Podróż do Andaluzji: śladami spaghetti westernów

Na wschodnim krańcu spalonej słońcem Andaluzji, z dala od?turystycznych atrakcji Kordoby i Grenady, tam gdzie nie słychać wakacyjnego zgiełku plaż Costa del Sol, znajduje się kraina zupełnie niezwykła, bo przeniesiona z innego czasu i przestrzeni - amerykański Dziki Zachód. A dokładniej, jego filmowe, westernowe oblicze.
Stacja kolejowa z Stacja kolejowa z "Pewnego razu na Dzikim Zachodzie" fot. Marta i Wojtek Paczos

Pewnego razu na Dzikim Zachodzie. W Hiszpanii

Po długim, pełnym napięcia oczekiwaniu, przerywanym jedynie złośliwym bzyczeniem muchy oraz miarowym skrzypieniem metalowego koguta na dachu budynku, pociąg niespiesznie wtoczył się na bezludną stację. Listonosz wyrzucił paczkę pocztową, a lokomotywa zawyła i równie niespiesznie jak tu przybyła, poczęła opuszczać to nieprzyjazne miejsce. Napięcie opuściło trzech bandytów, którzy zaczęli się zbierać do odjazdu. Wtem ciszę przerwał dźwięk harmonijki.

- Chyba zabraliśmy o jednego konia za mało - roześmiali się bandyci gotowi do strzału.

- Nie. Wzięliście o dwa za dużo.

Strzały padły szybko jak uderzenie pioruna. Z czterech leżących ciał podniosło się tylko jedno. A ciszę znów przerwały dźwięki harmonijki.

Pierwsza scena "Pewnego razu na Dzikim Zachodzie" to jedna z najdłuższych sekwencji tytułowych w historii kina. Piętnaście pełnych napięcia minut. Kolejne dwie godziny filmu mijają błyskawicznie, mimo że akcja toczy się raczej powoli. W tym obrazie z 1968 r. reżyser Sergio Leone osiągnął nie tylko szczyt swojej formy, ale również mistrzostwo westernu i, moim skromnym zdaniem, mistrzostwo kina. Włoch wyjechał do Andaluzji nakręcić swój pierwszy western w 1964 r. "Za garść dolarów" okazało się zarówno hitem kasowym, jak i filmem przełomowym.

Leone pokazał zupełnie inny Dziki Zachód, niż widzieli go amerykańscy twórcy klasycznych westernów. Nie ma u niego dobrych i złych kowbojów, są tylko mniej i bardziej niesympatyczni. Leone nie opowiada historii, w których dobro wygrywa ze złem, bo te kategorie mieszają się w każdej sytuacji i w każdej postaci. W ogóle nie skupia się na historiach. Dla niego najważniejsze są charaktery, atmosfera i emocje.

Od "Za garść dolarów" rozpoczęła się wielka kariera aktorska Clinta Eastwooda, kompozytorska Ennia Morricone oraz wielka moda wśród widzów i reżyserów na spaghetti westerny. Ktoś policzył, że w ciągu następnych dziesięciu lat Włosi i inni europejscy reżyserzy nakręcili ponad pięćset (!) westernów. Od tego filmu zaczyna się też nasza filmowa podróż po Andaluzji.

Podróż do Andaluzji: śladami spaghetti westernów, europa, podróże, Andaluzja

Parking po studni

Dziki Zachód w Hiszpanii najczęściej grały dwa rejony: pustynia Tabernas na północnych stokach Sierra Nevada, zaledwie 30 kilometrów od nadmorskiego kurortu Almeria, oraz położony nieco na zachód od tego miasta nadmorski przylądek Cabo de?Gata. Kilku reżyserów korzystało jeszcze z plenerów w Sierra de Guadarrama, blisko Madrytu, a nawet jeszcze dalej na północ, aż w rejonie Burgos.

Przed wyjazdem do Andaluzji szukamy bliższych informacji o konkretnych miejscach w internecie. Okazuje się, że... nie jesteśmy pierwsi. Odnajdujemy całe rzesze ludzi poszukujących westernowych plenerów. Nazywają siebie "archeologami lokacji". Pamiętają każdy szczegół krajobrazu z kilkudziesięciu westernów i regularnie przemierzają i opisują andaluzyjskie odludzia. To nam bardzo ułatwia planowanie i samą podróż. Pionierami nie będziemy,?lecz trudno się dziwić. W końcu spaghetti westerny zachwycają widzów już prawie od pół wieku!

Zaczynamy, tak jak Sergio Leone swój pierwszy western, w małym domku na pustkowiu, gdzie Ramon Rojo więzi nieszczęśliwą Mirasol. Wędrowcy (już nie na koniach) chętnie odwiedzają domek Mirasol, gdyż obecnie mieści się w nim hotel. Studnię zastąpił wygodny parking, a w miejscu pustynnych pagórów w tle pojawiło się miasteczko San José. Nic dziwnego, przecież to nadmorski kurort.

Dalej, za San José, rozciągają się dzikie plaże i wydmy parku narodowego Cabo de Gata. Jeżeli w westernie akcja dzieje się na?piaszczystej pustyni, to znaczy, że ekipa filmowa ulokowała się właśnie tutaj. Leone bardzo dbał o szczegóły, na żadnym z ujęć pustynnych (najwięcej znajdziemy w "Dobrym, złym i brzydkim" z 1966 r.) nie widać morza. Inni reżyserzy byli mniej dokładni. Z zaskoczeniem odkrywamy jednak, jak siła sugesti potrafi oszukać wzrok. Dopiero podczas drugiego oglądania "Zawodowca" Sergia Corbucciego (1968) i "Twarzą w twarz" Sergia Sollimy (1967), gdy już wiedzieliśmy, że filmowa pustynia to tylko szeroka, piaszczysta plaża, spostrzegliśmy śródziemnomorskie fale.

Los Albaricoques Los Albaricoques fot. Marta i Wojtek Paczos

Biwak pod skałą

Dzień ma się ku końcowi, więc postanawiamy zabiwakować na jednej z dzikich plaż. Wybrzeże Cabo de Gata to rejon piękny i wciąż nieodkryty przez masową turystykę. Natura hojnie obdarzyła Hiszpanię swoimi skarbami. Wzdłuż tysięcy kilometrów linii brzegowej każdy znajdzie coś dla siebie. Wczasowicze?odpoczną w cichych hotelach na?uboczu, fani nocnego życia pójdą na imprezę w jednym z tysiąca kurortów, wspinacze odkryją piękne skalne ściany wyrastające prosto z morza, a trampy rozbiją namiot na?czystym piasku Cabo de Gata.

Nasza plaża znajduje się w małej skalnej zatoczce z charakterystyczną skałą wystającą z morza. Zasypiamy, oglądając gwiazdy i słuchając miarowego szumu morskich fal. O poranku ruszamy na długi spacer do wioski położonej kilka kilometrów na zachód. Wprawdzie jest początek listopada, ale słońce jeszcze mocno przypieka. Niestety, w wiosce Cabo de Gata funkcjonuje jedynie latarnia morska. Obydwa bary otwierane są dopiero w czerwcu. Z kawy nici. Wracamy po samochód i kierujemy się w głąb półwyspu, do Los Albaricoques.

Podróż do Andaluzji: śladami spaghetti westernów, europa, podróże, Odgrywamy finałową scenę pojedynku na okrągłym kamiennym placyku

Przy ul. Eastwooda

W drugim filmie Sergia Leone, "Za kilka dolarów więcej" (1965), dwóch łowców głów (Clint Eastwood i Lee Van Cleef) próbuje dorwać bandę El Indio. Udaje im się dołączyć do gangu, który zabiera ich do Agua Caliente przy granicy meksykańskiej. Mieszkańcy wioski, według El Indio, "nie lubią nikogo". Agua Caliente to dwie ulice i kilka glinianych, bielonych domków. Akcja filmu dzieje się gdzieś w połowie XIX w.

Można odnieść wrażenie, że przez ponad sto lat, które dzielą czas w filmie od czasu na planie, nic się nie zmieniło. W latach 60. Hiszpania nie była jeszcze rozwiniętym krajem, a Andaluzja była jednym z jej najbiedniejszych rejonów. W wioskach nie było elektryczności, a otaczających krajobrazów nie zaśmiecały żadne budowle. Wprawdzie dzisiaj elektryczność dotarła do Los Albaricoques, a wioskę otaczają wielkie, brzydkie szklarnie, jednak w powietrzu wciąż czuje się klimat, który tak doskonale pokazał Leone. Nie wiemy, czy mieszkańcy nadal "nie lubią nikogo", bo na żadnej uliczce nie spotkaliśmy żywej duszy.

Wioska rozrosła się tylko odrobinę, zamiast dwóch są teraz cztery ulice. Tubylcy postanowili wykorzystać je marketingowo i teraz dumnie noszą imiona: Sergio Leone, Clinta Eastwooda, Lee Van Cleefa i Ennia Morricone. Marketing chyba nie przyniósł oczekiwanych rezultatów, bo podobnie jak przy latarni morskiej jedyny bar-sklep zamknięty jest na cztery spusty, a my znów jesteśmy tu jedynymi goścmi, kto wie od jak dawna.

Przed wyruszeniem w dalszą podróż odgrywamy we dwoje finałową scenę pojedynku na okrągłym kamiennym placyku. W głowach, całkiem bezwarunkowo, zaczyna nam grać melodyjka, którą wygrywał kieszonkowy zegarek Mortimera. Niesamowite, jak mistrz Morricone potrafi budować napięcie?za pomocą kilku zaledwie nut. Melodyjka z zegarka spodobała się chyba nie tylko nam - ostatnio do swoich reklam telewizyjnych pożyczył ją jeden z dużych producentów samochodów.

Pewnego razu na dzikim zachodzie Pewnego razu na dzikim zachodzie rys. Paramount Pictures

Królowie spaghetti westernów

Pewnego razu na dzikim zachodzie

1968, reż. Sergio Leone

Charles Bronson,  Henry Fonda, Claudia Cardinale

Film, który wyrasta poza granice westernu. Wart obejrzenia nie tylko ze względu na fabułę, ale zachwycające krajobrazy, doskonalą muzykę i mistrzowską reżyserię. Polecany jako danie główne, najlepiej po trzech przystawkach z?wcześniejszych filmów tego samego reżysera.

Leone w negatywie

Wprawdzie Leone jest niekwestionowanym królem spaghetti westernów, jednak gatunek rozrósł się tak bardzo, że nie sposób nie wspomnieć o innych twórcach. Najbliżej stworzenia prawdziwej konkurencji dla Leone był Sergio Corbucci. Gdy zacznie się śledzić dokonania obydwu Sergiów chronologicznie, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że każdy film Leone doczekał się odpowiedzi Corbucciego. I tak "Django" (1966) opowiada podobną historię co "Za garść dolarów" (1964), a "Za kilka dolarów więcej" (1965) doczekał się bardzo przewrotnej filmowej odpowiedzi w "Człowieku zwanym Ciszą" (1968).

W filmie Leone pozytywnymi bohaterami byli łowcy głów tropiący meksykański gang. Tymczasem Corbucci odwrócił role i pokazał, jak drobne złodziejaszki są zastraszone przez bezwzględnych, okrutnych i świetnie zorganizowanych łowców. Pustynne, gorące krajobrazy pierwszego Sergia, drugi zastąpił zimą stulecia z 1899 r., którą zobrazował magicznymi krajobrazami włoskich Dolomitów. W odpowiedzi na "Dobrego, złego i brzydkiego" (1966) Corbucci nakręcił "Zawodowca" (1968), w którym pojawia się nawet rodzimy akcent. Głównym bohaterem jest polski emigrant, który uczy (za odpowiednią opłatą) meksykańskiego rozrabiakę, jak zrobić rewolucję.

Włoskie westerny cieszyły się taką popularnością, że?do udziału w tej karuzeli dały się namówić między innymi takie osobowości, jak Ringo Starr (udany "Blindman" z 1971 r.) czy Sean Connery (mało ciekawy "Shalako" z 1968 r.).

Podróż do Andaluzji: śladami spaghetti westernów, europa, podróże, Dobry, zły i brzydki

Dobry, zły i brzydki

1966, reż. Sergio Leone

Clint Eastwood, Lee Van Cleef, Eli Wallach,  ario Brega

Dobry (Eastwood), zły (Van Cleef) i brzydki (Wallach), próbując odnaleźć zakopany skarb, trafiają w sam środek wojennej zawieruchy. Ten film to zdrady, oszustwa i przemoc. To wartka akcja i cięty humor. To film, do którego się wraca. Wielokrotnie. Wzorzec dobrego westernu.

Zjeżdżamy z autostrady za znakami 'Western Leone' Zjeżdżamy z autostrady za znakami 'Western Leone' fot. Marta i Wojtek Paczos

Utuczeni kowboje

Na pustynię Tabernas wjeżdżamy autostradą od strony Almerii. Przed nami rozpościera się spalona słońcem przestrzeń, poprzecinana wąwozami wyschniętych strumieni, porośnięta gdzieniegdzie kłującymi krzewami, zamknięta na ostatnim planie łańcuchem gór.

Ten widok pojawia się, chociaż na chwilę, chyba w co drugim westernie z włoskiej stajni. Zjeżdżamy z autostrady za znakami "Western Leone". To jedno z trzech westernowych miasteczek, które zbudowano specjalnie na potrzeby Dzikiego Zachodu. Nazwę zawdzięcza oczywiście wielkiemu Sergio, który tutaj umieścił Sweatwater, odludny domek McBainów w "Pewnego razu na Dzikim Zachodzie". Jill wysiada z pociągu na stacji Flagstone i zamawia dorożkę do Sweatwater. Oglądamy mapy z każdej strony, ale nie wiemy, jakim cudem dorożka, aby dotrzeć w to miejsce, musiała przejechać przez Monument Valley w amerykańskiej Nevadzie.

W 1968?r. stał tutaj tylko domek McBainów, potem kolejni filmowcy dodali meksykańskie domki, saloony, banki, a nawet indiańskie tipi odlane z betonu. Dom McBainów również przeszedł kilka rekonstrukcji, a obecnie mieści się w nim bar. Codziennie w południe napada na niego trzech utuczonych lokalnych kowbojów. Jeden chyba ma być podobny do Henry'ego Fondy, ale jego mętne spojrzenie nie ma w sobie nic z błękitnego, stalowego zimna oczu filmowego Franka.

Podróż do Andaluzji: śladami spaghetti westernów, europa, podróże, Dom McBainów - obecnie mieści się w nim bar napadany codziennie w południe przez trzech utuczonych lokalnych kowbojów

Z głośników ustawionych nad bramą wjazdową rozlega się motyw filmowy. "Pewnego razu na Dzikim Zachodzie" jest filmem niezwykłym na wielu poziomach, również (a dla niektórych przede wszystkim) pod względem muzycznym.

Mistrz Morricone ułożył muzykę nietypowo, bo nie do gotowego obrazu (jak to się robi zazwyczaj), lecz czytając scenariusz. Dzięki temu reżyser mógł ją wykorzystać już podczas kręcenia - aktorzy grając słyszeli w tle muzykę, która miała towarzyszyć konkretnym scenom w ostatecznej wersji filmu. Mało tego, muzyka w tym filmie jest również jakby aktorem, gdyż każdej z czterech głównych postaci towarzyszy konkretny motyw muzyczny. Motywy te przeplatają się przy spotkaniach, aby osiągnąć kulminację w finałowej scenie (nie może być inaczej:) pojedynku.

Podróż do Andaluzji: śladami spaghetti westernów, europa, podróże, Sweatwater - w 1968 stał tu tylko domek McBainów. Potem w okolicy pojawiły się inne budynki, a nawet stojąca na uboczu wioska z betonowych tipi.

Ostatni strzał Sergia

Zachodzimy domek w Sweatwater od tyłu, aby stanąć przy studni, na skraju kanionu. Tutaj gdzie rozegrała się ta finałowa scena. Filmowe miejsce jest wymowne - oto dwóch rewolwerowców pojedynkuje się za stodołą, podczas gdy z drugiej strony robotnicy w hałasie i zgiełku układają tory kolejowe. Przybycie kolei zakończyło epokę rewolwerowców Dzikiego Zachodu.

W filmie Leone ten ostatni strzał z rewolweru Harmonijki kończy nie tylko epokę. Tym strzałem planował zakończyć westernową karierę również sam reżyser (do nakręcenia jeszcze jednego, dużo słabszego westernu "Garść dynamitu" z 1971 r. skłoniła go intratna oferta finansowa). Tym strzałem kończy się również złoty okres spaghetti westernu. Po "Pewnego razu na Dzikim Zachodzie" włoscy reżyserzy zaczęli szukać nowych tematów i inspiracji.

Początkowo pojawiły się jeszcze całkiem udane westernowe komedie ("Nazywają mnie Trinity" 1970), filmy detektywistyczne (seria pięciu filmów o Sartanie), a nawet thrillery ("And God Said to Cain" 1969). W końcu gatunek zaczął zjadać swój własny ogon, aż stał się trudną do oglądania parodią samego siebie. Na podsumowanie, tuż przed ostateczną śmiercią w drugiej połowie lat?70., udało się Włochom na chwilę przywrócić blask westernu, choć znów?w innej, tym razem mrocznej i ciężkiej formie ("Keoma" z 1976 r. czy "Four of Apocalypse" z 1975 r.).

La Calahorra Ferreira, czyli filmowy Flagstone La Calahorra Ferreira, czyli filmowy Flagstone fot. Marta i Wojtek Paczos

Szybki pociąg we Flagstone

Nie tylko my odczuwamy dziwną nostalgię za Dzikim Zachodem. Oto przy drodze znajdujemy małą paczuszkę z plastikowym, trochę rozlatującym się rewolwerem.

Ostatnim przystankiem naszej westernowej wycieczki po Andaluzji jest słynna stacja kolejowa ze sceny tytułowej "Pewnego razu na Dzikim Zachodzie". Położona niedaleko wioski La Calahorra, na zachodnim skraju pustyni Tabernas.

Zarówno stację, jak i tory dawno rozebrano, jedyną widoczną poszlaką jest wciąż istniejący nasyp. W tle zamiast bezkresnego stepu rozciąga się niezliczona ilość gigantycznych wiatraków. Na ruinach samotnego domu jakiś sentymentalny fan westernów wypisał sprejem prosty manifest: "Kino - tak, wiatraki - nie!".

Kilka kilometrów dalej jest jeszcze jedna filmowa stacja kolejowa, La Calahorra Ferreira, czyli filmowy Flagstone. Tam gdzie pociągiem na Dziki Zachód przyjechała Jill?McBain. Opuszczone budynki wyraźnie tęsknią za lepszymi, minionymi czasami. Przez stację z prędkością błyskawicy przejeżdża nagle superszybki nowoczesny?pociąg. Nie zatrzymał się. Nikt nie wysiadł.

Odjeżdżamy z Dzikiego Zachodu prawie jak pułkownik Mortimer w stronę zachodzącego słońca, chociaż innym środkiem transportu. Przed północą powinniśmy już być w Madrycie. Ale wiemy, że niedługo na pewno tu wrócimy. Bo Andaluzja to jeden z naszych ulubionych zakątków Europy. Bo to miejsce, które w ofercie ma wszystko, od gorącej pustyni po ośnieżone szczyty Sierra Nevada, od ciepłego morza po wspinaczkowe skalne ekstrema. Bo to bajeczna kraina Maurów, ludu, który władał Al-Andalus przed osiem wieków, po czym zniknął, rozpłynął się gdzieś pośród swoich starych i nowych sąsiadów. Bo nie musimy lecieć daleko za ocean, aby poczuć klimat Dzikiego Zachodu.

Kilka tygodni po powrocie z wycieczki któregoś wieczoru oglądaliśmy w domu niewybitny, ale ciekawy western "Blindman" (1971). W jednej ze scen tytułowy ślepiec galopuje wybrzeżem oceanu w kierunku granicy meksykańskiej. Marta prosi, żebym zrobił pauzę: - Przyjrzyj się. Wystająca z morza skała wygląda znajomo. Ach, to przecież nasz biwak!

Spaghetti Western Top 10:

1. Pewnego razu na Dzikim Zachodzie (C'era una volta il West), reż. Sergio Leone, 1968

2. Dobry, Zły i Brzydki (Il Buono, il brutto, il cattivo), reż. Sergio Leone, 1966

3. Człowiek zwany Ciszą(Il Grande silenzio), reż. Sergio Corbucci, 1968

4. Za kilka dolarów więcej (Per qualche dollaro in pi?), reż. Sergio Leone, 1965

5. Zawodowiec (Il Mercenario), reż. Sergio Corbucci, 1968

6. Colorado (La Resa dei conti), reż. Sergio Sollima, 1966

7. Nazywają mnie Trinity (Lo chiamavano Trinit?), reż. Enzo Barboni, 1970

8. Light the Fuse, Sartana is Coming, reż. Giuliano Carnimeo, 1970

9. Keoma, reż. Enzo G. Castellari, 1976

10. Śmierć jeździ konno (Da uomo a uomo), reż. Giulio Petroni, 1967

Więcej o:
Komentarze (2)
Podróż do Andaluzji: śladami spaghetti westernów
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • wiesenblum

    Oceniono 1 raz 1

    OK. Od "Pewnego razu ..." wszystkie Spaghetti westerny sa słabsze ale "Garsc dynamitu" wcale nie jest az tak bardzo gorsza - dla mnie to swietne, choc dosc prosto pisane, studium rewolucji w odmianie : "bierzemy cwanego głupka ..."

  • Gość: WuTang4Eva

    Oceniono 2 razy 0

    A dziki zachód w Andaluzji najlepiej obrazuje film Alexa de la Iglesii "800 Balas" ;)

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX