Podróże: wyprawa na Spitsbergen

Śnieg i lód przez całą dobę. Brzmi monotonnie? Tylko z pozoru. Wyprawa przez dziewicze przestrzenie Spitsbergenu pozwala odnaleźć w sobie dziecięcą radość życia i cieszyć się z najdrobniejszych rzeczy.
Przejście całej pętli, czyli ok. 200 km, zajęło nam 11 dni Przejście całej pętli, czyli ok. 200 km, zajęło nam 11 dni fot. Krzysztof Starnawski, Wojciech Fusek, Rafał Milewski

Chłopięce marzenia

Ostatnia chwila, by wrócić do Longyearbyen - głos Wojtka z trudem przebijał się przez warkot skuterowych silników. - Później już tylko na nogach do przodu.

Zdjąłem gogle. Świat stracił pomarańczową barwę. Jak okiem sięgnąć, rozciągała się lodowa pustka. Dom trapera, który miał nam pomóc oswoić się z pierwszą nocą na Spitsbergenie, okazał się drewnianą chatką zasypaną po dach śniegiem. Siedem skuterów, które wywiozły nas kilkadziesiąt kilometrów za stolicę wyspy, zmieniało się w czarne punkciki. Zaczynało mocno wiać, nie pozostało nic innego, jak rozstawić namioty.

Podróże: wyprawa na Spitsbergen, podróże, europa, Longyearbyen

Pomysł wyprawy na Spitsbergen narodził się cztery lata wcześniej. Ciepła mazurska noc, ognisko i skrzynka piwa uwolniły marzenia. Przez trzy następne lata wyprawa na lodową wyspę była tylko refrenem rozmów i pomału z realnego świata przechodziła do zbioru chłopięcych marzeń, w realizację których mężczyźni ostatecznie tracą wiarę, gdy brzuch przelewa się przez pasek.

Dlatego nawet e-mail z informacją, że sławny polarnik Wojtek Moskal (z Markiem Kamińskim pierwszy polski zdobywca bieguna północnego; dotarli tam 23 maja 1995 r. po 72 dniach marszu z wyspy Ward Hunt) znalazł czas, by wesprzeć nas w przygotowaniach oraz poprowadzić wycieczkę, nie obudził we mnie nadziei. Z dystansem patrzyłem więc na pierwsze dni gorączkowych przygotowań.

Przygotowania w tempie TGV

Ominęły mnie nerwowe dyskusje na temat składu wyprawy, terminów, logistyki dostarczenia kilkudziesięciu kilogramów bagażu. Ze spokojem przyjąłem zlecony mi obowiązek przygotowania sprzętu (skompletowanie karabinków, lin, śrub lodowych, czekanów) oraz rozdziału jedzenia. Tylko po to, by nie osłabiać zapału kolegów zapłaciłem kilka tysięcy złotych za uszycie polarnego stroju - zawsze to fajnie mieć puchową kurtkę, nieprzemakalny anorak z kapturem, spodnie, śmieszne puchowe buciki i czapkę uszatkę z daszkiem.

Tak naprawdę dopiero, gdy na moim biurku wylądowały lotnicze bilety do Longyearbyen, norweskiej osady na Spitsbergenie, pojąłem, że do wyjazdu został miesiąc. Zdecydowanie za mało czasu, by radykalnie poprawić kondycję.

W jednej chwili świat mi się wywrócił do góry nogami. Tygodni przed odlotem nie pamiętam, pracowałem w tempie TGV, do tego rano basen, wieczorem jogging, zakupy bielizny, lekarstw, nocne szykowanie sprzętu i pakowanie.

Pożegnanie na Okęciu, samolot, sen, Kopenhaga, przesiadka, samolot, sen, Oslo, sen, samolot albo odwrotnie. Szeroko otworzyłem oczy dopiero na kilka minut przed Longyearbyen. W towarzystwie budzącego się na widnokręgu świtu schodziliśmy do lądowania środkiem ogromnej doliny.

Po bokach surowy krajobraz ośnieżonych gór bez jednego drzewka Po bokach surowy krajobraz ośnieżonych gór bez jednego drzewka fot. Krzysztof Starnawski, Wojciech Fusek, Rafał Milewski

Kraj dla twardzieli

Po bokach surowy krajobraz ośnieżonych gór bez jednego drzewka i ledwo widoczne światełka kilku budynków jakby żywcem wyjętych ze śląskiego krajobrazu - intuicja mnie nie myliła, to były kopalnie. Klimat jak z filmu grozy.

Pierwszy raz w życiu lądowałem pasażerskim odrzutowcem na kompletnie zaśnieżonym pasie. Na wszystkich zrobiło to duże wrażenie, a jeden z kolegów do dziś utrzymuje, że pilot po wylądowaniu jechał poślizgami niczym wytrawny kierowca rajdowy. Nam jednak bliższa jest wersja, że wypił za dużo lekarstwa na odwagę.

Był kwiecień i właśnie kończyła się jedna z ostatnich króciutkich już nocy. Okutani w puchówki zajęliśmy miejsce w autobusie, który miał nas dowieźć do naszej noclegowni. Obok usiedli Niemcy, Francuzi, Amerykanie, a za kierownicą Królik - Polak i przyjaciel Wojtka. Później poznałem jeszcze kilku rodaków, którzy na stałe lub na dłuższy czas osiedli w Longyearbyen. Część studiowała, inni wybrali pracę przewodników psów w jednym z turystycznych ośrodków na wyspie, Królik szefował autobusowi.

Podróże: wyprawa na Spitsbergen, podróże, europa, By przeżyć na Spitsbergenie, człowiek musi być twardy

Chwilę po wylądowaniu wydało mi się, że dotarłem do krainy, gdzie przyjmują już tylko najtwardszych. Śnieżne zaspy, czarne ściany zboczy z wbitymi w stromiznę drewnianymi słupami kopalnianych kolejek linowych dopełniały obrazu surowego świata. Minęliśmy kilka ogrodzonych siatką ferm pełnych klatek z pociągowymi psami; psie obozy znajdują się kilka kilometrów za miastem, bo wycie malamutów i husky uniemożliwiałoby spanie.

Co roku w najcięższe zimowe dni toczy się wojna z pogodą o życie zwierząt. Wielkie zamiecie zasypują budy, nieodkopane w porę psy mogą się udusić. Cały ten krajobraz w drodze do hotelu wzmagał smutek i potwierdzał moje przekonanie - by przeżyć na Spitsbergenie, człowiek musi przywrócić zagubioną hierarchię bytów. Musi być twardy.

Podróże: wyprawa na Spitsbergen, podróże, europa, Kolorowe kilkutysięczne Longyearbyen ma nie tylko kościół z kawiarnią w jednej sali, muzeum, galerię sztuki, szkołę z salą sportową i basenem, kilka dużych sklepów i przytulnych knajp, własną gazetę, filię uniwersytetu w Oslo, 100-metrowy narciarski wyciąg, klub paraglidingowy oraz kino ale i Radisson Hotel

Czarny niedźwiedź polarny

Jakie było moje zdziwienie, gdy już następnego dnia zobaczyłem kolorowe kilkutysięczne Longyearbyen, które ma nie tylko kościół z kawiarnią w jednej sali, muzeum, galerię sztuki, szkołę z salą sportową i basenem, kilka dużych sklepów i przytulnych knajp, własną gazetę, filię uniwersytetu w Oslo, 100-metrowy narciarski wyciąg, klub paraglidingowy oraz kino (trzeba siedzieć w puchówce, by nie zamarznąć), ale i Radisson Hotel w budynku przywiezionym tu z wioski olimpijskiej w Lillehammer.

Na drzwiach hotelu napis po angielsku głosi: "W związku z tym, że niebezpieczeństwo wejścia niedźwiedzia do hotelowego hallu jest niewielkie, prosimy broń zostawiać na stojakach w korytarzu".

Podróże: wyprawa na Spitsbergen, podróże, europa, Znak zakazu wnoszenia broni znalazłem też na szklanych drzwiach banku

Znak zakazu wnoszenia broni znalazłem też na szklanych drzwiach banku. Zawisł tu podobno dlatego, że miejscowi wchodzili często nie tylko z bronią w ręku, ale i w kominiarkach, których nie zdjęli, zsiadając ze skutera. Nietrudno sobie wyobrazić panikę wśród turystów, którzy akurat odwiedzali jedyny na Spitsbergenie bank.

Tak dowiedziałem się, że broń nosi się tu jak w Anglii parasol i tak samo zostawia w stojakach przed wejściem, a niedźwiedzi jest zdecydowanie więcej niż w Tatrach. Zadziornością bardziej przypominają jednak górali z Czarnego Dunajca lub Zęba niż swoich brunatnych kuzynów spod Giewontu. To znaczy: są groźne.

Nie umniejsza to jednak miłości miejscowych do tych zwierząt. Z dumą opowiadają, jak w Stortingu - norweskim parlamencie - wywalczyli zmianę kolorów na znaku "uwaga białe niedźwiedzie". Tło znaku było bowiem białe, a więc biały miś dla kontrastu musiał być... czarny. Gdy po długich targach Storting dał zgodę na zamianę kolorów, świat Svalbardu (Zimny Brzeg - taką oficjalną nazwę nosi ta prowincja) odzyskał swój porządek.

Podróże: wyprawa na Spitsbergen, podróże, europa, Na wyspie można z namiotem nocować niemal wszędzie, kłopot tylko sprawić mogą białe niedźwiedzie. Dlatego za miasto nie można wychodzić bez broni.

Kilkutysięczne Longyearbyen ma kościół z kawiarnią w jednej sali, muzeum, galerię sztuki, szkołę z salą sportową i basenem, kilka dużych sklepów i przytulnych knajp. A to nie koniec! Kilkutysięczne Longyearbyen ma kościół z kawiarnią w jednej sali, muzeum, galerię sztuki, szkołę z salą sportową i basenem, kilka dużych sklepów i przytulnych knajp. A to nie koniec! fot. Krzysztof Starnawski, Wojciech Fusek, Rafał Milewski

Gwiazda Spitsbergenu

Zatrzymaliśmy się w prostym schronisku o niewyszukanej nazwie 102. Jak to w Norwegii: schludnie, miło, skromnie. Wspólne łazienki, kuchenka. Nie przeszkadzała mi nawet wynikająca z dziwnego grafiku konieczność zmiany ciasnych pokojów co noc.

Jedyne, co trudno było znieść, to intensywny zapach. Bił po nozdrzach. Nie mogliśmy pojąć, skąd takie niedopatrzenie w tak czystym hoteliku. Gdy po 11 dniach niemycia i niezmieniania bielizny wróciliśmy do bazy, zrozumieliśmy, że każda ekipa dodaje niezapomnianego aromatu ścianom tego przytuliska.

W 102 zauważyliśmy też, że Wojtek, nasz lider, szef i nauczyciel polarnych wędrówek, jest tu osobą podejrzanie rozpoznawalną. Wylewne powitanie z obsługą lotniska mogliśmy jeszcze uznać za objaw zanikającej już w starej Europie gościnności. Ale po wymianie pocałunków z całą obsługą hotelu i kilkakrotnym przerwaniu spaceru po mieście przez gardłujących po norwesku tubylców zaczęliśmy się zastanawiać, czy Wojtek nie jest czasem gwiazdą lokalnej telewizji.

Odpowiedź przyszła po kilku spotkaniach z miejscowymi badaczami i polarnikami. Każdy bez wahania zaliczał Wojtka do grona najlepszych znawców śnieżnej wyspy. Niewielu ludzi na Spitsbergenie może pochwalić się tak ciekawym polarnym życiorysem. Zaczął się on od pobytu w polskiej stacji polarnej w fiordzie Horsund w sławetnym roku 1981. W grudniu Skandynawia z niepokojem śledziła doniesienia ze Spitsbergenu, gdzie grupa polarników po wprowadzeniu stanu wojennego obawiała się desantu z rosyjskiego śmigłowca, który stacjonował w Barentsburgu (miasto-kopalnia z około 700 mieszkańcami). Bo trzeba wiedzieć, że całkiem legalnie, korzystając ze specjalnego statusu ziem za kołem podbiegunowym (tzw. traktat spitsbergeński albo svalbardzki), Rosjanie do dziś utrzymują na Spitsbergenie ze względów strategicznych swoje miasto.

Na szczęście do szturmu nie doszło i w następnych latach Wojtek jeszcze wielokrotnie gościł na lodowej ziemi, spędzając tam z przygodami kilka zim, pracując w bazach polskich i norweskich. Sławę przypieczętował zdobyciem bieguna, a następnie uczestnictwem w wyprawie niepełnosprawnego chłopca - Jasia Meli.

Podróże: wyprawa na Spitsbergen, podróże, europa, Longyearbyen

Noc bez nocy

Poznając kolejne szczegóły z życiorysu naszego przewodnika, czuliśmy się coraz bezpieczniej. I to mimo faktu, że przed wyjazdem poznaliśmy tragiczną historię czwórki polskich taterników, którzy wybrali się na Spitsbergen. Ich wyprawa zakończyła się śmiercią jednego i odmrożeniami u pozostałej trójki.

Dni, które poświęciliśmy na przygotowanie sprzętu, utwierdziły nas w przekonaniu, że Wojtek wie, co robi, i nie ryzykuje, decydując się poprowadzić bandę polarnych żółtodziobów przez dwieście kilometrów lodowej pustki.

Kompletowanie namiotów (koniecznie z dużymi przedsionkami, które pełniły funkcję kuchni), przygotowanie nart (do tradycyjnych crossowych biegówek doklejaliśmy foki - specjalne pasy z włosem ułożonym w jedną stronę, tak by narta na podejściach nie ześlizgiwała się) i porcjowanie żywności zajęło nam ponad dobę.

Następnie pod okiem Wojtka, który trzy razy oglądał każdą rzecz, zapakowaliśmy się w pulki. Tak zwie się plastikowe sanie z pełnym dnem i ortalionową osłoną od góry, które ciągnie się na kilkumetrowych lonżach przypiętych do biodrowych pasów. To na śnieżnych przestrzeniach absolutnie najwygodniejszy sposób transportu dobytku. Nasze pulki ważyły 20-30 kg, Wojtek, gdy szedł na biegun, ciągnął za sobą kilkakrotnie większy ciężar.

Podróże: wyprawa na Spitsbergen, podróże, europa, Z miasta wywiozły nas skutery

Z miasta wywiozły nas skutery i 40 km dalej porzuciły w lodowej przestrzeni. Ruszyliśmy.

- To musi być chyba strasznie nudne, tak iść gęsiego dzień w dzień przez śnieżną pustynię - mówili znajomi przed wyjazdem. Nie umiałem im odpowiedzieć. Sam miałem takie obawy.

Dni pozornie były monotonne. Pobudka, śniadanie, gotowanie wody na drogę, zwijanie śpiworów, namiotów, pakowanie pulek, kurtki puchowe do plecaka i wymarsz. Dwie godziny nartowania, pół godziny przerwy - taki cykl powtarza się trzy razy podczas dnia. Na koniec marszu rytuał wyboru miejsca na obozowisko, rozbijanie namiotów, które trzeba dokładnie obłożyć śniegiem, kolacja, gotowanie do termosów wody na śniadanie i sen.

Bez pośpiechu, spokojnie. Noc nie goni, bo słońce krąży nad głowami

24 godziny na dobę. Nudy po prostu nie ma.

Na Spitsbergenie pełno jest gór Na Spitsbergenie pełno jest gór fot. Krzysztof Starnawski, Wojciech Fusek, Rafał Milewski

Dziecięca radość życia

Na Spitsbergenie pełno jest gór, których wysokość bezwyględna nie jest może imponująca, ale warto pamiętać, że wszystkie wierzchołki wyrastają wprost z poziomu morza. Gdy się to uświadomi, szacunek do położonych na północy najwyższych szczytów Newtontoppen i Perriertoppen (1713 m n.p.m.) zdecydowanie rośnie.

Na wyspie nie brak też pięknych, zamarzniętych przez trzy czwarte roku, fiordów z torosami (spiętrzonymi lodowymi krami). Na lodzie rytmiczne przesuwanie nart przerywa co jakiś czas blokująca pulki barykada. Strome podejścia lub silny wiatr zmuszają do większego wysiłku i skoncentrowania uwagi na marszu. Generalnie możesz jednak iść, zatapiając się w sobie i odnajdując spokój, jakiego nie dadzą żadne ćwiczenia relaksacyjne.

Podróże: wyprawa na Spitsbergen, podróże, europa, Szybko przekonałem się, że podczas marszu warto czasami przerwać dialog z samym sobą, by zobaczyć, jak wiele odcieni bieli ma śnieg.

Szybko przekonałem się, że podczas marszu warto czasami przerwać dialog z samym sobą, by zobaczyć, jak wiele odcieni bieli ma śnieg. Jak wiele błękitów ma lód, jak majestatycznie pęka czoło lodowca, jak piękna w swej surowości jest śnieżna kraina.

Oczywiście, w grupie trudno kontemplacyjny klimat marszu zachować przez cały dzień. Obcowanie z dziewiczą przyrodą i poczucie swobody sprawiły, że odzyskaliśmy szybko dziecięcą radość życia, bawiło nas każde potknięcie, wywrotka, najgłupszy żart.

Dyskusję do białości rozpalały też kwestie przewagi liofilizowanego kurczaka nad strogonowem. Żywność, którą poddano zamrożeniu, a następnie odparowaniu w próżni, jest bardzo lekka i zajmuje mało miejsca, dlatego jest podstawowym pokarmem wszystkich wypraw górskich i morskich. Gdy do metalizowanej torebki wleje się gorącej wody, taki liofilizowany kurczak odzyskuje prawie naturalny smak. Niestety, "prawie robi wielką różnicę" i o to "prawie" toczyły się zażarte spory.

Częstym tematem żartów był też zakres higieny osobistej, która najczęściej kończyła się na wytarciu po śniadaniu ust rękawem. Tylko u największych czyścioszków obejmowała również poranne mycie zębów. Oczywiście każdy musiał też sprzedać swój patent na to, jak dyskretnie załatwić to, co każdy robi na osobności. Łopatka w ręku zdradzała powód powolnego spaceru w bezkresną biel za namiotami.

W takich i innych sytuacjach z podziwem oddawaliśmy hołd Ewie - jedynej w zespole kobiecie. Z największą dzielnością znosiła nie tylko wszystkie dotkliwe nawet dla nas - mniej higienicznej płci - niedogodności, ale pobłażliwe puszczała mimo uszu wszystkie nasze koszarowe dowcipy, których przybywało w postępie geometrycznym.

Podróże: wyprawa na Spitsbergen, podróże, europa, Pyramiden - rosyjskie miasto opuszczonego przez mieszkańców w 1997 roku

Baza ludzi umarłych

Gdy ósmego dnia wydawało się, że nic już nas nie zaskoczy, weszliśmy do Pyramiden - rosyjskiego górniczego miasta, opuszczonego przez mieszkańców w 1997 roku. Na głównym placu poczuliśmy się jak ostatni ludzie na pogrążonej w epoce lodowcowej planecie. Puste okna bloków, zasypane śniegiem popiersia Lenina, gmach z salą restauracyjno-kinową, basen i przede wszystkim hala widowiskowo-sportowa z wciąż wiszącym na ścianie wynikiem meczu między zespołami z Pyramiden i Barentsburga. I wszędzie porzucone przedmioty, jakby mieszkańcy w pół godziny wyszli z miasta w śnieżną dal.

Leżące w magazynku futbolówki, z których czas wyssał powietrze, zachęciły nas do rozegrania w sali sportowej piłkarskiego meczu. Cud, że nie zakończył się on kontuzją. Na pogotowie i transport rannego nie byłoby co liczyć.

By i inni mogli poczuć się jak odkrywcy, z opuszczonego miasta nie zabraliśmy nic, poza dyplomami za dobrą robotę na chwałę partii. Taki "papier" z Leninem to dziś, obok chilijskiej flagi zdjętej wprost z masztu promu na Ziemi Ognistej, moje najcenniejsze podróżnicze trofeum.

Jak w bębnie pralki

Przejście całej pętli, czyli ok. 200 km, zajęło nam 11 dni. I o ile przez pierwsze trzy myślałem tylko o kresie podróży, o tyle pod koniec byłem pewien, że mógłbym tak iść i iść. Nauczyłem się łapać każdy promień słońca, oszczędzać siły, chronić ciepło wytworzone podczas marszu. Już drugiego dnia przekonałem się, że nim na postoju rzucę się do picia, powinienem założyć kurtkę puchową, która najlepiej ochroni od zimna. I dopiero wtedy zabrać się do szykowania posiłku.

Codzienny rytuał szybko wszedł mi w krew. Przy ciele trzymałem baterie i nawilżone chusteczki, by nie zamarzły. W nocy własnym ciałem suszyłem też jedną parę skarpet. Wilgotne od potu buty wydawały mi się największym problemem - nie mogłem się zdecydować na owijanie nóg w plastikowe torebki z supermarketu, co radzili starzy wyjadacze. Przez pierwsze noce wkładałem więc buty do śpiwora. Ale czułem się jak sweter w bębnie pralki. Obok dwóch potężnych butów w kokonie miałem aparat fotograficzny, GPS, dodatkowe baterie, za pazuchą skarpety, rękawiczki, czapkę i chusteczki. Szybko zrezygnowałem z ogrzewania butów i rano wkładałem wilgotne.

Podróże: wyprawa na Spitsbergen, podróże, europa, Zachęceni wiosenną pogodą zdecydowaliśmy się na nocleg pod gołym niebem.

Sesja z reniferami

Moja miłość do Spitsbergenu nie wygasła po pierwszej wyprawie. Niespodziewanie dla samego siebie wróciłem tam już po roku, by z bratem odbyć kilka narciarskich wycieczek, poznać życie na psiej farmie i spenetrować jaskinię, która biegnie lodowcem piętrzącym się nad Longyearbyen.

Niestety, zbyt wczesna wiosna zagrodziła nam drogę do drugiego - tym razem pełnego ludzi - rosyjskiego miasta - Barentsburga. Udało nam się przejść rzekę, brodząc w lodowatej wodzie przez ponad godzinę, ale błotniste trawy pokonały nas. Nie mieliśmy ani tyle czasu, ani jedzenia, by przedzierać się przez nie z bagażem na plecach.

Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Zachęceni wiosenną pogodą - temperatura dochodziła do 2-3 stopni powyżej zera - zdecydowaliśmy się na nocleg pod gołym niebem. Bojąc się misia, zasnąłem ze strzelbą w ręku. Obudził mnie dziwny szelest. Spodziewając się najgorszego, odszukałem palcem wskazującym spust i otworzyłem oczy. Zamiast niedźwiedzia ujrzałem kilkadziesiąt reniferów. Śnieżnobiałe, niektóre z majestatycznym porożem, nie obawiały się nas w ogóle. Do zdjęć pozowały z godną pochwały cierpliwością.

Podróże: wyprawa na Spitsbergen, podróże, europa, Renifery pozowały do zdjęć z godną pochwały cierpliwością

Praktyczne rady

Na wyspie można z namiotem nocować niemal wszędzie, kłopot tylko sprawić mogą białe niedźwiedzie. Dlatego za miasto nie można wychodzić bez broni. Warto też grodzić obozowiska, otaczając je linką z ładunkami hukowymi, które przestraszą niedźwiedzia, jeśli nie jest zbyt głodny. Jak się przygotować? Wszystko zależy od tego, czy planujesz marsz przez wyspę, czy tylko pobyt w mieście. W drugim wypadku absolutnie wystarczy dobre zimowe ubranie, kurtka puchowa, ciepła czapka i rękawiczki.

Wyprawa wymaga specjalistycznego ubrania, zaczynając od odzieży wyrzucającej pot, przez windstoperowe kurtki i spodnie, czapki, puchówki itd. po sprzęt turystyczny, narty biegowe, pulki, sprzęt biwakowy, kopułkowe namioty..

Podróże: wyprawa na Spitsbergen, podróże, europa, Mam po co wracać na Spitsbergen

Więcej o: