Podróże: motocyklem przez Himalaje

Jeździłem po najwyższych dostępnych dla ruchu drogowego przełęczach świata. Ale nie dotarłem na 'dach świata', skoro od najwyższych szczytów dzieliły mnie w pionie 3 kilometry. Określenie poddasze albo zwyczajnie - strych, wydaje się bardziej adekwatne.
Royal Enfield - produkowany w Indiach motocykl, na którym odbyłem całą podróż Royal Enfield - produkowany w Indiach motocykl, na którym odbyłem całą podróż fot. Lech Potyński

Ja i Royal Enfield na strychu świata

Pomysł spenetrowania pogranicza indyjsko-chińsko-pakistańskiego zrodził się w mojej głowie już dawno temu. Słuchałem na jednym z rajdów opowieści angielskiego kolegi o wyprawie motocyklem przez Himalaje, z której właśnie powrócił. Wtedy podobny wyczyn wydawał mi się niezwykle trudny, mogłem o nim tylko marzyć. Czasy się jednak zmieniły, złotówka w moim portfelu urosła w siłę, wyprawa do Indii to już też nie jest nic wyjątkowego. Wraz z Adrianem Kalinkiewiczem, który już kilkakrotnie szwendał się motocyklem po Himalajach, ruszyliśmy do Azji. Oto kilka z niej obrazków.

azja, podróże, Podróż na strych świata, Royal Enfield ma wąziutkie tylne koło które doskonale skakało i wciskało się między zalegający drogę materiał skalny ułatwiając prowadzenie maszyny

Motocykl

Royal Enfield - produkowany w Indiach motocykl, na którym odbyłem całą podróż, to ciekawostka sama w sobie, której warto poświęcić kilka słów. Ten górnozaworowy jednocylindrowiec skonstruowany został w Wielkiej Brytanii w latach 30. XX w., a w czasie II wojny światowej pod oznaczeniem WD/CO doskonale sprawdzał się w armii.

Po wojnie produkcję przeniesiono do Indii, gdzie motocykl wytwarzany jest do dzisiaj w niemal niezmienionej formie. Wprawdzie pojemność silnika wzrosła z 350 ccm do 500, dodano tarczowy hamulec przedniego koła i dokonano kilku modyfikacji zawieszeń, ale podstawowa forma motocykla, a pewnie także i osiągi nie uległy zmianie przez ostatnie 60 lat.

W indyjskich warunkach taki właśnie sprzęt sprawdza się najlepiej. Pozbawiony elektroniki, o prostej, mocnej konstrukcji, da się naprawić w każdych warunkach, o czym przekonałem się w trakcie wyprawy. Wyjeżdżając z fabryki, motocykl zaopatrzony był we wtrysk paliwa, ale natychmiast zamieniono go na zwykły najprostszy gaźnik. Każdy motocyklista z minimalnym doświadczeniem jest w stanie go rozebrać, wyczyścić i złożyć. Ta modyfikacja okazała się bardzo przydatna, szczególnie gdy silnik nabierał wody podczas przeprawy przez któryś z licznych strumieni biegnących w poprzek drogi.

Enfield to maszyna raczej pogardzana w Europie. Jeżdżą nim w zasadzie tylko ortodoksyjni wyznawcy kultu motocykli zabytkowych. Ja jednak w Himalajach nabrałem do niego ogromnego szacunku. Mam wrażenie, ze żaden inny motocykl nie wytrzymałby trudów tamtejszych dróg. Jego zalety doceniłem szczególnie wysoko w górach, gdzie drogi wiodły po wykutych w skale wąskich i krętych półkach.

Royal na wysokości powyżej 4000 m nie chciał przekraczać prędkości 75 km/h i bardzo znacząco tracił moc. W dodatku wąziutkie tylne koło, praktycznie niestosowane już w innych motocyklach, doskonale skakało i wciskało się między zalegający drogę materiał skalny, ułatwiając prowadzenie maszyny. To wszystko okazało się jego atutem. Gdybym miał mocniejszy motocykl, zapewne "przepędzlowałbym" któryś zakręt i nie miałby dzisiaj kto tego tekstu napisać. Tam albo jedziesz po drodze, albo od razu lądujesz kilometr niżej.

Czteronapędowy samochód wiezie wszystko co przydaje się w trasie Czteronapędowy samochód wiezie wszystko co przydaje się w trasie fot. Lech Potyński

Nasza droga przez góry

Narodowa droga nr 1, biegnąca z Delhi przez Manali do Leh i zanikająca (chyba) gdzieś na pograniczu Indii z Chinami, jest zadziwiającym zjawiskiem inżynieryjnym. Dosłownie żyje własnym życiem. Co roku, gdy zejdą śniegi, wygląda inaczej. Cały czas zasypuje ją żwir i kamienie, a strumienie i potoki pojawiają się na niej w zupełnie nieoczekiwanych miejscach.

W wyższych partiach zimą jest całkowicie nieprzejezdna, a latem w zależności od intensywności deszczu staje się gliniastym grząskim bagnem albo zapyloną, kamienną czy piaszczystą pustynią. Szosę się naprawia i czyści, ale osypujący się materiał skalny pojawia się na niej już godzinę po uprzątnięciu. Więc niemal na całej jej długości, gdy tylko aura pozwala, trwają prace ziemne. Można spotkać tu ciężki sprzęt mechaniczny w postaci spychaczy i koparek, ale częściej zdarzają się gromady nieprawdopodobnie umorusanych ludzi, ubranych w przedziwne łachmany, którzy pracowicie młoteczkami kruszą skały i na niewielkich ogniskach gotują w garach asfalt czy inne lepiszcze. Gdzie mieszkają i co jedzą, nie umiem sobie wyobrazić, bo w większości droga prowadzi przez tereny niemal niezamieszkane.

azja, podróże, Podróż na strych świata, Narodowa droga nr 1 - strumienie i potoki pojawiają się na niej w zupełnie nieoczekiwanych miejscach

Wbrew pozorom na drodze panuje spory ruch. Pogranicze Indii, Chin i Pakistanu to rejon wyjątkowo niespokojny, naszpikowany wojskowymi obozami. Potężne konwoje militarnych ciężarówek, wzniecających pod niebo tumany kurzu i niesamowicie smrodzących czarnym, tłustym dymem, spotyka się tu nader często. Konwoje poruszają się w iście ślimaczym tempie, około 25 km/h, i właśnie ze względu na towarzyszący im kurz i dym wyprzedzanie lub nawet mijanie jest wyjątkowo trudne i niebezpieczne. Świadczyć o tym mogą spotykane co jakiś czas kupki postrzępionego i zardzewiałego metalu, które na trawersie kilkaset metrów wyżej były jeszcze całkiem nowymi i dobrymi samochodami.

Oprócz konwojów drogą niespiesznie suną bajecznie kolorowe ciężarówki cywilne, smrodzące na czarno tak samo jak militarne, a dowożące całość zaopatrzenia do okolicznych miejscowości. Lawirowanie między nimi nie należy do łatwych operacji i wymaga sporo wysiłku i umiejętności, a niekiedy nawet ryzyka. Podczas naszej wyprawy na szczęście nie doszło do żadnych poważniejszych wypadków, ale oczywiście bez wywrotek, złamanych podnóżków i innych drobnych nieprzyjemności się nie obyło. Na szczęście w dolinie rzeki Nubry ruch drogowy w kierunku granicy prawie zamiera i spotykamy wyłącznie tak samo szurniętych jak my motocyklistów na royalach.

Do granicy z Chinami dojechać się nie da, bo kolejne wojskowe patrole najpierw grzecznie, a potem w sposób bardziej stanowczy sugerują powrót. Dla cywilów dalsza droga jest zamknięta.

Ladakh - region w indyjskim stanie Dżammu i Kaszmir kiedyś był niezależnym królestwem ze stolicą w Leh Ladakh - region w indyjskim stanie Dżammu i Kaszmir kiedyś był niezależnym królestwem ze stolicą w Leh fot. Lech Potyński

Piękne Himalaje i sterty śmieci

Ladakh - region w indyjskim stanie Dżammu i Kaszmir, kiedyś był niezależnym królestwem ze stolicą w Leh. Położony na pograniczu między buddyjskim Tybetem a islamskim Kaszmirem, był regularnie najeżdżany przez sąsiadów. Większość jego obszaru leży powyżej wysokości 3000 m n.p.m.

Nasza wyprawa nie jest żadnym ewenementem, a organizowana jest przez wyspecjalizowanych, mających duże doświadczenie w takich podróżach, niemieckich motocyklistów. Przez internet umawia się grupa ludzi z całego świata na wyznaczony termin, spotyka się na miejscu i praktycznie skazana jest na bycie we własnym towarzystwie przez trzy tygodnie.

Niekiedy rodzi to niebezpieczeństwo konfliktu charakterów, który w odizolowanej grupie może być trudny do zniesienia, ale my mamy szczęście. Kilku Niemców i Afrykanerów, goście z Mozambiku, Australijczyk i my dwaj, Polacy, potrafiliśmy szybko znaleźć wspólny język, a nawet zakolegować się. Wszyscy (oprócz zdecydowanie młodszego Adriana) są około pięćdziesiątki, wszyscy ze sporym doświadczeniem i zamiłowaniem do dalekich podróży.

Mamy więc o czym gadać i wszyscy wiemy, jak zachować się na wspólnej wyprawie. W sumie jest nas dziewięciu jeźdźców plus Martin - mieszkający od ponad 20 lat w prowincji Goa Niemiec, nasz przewodnik. Jedzie z nami też "wóz techniczny", bez którego prawdopodobnie wyprawa byłaby trudna do zrealizowania. Czteronapędowy samochód wiezie części zamienne do motocykli, zapasy paliwa, wody pitnej, medykamentów, jednym słowem wszystkiego, co przydaje się w trasie. A przydają się różne rzeczy. Od sporego baniaka z benzyną (odległości między stacjami benzynowymi wynoszą niekiedy ponad 300 km), wiezionego na dachu terenówki, poprzez latarki (w miejscowościach bardzo często brakuje prądu, a w wysokich górach nie ma go w ogóle), kończąc na zapasach lokalnego preparatu zwanego rumem Old Monk.

Całą karawaną poruszaliśmy się więc dosyć sprawnie po drodze i bezdrożach, zachowując mniej więcej zwarty szyk i bezpieczne odległości między motocyklami.

Nieprzyjemności

Choroby żołądkowe dopadną każdego, choćby na chwilę, i nie ma na to skutecznego lekarstwa. Flora bakteryjna w Indiach jest tak różna od naszej, że nie ma mocnych na jej działanie. Trochę pomaga wspomniany wcześniej Old Monk czy zwykła polska wódka.

Indyjskie toalety to osobny rozdział, któremu poświęcić by można całą książkę. Wydaje się, że stawiane są tylko ze względu na zagranicznych turystów, bo Hindusi załatwiają potrzeby fizjologiczne właściwie tam, gdzie akurat stoją. A toaleta to w najlepszym razie ceramiczna płyta z podestem pod nogi i dziurą po środku. Nawet nie chcę się zastanawiać, po co obok stoi wiadro z mętną cieczą i niewielkim kubkiem. Papier toaletowy to wynalazek w Indiach spotykany bardzo sporadycznie i należy mieć zawsze jego zapas przy sobie.

Najgorsze są jednak wszechobecne śmieci. O ile "dół" Indii jest nimi pokryty niemal całkowicie, to wysokie Himalaje najwyżej w 20 proc. Ale dla nas to i tak szok, że na "poddaszu świata", w tej przepięknej krainie, walają się sterty plastikowych butelek, torebek i innych obrzydliwych odpadków.

azja, podróże, Podróż na strych świata, Dżammu i Kaszmir - indyjski stan na północy kraju, który od 65 lat pozostaje kością niezgody między Indiami a PakistanemAle Hindusi tak już mają, że w ogóle nie przejmują się tym problemem i wyrzucają swoje śmieci, gdzie popadnie. Podejrzewam, że tak było od zawsze i po to właśnie hodują świnie - żeby utylizowały śmieci. Problem pojawił się wraz z nadejściem ery plastiku, bo świnki z niewiadomych powodów nie chcą go żreć.

 

Dżammu i Kaszmir

Indyjski stan na północy kraju, który od 65 lat pozostaje kością niezgody między Indiami a Pakistanem. Sztuczny, narzucony przez Brytyjczyków podział ich dawnej kolonii między muzułmanów i hinduistów zaowocował trzema wojnami i milionami ofiar.

Trasa: 1700 kilometrów Trasa: 1700 kilometrów fot. Lech Potyński

Trasa: 1700 kilometrów

Lot z Polski do Indii przez Helsinki okazał się stosunkowo krótki i mało męczący. Za to sam pobyt w New Delhi to istny koszmar. Wylądowaliśmy około 5 rano i musieliśmy czekać do 10 wieczorem na autobus, który miał nas zabrać do Nagar - rzeczywistego startu naszej wyprawy.

Jeszcze w Polsce słyszałem komunikaty o opóźniającej się porze deszczowej w Indiach i dramatycznych upałach. Wszystko się potwierdziło, więc na zwiedzanie tego monstrualnego miasta ruszyliśmy w temperaturze lekko poniżej 50°C. Nic dziwnego, że całość przypominała jeden wielki rynsztok, w którym taplały się umorusane nagie dzieci, oraz psy i świnie żywiące się odpadkami. Nawet widok Bramy Indii (coś w rodzaju paryskiego Łuku Triumfalnego) czy rozległego kompleksu budynków parlamentu nie był w stanie zatrzeć tego przykrego wrażenia, okraszonego dodatkowo przykrym zapachem zgnilizny. Delhi opuściliśmy więc z prawdziwą ulgą i nawet 12-godzinna podróż autobusem była przyjemnością w porównaniu z wizytą w tym przeludnionym molochu.

Kolejnego dnia raniutko dojechaliśmy do Nagar, gdzie czekały już na nas royale. Start był skromny, na wysokości zaledwie 1790 m n.p.m. Rozpoczęliśmy żmudny proces aklimatyzacji. Z każdym dniem wyżej i wyżej. Trzeba robić to powoli i z umiarem, bo objawy choroby wysokościowej nie są przyjemne. W drodze do Leh zahaczyliśmy o bardzo ciekawe Manali, ulubione miejsce kwaterowania hipisów jeszcze od lat 70. Część z nich tak zadomowiła się w tej miejscowości, że mieszka już cztery dekady i nie tęskni za Europą czy Ameryką. W Manali chętnie wypoczywają też młodzi Izraelczycy, którzy po odbyciu obowiązkowej służby wojskowej przyjeżdżają tu na jakiś czas się wyluzować. Powód pobytu jednych i drugich jest dosyć prosty. Marihuana rośnie na każdym kroku, a za jej używanie nikt nikogo nie ściga.

My odpuściliśmy sobie jednak skręty, bo nasza trasa z dnia na dzień miała być coraz trudniejsza. Zdobywaliśmy kolejne przełęcze Rothang (3978 m n.p.m.) i Lahalang (5065 m n.p.m.), poruszając się cały czas wzdłuż pradawnego Jedwabnego Szlaku. Klimat wyraźnie się zmieniał, a roślinność rzedła. Zamieszkaliśmy w obozowisku na wysokości 4450 m n.p.m., tuż obok niewielkiej wioski Sarchu. Każdy ruch okupiony był wysiłkiem, wszyscy sapali jak stare parowozy, w nocy trudno było usnąć. Miałem wrażenie, jakby ktoś siedział mi na klatce piersiowej.

Na szczęście te typowe objawy choroby wysokościowej ustąpiły po dwóch dniach, pozostało jedynie sapanie. W dobrych humorach wspinaliśmy się więc jeszcze wyżej. Przez płaskowyż Moore (4300 m n.p.m.), przełęcz Taglang la (5360 m n.p.m.), wzdłuż doliny Indusu dotarliśmy do Leh, stolicy okręgu Ladakh. To ciekawa turystyczna miejscowość, coś w rodzaju naszego Zakopanego. Turystów z całego świata jest multum, bo miejscowość ma własne lotnisko. Miasteczko funkcjonuje na wysokich obrotach tylko kilka miesięcy w roku, a potem, gdy pojawiają się śniegi, turyści i większość mieszkańców przenoszą się w cieplejsze rejony Indii.

azja, podróże, Podróż na strych świata, Khardung La - najwyższa przejezdna przełęcz świata (5606 m n.p.m.)

Z Leh zaatakowaliśmy najwyższą przejezdną przełęcz świata Khardung La (5606 m n.p.m.) i zjechaliśmy do doliny rzeki Nubry. Kolejny szok. Jeszcze dwie godziny wcześniej użerałem się ze śniegami, a tu zieleń i pustynia, po której latały dzikie wielbłądy. Pewnie kilkaset lat temu kilka z nich urwało się z karawany drepczącej Jedwabnym Szlakiem, w sprzyjających warunkach przeżyły i rozmnożyły się.

Wróciliśmy przez Khardung La i krążyliśmy trochę u ujścia rzeki Zanskar do Indusu, zwiedzając liczne świątynie i klasztory. Przedarliśmy się przez ostatnią na naszej trasie przełęcz Futu do niesamowitej doliny Moon, w której krajobraz, jakby zgodnie z nazwą, jest odjazdowo księżycowy. Umordowani, wróciliśmy do Leh. Spojrzałem na mapę, najpierw Ladakhu. Okazało się, że w czasie naszej niemal trzytygodniowej wyprawy ogarnęliśmy jedynie niewielką cześć okręgu. Potem sięgnąłem po mapę całych Himalajów. Na niej nasza trasa (w sumie ponad 1700 km) była niemal niezauważalna. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie w pełni ogrom tej krainy.

Więcej o: