Podróż przez mongolski step

U Mongołów czas nie płynie liniowo, z przeszłości w przyszłość, tylko w okręgach. Dni, miesiące, pory roku - wszystko się powtarza. Nie trzeba niczego robić teraz, bo przecież każdy moment jeszcze się powtórzy. Zaraz oznacza zwykle kilka godzin. Z początku nie sposób się przyzwyczaić. Później nie sposób przestać za tym tęsknić.
Podróż przez mongolski step Podróż przez mongolski step fot. Wojtek Paczos

Dzień 1

Wyprawa zaczęła się od stresu: czy zdążę na samolot, czy nie utknę w korkach? Adela, Janusz i Przemek czekają na lotnisku. Potem kłopoty z bagażem - 10 kg nadwagi. W Moskwie mamy planową przerwę - pięć godzin. Czytamy gazety, książki i przewodniki po Mongolii. Przemek odczuwa mieszankę ciekawości i stresu przed tym, co nas spotka. Wylatujemy do Ułan Bator.

Dzień 2

Z lotniska odbierają nas nasi mongolscy przewodnicy, Ada i Tufszen. Podróżowanie autem po Ułan Bator jest bardzo czasochłonne. Trudno ogarnąć, jakie zasady ruchu drogowego (i czy w ogóle jakieś) tu obowiązują. Czasami nawet prawostronność pozostaje regułą tylko na papierze. Na szczęście Tufszen jest mistrzem kierownicy i dowozi nas wszędzie całych i zdrowych. Najpierw Czarny Bazar - jest tu wszystko, głównie przemyt z Chin. Kupuję windstopper The NorthFace za 15 euro. Następnie odwiedzamy sklep z produktami Urbanka (warzywa od Urbanka to tutaj symbol Zachodu i całoroczne źródło witamin). Dopiero późnym popołudniem ruszamy w trasę. Po dwóch godzinach jazdy zjeżdżamy z drogi i rozbijamy się na pięknej łące. Małe pagórki porośnięte niską zieloną trawą ciągną się po horyzont. Niedaleko jest brzozowy zagajnik - świetnie, będzie ognisko. Znużeni podróżą szybko zasypiamy w namiotach pod czarnym rozgwieżdżonym mongolskim niebem.

Dzień 3

Wciąż jeszcze jedziemy asfaltem. Nie jest to najkrótsza droga nad Chubsuguł, ale przewodnicy mówią, że najkrótsza droga to zwyczajnie roztopione błoto. Na mojej mapie są zaznaczone identycznie. Chyba pora przestać polegać na tym dziwnym, zachodnim wynalazku. Po kilku godzinach skręcamy na zachód, w kierunku Erdnet. Po drodze mijamy rzekę, nad którą sprzedają ryby. Kupujemy wędzonego łososia za jakieś 15 zł. Jest wspaniały: tylko lekko podwędzony i bardzo soczysty. Sześć osób się najada.

Do Bulgan dojeżdżamy już o 16. Tutaj kończy się droga asfaltowa. Dalej przez następne dwa dni będziemy jechać koleinami wyjeżdżonymi w stepie. Słońce chyli się ku zachodowi, światło jest idealne do zdjęć. Zatrzymujemy się w "zajeździe" prowadzonym przez czteropokoleniową rodzinę. To nasz pierwszy kontakt z Mongołami ze stepu. Pan domu, wielki Mongoł ubrany w tradycyjny strój, częstuje herbatą z mlekiem i solą.

 

Trzy kolory Mongolii

Mongolia podzielona jest na trzy strefy krajobrazowe, przebiegające szerokimi pasami położonymi prawie idealnie równoleżnikowo. Na południu znajduje się spalona słońcem, gorąca latem i mroźna zimą, pustynia Gobi. Przez środek kraju przebiega pofalowany, zarośnięty trawą i kępkami drzew step. Północ natomiast zarasta tajga. Na północy też znajdują się najwyższe góry (Sajany) i ogromne jeziora (m.in. Chubsuguł).

Odległości

Mongolia ma pięciokrotnie większą powierzchnię od Polski, a zamieszkują ją jedynie trzy miliony mieszkańców. Ponieważ utwardzone drogi znajdują się tylko w najbliższej okolicy Ułan Bator, podawanie odległości w kilometrach jest zupełnie bezużyteczne. Dystans zamiast tego mierzy się w godzinach, a częściej w dniach jazdy. Imponującym przykładem mongolskiej przestrzeni jest dojazd w góry Ałtaj, na zachodnim końcu kraju. Ze stolicy podróż trwa szesnaście dni. W to samo miejsce mój serdeczny przyjaciel Wojtek Marzec dojechał z Warszawy przez zachodnią Syberię w dziesięć dni.

Podróż przez mongolski step Podróż przez mongolski step fot. Wojtek Paczos

Dzień 4

Wstajemy rano, aby wcześnie ruszyć. Jednak w Mongolii wszystko dzieje się powoli. Może i słusznie, po co się spieszyć? Nasi gospodarze niespiesznie budzą się do życia. Seniorka rodu, 78-letnia babcia, przyrządza herbatę z mlekiem i solą (mam pewne wątpliwości czy tam w ogóle jest herbata) i wychodzi na zewnątrz. Rytualnie ofiarowuje herbatę bogom: najpierw chlapie napojem na cztery strony świata, potem na owoo (patrz niżej), na końcu za pomyślność rodziny i naszą. Dziękujemy serdecznie.

Po śniadaniu przyjeżdża konno młody mężczyzna, kandydat na męża najmłodszej. Jesteśmy pod wrażeniem jego siodła, zrobionego ze zniszczonych resztek siedzenia samochodowego. Po godzinie jazdy w takim siodle każdy europejski tyłek by odpadł.

Cały dzień jedziemy przez bezdrzewny step. Drogę wyznacza nam linia wysokiego napięcia i słupy telegraficzne. Step wyobrażałem sobie trochę inaczej. Przede wszystkim: nie jest płaski. Jedziemy cały czas jedną z gigantycznych dolin, o szerokości od 10 do 20 kilometrów. Przy czym powietrze jest tak czyste, że pagórki zamykające dolinę z jednej i drugiej strony są jakby na wyciągnięcie ręki. Wszystko intensywnie zielone, trawka ma kilka centymetrów, niczym na gigantycznym polu golfowym. Dwa, trzy razy w ciągu dnia nasze auto wspina się na jakąś przełęcz i zmieniamy dolinę. Droga w naszym rozumieniu tutaj nie istnieje. Zazwyczaj kilka wyjeżdżonych torów prowadzi równolegle przez step, zwykle w odległości kilometra od siebie. Co jakiś czas krzyżują się i znów rozjeżdżają.

Mijamy jakieś inne auto średnio co pół godziny. Dla wszystkich starcza miejsca na trasie.

Podobno od dwóch lat budują drogę asfaltową. Z początku, raz na godzinę widzimy koparkę, czasami przejedzie jakaś ciężarówka. Zważywszy, że lato tutaj trwa dwa miesiące, nie nazwałbym tych prac intensywnymi.

Ale przecież... po co się spieszyć?

W porze obiadowej dojeżdżamy do miejscowości o trudnej nazwie. Mieszka tutaj mama Tufszena, u której w odwiedzinach są dzieci naszych przewodników. Rodzina zaprasza na obiad. Skwapliwie i z radością korzystamy. Oglądamy albumy rodzinne. Największą furorę robią zdjęcia z młodości Tufszena - pięciokrotnego mistrza regionu w zapasach, które obok łucznictwa i jeździectwa są jednym z trzech sportów narodowych Mongolii. Na obiad pierogi z baranim mięsem, a po obiedzie kieliszek wódki Czyngis-Chan. Wychodzę na zewnątrz i rytualnie chlapię wódką na cztery strony świata. Niestety, popełniam fatalne faux-pas - obracam się w złą stronę. Muszę powtórzyć cały rytuał.

Żegnamy się serdecznie i ruszamy dalej. Przewodniczka Ada proponuje nocleg u swojej siostry. Jej rodzina to pół-nomadzi. W porze letniej mieszkają w jurtach na stepie. Podczas zachodu słońca robimy obowiązkową przerwę fotograficzną. Step wygląda hipnotyzująco. Spalona słońcem trawa świeci intensywnie złotym kolorem, widoki rozciągają się na kilkanaście kilometrów. Janusz zauważa coś w trawie. Nic nie widzę, ale idę za nim. W trawie siedzi orzeł. Jest piękny i wielki. Spłoszony, powoli i dostojnie zrywa się do lotu.

Owoo

Mongolskie święte miejsce. To kopczyk usypany z kamieni, ziemi i gałęzi przyozdobiony błękitnymi szarfami. Znajdują się w charakterystycznych miejscach - na szczytach i przełęczach, przy wjazdach do wiosek, nad rzekami i przy mostach. Opiekują się nimi duchy gór. Każda góra i każda przełęcz ma swojego ducha. Lepiej żyć z nimi w zgodzie, więc zaczynając każdy dzień, należy o nich pamiętać. Wtedy one będą pamiętać o nas i ześlą nam pomyślność. Niektóre duchy lubią herbatę, inne zwyczajnie wódkę. Kult owoo wywodzi się z szamanizmu tak tu silnego, że buddyzm, który nastał w połowie XVI w., musiał go zaakceptować i zasymilować. Lamowie w kulcie owoo biorą czynny udział

- wyświęcają nowe, a przy istniejących odprawiają czasem wspólne medytacje.

Dzień 5

Dzisiaj wypada ostatni (oby!) dzień jazdy przez step. Z Ułan Bator nad jezioro Chubsuguł jest około 600 km. Pokonanie tej drogi zajmuje co najmniej dwa i pół dnia. Ten zasadniczo nie różni się od dwóch poprzednich - jedziemy przez step. Zostajemy za to ornitologami. Mijamy liczne orły, kanie, żurawie i kilka gatunków, które u nas nie występują. Janusz tłumaczy, jak należy podejść do orła. Ruszamy powoli we dwóch, aż ptak zacznie nas bacznie obserwować. Wtedy ja kładę się w trawie, a Janusz wraca. Ptaki nie potrafią liczyć i myślą, że zagrożenie minęło. Czołgam się, jak najbliżej potrafię, i fotografuję z bliska, jak król przestworzy zrywa się do lotu. Magiczny widok!

Ostatnie sto kilometrów od Moron do jeziora Chubsuguł pokonujemy w trzy godziny. Janusz narzeka na słupy wysokiego napięcia i roztacza przede mną katastroficzne wizje upadku dzikiej Mongolii: niedługo tu wybudują drogi, postawią hotele i restauracje. Chyba trochę przesadza. Komunizm nie zmienił Mongołów, to i kapitalizm tak szybko sobie z nimi nie poradzi.

Późnym wieczorem docieramy do Chatgal, skąd jutro zacznie się nasz rajd konny wzdłuż brzegów wielkiego jeziora Chubsuguł. Dowiadujemy się, że człowiek, który miał zgodnie z umową dostarczyć nam wierzchowce, akurat gdzieś wyjechał na chwilę. Podobno wróci za tydzień... Na szczęście każda tutejsza rodzina hoduje konie, to podstawowy środek transportu. Nasi przewodnicy załatwiają zastępstwo. Jest trochę drożej, niż początkowo przewidywaliśmy, ale nawet te 10 dolarów za konia za dzień nie wydaje się zbyt wygórowaną stawką.

 

Nomadzi

Około połowa z niecałych trzech milionów mieszkańców Mongolii mieszka na stałe w jej stolicy Ułan Bator. Jedna czwarta natomiast to ludność żyjąca koczowniczo bądź pół-koczowniczo. Ci ostatni wędrują wraz ze stadami przez ciepłe miesiące roku, by na zimę wrócić do swoich miasteczek i wiosek. Mongolia to jeden z ostatnich krajów świata, gdzie podróżując przez step, można bez problemu spotkać prawdziwych koczowników. Ich styl życia nie różni się zasadniczo od tego, jak opisywał to Marco Polo ponad siedemset lat temu. Mieszkają w dużych namiotach zwanych jurtami, które budują z drewnianych żerdzi i okładają nasączonymi łojem skórami jaków. Pośrodku jurty zostawiony jest otwór na dym z paleniska. To mieszkanie latem chroni przed upałem, a zimą przed trzaskającym mrozem. Trzy razy do roku (wiosną, latem i zimą) składają obozowisko i pakują cały swój dobytek na wozy, które potem zaprzęgi jaków ciągną przez step. Wędrują kilka do kilkunastu dni w poszukiwaniu nowych pastwisk. Spotkawszy nomadów w stepie, jako ciekawski Europejczyk zadałem proste pytanie: Dokąd tak wędrujecie? Mężczyzna spojrzał na mnie i zrobił nieokreślony ruch ręką: - Zimą pójdziemy tam.

Podróż przez mongolski step Podróż przez mongolski step fot. Wojtek Paczos

Dzień 6

Przemek od rana jest mocno zestresowany tym, że kolejne dziesięć dni ma spędzić w siodle.

Jak sam stwierdził, ostatni raz tak się stresował przed maturą. Wprawia to wszystkich w bardzo wesoły nastrój, który dodatkowo wspomaga nasz środek odstresowujący, wódka Czyngis-chan. Konie mają zaraz być. Ponieważ w Mongolii czas płynie w okręgach, zaraz oznacza w tym przypadku siedem godzin. Duch Czyngis-chana w tym czasie natchnął Przemka i wieki mongolskiej tradycji jazdy konnej uderzyły do żył. Po pierwszej godzinie jazdy jest zachwycony swoim koniem. Dostał imię Einstein, bo podobno jest mądrzejszy niż jeździec. Adela dostała klacz w ciąży, która szybko zyskała imię Wrednej Małpy. Janusz dosiada biało-brązowego Batu-Sana, a mnie dostał się brązowy Napoleon. Prowadzi się wyśmienicie - skręca, przystaje i przyspiesza na zawołanie, nie przeszkadza mu nawet robienie zdjęć z siodła.

Ruszamy na wschód. Przez niską przełęcz, potem doliną na północ. Trenujemy kłus i sprawdzamy nasze konie w lekkim galopie. Po trzech godzinach jazdy rozbijamy obóz na malowniczej łące pomiędzy modrzewiami. Jesteśmy już daleko na północy kraju i w górach panuje jesień. Drzewa przybrały wszystkie odcienie żółci i czerwieni, co wygląda niezwykle malowniczo.

Dzień 7

Przemek wpada na genialny pomysł, aby zdjąć plecak w siodle. Einstein się płoszy i idzieeeee! Ziemia się trzęsie, a Przemek wykonuje upadek niczym zawodowy kaskader. Wraca "przedmaturalny" stres, który go będzie trzymał już chyba do końca rajdu.

Skręcamy z powrotem na wschód i przez kolejną przełęcz wracamy nad jezioro. Drepczemy stępem wzdłuż brzegu, a na nocleg zatrzymujemy się na jednej z mijanych łąk.

Dzień 8

W naszej ekipie jest czworo podróżników, dwoje przewodników mongolskich, którzy nam towarzyszą podczas całej wyprawy, i dwoje przewodników miejscowych, którzy zajmują się końmi. Do tego mamy dwa konie juczne. Spakowanie całego dobytku nad ranem zawsze zajmuje sporo czasu, który w Mongolii płynie trochę inaczej. Codziennie więc ruszamy najwcześniej w południe, a już po piątej rozbijamy obóz. Pokonujemy od 20 do 30 kilometrów każdego dnia. Dzisiaj biwakujemy na małej skarpie tuż nad brzegiem jeziora. Wieczorem przyjeżdża stary myśliwy, ma 80 lat. Odwiózł właśnie wnuki do szkoły w Chatgal. Mieszka daleko na północy, dokąd nie prowadzi już żadna, nawet ledwo wydeptana droga. Pokonuje konno od 60 do 80 kilometrów dziennie. Jego koń idzie inochodem - prawe i lewe nogi idą równo, a jeździec kołysze się na boki.

Wieczorem Mongołowie przebierają nas w tradycyjne stroje, del. To wielki płaszcz, który zawija się najpierw kilka razy i przewiązuje pomarańczową szarfą. Zawinięte warstwy płaszcza podkłada się pod siodło dla większej wygody. Nocą natomiast del sprawdza się lepiej niż puchowy śpiwór. Młody przewodnik, Thała, bierze Przemka za bary i robimy zawody w zapasach. Dyplomatycznie ogłaszamy remis.

Dzień 10

Wczorajszy nocleg wypadł w fantastycznym miejscu. W połowie wysokości skarpy, oddalonej o pół kilometra od jeziora, kilkanaście źródeł i wywierzysk daje początek szerokiej rzece. Każde ze źródeł toczy leczniczą wodę na różne schorzenia - kręgosłupa, głowy, nóg i innych części ciała. Na wszelki wypadek pijemy po kubku wody z każdego z nich. Kuracja działa natychmiast i wracam do zdrowia po wczorajszym przeziębieniu. Przy źródłach stoi charakterystyczny kopczyk owoo. Ruszamy późno. Droga raz wznosi się po skarpie, raz opada z powrotem do brzegu. Mijamy długą mierzeję wdzierająca się kilkaset metrów w kierunku jeziora. Wchodzimy w galop. Idziemy szarżą we troje, nikt nie odpuszcza. We włosach wiatr, a w nozdrzach zapach jeziora miesza się z zapachem iglastego lasu. To właśnie jeden z tych momentów, z których składa się przygoda. Taka przygoda, która nadaje sens życiu.

Coraz lepiej dogaduję się ze swoim koniem. Jest dzisiaj niezwykle ambitny - cały czas rozgląda się, czy ktoś go nie dogania, a gdy to ma miejsce, przyspiesza nawet bez sygnału. Nie lubi kłusa. Każde przyspieszenie od razu oznacza galop.

Znajdujemy małą chatkę leśniczego. Mieszka tu sobie sam, w środku lasu, trzy dni jazdy konnej od najbliższej osady. Przyrządza dla nas naleśniki. Słodkie naleśniki popijamy słoną herbatą, odwrotnie niż u nas. Po obiedzie żegnamy się z jeziorem i skręcamy na zachód, w góry. Rozbijamy się niedaleko przed przełęczą. Przy ognisku nasi Mongołowie zaczynają mimowolnie gwizdać jakąś smutną i tajemniczą melodię stepu. To kolejna z tych magicznych chwil, którymi Mongolia tak chętnie nas obdziela.

Podróż przez mongolski step Podróż przez mongolski step fot. Wojtek Paczos

Dzień 11

Dzisiaj mamy wyjątkowo zimny dzień, więc zbieramy się szybko i już o jedenastej jesteśmy w drodze. Wleczemy się powoli przez przełęcz, która okazuje się być szerokim, zarośniętym bagnem. Napoleon jest dziś mało kontaktowy. Nie wie, co ze sobą zrobić, wchodzi na inne konie. W pewnym momencie wpada na pomysł, żeby przejść pod niskim drzewem. Ja zostaję na gałęzi, a potem grawitacja robi swoje. Koń się płoszy i kolejną godzinę spędzamy na szukaniu go w lesie. Zjeżdżamy do doliny i skręcamy na południe. Nie widziałem jeszcze takiej doliny. Jest szeroka, a dno ma płaskie i wysypane

kamieniami, ale całkowicie wyschnięte. To teren aktywności wulkanicznej, więc rzeka znalazła sobie przejście podziemne.

Na powierzchni pojawia się tylko czasami i niespodziewanie. Musimy zatem uważać z wyborem miejsca na biwak. W pewnym momencie wchodzimy w tajgę. Pniemy się w górę po stromym stoku przez gęste krzaki i niskie drzewa. Człowiek miałby kłopot z pokonaniem tego buszu, ale nasze konie idą niewzruszone do przodu równym łańcuszkiem. Imponujące.

Dzień 13

Konie są już wyraźnie zmęczone dwoma długimi dniami wędrowania kamienistymi dolinami, raz w górę, raz w dół, i przekraczaniem strumieni setki razy. Idą zdecydowanie wolniej i robią mnóstwo przerw na przekąskę ze świeżej trawy. Do tego jesień daje nam się mocno we znaki. W nocy woda w menażkach zamarzła na bryły lodu. Ruszamy późno, a przed nami długi i trudny dzień. Pniemy się coraz wyżej. Konie zaczynają się dziwnie zachowywać - zmęczenie mija jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki i, mimo trudnego terenu i sporej wysokości, coraz żwawiej przyspieszają. Przewodnicy tłumaczą, że czują bliskość domu. Trudno mi w to uwierzyć, ale jest to jedyne logiczne wytłumaczenie. Korzystamy z tej energii i znów mkniemy galopem.

Spotykamy dwójkę niemieckich turystów z przewodnikiem. Przybyli z przełęczy, którą planowaliśmy iść. Zdecydowanie odradzają ten szlak ze względu na ogromnie ilości błota. Skręcamy więc na wschód, aby przez wysoką przełęcz przedostać się raz jeszcze nad jezioro. Decyzja okazuje się trafna. Po godzinie jazdy w nowym kierunku zauważamy las rogów. To stado reniferów, które przyprowadzili tu pasterze z ludu Tsataanów. Poroża reniferów są powiązane z nogami.

To po to, aby zwierzęta nie pouciekały, podobno są diabelnie szybkie. Podjeżdża dwójka dzieciaków. Oczy mają jeszcze węższe niż Mongołowie, a twarze bardziej pucołowate, z wydatniejszymi policzkami. Dziewczyna ma też zdecydowanie za dużo różu na policzkach. Ciekawe skąd go tutaj wzięła?

Wspinamy się na przełęcz na 2460 m n.p.m. Przystajemy na dłużej, aby zachwycać się widokiem. Daleko na północy mienią się śniegi pokrywające czterotysięczne szczyty Sajanów. U naszych stóp rozpościera się natomiast ogromna tafla jeziora Chubsuguł. Ma prawie 140 kilometrów długości i 40 szerokości, stąd czasami nazywane bywa Małym Bajkałem. Po drugiej stronie zejście jest zbyt ostre, więc prawie do samego jeziora, ponad 500 m niżej, musimy konie sprowadzać, idąc. Późnym wieczorem odnajdujemy miejsce drugiego biwaku. Jest pogodnie i ciepło.

Dzień 14

Ostatni dzień rajdu. Ruszamy wcześnie, każdemu się spieszy. Mongołowie i ich konie wracają do domu, a my marzymy o zimnym piwie. Z przodu młody Thała puszcza swego konia w lekki kłus, a wszystkie pozostałe idą za nim. Ten typ jazdy jest najbardziej męczący dla niewprawnego jeźdźca, bo trzęsie i obciąża kolana. Nasze rumaki mogą niestety tak kłusować godzinami. Powoli wracamy do cywilizacji. Mijamy malutką osadę z jednym sklepem, gdzie uzupełniamy zapasy. Mija nas przewodnik, który wczoraj prowadził Niemców. Jedzie z grupą nieosiodłanych koni. Do Chatgal docieramy wieczorem, po najdłuższym dniu jazdy. Żegnamy się z końmi, a przewodników zapraszamy na kolację do pobliskiego barosklepu. Obiad ma być zaraz, ale my już wiemy, co to oznacza. Dwie godziny później po krzepiącej porcji baraniny wskakujemy wszyscy do jeziora. Woda jest nieprawdopodobnie zimna, a do tego pada deszcz, ale to ostatnia okazja. Jutro nas już tutaj nie będzie...

Dzień 21

Powrót do Ułan Bator, nieco okrężną drogą, zajął nam tydzień. Na stepie spotkaliśmy prawdziwych nomadów, wspięliśmy się na niewielki wulkan i daliśmy odpocząć zmęczonym ciałom w gorących źródłach. Mijaliśmy po drodze święte drzewa i skały z tajemniczymi rysunkami. Zatrzymaliśmy się na dłuższą w chwilę w Erdenedzuu, buddyjskim klasztorze stojącym w miejscu dawnej stolicy imperium Czyngis-chana, Karakorum. Słuchaliśmy historii i legend, które dla nas, wychowanych w innym systemie logicznym, miewały czasami trudno uchwytny sens.

Czas zatoczył kolejną pętlę. Siedzę w samolocie do Warszawy. Na klawiaturze wystukuję ostatnie zdania mongolskich wspomnień, które w przyszłym miesiącu opublikuje "Logo". Swoim mongolskim przyjaciołom pokazuję ich zdjęcia wydrukowane w polskiej gazecie. Przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. A może to ten sam moment, tylko na różnych pętlach czasu?

 

Zwierzęta Mongołów

Konie

Mongolskie konie - niskie, krępe i niezwykle wytrzymałe - różnią się od europejskich. Zimą wygrzebują resztki trawy spod śniegu. Nie są wybredne i nie miewają humorów, więc są idealne dla każdego. Prowadzą się lekko i bezpiecznie, początkujący jeździec ma wrażenie, że koń jest mądrzejszy od niego.

Jak

Chyba najbardziej uniwersalne stworzenie świata. To wytrzymałe zwierzę pociągowe, daje też mięso, skóry na jurty i ubrania oraz mleko na sery, jogurty, kumys i archi - najgorszą wódkę świata. Jak sprawia wrażenie ociężałego, ale to mija, gdy zacznie się ruszać - jest sprawny i zwinny niczym pies.

Więcej o: