Podróże: świński festiwal w Papui

Jedliśmy larwy z Aborygenami w Australii i piliśmy w Afryce 'piwo' Masajów z gara, który nigdy nie zaznał umycia. Jednak dopiero w Papui podano nam coś, czego nie byliśmy w stanie przełknąć - zabitego na naszych oczach prosiaka, natartego krwią i oparzonego na rozgrzanych kamieniach.
Podróże: świński festiwal w Papui Podróże: świński festiwal w Papui fot. Aleksandra Pawlicka, Jacek Pawlicki

Poleci, jak przyleci

Papuasi to ostatni z ludów, który, nie zważając na cywilizację, żyje jak w epoce kamienia łupanego. W Wamenie, jedynej mieścinie Doliny Baliem, obok terenowych toyot przechadzają się mężczyźni odziani w tykwy zwane kotekami, zatknięte na penisach. Ich jądra swobodnie dyndają między udami, podobnie jak nagie piersi u kobiet.

podróże, Podróże: świński festiwal w Papui, Papuasi malują ciała glinkąfot. Aleksandra Pawlicka, Jacek Pawlicki

By dotrzeć do ukrytych w głębi Iran Jaya (tak zwie się zachodnia, indonezyjska część wyspy, podczas gdy wschodnia to niezależne państwo Papua-Nowa Gwinea) papuaskich wiosek zamieszkanych przez plemię Dani, trzeba wsiąść na pokład niewielkiego samolotu, który w połowie przeznaczony jest dla pasażerów, a w połowie do przewozu towarów. Wraz z nami przy trapie czekają więc stosy wytłoczek z jajkami, kosze z kurami (bo to dwa podstawowe składniki indonezyjskiej diety), zgrzewki wody (dla turystów) i galony oleju do smażenia.

Pilot ostrzega, żebyśmy nie majstrowali przy klimatyzacji, bo na Papui nawet w samolocie trzeba czuć, że jest się w dżungli. A po półgodzinie lotu informuje, że nie wiadomo, czy dolecimy do celu. Aby wylądować w Wamenie, trzeba prześliznąć się przez bramę w górach.

Jeśli chmury są zbyt nisko i zasłaniają prześwit, trzeba zawracać. Na lotnisku w Wamenie nie ma żadnych tablic informacyjnych o rozkładzie lotów. Obowiązuje zasada - jak przyleci, to odleci. Lądują tu tylko samolociki wewnętrznych linii lotniczych. Rolę taśmociągu pełni rząd papuaskich pleców przenoszących towary z samolotu do poczekalni. A bagaże waży się na wagach takich jak te, na których niegdyś ważono w Polsce worki ziemniaków. Przy użyciu odważników. Nasz papuaski przewodnik Scorpio ostrzega, byśmy mocno trzymali bagaże podręczne, bo tu na lotnisku w Papui mają one nogi i potrafią szybko uciekać.

Tradycyjnym nakryciem głów kobiet jest obszerna siatka zwisająca na plecach Tradycyjnym nakryciem głów kobiet jest obszerna siatka zwisająca na plecach fot. Aleksandra Pawlicka, Jacek Pawlicki

Kobieta za pięć świń

Gdy wyruszamy na trekking do papuaskich wiosek, mamy jednego przewodnika, jednego kucharza i kilku tragarzy. Tachają głównie wodę do picia. Pod koniec dnia wędruje z nami już jednak cała gromada ludzi. Ze dwie wioski tragarzy, trzech pomocników przewodnika i paru dodatkowych kuchcików, choć jedynym ich zadaniem jest ugotowanie wody do rozpuszczenia chińskiej zupki. Chińska zupka w luksusowej wersji dla turystów zawiera wrzątek. Lokalny standard, którym karmi się dzieci, to zupka jedzona na sucho, prosto z torebki i popijana wodą ze strumyka.

Nocujemy w papuaskich chatach, zapewniających trzcinowy dach nad głową i matę na ziemi. Żadnych łóżek, prądu czy bieżącej wody.

Gościnne chaty od tubylczych różnią się tym, że nie rezydują w nich świnie. Świnia to najważniejsze zwierzę w życiu Papuasa. Główne pożywienie (obok mięsa szczurów), wyznacznik zamożności i waluta wymienna. Żona na przykład kosztuje pięć świń. Chyba że kobitka jest "po szkole", wówczas cena wzrasta do dziesięciu. Papuasi niechętnie oddają dzieci do szkół, bo rozproszenie wiosek w górach oznacza, że uczące się dziecko musi mieszkać w szkole. Odchodzi z domu na długie tygodnie i rzadko po takiej edukacji wraca do prymitywnego życia rodziców.

Kształci się więc połowę dzieci, a połowa pozostaje w wiosce. Biegają z prosiakami, które traktuje się tu jak własne potomstwo. Świnie śpią razem z kobietami i dziećmi w domu (mężczyźni mają osobną, wspólną chatę), a prosiaki nosi się podobnie jak niemowlęta w siatkach zawieszonych na głowie. Zwłaszcza gdy kobieta idzie w pole uprawiać słodkie ziemniaki, z siatki dobiega często kwiczenie świnki i guganie dziecka.

Świnie należą zawsze do kobiety. Chyba że dopuści się zdrady. Bo zdrada dotyczy wyłącznie kobiet. Mężczyzna po prostu bierze sobie nową żonę, oczywiście nie za friko. Bez datku pięciu świń żadna mu się nie odda.

podróże, Podróże: świński festiwal w Papui, W powitalnym tańcu Papuasi zapraszają na ceremonię bicia prosiakafot. Aleksandra Pawlicka, Jacek Pawlicki

W powitalnym tańcu Papuasi zapraszają na ceremonię bicia prosiaka. Malują ciała glinką, mężczyźni przyozdabiają twarze kłami świń wkładanymi w dziurki nosa, a we włosy wplatają pióra kogutów i kazuarów. Tradycyjnym nakryciem głów kobiet, noszonym od święta i na co dzień, jest obszerna siatka zwisająca na plecach i przykrywająca pośladki. Spódnice z trawy, zakrywające kobietę od pasa w dół, noszą tylko panny. Strojem mężatek jest spódnica z rzemyków mocowana pod pupą.

Większość kobiet w wiosce to żony wodza Większość kobiet w wiosce to żony wodza fot. Aleksandra Pawlicka, Jacek Pawlicki

Większość kobiet w wiosce to żony wodza, obecne lub przyszłe. Każda następna pojawiająca się na papuaskiej ziemi, a więc i Ola, traktowana jest jako potencjalny nabytek - za żonę mężczyzna płaci pięć świń.

Chcąc obejrzeć największe papuaskie święto, czyli świńską ceremonię, na którą składa się rytualne zabijanie, pieczenie i jedzenie świni, fundujemy jednemu z plemiennych wodzów prosiaka. To wydatek około 300 dol. Duża świnia, ta do płacenia za żonę, kosztuje od 500 do nawet 1000 dol. W zamian za podarunek wioska urządza nam świński festiwal.

W ruch idą naszyjniki z muszelek i pazurów kazuarów, korony plecione z ptasich piór i uchodzące za szczyt elegancji świńskie kły wsadzane do nosa. Świnię zabija się jedną strzałą prosto w serce. Szybko patroszona i nacierana skrzepem krwi, jest niemal od razu gotowa do pieczenia. Mężczyźni rozpalają ogień, w którym rozgrzewane są kamienie.

 

podróże, Podróże: świński festiwal w Papui, Prosiaka zabija się jedną strzałą wycelowaną prosto w sercefot. Aleksandra Pawlicka, Jacek Pawlicki

 

Prosiaka zabija się jedną strzałą wycelowaną prosto w serce. Wraz z pierwszymi kroplami wyciekającej krwi, zwierzak zdycha.

 

Doprowadzone do białości, trafiają do dołu wyłożonego przez kobiety świeżymi liśćmi bananowca. Między warstwami gorących kamieni układa się słodkie ziemniaki, kłącza przypominające fasolę oraz tuszę prosiaka oraz jego wnętrzności. Warstwa po warstwie, aż powstanie kopczyk obwiązany lianami i tworzący jednorazowy piec. Teraz nadchodzi czas na handel i tańce. Trudno mówić o znalezieniu wspólnego języka, bo jedynym Papuasem, który mówi łamanym angielskim, jest nasz Scorpio, ale gdy zostawiamy już w wiosce trochę pieniędzy za naszyjniki, koteki i korony z piór, wystarcza do porozumienia jedno słowo: "ła-ła" wymawiane z położeniem ręki na sercu.

 

podróże, Podróże: świński festiwal w Papui, W takim kopcu między warstwami gorących kamieni piecze się świnia i słodkie ziemniakfot. Aleksandra Pawlicka, Jacek Pawlicki

W takim kopcu między warstwami gorących kamieni piecze się świnia i słodkie ziemniaki.

To rodzaj powitania i wyrażenia wdzięczności jednocześnie. Łałając, Ola tańczy z kobietami taniec sióstr i z wodzem taniec przybijania piątki, a właściwie kciuka. Pełna komitywa, nawet buziaczki i gdyby tylko Jacek był zainteresowany pięcioma świniami (a może nawet dziesięcioma, bo Ola jest w końcu trochę wykształcona), to kto wie? Może zostałaby dziewiątą żoną wodza? Ósma nazywa ją już siostrą.

Domeną kobiet jest układanie stosu-pieca Domeną kobiet jest układanie stosu-pieca fot. Aleksandra Pawlicka, Jacek Pawlicki

Goździkowa łapówka

Domeną kobiet jest układanie stosu-pieca. Śpiewają przy tym swe mruczando.

Ten moment zbiega się na szczęście z końcem gotowania. Na znak, że świnia jest gotowa, w jednej chwili przestajemy być atrakcyjni dla naszych gospodarzy. Porzucają nas i skupiają się wokół pieca. Kobiety w kłębach dymu rozgarniają kopiec. Pierwsze swoją dolę dostają maluchy - po kawałku jelita, które wciągają łapczywie niczym spaghetti. Potem starsze dzieci dostają po żeberku i obgryzają je z rozkoszą.

podróże, Podróże: świński festiwal w Papui, Prawo ćwiartowania świniaka mają wyłącznie mężczyźnfot. Aleksandra Pawlicka, Jacek Pawlicki

Prawo ćwiartowania świniaka mają wyłącznie mężczyźni.

Kobiety dzielą się upieczonymi warzywami, mężczyźni mięsem, z wyjątkiem szynki, która w całości trafia do wodza. Ten jednak odkrawa kawałek i podaje nam na liściu. Rozparzone, na wpół surowe mięso, z grudkami czarnej, zakrzepłej krwi nie budzi naszego apetytu. "Ła-ła" z ręką na sercu zwracamy wodzowi, co jego. Nie żywi urazy. Tutejsi ludzie są bardzo przyjaźnie nastawieni, zwłaszcza gdy dostają jako łapówkę paczkę goździkowych papierosów. Palą je wszyscy, łącznie z dziećmi, bo papierosy zostawiają słodkawy posmak w ustach.

Drugą ulubioną używką Papuasów jest betel. Liście i orzeszki palmy betelowej miesza się z wapnem i żuje godzinami. Powstaje przy tym mnóstwo czerwonej śliny, którą Papuasi plują z lubością. Wszędzie na drogach pełno czerwonych placków. Jedynym miejscem, gdzie obowiązują zakazy żucia i plucia betelu, jest główne lotnisko wyspy w Jayapurze. W Wamenie można już strzykać czerwoną śliną.

Nabywamy oczywiście porcję betelu za równowartość 10 centów. Nie odważamy się jednak żuć - nie ze względu na pobudzające właściwości, ale dlatego że czerwony barwnik od razu wżera się w szkliwo zębów, pozostawiając trwały ślad.

podróże, Podróże: świński festiwal w Papui, Goździkowe papierosy palą wszyscy łącznie z dziećmi

fot. Aleksandra Pawlicka, Jacek Pawlicki

O ile betel Papuasi zdobywają sobie sami, a goździkowe papierosy przywożą im turyści, o tyle alkohol jest tu niepisaną umową zakazany. Nie sposób kupić go na straganach i sklepikach. Miejscowi przewodnicy zdobywają czasami dla turystów indonezyjskie piwo, ale z zastrzeżeniem, by nie częstować nim tubylców. Bo władze, wiedząc, że Papuasi mają słabą głowę i skłonność do picia, zabraniają wyszynku w Wamenie. Alkoholu nie kupisz też w sklepach, prowadzonych zwykle przez Chińczyków albo przyjezdnych z Jawy czy Celebesu.

Piwo załatwiają nam z nielegalnych źródeł Scorpio i jego brat. Trzeba liczyć się z wydatkiem rzędu 10-15 dol. za półlitrową butelkę piwa Bintang, indonezyjskiego browaru numer jeden. Przepijamy je na zmianę z coca-colą. Colę traktujemy jak lekarstwo, gdyż skutecznie chroni nas przed biegunkami i zatruciami pokarmowymi, o które tu nietrudno.

Mięso przed i po pieczeniu niewiele się różni - jest prawie surowe i bez przypraw Mięso przed i po pieczeniu niewiele się różni - jest prawie surowe i bez przypraw fot. Aleksandra Pawlicka, Jacek Pawlicki

Zabójczy wirus z Zachodu

Mięso przed i po pieczeniu niewiele się różni. Jest prawie surowe i bez przypraw.

W Wamenie jest jeden punkt internetowy, prowadzi go Japończyk, który przybył tu w 1983 r., niedługo po tym, gdy pojawił się tu pierwszy samochód. Do internetu dowozi ryksza za pół dolara. Taka, jakich trudno już szukać nawet w Indiach. Zwykła, rowerowa, z przyspawanym siedziskiem. W miasteczku działają komórki, ale gdy wyrusza się w góry, zasięg ginie. Giną drogi i mosty, niszczone w nierzadkich tu trzęsieniach ziemi. Nieraz przekraczamy rzekę w bród, wspierani na ramionach Scorpio i jego pomocników.

podróże, Podróże: świński festiwal w Papui, Papuasi niechętnie oddają dzieci do szkółOpuszczając indonezyjską Papuę zastanawiamy się, jak długo jeszcze przetrwa ten półdziki świat. - 5-10 lat najwyżej - mówił jeden z naszych lokalnych przewodników, który liznął odrobiny Zachodu. - Obawiamy się, że potrwa to krócej - odpowiedzieliśmy mu. Zachodnia cywilizacja jest jak wirus, rozprzestrzenia się szybciej, niż można przypuszczać.

Już teraz przed kompleksem papuaskich wiosek można zobaczyć wybetonowany parking, na który podjeżdżają samochody z turystami, głównie z Europy Zachodniej - Francji, Hiszpanii, Włoch. Papuasi chętnie przejmują wszelkie udogodnienia. Cennym towarem są T-shirty czy okulary słoneczne, papierosy - jedyną namiastką "luksusu" w stylu zachodnim.

Momentami widać już, jak zaciera się granica między starym a nowym. Kiedy wchodziliśmy do jednej z wiosek, kobiety jak na komendę zaczęły ściągać T-shirty, żeby pokazać nam się w "naturalnym" stroju, czyli z nagimi piersiami. Wiedziały, że dla nas, ludzi z Europy, Papuaski muszą mieć odkryte piersi.

Zdarzało się, że za sesję zdjęciową trzeba było wynegocjować zbiorową cenę - kilka paczek papierosów i 10 dolarów. Negocjacje prowadziliśmy z mężczyznami i wodzem wioski, ale kiedy do akcji wkraczały kobiety, domagały się więcej i podburzały mężczyzn, by podbijali wynegocjowaną stawkę.

W samolocie, który zabierał nas na Celebes, stwierdziliśmy zgodnie, że przyjechaliśmy tu niemal w ostatniej chwili. Turystyczny "Disneyland" jest już u progu Papui.

Tykwa na penisie jest najbardziej rozpoznawalnym papuaskim symbolem Tykwa na penisie jest najbardziej rozpoznawalnym papuaskim symbolem fot. Aleksandra Pawlicka, Jacek Pawlicki

Znak firmowy - koteka

Tykwa na penisie jest najbardziej rozpoznawalnym papuaskim symbolem. Nakładana na członek i mocowana sznurkami wokół jąder i bioder, sterczy dumnie ku górze. Wielkość koteki nie ma jednak nic wspólnego z potencją właściciela. Przeciwnie - Papuasi to wojownicy wierzący, że aktywność seksualna obniża ich sprawność fizyczną. Seks uprawiają najczęściej z żoną, zachodząc po zmroku do jej chaty i zwabiając na parter, do poziomu zagrody dla świń. Chaty mają bowiem rodzaj pięterka wykorzystywanego jedynie jako sypialnie.

Różna wielkość koteki służy więc głównie do rozpoznania przynależności plemiennej. Dani preferują krótki przyodziewek na penis. Lani i Yali przeciwnie, im większą tykwę tachają przed sobą, tym lepiej. Koteki to wysuszone owoce rośliny z rodziny dyniowatych. W Ameryce Południowej Indianie robią z nich naczynia do picia mate. W Turcji są materiałem do produkcji lamp. W Indiach do popularnych grzechotek. Te papuaskie różnią się kształtem, nie mają pękatych krągłości, przypominają wielką papryczkę chili.

Rząd indonezyjski w ramach polityki westernizacji próbował wytrzebić zwyczaj noszenia kotek. W 1971 r., za rządów skorumpowanego prezydenta Suharto, zarządzono "Operację koteka", czyli akcję nakłaniania Papuasów do zamiany kotek na uznawane za "nowoczesne" szorty. Mimo represji i prób przekupowania rdzennych mieszkańców - nie udało się. Po roku operacja zakończyła się fiaskiem.

Rozdawane szorty służyły, owszem, ale jako nakrycie głowy przed palącym słońcem.

To, czego nie może dokonać polityka, powoli, lecz skutecznie, osiąga czas. Dziś koteki jako strój powszechny noszą już tylko starsi mężczyźni. Młodsi zakładają je do rytualnych obrzędów, a na co dzień wolą szorty i T-shirty, najlepiej w barwach moro. Papuascy przewodnicy przyznają, że kto chce zobaczyć ten znikający świat w naturze, a nie w postaci cepelii, powinien się pośpieszyć. Dają mu jeszcze pięć, dziesięć lat góra.

podróże, Podróże: świński festiwal w Papui, Papua-Nowa Gwinearys. Redakcja

Co? Jak? Za ile?

Samolotem do stolicy Indonezji - Dżakarty, potem lokalnymi liniami na wyspę Papua do jej stolicy Jayapury i stamtąd małymi samolotami do serca Doliny Baliem - Wameny. Tu warto zawczasu zadbać o lokalnego przewodnika, bez którego trudno dotrzeć do większości papuaskich zakątków. Dla nas wyszukało go polskie biuro podróżników Flugo. Taki przewodnik załatwia policyjne pozwolenie na wstęp do Doliny Baliem, bez którego obcokrajowiec nie może się tam pojawić. Negocjuje z wodzami wioskowymi i dba o bezpieczeństwo podczas trekkingu w górach. Nie zaleca się tu wypraw w pojedynkę z uwagi na nierzadkie porwania turystów dla okupu. Nasza ekipa liczyła dziewięć osób, nie licząc towarzyszących nam tubylców. Jedzenie, noclegi i napiwki są tanie. Dolar dla tragarza dziennie to przyzwoita stawka. Na całość wyprawy, w zależności od cen biletów lotniczych, trzeba przeznaczyć minimum 10 tysięcy złotych.

Więcej o: