniknąć" - mówi w zadumie inżynier Khan. Jeśli jednak zaniknie tradycyjny sposób życia, a Kalasze staną się mniejszością nawet w dolinie Rumbur, ich przetrwanie stanie pod znakiem zapytania. Zwłaszcza że czas, w jakim przyszło im stawiać czoła przeciwnościom, do łatwych nie należy. Czy za kilkanaście lat gościnna dolina Rumbur pozostanie równie przyjazna, jak była dla nas?

Więcej o:
Komentarze (4)
Podróż do ostatnich pogan Azji
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • fibius

    Oceniono 9 razy 9

    Chcę poinformować wszem i wobec że gazeta.pl sfałszowała fotografię przedstawiającą dziewczynkę na zdjęciu z 4 slajdu.... sztucznie zafałszowali jej kolor oczu by artykuł mógł być prawdziwy.
    Na stronie, której link zamieszczam poniżej jest również art wraz z dużą ilością niepodrobionych zdjęć, gdzie widać, że dziewczynka ma piwne oczy a nie 'niebieskie'.
    www.shangri.pl/2011/07/pakistan-hindukusz-w-rajskiej-dolinie-kalasze-chitral-rumbur-grom/
    Bardzo proszę redaktorów o nie plucie nam w twarz fałszywymi informacjami bo to tylko zmniejsza waszą wiarygodność zrównując was z pisowskimi pismaczkami.

  • arvek9

    0

    Co znaczy poganin? Pytam na serio! Czy starożytni egipcjanie np: budowniczy Sfinksa byli poganami. Przecież Sfinks jest dowodem na to, że wiedzieli nie tylko o Bogu ale też o boskości, o której istnieniu nawet większość księży chrześcijańskich nie ma pojęcia. Myśla, że w tzw raju będą kiedyś chadzali na "kawkę" np: z Archaniołami, a nawet będą oglądać samego Stwórcę...

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX