Indie: podróż po Radżasthanie

Nie ma szans! Ciężarówka wali prosto na nas, a nasz kierowca oszalał i nie zwalnia. Pas z lewej blokuje krowa, na poboczu tłum, stragany, dzieci, kozy. W prawo też nie odbijemy - krawężnik na pół metra wysoki, na nim śpi nędzarz, klaksooooon! Stop. Kierowcy uprzejmie sobie pomachali. Pojechali na białko. Jesteśmy w Indiach.
Indie - podróż po Radżasthanie Indie - podróż po Radżasthanie fot. Tomek Fedor

Na drodze ważna jest hierarchia

Jazda na białko to tutaj najważniejsza zasada ruchu drogowego. - Na jakie białko?! - Na oczne - wyjaśnia cierpliwie Jahangir, nasz nieoceniony przewodnik. - Jedziesz prosto na pojazd z naprzeciwka tak długo, aż zobaczysz białka oczu kierowcy. To znak, że pora ustąpić.

Faktycznie, potem wielokrotnie byłem świadkiem, jak nasz kierowca jedzie na białko. Raz ustąpił on, raz ten drugi, wyglądało groźnie, kończyło się zawsze tak samo - samochody gładko się omijały. Wierni tej zasadzie zupełnie bezpiecznie przejechaliśmy ok. 2 tys. km po indyjskich stanach Delhi, Uttar Pradesz, Pendżab i przede wszystkim po Radżasthanie.

- A czy są tu jakieś przepisy? - No pewnie, że są - odpowiedział Jahangir. - Możesz z nich korzystać. Ale nie musisz. Jest demokracja.

Indie - podróż po Radżasthanie, azja, podróże, W Indiach nie ma pustych przebiegów.

W Indiach nie ma pustych przebiegów. Na zdjęciu - "ciągnik z naczepą osobową" w rezerwacie Sariska

Zasadę naczelną, na białko, uzupełnia druga: o hierarchii na drogach. Tego się trzeba nauczyć. Najważniejsza jest krowa. Potem kierowcy autobusów, następnie ciężarówek. Jak się mijają albo wyprzedzają - obowiązkowo zatrąbią. Trochę na wiwat, trochę na dzień dobry, a trochę, żeby przypomnieć: uwaga, jadę. Ciężarówek i autobusów jest dużo, pieśń klaksonowa więc nie milknie.

Dalej są traktory z przyczepą osobowe (ładowność - zależy od gabarytów pasażerów, ale Hindusi raczej nie są otyli) i traktory z przyczepą towarowe. Potem busiki - fajnie się jeździ na dachu, można zwiesić nogi przed przednią szybą i machać kierowcy. Najfajniej, jeśli są to nogi damskie, wtedy są wniebowzięci.

I wreszcie pojazd najważniejszy: tuktuk. Kółko z przodu, dwa z tyłu, silnik Diesla na sznurek (jak w kosiarce), buda, a pod nią - radosny kociokwik. Oficjalnie może wieźć dwie osoby z przodu (kierowca i pasażer) i cztery (dwie dwuosobowe kanapki) z tyłu. Nie widziałem, żeby tuktuk jechał tak pusty. Ja jechałem w niebywałym luksusie siedmioosobowym. Ale poniżej 10 osób - to rzadki widok. Najwięcej - 17 sztuk - naliczyłem w Jaipurze.

Jazda tuktukiem krew mrozi w żyłach. Ich roześmiani kierowcy przecisną się wąskim przesmykiem między ciężarówkami i autobusami, wbiją się na rondo pod prąd, objadą chodniczkiem, ocierając się o stragan z garami pełnymi wrzącego oleju, i wyjdą z tego bez szwanku.

Jedziesz i nie tracisz kontaktu z rzeczywistością: tu pozdrowisz piękną nieznajomą, a ona pomacha, tu ci dzieciak - cały w pianie, bo uciekł z kąpieli - pomacha z progu domu, tu krowę pogładzisz w biegu i najważniejsze - czujesz ten zapach: zapach Indii.

Mieszanina orientu, która przepuszczona przez moje europejskie, zalergizowane nozdrza kazała się zapamiętać tak: nuta głowy - spaliny. Raczej diesel, z domieszką woni gazu; nuta serca - nawóz krowi i rynsztok, czyli szambo rozwodnione mydlinami z subtelnym akcentem świeżych, a głębiej - nadgniwających owoców ze straganów; nuta głębi - rozgrzany olej sezamowy, na którym pieką się placki, chlebki i warzywa. Wszystko spaja wszechogarniający aromat wspaniałych hinduskich przypraw.

Indie - podróż po Radżasthanie, azja, podróże, jednoślad rodzinny

Wszystko, co się rusza, może się poruszać po drogach: i jednoślad rodzinny (mama zazwyczaj siedzi na kole jako czwarta, tu widocznie musiała zostać w domu), i czteroślad roślinożerny

Wróćmy na drogi, bośmy jeszcze kilku ważnych środków lokomocji nie omówili. Za tuktukami umieściłbym motory, czyli pojazdy dla mniejszych rodzin. W środku - kierowca. Przed nim, na kierownicy, szkrab. Za nim - pierworodny. Czasem jeszcze średni. Całkiem z tyłu, na zderzaku, żona. W sumie cztery, a nawet pięć osób. Albo np. trzech dorosłych mężczyzn. To widok dość powszechny, dziwiłem się tylko pierwszego dnia.

I ostatnie ogniwo w łańcuchu pojazdów mechanicznych - skuter. Bardzo popularny i chyba najbardziej sfeminizowany. Ech, jak te dziewczyny śmigają! Zajeżdżają raz z jednej, raz z drugiej strony, wyprzedzą, poczekają, i znowu. Ciągną za sobą smugę bajecznie kolorowych szali, wiatr rozwiewa im sari albo pendżabskie tuniki, zalotnie zaglądają przez okna autobusom i pasażerom w oczy, śmieją się, machają, igrają z prędkością.

Indie - podróż po Radżasthanie, azja, podróże, Riksza może być osobowa lub ciężarowa

Riksza może być osobowa, może też być ciężarowa

Dalej rozciąga się inna kraina: pojazdów poruszanych siłą mięśni. Mnóstwo rowerów. To i mnóstwo warsztacików i wypożyczalni - za pięć rupii (!) można mieć rower na całą godzinę.

Ale co to znaczy rower?! Aż mi serce drgnęło, jak się przyjrzałem. Ja się na takim uczyłem jeździć jeszcze w poprzednim tysiącleciu! I myślałem, że dawno zginęły, razem z peerelem, zeteseserem, erwupegiem i marszałkiem Kulikowem. Jednoślady klasy ukraina, ural, albo kaukaz. Czyli pancerny (gniotsa, nie łamiotsa) ruski rower na wielkich kołach, żadnych wynalazków dla mięczaków typu przerzutki albo hamulce ręczne.

Z takiej maszyny pracowity Hindus zrobi sobie rikszę, którą ty wynajmiesz, razem z "motorniczym" za jakieś 50-100 rupii na godzinę. Nasz rikszarz nosił piękne imię Yes, miał odlotową spodnio-spódnicę w niebieską kratę, był chudy, żylasty i niesamowicie silny - pod górę, po strasznych wybojach Mathury, śmigał z nami dwoma tak, że aż nam oczy mgłą zachodziły. I znał angielski: - Do you speak english? - Yes. - Whats your name? - Yes - odpowiadał ze zrozumieniem, a gęba u niego była roześmiana.

Skąd nam się ta riksza wzięła? O, to już następna opowieść.

nasz rikszarz w Mathurze ze swoją niezawodną maszyną. nasz rikszarz w Mathurze ze swoją niezawodną maszyną. fot. Tomek Fedor

Zaliczam Mathurę

Nasz rikszarz w Mathurze ze swoją niezawodną maszyną

Rikszą odbyłem szalony wyścig po uliczkach starożytnej Mathury, miejscu tak niemal ważnym dla Hindusów jak dla chrześcijan Betlejem. Tylko starszym. 3,5 tys. lat temu przyszedł tu na świat Kryszna, jedno z najważniejszych bóstw hinduizmu, reinkarnacja Wisznu. Żadne inne miejsce, które odwiedziłem w ciągu 12 dni tej wyprawy, nie wydało mi się tak hinduskie do szpiku kości i tak - szczęśliwie - mało odpicowane pod turystę. Powiem ci, co masz tam robić, na co patrzeć i dokąd z kim pójść.

Krzywa i wyboista ulica prowadząca do sanktuarium roi się od świątobliwych ascetów manifestujących przekonania strojem, długimi włosami, brodami i malunkami na czole. Są pogodni i chętnie dają się fotografować. Nic nie chcą w zamian, w odróżnieniu od zwykłych żebraków: ci pozwolą zrobić zdjęcie, ale potem umordują cię skamlaniem o bakszysz. Daj nie więcej jak 10 rupii, zostawią cię w spokoju.

Wróćmy jednak do Kryszny, bo jest po co. O tym, że to jedno z ważniejszych bóstw, było wyżej. Ale nie było, że i jedno z najfajniejszych. Co tu dużo gadać, ludzki bóg. Zabił swego wuja Kansę, który znęcał się nad poddanymi, ubił 12-głową kobrę - demona Kaliję, by ludzie mogli znów czerpać wodę z zatrutego przez niego jeziora. I choć miał 16 tys. kochanek (potrafił się rozdwoić, roztroić itd., by móc być z kilkoma naraz), to przecież była też ta jedyna, najukochańsza Radha. Kobiety go uwielbiały, bo pięknie grał na flecie (tak jest najczęściej przedstawiany), pociągał je też jego niebiański wygląd, a konkretnie takaż, czyli niebieska cera. Hinduscy bogowie tak właśnie są przedstawiani: niebiescy, bo z nieba.

Najwięcej emocji dostarcza samo przekraczanie bramy sanktuarium. Jest gorzej niż przy wchodzeniu na koncert Red Hot Chili Peppers. Nie wolno wnieść żadnego aparatu, kamery, telefonu, ostrego przedmiotu, jedzenia, picia. Rewizja jest dość dokładna. Rewiduje wojsko - dlaczego, o tym za chwilę. Panowie wchodzą z prawej i są obmacywani w bramie, panie - z lewej i muszą przejść pojedynczo przez zamknięte pomieszczenie. Co tam się dzieje, nie wiem, ale Ewa wyszła lekko rozbawiona. - Była rewizja? - zapytałem. - Była. - Dokładna? - Dość dokładna. - Jakieś szczegóły? - Żadnych szczegółów.

Po lewej zostaw buty. Nie obawiaj się, nie giną. Dalej - dla odważnych - toaleta. Czuć z daleka. Jak mogłem jednak nie skorzystać? Do tej pory najbardziej egzotycznym wucetem, jaki odwiedziłem, były monumentalne, postradzieckie podziemia dworca kolejowego w Witebsku. Tu też była dziura w podłodze.

Indie - podróż po Radżasthanie, azja, podróże, Święci starcy na ulicach Mathury - miejscu przyjścia na świat boga Kryszny - są pogodni i chętnie pozują do zdjęć

Święci starcy na ulicach Mathury - miejscu przyjścia na świat boga Kryszny - są pogodni i chętnie pozują do zdjęć

Sanktuarium Kryszny zbudowane jest z czerwonego, bardzo w tych okolicach powszechnego, piaskowca. Choć podoba mi się, wolę biały marmur (patrz: Tadż Mahal), ale nie dlatego, że mniej dostojny. Czerwony piaskowiec jest w tym klimacie gorszy z powodów praktycznych: nagrzewa się. Nagrzewa się jak diabli i pali stopy. Nie da się chodzić, a chodzić jest gdzie, bo samych schodów są ze trzy piętra. Na szczęście schody i dziedzińce wyłożone są chodniczkami.

Do zobaczenia masz tak naprawdę tylko kilka rzeczy i 30-40 minut powinno ci starczyć na wszystko. Chyba że zaczniesz się modlić. W jednej z przejściowych salek dwóch takich zaczęło 47 lat temu i - co prawda ze zmiennikami - robią to nieprzerwanie, dzień i noc aż do dziś! To chyba rekord w długości odmawianej bez przerwy modlitwy. Musisz ich zobaczyć - siedzą pod ścianą i śpiewają w ekstatyczny sposób to co wszyscy krysznaici: hare Kryszna, hare Rama. Rzuć kilkadziesiąt rupii do miseczki, należy im się - było nie było, może i za ciebie się modlą.

A teraz pora rozprawić się z niepokojącą obecnością w tym świętym miejscu wojsk, policji zbrojnych w karabiny z ostrą amunicją, wyjaśnić potrzebę tych rewizji, podejrzliwych spojrzeń - mówiąc krótko: permanentnej inwigilacji. Czego te służby tak pilnują?!

Sprawa jest skomplikowana. Żeby ją pojąć, musisz się udać na drugą stronę sanktuarium. Dojdziesz do takiego miejsca, z którego już dalej dojść się nie da. Bo jest mur na jakieś 10 m wysoki, zwieńczony pokręconym drutem kolczastym i do tego pod prądem. A za tym murem... Świta ci już? Tak, w murze znajdziesz wyjaśnienie. Za nim, jak za fosą, stoi tzw. Meczet Piątkowy, przedmiot morderczego konfliktu krysznaitów z muzułmanami. Został zbudowany w XVII w. na miejscu starożytnej świątyni Kryszny, którą islamiści zburzyli (ta, którą możesz zwiedzić, jest z XX w.), czego krysznaici nie chcą wybaczyć. A muzułmanie idą w zaparte i zajętego kilkaset lat temu terenu ani myślą zwracać.

Co jakiś czas w Indiach wybuchają krwawe zamieszki między wyznawcami obu religii. Najtragiczniejsze miały miejsce w 1992 r. Mogło zginąć wtedy nawet  600 osób. Ot, ludzkie wytłumaczenie i żarliwości modlitwy w świątyni, i wojskowo-policyjnych rygorów przed nią.

Jaką metodą zwiedzać sanktuarium? Rusz za jedną z modlących się grupek, obserwuj i naśladuj. Zaraz za progiem zwróć uwagę na dziewięć świętych figurek z kamienia liczących pono tysiąc lat, a znalezionych na miejscu świątyni. Hindusi obeszli je ze czcią głaszcząc - tak i ja zrobiłem. Potem rozejrzałem się dookoła i spostrzegłem, że siedzący na podłodze wierni wypatrują czegoś na suficie. Spojrzałem i ja i wtedy rozwarły się przede mną bramy nieba. Nieba wyznawców Kryszny.

Sufit tutaj to biblia pauperum, biblia dla ubogich, bo w obrazkach. Sceny z życia boskiego Kryszny, a więc: pastereczki pięknie odziane i w kąpieli, piękne ogrody i ptaki, powozy i zwierzęta, a na tych powozach, zwierzętach, drzewach i pasterkach - Kryszna. Piękny, radosny, błękitnolicy, z fletem, w zabawie - w wielu postaciach, w wielu miejscach, bo materia go nie ogranicza. Znawca sztuki by się co prawda skrzywił na te bohomazy, ale nie dla znawców sztuki, tylko dla znawców życia to propozycja.

Gdy napasłem oczy tym rajem, przeszedłem do najświętszego ze świętych - celi, w której bóstwo przyszło na ten ziemski padół. No, tego się nie spodziewałem: korytarzyk ze sześć metrów na trzy, odrapaną olejną machnięty jak poczekalnia na stacji PKP w Zielonce, za barierką dwóch facetów pokazuje jakieś krzyżyki kredą na ladzie namalowane: tych miejsc dotknął Kryszna. Korytarzyk przechodni, nie pokontemplowałem więc specjalnie, bo następni w kolejce wypchnęli mnie na dziedziniec.

I to by było na tyle. Wyszedłem, odebrałem buty, wróciłem na ulicę, gdzie czekał Yes ze swoją rikszą. I zawiózł mnie nad Jamunę. Wsiadłem do łódki płaskodenki z ciemnoskórym wioślarzem. Łódka bujnęła, ja zadrżałem.

Nabrzeża Mathury ze świętej rzeki Jamuny Nabrzeża Mathury ze świętej rzeki Jamuny fot. Tomek Fedor

Złudzenia na łódce

Nabrzeża Mathury ze świętej rzeki Jamuny

Jamuna to rzeka święta. Uświęca ją to, że wpada do najświętszej ze świętych - Gangesu. I nad nią także, jak nad Gangesem, pali się ciała zmarłych, a prochy wsypuje do wody, której nurt w Mathurze ciemny jest i toczy się leniwie. Nietrudno natknąć się na krokodyla, którego obecność Jahangir wytłumaczył nam racjonalnie. Otóż palenie zwłok zleca się firmie, a ta oczywiście kieruje się głównie kategorią zysku. Przycina koszty. A na czym może przyciąć? Najłatwiej na opale. Bywa więc, że brygada nie dopali nieboszczyka i do rzeki wyrzuci nie sam proch, w który się miał obrócić, ale i coś więcej. To "coś więcej" to lekki chleb dla krokodyli. A co, jak zabraknie im lekkiego?!

- Tam coś zabulgotało - Ewa lekko zaniepokoiła się i przesunęła bliżej środka. Łódka zachybotała się, wioślarz sprawnie skontrował, wyrównał i skarcił nas wzrokiem. 10 osób siedzących w kucki na płaskim dnie wywrotnej jak diabli łódki zaczęło się trwożliwie rozglądać.

Ciiii! Jesteśmy na samym środku Jamuny, woda spokojna, ale nie przejrzysta. Próbuję sobie przypomnieć, jak Indiana Jones radził sobie po wpadnięciu do rzeki z krokodylami, ale wyobraźnia uporczywie podsuwa mi inny obraz: bohaterów próbujących nie utonąć wśród wyskakujących z wody trucheł w końcówce innego filmu Spielberga - "Duch". Krokodyle z Jamuny mogły wszystkiego nie dojeść. I nawet jeśli to nie one pod łódką buszują, to czy mogę mieć pewność, że z topieli nie wypłynie zaraz jakaś noga albo czaszka??

Nie wypłynęła. Szurała o burtę zwykła gałąź. Koniec przygody, też mi przygoda. Może już lepiej popatrzmy na brzeg.

A z Jamuny Mathura wygląda niezwykle - musisz to zobaczyć. Gęsta zabudowa, domy sprawiające wrażenie opuszczonych. Kamienne schody nad samą rzeką to ghat, miejsce, gdzie się pali zmarłych. Chodzą po nim kobiety w sari, jedna zapala lampkę i puszcza ją na wodę. Ten ghat nazywa się Wisram, czyli odpoczynek, wygoda, ulga. Prawie jak po polsku. A obok czarna kopuła Sati Burdz - wieży postawionej w miejscu sati, czyli dobrowolnego spalenia się żony po śmierci męża. Obecnie sati jest tu zakazane. A u nas tak ktoś nazwał popularną kawę - gratuluję. Mocno palona.

Z prawej rozbawione stado małp. Gonią taką jedną, która założyła foliową reklamówkę na głowę i ucieka obijając się o mur. Krowa stoi na płaskiej wieżyczce i spogląda na nas z góry. Dlaczego tak cicho?

Wracamy do brzegu i wraca jazgot, zapach i kolor miasta. Małpy skaczą po murach nad głowami, sprzedawcy pchają się ze swoimi ganeszami i bransoletkami, jakiś Hindus robi nam zdjęcie komórką, rikszarze przepychają się przez grupkę gapiów. Jest i nasz Yes, czeka uśmiechnięty. Zdaliśmy Mathurę.

Indie - podróż po Radżasthanie, azja, podróże, Trasa naszej podróży

Trasa naszej podróży

Tadż Mahal to cud architektury Tadż Mahal to cud architektury fot. Tomek Fedor

Sztuczki Tadż Mahal

Tadż Mahal to cud architektury, co widać od razu, i parę sztuczek, których trzeba poszukać

Ósmy cud świata. Największe mauzoleum (Lenina widziałem kilka miesięcy wcześniej - to kurnik), budowane 22 lata w XVII w., przebogate, przewspaniałe, urzekające symetrią. Jest tak popularne (w Google hasło Taj Mahal wypluwa 3,370 mln linków), że opis ci daruję. Powiem ci za to o sztuczkach Tadż Mahal, których w przewodnikach nie znajdziesz.

Przyjedź rano, tzn. nie później niż na dziewiątą. Unikniesz tłumów i strasznego upału.

W bramie, gdy już podniesiesz się po tym, jak padniesz powalony widokiem, poczekaj, aż wszyscy przejdą, stań u wewnętrznego progu i - patrząc na mauzoleum - pójdź szybko w tył. Widzisz? Aha, mauzoleum się zwiększa! To jedna ze sztuczek optycznych, których główny architekt obiektu, pewien Pers sprowadzony z regionu Sziraz (zapamiętaj tę nazwę, wyjaśnię potem), przygotował znacznie więcej.

Odbicie mauzoleum w sadzawce to banał, idziemy dalej. Buty zostaw po lewej, przed wejściem na schody. Tutaj posadzka nie parzy, biały marmur jest chłodny. Zatrzymaj się przed głównym wejściem. Zdobi je ramka z napisami w perskim alfabecie.

I tu kolejna sztuczka: gdy zadrzesz głowę do góry, by śledzić napis, zauważ, że mimo iż ramka wystrzela w górę na kilkanaście metrów, perspektywa nie ucieka. Tzn. im wyżej, tym ramka powinna być optycznie coraz węższa, a nie jest. Bo sprytny Pers kazał ją rozszerzać ku górze, by człowiek, stwór mały, był porażony wielkością obiektu, ale by czytać mógł całą ramkę z tą samą łatwością. Oczywiście litery też są takie same na każdej wysokości dlatego że są coraz większe.

Zrozumiałeś? To przeszedłeś do następnego etapu: komnata grobowa. Tu sztuczki dwie. A właściwie sztuczka i szwindel. Na środku sali stoi piękny biały grobowiec, obok mniejszy. To zapewne grób pięknej Mumtaz Mahal i jej nieutulonego w żalu męża Śahdźahana? - Owszem - oznajmił Jahangir - ale w wersji dla ubogich, czyli zwiedzających, chcących zobaczyć, jak grób wygląda. Wygląda dokładnie tak. Ale to kopia. Prawdziwy, identyczny, jest piętro niżej, w krypcie, której spokoju zwiedzający nie mają prawa zakłócać. Tam król - póki żył - chciał być sam z utraconą ukochaną.

To szwindel. A sztuczka? Uważaj: poczekaj, aż wszyscy ucichną i wtedy powiedz, a nawet krzyknij coś głośno, nikt cię nie skarci, robi tak wielu. Dlaczego? Bo to jedyne takie miejsce, gdzie echo będzie cię powtarzać aż siedemnaście sekund! Ogłuszony echem wyjdź z komnaty i stań spokojnie na dziedzińcu.

Gdy już przyzwyczaisz oczy do słońca, popatrz na narożne cztery minarety. Mają po 40 m wysokości i dopełniają cudu symetrii. W nich kryje się następna sztuczka. Są lekko odchylone na zewnątrz. Mądry Pers wiedział bowiem, że w tym rejonie może się zdarzyć trzęsienie ziemi. Kazał je odchylić, by - w razie kataklizmu - nie padły na mauzoleum, tylko na zewnątrz.

Ja obszedłem mauzoleum od lewej. Jeśli pójdziesz mym śladem, zwróć uwagę na narożniki. Ustaw się z 10 m od nich, będą kolejne sztuczki. Narożniki są wklęsłe, w ukośną kratkę. Ile widzisz czarnych pasków? Policzyłeś? Teraz podejdź blisko. I co, tyle samo? A co z wklęsłością? Zniknęła! Ściana jest gładka, to wzorek daje takie złudzenie. Kolejny optyczny kant przemyślnego Persa z Szirazu.

Indie - podróż po Radżasthanie, azja, podróże, Sztuczka z perspektywą w ?ramce? na wejściu. Ująłem dłuto w dłoń i odłupałem kawałek płyty która stanie się częścią Tadż Mahal.

Sztuczka z perspektywą - kryje się w tej "ramce" na wejściu

Ująłem dłuto w dłoń i na wieczną pamiątkę odłupałem kawałek płyty, która stanie się częścią Tadż Mahal

Z prawej strony mauzoleum czeka cię sztuczka ostatnia, ale zanim do niej dojdziesz, masz okazję wpisać się na stałe do światowego dziedzictwa architektury. Otóż w podcieniach wytęż słuch i wyłów odgłos pukania. Jest? To znaczy, że kamieniarze są na posterunku. I wykuwają w czerwonym piaskowcu - tak z dziada pradziada, od kilkuset lat - kolejną płytę zdobną w motyw roślinny lub jakąś arabeskę. I wiesz co? Za 50 rupii pozwolili i mi puknąć parę razy. Mam swój udział w budowaniu Tadż Mahal! Może i tobie się uda?

Teraz znajdź w pobliżu bramę północną. Widok z niej na mauzoleum wydał mi się piękniejszy niż z głównej. Zrób w niej to samo co w głównej, tylko odwrotnie (marsz do przodu), zobaczysz to samo, tylko odwrotnie (Tadż Mahal się zmniejszy). I to już wszystkie sztuczki.

Teraz ci powiem, dlaczego kazałem zapamiętać, że Pers był z Szirazu. Bowiem region ten jest nie tylko tym genialnym architektem słynący, ale także wyhodowanym tu szczepem winnym, z którego do dziś wytwarza się znakomite trunki znane w różnych winnych regionach jako shiraz, syrah, sirah. Lampka czerwonego shirazu w dłoń: zdrowie genialnego Persa!

Na dworcu w Bikanerze udało mi się znaleźć autobus którego kierowca nie miał nic przeciwko jeździe na dachu Na dworcu w Bikanerze udało mi się znaleźć autobus którego kierowca nie miał nic przeciwko jeździe na dachu fot. Tomek Fedor

Autobus z zasmażką

Na dworcu "pekaes" w Bikanerze udało mi się znaleźć autobus, którego kierowca nie miał nic przeciwko jeździe na dachu

Ścigałem się rykszą i dorożką. Sunąłem łódką. Śmigałem tuktukiem. Telepałem dżipem. Czym można jeszcze? Słoń, wielbłąd - banał. Ale na dachu autobusu to po prostu trzeba.

Ten dach chodził mi po głowie od kilku dni. Zaczęło się na przejeździe kolejowym. Staliśmy pod szlabanem i staliśmy, pociąg jakoś nie jechał. Dlaczego - dowiesz się z następnego rozdziału. Obok stał autobus rejsowy. Z tyłu miał drabinę. Wlazłem. Na dachu dechy, na dechach Hindus w szarawarach i wielkim pomarańczowym turbanie - spał. A ja mu pozazdrościłem.

By jeździć na dachu autobusu, trzeba pokonać dwie przeszkody formalne: pojechać za miasto (po mieście na dachu nie wolno) i znaleźć autobus z przychylnym kierowcą. To pierwsze okazało się banalnie proste.

W Bikanerze wzięliśmy tuktuka i pojechaliśmy na dworzec pekaes. Już trzeci kierowca powiedział: zgoda, za 10 minut. Pokręciliśmy się trochę po placu, kierowca machnął, że już, zaczęliśmy się wdrapywać po drabinie. Najpierw Ewa, potem Małgosia, Tomek, ja, Mayur i kolega. O, żesz ty, nie ma desek! A dach blaszany. Słońce pali, czterdzieści parę stopni, my w cienkich spodenkach. Trzeba by usiąść, siadam, auuu, parzy! Autobus drgnął, schodzić nie ma jak, nie usiedzę, co robić? Autobus ruszył! Siad! Auuuu! Łapię za barierkę - Mayur z kolegą pokładają się ze śmiechu, cwaniacy, mają dżinsy.

Autobus wolno się toczy do jezdni, Małgosia pokazuje: z przodu, za zapasowym kołem, lina! Łap linę. Załapałem. Ciągnę zwój liny, utykamy pod siedzenia, chodźby skrawek, jest lepiej - autobus wtoczył się na jezdnię, już tak nie kołysze, nie pospadamy. Siedzę, trzymam się barierki, ręce wytrzymają, pośladki - auuu, chyba też.

Autobus mknie, dach się lekko wychłodził. Już dobrze. Jadę na dachu autobusu w Indiach, tego się nie da opisać. Musisz spróbować, koniecznie. Tylko sprawdź, czy są dechy. Albo przynajmniej lina.

Indie - podróż po Radżasthanie, azja, podróże, Bar dworcowy kusił smakami zapachami i uprzejmym zainteresowaniem właścicieli

Bar dworcowy kusił smakami, zapachami i uprzejmym zainteresowaniem właścicieli. Nie skusił. Inna kultura bakterii, wolałem więc nie ryzykować

Pociągi gwiżdżą na wszystko

Kolej w Indiach to potęga. Po ponad stu tysiącach kilometrów szyn mknie codziennie do siedmiu tysięcy stacji 10 tysięcy pociągów wszystkich klas. A w nich nawet do 15 mln pasażerów! 20 proc. społeczeństwa to analfabeci, czyli codziennie - wsiada do pociągów trzy miliony niepiśmiennych. Rozkładu jazdy nie przeczytają, a jechać każdy chce. Skąd wiedzą, o której godzinie, z którego peronu itp.?

- Pociągi mają swoje sposoby - tłumaczy Jahangir. - Gwiżdżą i te gwizdki są jak dzwonki w teatrze. Każdy kolejny przybliża do godziny odjazdu. Kiedy już ta godzina wybije, pociąg gwiżdże pierwszy raz, co znaczy: "Jestem". Drugi gwizdek znaczy: "Będę odjeżdżał". Spoko. Trzeci: "Naprawdę ZARAZ odjadę". Bardziej nerwowi zaczynają wsiadać.

Ale stare wygi dworcowe siedzą sobie w restauracji, spokojnie piją, jedzą, a niektórzy to i dania kolejne zamawiają. Czwartym pociąg mówi: "Żarty się skończyły", i rusza z miejsca. Ci, co nie zdążyli wsiąść, patrzą olewającym wzrokiem. Jedzie? Eee, tam. Przejechał 15-20 m i co? I wraca!

Teraz piąty gwizdek: "Już NAPRAWDĘ odjeżdżam". I faktycznie odjeżdża. Niech sobie jedzie. Wygi kończą spokojnie herbatę. Ostatni wagon mija peron. No, pora żegnać się z najbliższymi. Odjechał. Jak to odjechał? Właśnie stanął, tuż za peronem. Znajomi tych, co jeszcze nie wsiedli, zerwali hamulec. Teraz można już wsiąść. Cztery godziny później niż w rozkładzie, ale przecież w końcu pojechał.

Czy ta opowieść jest prawdziwa w 100 proc.? Jahangir zarzekał się, że tak - sprawdzę to następnym razem. W przewodnikach znalazłem tylko jedno zdanie potwierdzające: Rozkłady jazdy bywają często zmieniane.

Kobra w Jaipurze tańczy jak jej zagrają. To znaczy:?jak zamachają, bo jest głucha i reaguje tylko na ruch powietrza. Kobra w Jaipurze tańczy jak jej zagrają. To znaczy:?jak zamachają, bo jest głucha i reaguje tylko na ruch powietrza. fot. Tomek Fedor

Kobra pod haremem

Kobra w Jaipurze tańczy jak jej zagrają. To znaczy: jak zamachają, bo jest głucha i reaguje tylko na ruch powietrza

- Jahangir, pokażesz nam zaklinaczy węży? - zapytałem przed wyjazdem.

- Oczywiście, Indie bez kobry królewskiej tańczącej w koszyku się nie liczą - taką odpowiedź spodziewałem się usłyszeć. Ale usłyszałem zgoła inną:

- To mało prawdopodobne, takie pokazy są teraz nielegalne, policja goni tych magików.

- Dlaczego?

- Przez obrońców zwierząt. Kobrom wyrywa się zęby jadowe, męczy je, dlatego to zanika, raczej nie spotkamy.

- Przecież w jakiś zaułkach, podwórkach, dalej od głównych szlaków turystycznych muszą być! - nie dawałem za wygraną.

Jahangir jest uprzejmy i profesjonalny.

- Zobaczymy, co się da zrobić.

Z tonu jego głosu wyczytałem jednak, że nie mam co na tę atrakcję liczyć.

I oto stoję, a właściwie to aż przykucnąłem, osłupiały w Jaipurze, stolicy Radżasthanu. Za plecami mam Hava Mahal, jeden z bardziej znanych zabytków Indii - różowy pałac, a właściwie fasada. Ma 953 maciupkie okienka i powstał tylko po to, by żony maharadży mogły ukradkiem popatrzeć na ulicę. Z nudów.

A na wyciągnięcie ręki ode mnie wiją się dwie kobry królewskie. Zaklinacze coś tam jęczą na swoich trąbkach, a kobry - jak zahipnotyzowane. Rozłożyły szeroko kaptury, syczą, wyrzucają języki i tańczą. Podchodzę bliżej i bliżej - może dotknę?

Wyciągam rękę i w tym momencie kobra gwałtownie, w ułamku sekundy, odwraca się o 180 st. od trąbek i odchyla głowę jak do ataku. Dziabnie? Zaklinacze nie reagują, robią swoje, kobra wraca do tańca. Co mogło zaniepokoić zwierzę głuche jak pień, za to niezwykle czułe na falę powietrzną (dlatego zaklinacze tak wymachują trąbkami)? Bo przecież nie hałas, szum i zawirowania powietrzne dochodzące z pobliskiej ulicy.

- Może wyczuła policjanta? - żartuje Jahangir. - Musieli mu nieźle posmarować, że ich nie widzi. Faktycznie, policjant na pobliskim skrzyżowaniu patrzy uparcie w zupełnie inną stronę, zbierającego się tłumu gapiów nie ma zamiaru dostrzec.

To i ja posmaruję, w końcu dostałem to, com chciał. 50 rupii wystarczy.

W sanktuarium Karni Mata to on - szczur - jest najważniejszy W sanktuarium Karni Mata to on - szczur - jest najważniejszy fot. Tomek Fedor

Oddech szczura nogę pieści

W sanktuarium Karni Mata to on - szczur - jest najważniejszy. Nie musi przemykać się chyłkiem, nikt go nie skrzywdzi, nikt nawet nie krzyknie. On jest święty

Ten szczur zachowuje się dziwnie. Owszem, chodzi dostojnie jak inne, ludzi się nie boi, ale dlaczego tak interesuje go moja stopa? Czyżby ta mała, świeża ranka na dużym palcu miała dla niego jakieś znaczenie?? Nie skrada się przecież, nie rzuca krwiożerczo, ale jakoś tak się przysuwa coraz bliżej i bliżej.

Stoję w bezruchu i czekam, co będzie. Niby boczkiem, ale podchodzi, niby w drugą stronę patrzy, ale już się prawie o mnie ociera. Stanął. Pięć centymetrów od stopy. Odwrócił głowę w moją stronę - to już z centymetr - i gapi się w to moje nieszczęsne obtarcie, które musiało akurat teraz zacząć lekko krwawić. Co teraz zrobi? Ugryzie? Poliże? Co teraz JA zrobię? Odskoczę? Wącha. Ale nie dotyka. Napawa się. Odchodzi.

Co go miało zresztą zatrzymać, jego - świętego szczura ze świątyni Karni Mata w Deśnok pod Bikanerem, świątyni, w której czci się gryzonie? Jest ponad to. Nakarmiony, syty - nie daj Boże potrącić czy kopnąć.

Tych "świętych" jest tu mnóstwo, kolejne pokolenia od 600 lat, odkąd świątynia istnieje. Skąd się wzięły? Z głębokiej wiary. Karni Mata była mistyczką, która postanowiła przywrócić życie zmarłemu chłopcu. Nie dała jednak rady, bo duszą chłopca zawładnął już Jama, bóg śmierci, i odrodził go w innej ludzkiej postaci.

Karni Mata wpadła w złość - zapowiedziała, że bogowi Jama od tej pory od członków jej rodu wara. Dusze przyszłych świętych wcielają się więc najpierw w szczury, by potem odrodzić się w ludzkiej postaci. Skrzywdziłbyś świętego? A może to twoja teściowa by była! I teraz chodzą po podłodze po kilka, wylegują się na barierkach, z dziur w ścianach zwieszają się ich ogonki, przemykają między spoczywającymi na podłodze pielgrzymami i miskami ze wspólnym jedzeniem - nie robi to na nikim najmniejszego wrażenia. Kobiety hinduskie, dzieci, dorośli - wszyscy wiedzą, że są w świętym miejscu, nikomu nie trzeba tego tłumaczyć.

Modlą się. Jedni kontemplując na leżąco i siedząco, inni przechadzając się i dotykając dłońmi i czołami sobie tylko znanych niczym nieoznaczonych miejsc na ścianach korytarzy. Krążą tak w nabożnym skupieniu, szurając nogami, żeby przypadkiem nie nadepnąć na święte zwierzę. Szuram i ja, ale nie jest mi lekko. Dlaczego?

- Świątynia w Indiach równa się zdjąć buty - oznajmił nam Jahangir na samym początku. Oczywiście są półśrodki. Można zostać w skarpetach. Można nałożyć foliowe ochraniacze. Jak ja się będę czuł w tych skarpetach? - pomyślałem sobie pierwszego dnia przy Tadż Mahal. Jak profan. Jaki to ma sens z powodów higienicznych nałożyć skarpety, a potem zdjąć je i z tymi wszystkimi teoretycznymi grzybami i bakteriami nosić w kieszeni albo plecaku? No, jaki?

Trudno. Święte to święte i nie będę się wydurniał. Religijnie mi do tutejszych kultów też daleko, ale skoro się można pomodlić wszędzie, to tym bardziej w miejscu otaczanym kultem przez miliony. Tak więc chodzę na bosaka jak Hindusi, modlę się w ich świątyniach po swojemu do swego Boga.

Tutaj jednak, w Karni Mata, trochę trudno. Nawet nie przez te szczury. Nawet nie dlatego, że pora deszczowa, która definitywnie skończyła się przed moim przyjazdem, właśnie coś sobie przypomniała i pokropiła troszkę - marmurowa posadzka jest więc mokra (frajerzy w skarpetkach - pomyślałem) i nieprzyjemnie błockowata. Tylko z powodu karmy. Wszyscy wierni rzucają szczurom ziarna - posadzka jest nimi usłana na kolorowo, bo ziarna do użytku sakralnego się barwi. I one wbijają się w stopy, inne chrupią i przyklejają się, a w tej wodzie jakaś taka paćka z tego powstaje? A może to nie tylko ziarna, może i produkt przemiany szczurzej materii?? Brrrr.

Pierwszy raz bałem się, że złapię grzyba. Albo inne paskudztwo. I wiesz co? Byłem tam miesiąc temu, mój syn też chodził na bosaka - stopy mamy nieskalane. Cud? Cud. Bo wierzyliśmy, że w świętym miejscu nic się pobożnemu stać nie może.

Ale ty się tym nie sugeruj. Dużo turystów chodzi w skarpetach i ochraniaczach, a Hindusi się nie dziwią. Oni się niczemu nie dziwią, za to prawie wszystko tolerują.

Wchodząc na teren świątyni sikhijskiej należy zasłonić dokładnie włosy Wchodząc na teren świątyni sikhijskiej należy zasłonić dokładnie włosy fot. Tomek Fedor

Fiskus za ołtarzem

Wchodząc na teren świątyni sikhijskiej, należy zasłonić dokładnie włosy. Jeśli nie masz odpowiedniego nakrycia głowy, nie martw się, dostaniesz taką pomarańczową chustę, jak ten Sikh

U Sikhów z tolerancją troszkę gorzej - to ci, których przybytek poznasz po trzech obowiązkowych elementach: złota kopuła, basen do kąpieli rytualnych i maszt modlitewny na dziedzińcu - a ich samych po elementach obowiązkowych czterech: turbanie, niegolonej brodzie, bransoletce na przegubie i mieczu (mieczyku, nożyku) u pasa.

I spotkasz ich wszędzie, bo w rodzinie sikhijskiej jest zwyczaj, że przynajmniej jeden jej członek jedzie za granicę za chlebem.Indie - podróż po Radżasthanie, azja, podróże, Rytualne obmycie przed świątynią sikhijską w Delhi

Rytualne obmycie przed świątynią sikhijską w Delhi

Ich świątynię Gurdwara Bangla Sahib w Delhi warto odwiedzić z powodów religijnych i poznawczych, ale jest tam także niespodzianka dla ludzi, którzy wybrali życie niebezpieczne i pełne przygód, czyli księgowych.

Gdy już zdejmiesz skarpety, włożysz chustkę, ustaw się w kolejce wchodzących do świątyni. Strażnik z długą brodą i jeszcze dłuższą włócznią pozwoli ci wejść, gdy skończy się oficjalne nabożeństwo. Idąc po miękkich dywanach, kieruj się w lewo, by okrążyć ołtarz, przy którym siedzą kapłani prowadzący modlitwę. Stań im za plecami - co widzisz wśród wśród świętych wizerunków i ksiąg? To kasa fiskalna. Sikh daje na tacę, a księgowy świątynny od razu wydaje rachunek. A wszystko w trakcie modlitwy, na tyłach ołtarza. Co ty na to, kochany fiskusie?

Jak fachowo zawiązać turban i dlaczego wąsy muszą być długie

Indie - podróż po Radżasthanie, azja, podróże, Jak fachowo zawiązać turban

Lekcję wiązania turbanu z siedmiometrowego kawałka materiału pobierałem od tegoż strażnika pałacu maharadży w Jaipurze. Pewnie, że nie potrafię tego powtórzyć. Najważniejszy jest i tak gest na końcu: podkręcanie wąsa. Bo wąs to oznaka męskości. Im dłuższy, tym dłuższa. A turban jakoś się zawiąże.

Indie - podróż po Radżasthanie, azja, podróże, dlaczego wąsy muszą być długie

Dżentelmen jest nagi?? Nie - on jest odziany w powietrze Dżentelmen jest nagi?? Nie - on jest odziany w powietrze fot. Tomek Fedor

Święci spod znaku swastyki

Dżentelmen jest nagi? Nie, on jest odziany w powietrze, w co po prostu należy uwierzyć i się nie dziwić. Miotełka w dłoni służy do delikatnego usuwania żyjątek z drogi, mnichowi nie wolno nikogo skrzywdzić.

Wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna przeszedł tuż przed maską dżipa, którym pniemy się do XIV-wiecznej warowni na wysokiej górze zamienionej w hotel. Chciałbym to podkreślić: dobrze zbudowany. Nie to, żebym się jakoś specjalnie przyglądał, nie było potrzeby. Facet był całkiem goły.

Głowę trzymał dumnie, lekko nieobecnym wzrokiem patrząc w sobie tylko widoczny punkt w przestrzeni. Kobiety i mężczyźni, którzy mu towarzyszyli, nawet nie próbowali go chronić przed wzrokiem gapiów z Europy. Zachowywali się tak naturalnie, że i zgorszenia właściwie nie było. Po chwili wtopili się w tłum uliczki zalanej opalizującym światłem słońca zachodzącego w starożytnym mieście Kuchaman.

- On nie był nagi - wytłumaczył Jahangir. - On był odziany w powietrze.

To był digambar, mnich-guru jednej z dwu grup w łonie dżinizmu - tej najbardziej ortodoksyjnej. Przez całe życie chodzą nago, bo tak przyszli na świat. Myślałem, że można ich spotkać tylko w opowieściach wytrawnych podróżników.

Indie - podróż po Radżasthanie, azja, podróże, Dżinista w świątyni w Bikanerze usypuje z ziaren święty symbol swej religii - poznajesz?

Dżinista w świątyni w Bikanerze usypuje z ziaren święty symbol swej religii - poznajesz?

Digambar w Kuchamanie to był mój drugi kontakt z dżinizmem, intrygującą religią ludzi, którzy niczego nie potrzebują i żadnego stworzenia nie krzywdzą. Pierwszych dżinistów poznałem w Bikanerze. Byli z tej drugiej, nie tak radykalnej grupy śwetambarów, czyli odzianych w biel. Opiekowali się świątynią. Jeden z nich jest opiekunem już w 38. pokoleniu. Niezwykle uprzejmi i łagodni, wrzask podnieśli tylko raz: gdy jeden z nas omal nie nadepnął mrówki na schodach świątyni. Ocalili w ostatniej chwili jeszcze jedno istnienie...

Wybierz się do nich koniecznie, uważaj na mrówki. Znajdziesz ich łatwo: szukaj znaku swastyki. Tak, tak, tego znaku nie wymyślili za Odrą. To jeden z najstarszych symboli religijnych ludzkości, w Europie wyklęty, a w Indiach bardzo popularny - wciąż zdobione są nią pałace i biedne domostwa. Ta nazistowska była trochę inna: Niemcy przekręcili ją o 45 stopni w lewo.

Połykacz ognia na dziedzińcu zamku w Kuchaman Połykacz ognia na dziedzińcu zamku w Kuchaman fot. Tomek Fedor

Namaste znaczy modlę się do ciebie

Połykacz ognia na dziedzińcu zamku w Kuchaman

To pierwsze słowo, które poznałem w Indiach. Najważniejsze. I najczęściej używane - na powitanie i pożegnanie. Składasz dłonie jak do modlitwy, lekko pochylasz głowę i mówisz: namaste. Dosłownie: modlę się do ciebie.

Z szacunku, pokory i po prostu - bo cię lubię, człowieku. Te pojęcia mają w Indiach głęboki sens, a spaja je wszystkie pojęcie główne: tolerancja. W świątyni Wisznu w Jaipurze, gdzie najważniejsze religie świata mają swoje kaplice, w chrześcijańskiej znalazłem na kolumnach imiona świętych: Jezusa, Piotra, Pawła, Antoniego, Matki Boskiej i... Sokratesa. Najpierw się uśmiałem, potem zadumałem.

A teraz czekam na swój cud. Światełko na horyzoncie rozmywa się w ciemności i po chwili znów materializuje. U stóp góry - u moich stóp - widzę Kuchaman spowity mrokiem, ale pulsujący śpiewem i muzyką. To nabożeństwo w świątyni Ganeszy - pogodnego boga z głową słonia. Gasną już peryferia, te najbliżej słonego jeziora, ale modły jeszcze nie.

Zostajemy tylko my na dziedzińcu zamku-orlego gniazda i - te światełka na horyzoncie. Pobłyskując radośnie, zbliżają się i już wiemy - to Trimurti, indyjska trójca święta: Brahma, Śiwa i Wisznu. Zstąpią do nas, to pewne - tutaj bogowie są na porządku dziennym. Przebiegną niebo jak w starym, nadętym do groteski filmie z Bollywood, który wczoraj oglądaliśmy w telewizji. Jak Indie, to musi być cud. Wystarczy czekać. I uwierzyć.

Indie - podróż po Radżasthanie, azja, podróże, Przepaska na przegub w kolorach Radżasthanu

Przepaska na przegub w kolorach Radżasthanu, dostałem ją jako dowód gościnności w domu w Bikanerze

Ablucje poranne - po nocy spędzonej na ulicy warto się odświeżyć Ablucje poranne - po nocy spędzonej na ulicy warto się odświeżyć fot. Tomek Fedor

Co jeszcze warto zobaczyć

Ablucje poranne - po nocy spędzonej na ulicy warto się odświeżyć

- Agra - Fort Agra (ang. Red Fort, nie mylić z Red Fort w Delhi), w nim szczególnie Diwan-i-Khas (sala audiencji prywatnych), gdzie znajdował się słynny Pawi Tron, przeniesiony później do Delhi, a następnie do Iranu

- Fatehpur Sikri - miasto widmo z czasów XVI-wiecznego cesarza Akbara, niewiarygodny Wielki Meczet (Jama Masjid) i jego wspaniała Bramę Zwycięstwa (Buland Darwaza). Tutaj zawiąż (to modlitwa) czerwoną nitkę na ażurowym okienku z marmuru.

- Jaipur - pokręć się po uliczkach, poszukaj zaklinaczy węży (najlepiej w pobliżu Hawa Mahal - Pałacu Wiatrów). Zobacz mające 400 lat obserwatorium astrologiczne władcy Dźaj Singha II z największym na świecie zegarem słonecznym (dokładność: do 2 s!). W pobliskim pałacu wejdź koniecznie do zbrojowni, obejrzysz noże do szlachtowania tygrysów i gablotę z największymi na świecie luźnymi gatkami (z 5 m średnicy) jednego z bardziej wypasionych maharadżów (260 kg!). Wybierz się koniecznie do Fortu Amber - kręcono tu "Ośmiorniczkę" z Jamesem Bondem.

- Bikaner - piękne stare miasto z mnóstwem haveli - opuszczonych, pięknie zdobionych kamienic. Najlepiej wynająć bryczkę. Z tego miasta warto wyprawić się na pobliską pustynię Thar, najlepiej na wielbłądzie.

- Mandawa - miasto na jedwabnym szlaku z pięknym zespołem pałacowym przerobionym na hotel. Walizki noszą autentyczni Szerpowie z Nepalu! Haveli z pięknymi malunkami - szukaj uważnie obrazków z Kamasutry - głowa do góry i na pewno znajdziesz (pod dachami).

Indie - podróż po Radżasthanie, azja, podróże, Małpa na blokadzie w rezerwacie Sariska

Małpa na blokadzie w rezerwacie Sariska

- Sariska - wspaniały rezerwat tygrysów i małp; pierwszych nie widziałem, ale karteczki w pokojach ostrzegają, by nie szlajać się po zmroku. Małpy rozkładają się na drodze i trzeba je przekupić bananami.

Co warto kupić Co warto kupić fot. Łukasz Falkowski

Kupić, nie kupić?

100 rupii = ok. 6 zł = ok. 2 dol.

Uważaj na "okazje", Hindusi są mistrzami podrabiania wszystkiego.

1. Sari - dobre, z jedwabiu - od ok. 1700 rupii. Warto od razu zamówić bluzeczkę, uszyją na miejscu w cenie.

2. Drewniane figurki bóstw (ok. 30 cm) - 500-1000 rupii. Takież z brązu (np. tańczący Śiwa) - 3-5 tys. rupii.

3. Alkohol: whisky  350-450 rupii, rum z trzciny cukrowej 350-450 rupii, piwo 50-60 rupii.

4. Herbata: 100 g 100-150 rupii

5. Przyprawy: paczka masali do mięsa (ryby, wegetariańskiej) - 40 rupii.

6. Pasta do zębów Himalaya - 40 rupii - antybakteryjny i antygrzybiczny cud medycyny ayurwedyjskiej, na wyciągu z drzewa neem (Azadirachta Indica) - piękny okaz rośnie przed wejściem do Tadż Mahal.

7. Kadzidełka - paczka 5x10 sztuk, np. sandałowych - 30 rupii.

8. Sitar - grający, nie zabawka, w sklepie muzycznym w Agrze 9 tys.-10,5 tys. rupii (w USA i Europie ok. 2 razy drożej).

 

Napiwki (bakszysz): 20-50 rupii. Za walizki w hotelu płaciłem 30.

 

Indie - podróż po Radżasthanie, azja, podróże, Jahangir Mangalia urodzony w Bikanerze lekarz z Warszawy

Herbata indyjska według Jahangira

Wlej do garnka 5 szklanek wody, wrzuć 1 rozgniecione ziarno kardamonu, 3 goździki, kostkę 1 cm sześc. obranego i startego imbiru. Gotuj, aż woda zrobi się zielonkawa. Wtedy wsyp 3-4 łyżeczki herbaty assam, najlepiej granulowanej. Po 3-4 minutach gotowania, gdy zrobi się czarna esencja, możesz dodać 3-4 łyżeczki cukru. Teraz dolej 3 szklanki tłustego mleka i gotuj, dopóki płyn nie zacznie wychodzić z garnka. Na koniec możesz sypnąć szczyptę soli, która podkreśla smak herbaty. Gotowy napar  przecedź przez sito.

Jahangir Mangalia, urodzony w Bikanerze lekarz z Warszawy, współwłaściciel firmy turystycznej Exotic Travel

 

Kiedy przyjechać

Nie w porę deszczową. Żeby na nią nie trafić, trzeba się wybierać w okresie wrzesień - luty. Do końca października jest gorąco, ale potem woda w basenie może być ciut za zimna.

Szczepienia przeciw malarii.

Nie są obowiązkowe, sanepid jadącym do Indii tylko je zaleca. Ja się nie szczepiłem wsparty wieloletnim doświadczeniem osób, które Radżasthan wielokrotnie odwiedzały.

Więcej o:
Komentarze (4)
Indie: podróż po Radżasthanie
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • beataszu4

    Oceniono 1 raz 1

    Byłam w Indiach i nie zachorowałam na malarię.Może miała szczęście a moze pomógł MALARONE - nie wiem.Moja koleżanka z grupy wycieczkowe już tego szczęścia nie miała i poleżała troszkę w szpitalu z bonusem wakacyjnym-malarią.Mąż też był 2x w tym pieknym kraju i 2x przywiózł malarię jako wątpliwą pamiątkę z wycieczki. Nie ma więc dobrych terminów (byliśmy zawsze w porze bezdeszczowej) i bezpiecznych miejsc.Należy tylko zabezpieczyć się MALARONEM (drogi przeszło 200zł) lub pochodnymi chininy :)

  • Gość: geli

    0

    To prawda, nie znalazł się jeszcze żaden mądry, co by wynalazł szczepionkę na malarię. Interesowałam się tym tematem, bo sama wyjeżdżam do Indii, co prawda nie do barwnego Radżastanu, a na południe - startujemy w Koczinie. W biurze, z którym wyjeżdżam, czyli alfa star, pytałam o sprawy zdrowotne i powiedzieli mi to samo. No a poza tym, to jestem mocno podekscytowana tą wycieczką, zwłaszcza, że południowe, tamilskie klimaty od dawna mnie interesują.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX