Podróże: Polacy na dachu Afganistanu

Noszak. Dźwięk tej nazwy ma w sobie jakiś dziwny, zimny magnetyzm. Jest w tym brzmieniu błękit lodu, biel śniegu i szarość skały. Jest nieprzespana noc, ciężki oddech i zmarznięte ciało.
Ale jest też uścisk dłoni, przyjacielskie objęcie i uśmiech triumfu.
Ta nazwa to obietnica przygody.
Podróże: Polacy na dachu Afganistanu Podróże: Polacy na dachu Afganistanu fot. Louis Meunier/ Wikimedia Commons

Noszak: prawie nasza góra

Szczyt Noszaka wznosi się na wysokości 7492 m n.p.m. w górach Hindukuszu. Jest najwyższą górą Afganistanu i drugą najwyższą górą pasma.

Jego magia działa na alpinistów od wielu lat, a na Polaków w sposób tak wyjątkowy, że stał się legendarny. Na Noszaku nastąpiły bowiem dwa wielkie przełomy w historii polskiego himalaizmu. W 1960 r. do Afganistanu pojechała pierwsza po wojnie polska wyprawa w góry wysokie. Wcześniej, w latach 50., gdy trwał wyścig o najwyższe szczyty świata, polscy alpiniści z trudem dostawali pozwolenia na wyjazdy co najwyżej w Alpy i Kaukaz. Himalaje były dla nas zamknięte. Wyprawa do Afganistanu była pierwszym krokiem do nadrobienia zaległości wobec światowej czołówki. Noszak pozostawał wtedy niezdobyty. Niestety, gdy ekipa pod kierownictwem Bolesława Chwaścińskiego przyjechała na miejsce, zastała tam dobrze zaaklimatyzowanych i gotowych do ataku Japończyków. Dlatego właśnie im przypadło pierwsze wejście (17 sierpnia 1960 r.). Dziesięć dni później na szczycie stanęło aż siedmiu Polaków (oprócz Chwaścińskiego jeszcze Krzysztof Berbeka, Stanisław Biel, Jerzy Krajski, Stanisław Kuliński, Jan Mostowski i Stanisław Zierhoffer).

Polacy wrócili w najwyższe góry świata w dobrym stylu. Trzynaście lat później, 13 lutego 1973 r., kropkę nad i postawili Andrzej Zawada i Tadeusz Piotrowski. Po raz pierwszy w historii alpinizmu został zdobyty w sezonie zimowym szczyt ponadsiedmiotysięczny. Polacy na Noszaku napisali pierwszy rozdział historii zimowego himalaizmu. Historii, która przez kolejne lata należała wyłącznie do nich.

W 2010 r., w 50. rocznicę pierwszego wejścia na Noszak, do Afganistanu wybrała się dwuosobowa ekipa z Klubu Wysokogórskiego w Poznaniu: Krzysiek Mularski i Kuba Rybicki. Cel wyprawy - po prostu wrócić na Noszak. Informacji o kraju, bezpieczeństwie i poruszaniu się zaczęło przybywać. W Hindukusz nieśmiało zaglądali kolejni podróżnicy i alpiniści, również z Polski. Niestety ekipa była trochę zbyt mała, a warunki pogodowe podczas kluczowego ataku zrobiły się katastrofalne. Krzysiek postanowił spróbować jeszcze raz, rok później.

W lipcu 2011 r. do Afganistanu ruszyła siedmioosobowa Polska Wyprawa na Noszak. Krzysiek zorganizował drużynę, której różnorodność gwarantowała z jednej strony doświadczenie, rozsądek i wiedzę, a z drugiej energię, finezję i skłonność do ryzyka. Kierownictwo objął ksiądz Krzysztof Gardyna, autor wielu nowych dróg w Tatrach i Alpach, zdobywca Gasherbruma II w Himalajach i całego wachlarza gór trudnych i wysokich.

Do ekipy dołączył Rafał Michałowski, partner ks. Gardyny z ostatnich wypraw, w tym pierwszego polskiego wejścia na Koskulak w Kunlun-Szan (7028 m n.p.m.) oraz Zdzisiek Dudrak, który w Hindukuszu wspinał się jeszcze w latach 70. Wiele lat przed urodzeniem się trójki domykającej ekipę: Piotrka Śpiewanowskiego, Marty Rękas i niżej podpisanego.

Noszak i Afganistan Noszak i Afganistan rys. Mikołaj Kirschke

Massud i oaza spokoju

Granicę Afganistanu przekraczamy w Iszkaszim, od strony Tadżykistanu, przez most na rzece Pjandż. Samolotem dolecieliśmy do stolicy Duszanbe, potem przez dwie doby tłukliśmy się przez tadżyckie bezdroża. Ta trasa to oczywisty wybór, droga z Kabulu jest nie tylko bardziej niebezpieczna, ale też dłuższa i droższa. Po przejściu granicy pozostanie nam zaledwie 20 kilometrów do wioski Kazi-Deh, z której rusza karawana w góry.

Dzięki temu pobyt w Afganistanie ogranicza się do doliny Wahanu. Oddzielona od reszty kraju wysokim łańcuchem Hindukuszu jest ona istną oazą spokoju w kraju targanym kolejnymi wojnami. Pokoju w tej części kraju przez wiele lat strzegł Ahmed Szah Massud, "Lew Pandższiru", dowódca partyzancki i bohater narodowy. Najpierw obronił północno-wschodni Afganistan przed inwazją wojsk radzieckich w latach 80., a potem długo stawiał opór talibom. Dzień przed atakami na World Trade Center dwóch talibskich samobójców, podających się za marokańskich dziennikarzy, zabiło Massuda za pomocą bomby ukrytej w kamerze.

Straż graniczna to pierwsi Afgańczycy, jakich spotykamy.

Są sympatyczni, ale skrupulatni i dokładni. Nasze bagaże muszą niestety zostać dokładnie prześwietlone... ręcznie, rzecz jasna. Karnie i powoli wypakowujemy kolejne ubrania, żywność i sprzęt. Są cierpliwi, wszystko to wszystko. Wreszcie przychodzi pora na kluczową torbę, z paliwem do palników. Celnik odkręca kolejne butelki pachnące benzyną. Z jednej wydobywa się jednak inna woń:

- Czy to nie jest przypadkiem alkohol? - zagaduje niejednoznacznym tonem. Wymieniamy dyskretnie porozumiewawcze spojrzenie.

- Tak, to specjalny, techniczny alkohol do kuchenek. Pod żadnym pozorem nie nadaje się do picia!

- Aha...

Odetchnęliśmy z ulgą. Będzie czym świętować zdobycie szczytu.

W afgańskim Iszkaszim spędzamy dzień na załatwienie formalności, a późnym wieczorem jesteśmy już w Kazi-Deh, skąd za kilka dni ruszymy w góry.

Podróże: Polacy na dachu Afganistanu Podróże: Polacy na dachu Afganistanu fot. Marta Paczos, ks. Krzysztof Gardyna

Negocjacje

Zanim wyjdziemy w góry, musimy jednak wynająć tragarzy, którzy poniosą ponad 300 kg naszego bagażu (to i tak śmiesznie mało, jak na taką wyprawę). Negocjacje z Afgańczykami to jednak nie zwyczajne dogadanie ceny i warunków, ale całe przedstawienie, całodniowy spektakl.

W wiosce Kazi-Deh przez cały rok zbyt wiele się nie dzieje. Właściwie to nic się nie dzieje. Dlatego przybycie siedmiorga Polaków to wydarzenie roku. Również szansa zarobku, ale odnosimy wrażenie, że bardziej niż o pieniądze chodzi o teatr i emocje. Musimy szybko się nauczyć swoich ról.

Nocujemy na podłodze w "guesthousie", czyli w małym domku, którego niewątpliwą, ale jedyną zaletą jest to, że ma dach. Na podwórku od rana zbierają się mężczyźni, którzy przychodzą się nam poprzyglądać. Kobiety są mniej dyskretne, całymi drużynami wchodzą do środka i z odległości 20 centymetrów oglądają, jak pakujemy plecaki, zwijamy śpiwory i porządkujemy sprzęt. Kobiety w dolinie Wahanu burzą całkowicie nasze wyobrażenie o Afgankach. Nie tylko nie noszą burek, ale w domach to one często pełnią funkcję głowy rodziny.

Co ciekawe, nie jest to związane z wiarą, przepisami czy wyzwoleniem. Taki układ społeczny wynika z warunków naturalnych. W niegościnnych górach, gdy o przeżyciu stanowi ciągła, ciężka praca na polu i przy zwierzętach, wykluczanie kobiet, połowy siły roboczej, byłoby samobójstwem. Niestety, takie zasady nie obowiązują jeszcze w reszcie kraju.

O trzeciej, kiedy mają się rozpocząć negocjacje, na trawniku koczuje już cała wioska. W końcu przybywa także Malik, czyli szef społeczności. Targowanie jest wyjątkowo długie i skomplikowane. W skrócie wygląda to tak: Afgańczycy debatują między sobą co najmniej dziesięć minut. Następnie Malik zwraca się do tłumacza długim monologiem. Tłumacz niestety nie należy do najbardziej rozgarniętych, a jego znajomość angielskiego jest najwyżej symboliczna. Podsumowuje:

- On mówi tragarz sto dwadzieścia dolar.

Nie jest źle. Cena jest zawyżona tylko dwukrotnie. Kultura negocjacji w Afganistanie to zupełnie co innego niż w krajach arabskich. Tam trwają chwilę, a cenę wywoławczą można zbić nawet dziesięciokrotnie. Tutaj cena powinna spaść dwukrotnie, ale zanim to się stanie, miną długie godziny i wypite zostaną dziesiątki litrów herbaty.

Teraz pora na nasz teatr. Negocjacje prowadzimy we dwóch: Krzysiek, bo ma doświadczenie z zeszłego roku, i ja, z racji funkcji skarbnika wyprawy. Jednak o tym nie mogą się dowiedzieć nasi partnerzy zza stołu - jesteśmy zdecydowanie za młodzi. Oficjalnie zatem decyzje podejmują Zdzich i ks. Krzysztof. Zwracam się do nich po polsku:

- Wprawdzie słyszeliście sami, co powiedział, ale teraz jest, że niby ja tłumaczę. Zacznijcie mruczeć i kręćcie przecząco głowami. A potem herbatka i pogadajmy chwilę o czymkolwiek.

Po dłuższej rozmowie o niczym zwracam się grzecznie do tłumacza:

- Rozumiem, ale nasz szef się nie zgadza. Nic nie mogę zrobić. Szef powiedział: 40 dolarów dobra cena.

Tłumacz coś mówi do Malika. I procedura rozpoczyna się od nowa.

Po pierwszej godzinie jestem zmęczony. Po drugiej zaczyna mnie to wszystko bawić. Po trzeciej rezygnujemy z usług tłumacza i Zdzich z Malikiem dopracowują szczegóły na kartce papieru, rysując ludzików z bagażami po jednej stronie i kwoty dolarowe po drugiej. Po czwartej godzinie Malik niespodziewanie rezygnuje ze 100 dolarów i przystaje na nasze 60.

Oddychamy z ulgą i zaczynamy sobie dziękować. Nie tak szybko! Malik oświadcza, że potrzebujemy jeszcze kapitana. Kapitana? Kapitan to taki ktoś, kto będzie pilnować porządku. Dziękujemy, ale sami sobie poradzimy. Niestety, kolejna godzina mija na negocjowaniu roli kapitana. Zgadzamy się wreszcie, że jest faktycznie niezbędny, a Malik zgadza się, aby kapitan niósł połowę obciążenia. Zawartą umowę opijamy zieloną herbatą.

Podróże: Polacy na dachu Afganistanu Podróże: Polacy na dachu Afganistanu fot. Marta Paczos, ks. Krzysztof Gardyna

Karawana przez miny

Rankiem kolejnego dnia odbywa się komisyjne ważenie plecaków i formujemy karawanę. Nasza siódemka, dziewięciu tragarzy i kapitan. Malikowi trzeba przyznać, że tragarzy zawsze dobiera tak, aby społeczność na tym skorzystała. Większość to młodzi, silni chłopcy, ale każdy z nich jest żonaty i ma dzieci - zarabiają na rodzinę. Jest też kilku starszych mężczyzn, którzy niosą lżejsze ładunki.

Przy każdej karawanie, a w tym sezonie poza nami na szczyt wchodzili również Australijczycy, więc były cztery, pracuje inny zestaw tragarzy, tak aby jak najwięcej osób mogło skorzystać.

Ruszamy z wioski na wysokości 2500 m n.p.m. Baza pod Noszakiem jest oddalona o trzy dni drogi i 2300 m przewyższenia. W południe biwakujemy nad strumieniem w cieniu drzew. To ostatnie drzewa, jakie będziemy mogli oglądać przez najbliższe trzy tygodnie. Tu też swoją bazę miała japońska wyprawa z 1960 r. Wieczorem docieramy do połączenia naszej doliny Kazi-Deh z doliną Mandaras.

To miejsce stanowiło do dzisiaj największą przeszkodę w drodze na Noszak. Kilka lat przed śmiercią Ahmad Szah Massud kazał je bowiem zaminować. Podobno aby uchronić rejon korytarza wahańskiego przed talibskimi partyzantami przenikającymi przez granicę od strony Pakistanu. Trudno nam jednak to pojąć - góry i przełęcze sięgające sześciu, siedmiu tysięcy metrów nie wyglądają na łatwe do sforsowania.

Miejscowi od kilku lat nieśmiało zaczęli przyprowadzać tutaj owce na wypas. Z ich pomocą oznaczyli ścieżkę, którą można bezpiecznie przejść na drugą stronę. W tym roku natomiast dwóch Australijczyków, wyposażonych w pieniądze fundacji charytatywnych, zatrudniło miejscowych przy budowie profesjonalnej ścieżki turystycznej. Równie istotne jest to, że od tego roku stoi mostek na potoku Mandaras, więc nie musimy go pokonywać w bród.

Wieczorem drugiego dnia docieramy do charakterystycznego wielkiego głazu. Toż to polana Put Gar (płonący kamień), na której bazę miała polska wyprawa Andrzeja Zawady z 1973 r.! Pod "płonącym głazem" leży kilka zardzewiałych puszek. Takie pamiątki będziemy spotykać jeszcze hen wysoko w kolejnych obozach.

W południe trzeciego dnia nasza karawana dociera do bazy pod Noszakiem. Krzysiek mnie ostrzega, że przyjdzie nam przeprowadzić jeszcze jedną rundę negocjacji z tragarzami. O dziwo, po przeliczeniu umówionej sumy chłopaki w minutę dzielą zysk między siebie, a w ciągu kolejnej minuty wyruszają w drogę powrotną. Chcą zdążyć przed wieczorem do wioski. W pół dnia pokonają biegiem dystans, który nam zajął trzy dni.

Podróże: Polacy na dachu Afganistanu Podróże: Polacy na dachu Afganistanu fot. Marta Paczos, ks. Krzysztof Gardyna

W górę!

Pierwsze dni w bazie zdecydowanie nie należą do przyjemnych. Na tej wysokości to nie zimno jest problemem, ale różnica temperatury pomiędzy dniem i nocą. W dzień jest nieznośnie gorąco. Aby uchronić się przed udarem, szukamy cienia wokół małej, starej kamiennej konstrukcji, którą wyprawy wykorzystują na kuchnię. Po zmroku temperatura natychmiast spada do minus pięciu, więc zakładamy puchowe kurtki.

Organizmy powoli przyzwyczajają się do wysokości i przypominają sobie, jak działać przy małej ilości tlenu w powietrzu. Powoli ruszamy w górę. Zaopatrzeni jesteśmy w doskonałe mapy tego rejonu, sporządzone przez Polaków w latach 70. Folder z mapami i licznymi relacjami polskich wypraw sprzed 30 lat przygotował specjalnie dla nas pan Jerzy Wala z Krakowa, ceniony w świecie autorytet topografii gór Azji, istna encyklopedia wiedzy o Hindukuszu.

W ciągu kolejnych dni stopniowo, ale bardzo powoli zdobywamy wysokość. Celem jest aklimatyzacja i założenie stałych obozów wyposażonych w żywność, namioty i gaz. Odcinek z bazy do obozu pierwszego (5500 m n.p.m.) zajmuje nam ponad 9 godzin, czyli prawie dwa razy więcej, niż powinien. Odpoczywamy dobę w obozie pierwszym, ale wyżej nie jest lepiej. Pierwsza noc w obozie drugim (6200 m n.p.m.) jest praktycznie bezsenna, rano z bolącymi głowami, maksymalnie skupieni, aby nie popełnić fatalnego w skutkach błędu, schodzimy do bazy. Przez cały tydzień działamy w górze w trzech zespołach, które się wzajemnie wymieniają i uzupełniają.

Narada i spotkanie po latach

Spotykamy się wszyscy w bazie wyprawy, aby ustalić plan dalszych działań. Zdzich i Rafał decydują się przerwać akcję na Noszaku. Ich organizmy nie chcą "przełączyć się" na tę wysokość. Schodzą, aby natychmiast wyruszyć na rekonesans w pięknej dolinie Szachaura, obfitującej w alpinistyczne wyzwania.

Potem okaże się, że byli tam pierwszymi ludźmi z Zachodu od ponad 30 lat! W wiosce u wylotu doliny Zdzich spotkał starszego mężczyznę, który na dźwięk słowa "Polska" zaczął wymieniać wyprawy, z którymi chodził jako tragarz w latach 70. Obaj byli zdumieni, gdy się okazało, że Zdzich również brał udział w jednej z nich!

W bazie wyprawy tymczasem decyzja kierownika i uczestników brzmi: atakujemy. Pogoda utrzymuje się jak nigdy, słonecznie i bez opadów. Aklimatyzację mamy do 6200 m n.p.m., a większość sprzętu jest już w górze. Jeżeli uda się sprawnie założyć obóz trzeci na 6700 m n.p.m. i pogoda wytrzyma, to następnego dnia można próbować atakować szczyt (prawie 7500 m n.p.m.).

Podróże: Polacy na dachu Afganistanu Podróże: Polacy na dachu Afganistanu fot. Marta Paczos, ks. Krzysztof Gardyna

Trzy ataki

W górze tym razem działamy dwoma zespołami. Na szczęście zarówno plan, jak i zespoły są elastyczne, dlatego w trakcie ataku następuje kilka korekt. W końcu w trójce stają dwa namioty i melduje się tam cała piątka. Krzysiek, który czuje się najlepiej, rusza na szczyt nocą 12 sierpnia. Niestety, tego dnia pogoda nie jest obiecująca - niebo całkiem zachmurzone, pada śnieg, ale przede wszystkim dmie przenikliwy wiatr. W południe witamy Krzyśka ciepłą herbatą z powrotem w trójce. Krótkim zdaniem podsumowuje nieudany atak: - Jak rok temu! Dodaje jeszcze jedno słowo. Nie do druku.

Tymczasem Piotrek odczuwa braki aklimatyzacji i rezygnuje z udziału w kolejnym ataku. Życie na wyprawie nie należy do najbardziej emocjonujących: wstajesz, gotujesz śniadanie, wychodzisz na mróz z ciepłego śpiwora, wleczesz się pod górę z ciężkim plecakiem, rozbijasz namiot, gotujesz obiad, chowasz się do zimnego śpiwora, starasz się zasnąć. A wszystko to podszyte zmęczeniem, ciężkim oddechem i bólem głowy. Piotrek ma dosyć:

- Gdybym pojechał na miesiąc na ryby, toby się więcej działo!

Kolejnego dnia ruszamy na atak w czwórkę. Wstaję pierwszy o piątej. Gotuję śniadanie i czekam, aż pozostali będą gotowi. Ruszamy o szóstej. Po godzinie tracę czucie w palcach stóp.

Może za wcześnie wstałem? Może niepotrzebnie wychodziłem z namiotu? Może mam za słabe buty? To nieważne, teraz trzeba schodzić i ratować palce. Marta zawraca ze mną, Krzysiek i ks. Krzysztof wędrują na górę.

Noszak jest na tyle złośliwy, że najtrudniejszy moment wspinaczki jest dopiero powyżej obozu trzeciego. Na wysokości 7000 m n.p.m. trzeba pokonać skalną barierę. Liny jednak pozostawiliśmy w obozie pierwszym. Wiemy, że schodzący ze szczytu Australijczycy zostawili zawieszoną linę poręczową. Na barierze jednak nie ma po niej ani śladu. Wchodzą po linie Krzyśka założonej przed rokiem. To ryzykowna decyzja, bo nie wiadomo, w jakim jest stanie po tak długim czasie wystawiania na działanie trudnych warunków atmosferycznych. Udaje się.

Powyżej bariery rozpościera się plateau, który stopniowo zaczyna stawać dęba. Do pokonania jest grań i kilka przedwierzchołków. O piętnastej nadchodzi czas na niezwykle trudną decyzję. Krzysiek i Krzysztof umówili się, że najpóźniej do tej godziny muszą być na szczycie, aby bezpiecznie zejść z bariery przed zmrokiem. Szczyt już widać, wydaje się być na wyciągnięcie ręki. Rozrzedzone powietrze nie pozwala pozbierać myśli. Na tej wysokości człowiek działa jak źle naoliwiona maszyna - wdech, wydech, krok. Ksiądz postanawia zaufać intuicji. Na tę intuicję składają się setki szczytów i setki wcześniejszych decyzji: słusznych i błędnych, czasem zbyt ryzykownych, a czasem zbyt zachowawczych.

- Idziemy!

13 sierpnia o godzinie 17 Polacy powrócili na Dach Afganistanu. Szczyt zdobyli ks. Krzysztof Gardyna i Krzysiek Mularski.

Po wymianie gratulacji i szybkiej sesji zdjęciowej zaczyna się odwrót, zawsze trudniejszy niż wejście. Zmęczenie, wysokość i pewne rozprężenie związane ze świadomością zdobycia szczytu mogą istotnie obniżyć koncentrację. Z bariery, zgodnie z oczekiwaniami, zjeżdżają już przy świetle latarek. W namiotach są dopiero po godzinie 22. Cały atak zajmuje ponad 16 godzin.

Dwa dni później jeszcze jednego ataku próbuje ostatnia dwójka, Marta i ja. Postanowiliśmy zmienić taktykę i rozbić jeszcze jeden obóz, czwarty, na plateau powyżej bariery. Noc w temperaturze poniżej -20 stopni we wnętrzu namiotu daje nam solidnie w kość. Kolejnego dnia i nam przychodzi podjąć trudną decyzję. Intuicja, dużo słabiej wyrobiona niż u dwóch Krzysztofów, sugeruje powrót. Wolno pracujący mózg podpowiada: lepiej zdobyć o jedną górę mniej niż o jedną za dużo. Wracamy. Pakujemy namiot i zjeżdżamy z bariery. Przy okazji odnajdujemy linę Australijczyków. Jest za załomem skały, w zupełnie nieprzystępnym miejscu. Ją też zabieramy, zgodnie z prośbą właścicieli. Pakujemy namiot w trójce i szybkim krokiem schodzimy aż do obozu pierwszego. Obóz drugi zwinęła poprzednia schodząca ekipa. Wieczorem obserwujemy, jak w okolicach szczytu szaleje burza śnieżna.

Podróże: Polacy na dachu Afganistanu Podróże: Polacy na dachu Afganistanu fot. Marta Paczos, ks. Krzysztof Gardyna

Uczta

W bazie mamy jeszcze dwa dni oczekiwania na przybycie tragarzy. Telefonem satelitarnym przekazujemy do Polskie wesołe wiadomości, porządkujemy sprzęt i opróżniamy butelkę "paliwa do palników". Rozpiera nas radość i energia, którą postanawiamy spożytkować na budowę pamiątki: z nielicznych białych kamyków układamy na pochyłości wielki napis "Polska 2011". Kolejnego dnia długim marszem w dół doliny Kazi-Deh żegnamy się z górami. Rozważania o przygodzie, przyjaźni, wyzwaniach i walce mają dopiero nadejść. Teraz nasze głowy przepełnia tylko jedna myśl: mięso!

Po trzech tygodniach wysiłku i diety opartej na liofilizatach nasze organizmy domagają się solidnej i smacznej porcji białka. Na dole, w wiosce, mięsna oferta sama do nas przychodzi wraz z pasterzem. Negocjacje tym razem trwają chwilę, głód wygrywa z oszczędnością. Wieczorem delektujemy się pysznymi, świeżymi szaszłykami na cześć zwycięzców.

Żegnamy się z Noszakiem, który dla nas stracił swój magnetyzm. Przyciągają nas nazwy kryjące w sobie ciepło i wygodę. Tadżykistan brzmi zupełnie jak obietnica zimnego piwa, a Duszanbe jak centrum cywilizacji. Jak zawsze po powrocie z gór obiecujemy sobie: to był ostatni raz. Czy wytrwamy? Krzysiek ostatnio rozesłał wieści. Otóż w Chinach jest bardzo ciekawy siedmiotysięcznik bez polskiego wejścia...

Hindukusz

Polskie wyprawy działały tu wyjątkowo intensywnie. W latach 1960-1978 ten północno-wschodni zakątek Afganistanu odwiedziło prawie 60 (!) polskich zespołów, eksplorując nowe rejony, zdobywając dziewicze szczyty, wytyczając piękne drogi wspinaczkowe o najwyższym stopniu trudności. Ten wspaniały rozdział skończył się wraz z radziecką inwazją na Afganistan w grudniu 1979 r. Kraj od tamtej pory trawią niekończące się wojny, a Hindkusz odszedł w zapomnienie.

Koszty

Należy podkreślić, że Hindukusz to najmniej kosztowne wysokie góry świata. Wspinaczka nie wymaga żadnych drogich pozwoleń, a jedyna opłata, za przebywanie w strefie przygranicznej, wynosi 50 dolarów. Dojazd jest nie tylko tani, lecz bardzo sprawny - w Kazi-Deh byliśmy czwartego, a w bazie pod Noszakiem siódmego dnia od wylotu z Warszawy. Łącznie udział w wyprawie kosztował ok. 4 tys. zł na osobę. Podobna eskapada w Tybecie to wydatek  przynajmniej 10 tys. zł. Wyprawa na popularny ośmiotysięcznik to nawet 20-40 tys. zł.

Więcej o: