Nocne życie Lwowa: sado-maso i słonina

Czasy, gdy do Lwowa jeździło się po tanią wódkę i benzynę, a główną atrakcją miasta był poradziecki cyrk, odchodzą w zapomnienie. Dziś Lwów to mekka imprezowiczów, miłośników dobrej kawy, słoniny i sadomasochizmu.
Widok na Lwów z wieży ratuszowej. Widok na Lwów z wieży ratuszowej. fot. Jan Mehlich/wikicommons

Obraz pierwszy: gry na granicy

Lwów to był mój licealny koszmar. Byłem tam na klasowej wycieczce wczesną wiosną; oprowadzała nas pani w futrze z karakułów, czapce z lisa i z kompletem złotych zębów.

- Na imię mam Larysa i jestem Polką, jak wy - przedstawiła się śpiewnie, a potem ciągała od rana do nocy po kościołach, katedrach, cmentarzach i innych miejscach, od których porządny licealista z nałogami normalnie trzymałby się jak najdalej. Miała w sobie jakąś dziką radość, gdy po całym dniu ganiania kazała nam jeszcze wleźć na górę, gdzie kiedyś stał jakiś zamek i skąd rozciąga się piękna panorama miasta. Podobno - bo zanim się na tę górę wgramoliliśmy, zaszło słońce. Obrazy, które zapamiętałem, to smutna starówka, panowie w futrzanych czapach i złote zęby Larysy.

Po takim tourze nawet Tony Halik by się zniechęcił. Dlatego z przymrużeniem oka traktowałem opowieści kolejnych znajomych, którzy - śladem bociana z "Seksmisji" - lecieli na wschód i wracali z opowieściami o coraz to nowych, niezwykłych miejscach, z jakich podobno tymczasem zaczęło słynąć to miasto.

- Świetne jedzenie, tanie piwo, a wódkę potrafią zrobić nawet z korzenia chrzanu - chwalił jeden.

- Czekoladki mają najlepsze. I kawę - dodawał drugi. Nie dowierzałem.

Aż spotkałem trzeciego kolegę: - W jednej knajpie kelnerki chodzą topless. W drugiej - wódkę polewają karły - zachwycał się i zapewniał, że do Lwowa może jeździć choćby i dwa razy w tygodniu.

Tego już za wiele. Odganiam ducha złotozębnej Larysy, dzwonię do fotografa Alberta i razem jedziemy zobaczyć, czy chociaż połowa z tego, co mówią moi koledzy, jest prawdą. I czy uda się obrazy ze Lwowa, jakie mam w głowie, zastąpić innymi.

europa, podróże, Nocne życie Lwowa: sado-maso i słonina, Piwo lwowskiefot. Albert Zawada

Kolejka na polsko-ukraińskiej granicy wygląda dokładnie jak ta, którą pamiętam z licealnej wycieczki. Celnik ma czapkę wielkości anteny satelitarnej, jego koleżanka - kilkucentymetrowe tipsy. Żeby się do nich dostać, trzeba poczekać cztery godziny razem z mrówkami, które jeżdżą po papierosy (tańsze o połowę), wódkę (patrz: papierosy) i benzynę (tańsza już tylko o złotówkę, ale to wciąż pięć dych na zbiorniku).

- I tak macie szczęście. Ja tu do jutra postoję - cierpko uśmiecha się pan Jarek, kierowca TIR-a spod Kielc. I wie, co mówi - kolejka ciężarówek ciągnie się na dwa kilometry. - A wy, jak chcecie, to idźcie do tego gościa na szlabanie. Za czterdzieści euro pojedziecie bez kolejki. Tylko wymyślcie jakiś powód: że dziewczyna czeka albo że do Kijowa musicie zdążyć przed nocą. Cokolwiek. Lepsze to dla was niż stanie.

Patrzymy na siebie z Albertem. - Może ty pójdziesz - mówię. - Dłużej żyłeś w PRL-u, to pewnie i łapówki umiesz dawać. Bo ja nie umiem.

- A może jednak ty spróbujesz. Ty bardziej wygadany jesteś - odcina się Albert.

W końcu nie odważamy się na przekupstwo; stoimy te cztery godziny karnie jak radzieccy pionierzy, a potem równie karnie informujemy pana w antenie satelitarnej na głowie, że nie mamy narkotyków ani pistoletów, a specjalnie dla pani z tipsami otwieramy bagażnik i wszystkie drzwi. Potem jeszcze zbieramy kilka stempelków na specjalnej kartce papieru - taka ukraińska graniczna zabawa zręcznościowa - i możemy już wjechać na terytorium naszego sąsiada.

Pierwsze refleksje? Ładnie tu i przestrzennie, ale drogi mogliby czasem posypać solą i odśnieżyć. Ostatnie 60 kilometrów do Lwowa jedziemy prawie 2 godziny; momentami po gołym lodzie. W dodatku moje ego kierowcy dostaje lekko po nosie, gdy na wysokości Żółkwi wyprzedza nas białe żiguli, na oko - czterdziestoletnie. Takie zabytki to tutaj normalka. Ale żeby zabytek jechał szybciej niż ja!? To tak, jakby mnie w Polsce wyprzedził polonez atu!

Mam ochotę docisnąć pedał gazu trochę bliżej podłogi, ale przypominają mi się historie o ukraińskich milicjantach, którzy podobno są wyjątkowo zawzięci na kierowców zza granicy. Trudno, trzeba jakoś przełknąć to żiguli. - Odbijemy sobie we Lwowie - myślę, mijając kolejne drogowskazy. Dojeżdżamy do miasta i czym prędzej ruszamy na spacer.

Muzeum Słoniny Muzeum Słoniny fot. Albert Zawada

Obraz drugi: fallus z sadła

- Tu macie panowie Wenus z Milo wykonaną ze słoniny. Tuż obok biust Franciszka Józefa. Z czego się pan śmieje? A, racja, po polsku nie mówi się biust, ale popiersie. Więc tu jest popiersie cesarza, a zaraz obok - fallus Dawida z rzeźby Michała Anioła.

Do Muzeum Słoniny wchodzi się po schodkach w dół, za plecami pomnikowego Adama Mickiewicza, czyli w samym centrum miasta. Po ukraińsku nazywa się Muzeum Sala i nie można go nie zauważyć: reklamuje je wielkie zdjęcie czarnoskórego faceta i białoskórej dziewczyny, którzy liżą wielki kawał, oczywiście, słoniny.

- Ale na tej rzeźbie był taki malutki listek. A ten penis to jest konkretny? - powątpiewam, patrząc na czterdziestocentymetrowy, bielusieńki narząd.

- Proszę pana, to wszystko są prace najlepszych ukraińskich artystów. Jeśli oni uważają, że tak wyglądał fallus Dawida, to ja im wierzę - przewodniczka dzielnie broni wystawy, po której oprowadza. Pokazała nam już ufoludka z sadła, potem wielkie słoninowe serce pompujące w rytmie ludzkiego. Widzieliśmy zdjęcia gołych pań, przykrytych tylko w plasterkami słoniny i obraz znanego lwowskiego malarza, który przedstawia nie wiadomo co, a nazywa się "Mięso kalmara w sosie homara". Podoba nam się, nawet jest zabawne, ale? po co to wszystko?

Pytam przewodniczkę.

- Nasz założyciel, artysta Borys Berger, chciał oddać należny hołd słoninie - odpowiada z poważną miną.

- Dlaczego akurat słoninie, a nie szynce albo kiełbasie? - drążę. - Przecież są smaczniejsze.

- Bo słonina to tradycyjne ukraińskie jadło. Niejednego biedaka uratowała przed głodem. A teraz zapraszam panów do ostatniej sali. Przed nami największy na świecie pomnik słoniny wielkości półtora metra na dwa, wykonany z włoskiego marmuru, który jednak doskonale imituje prawdziwą słoninę. Pod nim hasło "słonina jest słoniną", napisane w kilkunastu językach świata. Ja tymczasem dziękuję panom za uwagę i zapraszam do degustacji. Kelner zaraz przyniesie osiemnaście rodzajów słoniny do spróbowania.

europa, podróże, Nocne życie Lwowa: sado-maso i słonina, Muzeum Słoniny Przewodniczka oddala się, a my zajmujemy miejsce między fallusem, popiersiem Franciszka Józefa a największym na świecie pomnikiem słoniny. Naprawdę robią wrażenie. W dodatku kelner oprócz osiemnastu rodzajów tłuszczu przynosi nam na spróbowanie kilka sztuk sushi ze słoniną, a na deser - czekoladki na bazie - nie zgadniecie czego? Tak, słoniny! O dziwo, i jedno, i drugie, i trzecie da się zjeść; zwłaszcza sushi smakuje naprawdę nieźle.

- Jakbyście chcieli, można zamówić i ten penis Dawida, i biust Franza Josepha, i usta Marilyn Monroe - zachwala obsługa. Dziękujemy jednak. Zamiast tego zamawiamy po setce wódki. Okazuje się, że słonina, jak rybka, lubi pływać.

Kontynuujemy więc po drugiej stronie ulicy. Pierwsze wspaniałe odkrycie we Lwowie jest takie, że są tu oryginalne bary bistro z lat 70. z równie oryginalną obsługą w postaci pań w niebieskich uniformach i białych czepkach. Można wejść na szybką wódeczkę, zapłacić 5 hrywien (2 złote) i iść dalej.

Drugie wspaniałe odkrycie jest takie, że to samo można zrobić w co trzecim sklepie spożywczym. W niektórych są nawet wystawione specjalne stoliczki. Bawimy się tak dobrze, że chwilę potem nie chcą nas wpuścić do najpopularniejszego w mieście klubu "Fashion". - Impreza zamknięta - cedzi przez zęby ochroniarz. Zamiast na parkiet trafiamy więc do Domu Legend - to tutaj karły polewają wódkę, a na dachu - bo knajpa zajmuje całą kamienicę - stoi zaparkowany oryginalny NRD-owski trabant. Ludzi pełno, co chwila się ktoś dosiada, czujemy się więc zupełnie jak w piosence Kultu: "poznaje się tych albo owych/ i mamy troszeczkę kataru".

W kawiarni u Masocha W kawiarni u Masocha fot. Albert Zawada

Obraz trzeci: kajdanki z futerkiem

Seweryn kochał Wandę, Wanda kochała jego. On, by życie miało smaczek, zaproponował jej układ: pojadą razem na wycieczkę po Europie. - Ale nie jakieś tam last minute czy all exclusive - podkreśla Jurko, zaprzyjaźniony Lwowiak z polskimi korzeniami. - Pojadą na wycieczkę, w trakcie której ona będzie go wiązać, bić i niewolić. Wanda na początku nie rozumie tych zachcianek, ale w trakcie wspólnego wyjazdu rozsmakowuje się w złym traktowaniu na tyle, że już we Florencji wynajmuje trzy murzynki, by biły Seweryna razem z nią.

Tak w skrócie wygląda akcja "Wenus w futrze", powieści hrabiego Leopolda von Sacher-Masocha, która w XIX wieku była w Europie dużo większym skandalem niż dziś "Pięćdziesiąt twarzy Greya" i porażka Polaków na Euro 2012. Hrabia Masoch, uważany za prekursora masochizmu, pisał ją na podstawie własnych doświadczeń i własnego zamiłowania do bycia biczowanym, niewolonym i poniżanym. Pisał między innymi we Lwowie. Tu jego papa był przysłanym z Wiednia szefem policji, tu chodził do szkoły, tu przeżywał pierwsze erotyczne fascynacje.

Dziś we Lwowie można hrabiemu Masochowi pogmerać w kieszeni. Jak? Bardzo prosto. Jurko prowadzi nas do kawiarni imienia prekursora masochizmu - to niedaleko pięknego lwowskiego rynku ze zgrabnym ratuszem i renesansowymi kamieniczkami. Jego pomnik stoi przed wejściem, a wielka dziura z boku zachęca, by włożyć tam rękę.

Wchodzimy do kawiarni. Na ścianach - kajdanki, sznury i pejcze. Desery nazywają się tu orgazmami, danie z owoców morza to "Wspomnienie gejszy", a zupa "Rozmiar ma znaczenie" robiona jest podobno z penisa byka. Jakoś żaden z nas nie ma na nią ochoty.

- Poprosimy jeszcze tę specjalną karteczkę - Jurko puszcza oko do kelnerki, a tej przebiega przez twarz prawie niezauważalny uśmiech. I rzeczywiście, po chwili obok standardowego menu pojawia się niestandardowe. Wiązanie - 100 hrywien. Biczowanie - 200. Przywiązanie do kaloryfera - 150.

- Musisz spróbować, inaczej wizyta u Masocha nie będzie ważna! - podpuszcza mnie Jurko.

- Nie wiem, czy "Logo" wliczy mi to w koszty delegacji - bronię się.

europa, podróże, Nocne życie Lwowa: sado-maso i słonina, W kawiarni u Masocha fot. Albert Zawada

Ale w naszą stronę idzie już pani przebrana za dominę, a w rękach trzyma kajdanki - Jurko zamówił kaloryfer. Nie ma wyjścia, ktoś w tym towarzystwie musi być mężczyzną i wszystko wskazuje na to, że tym razem padło na mnie. Domina zabiera mnie do sali obok, gdzie głównym meblem jest łóżko, światło jest przygaszone, a na ścianach wiszą różne fikuśne gadżety. Przypina mnie do łóżka, a ja już szykuję się psychicznie na kilka uderzeń bata. Ale nie. Domina wychodzi. Zostawia mnie samego, kolegom zabrania przeszkadzać i znika.

Mija pięć minut. Dziesięć. Piętnaście. Koledzy ani drgną, za to do mojego pokoiku wchodzi jakaś parka.

- Możemy zrobić sobie zdjęcie na łóżku? - pytają.

- A róbcie - wzruszam ramionami. Więc robią kilka i pewnie wiszę teraz gdzieś na czyimś facebookowym profilu jako kuriozum z wyjazdu do Lwowa.

Domina wraca po półgodzinie z dużą lufą chrzanowej wódki. Zabawne, bo przez cały czas mojej niewoli obiecywałem sobie, że jej nawrzucam, a nawet pójdę na skargę do menedżera. Ale widok oswabadzającego mnie kluczyka i schłodzonej wódki sprawia, że momentalnie wszystko jej wybaczam.

Kopalnia kawy Kopalnia kawy fot. Albert Zawada

Obraz czwarty: kozak z kawą

Trzy dni na połażenie po Lwowie to stanowczo za mało. Bo jest jeszcze restauracja Kumpel, gdzie przy wejściu stoi "piwny cyc". Kto umiejętnie go gładzi, ma piwo za darmo. - Ale - mówi Jurko - musi być naprawdę mistrzem gładzenia. Mnie się jeszcze nigdy nie udało.

Jest restauracja żydowska, gdzie na końcu dostajesz rachunek, ale kelnerzy zapraszają, by się z nimi potargować. - Nie znam nikogo, kto po takim targowaniu zapłaciłby mniej - śmieje się Jurko. - Przychodzi ekspert od negocjacji. Ty mu mówisz, że kartofle były niedopieczone i zapłacisz za nie połowę, a on odpowiada tyradą, jakie to ekologiczne, jak oni dużo za nie zapłacili na targu i jakie to wszystko niepowtarzalne w skali Ukrainy i świata. I nagle sam nie zauważasz, że zgadzasz się zapłacić za te kartofelki dwa razy więcej, niż miało być na początku.

Jest Centrum Zjawisk Paranormalnych, gdzie mogą ci powróżyć, sprawdzić aurę, powiedzieć, kim byłeś w poprzednim wcieleniu, a kim będziesz w następnym.

Jest wreszcie restauracja Mason, szczycąca się tym, że jest najdroższą knajpą w Galicji. Podobno karmią tam nieźle, ale i rachunek może poszybować wyżej niż dachy kamienic przy rynku.

Na nas jednak już pora; wszystkie te miejsca muszą poczekać do następnej wizyty. Idziemy na ostatni spacer po rynku, żeby kupić pamiątki. Przyciąga nas ostry, przyjemny zapach i szyld - "Kopalnia kawy".

europa, podróże, Nocne życie Lwowa: sado-maso i słonina, Kopalnia kawy- Jaką chłopcy chcecie? - pyta sprzedawca, bystry jak zając z radzieckiej kreskówki. - Mamy kawę dla zakochanych, dla zaspanych i dla zauroczonych Lwowem. Dla gości z Donbasu mamy kawę czarną jak węgiel - bo oni tam go wydobywają. A dla gości z Polski? Hmm? Może kawa lwowska? Wiecie, że przed wojną mieliśmy tu najlepszą kawę w całej Galicji?

Nie wiedzieliśmy. Ale w Kopalni kawa pachnie tak intensywnie i tak mocno, że jesteśmy gotowi uwierzyć we wszystko. Można by ją jeść łyżkami, nawet niezmieloną.

Kupujemy więc po sto gramów każdej z dostępnych kaw - na spróbowanie - aż dostrzegam nad ladą portret wąsatego dżentelmena. - A to kto? - pytam.

- To Jurko Kulczycki, pierwszy barista Europy - odpowiada bystrzak zza lady. - Był handlowcem; mieszkał w Wiedniu w czasie oblężenia miasta przez Turków. W przebraniu osmańskiego żołnierza wyszedł z Wiednia i poszedł porozmawiać z księciem lotaryńskim, który go zapewnił, że do miasta idzie odsiecz. Dzięki niemu cesarz Austrii się nie poddał, tylko doczekał wojsk Sobieskiego. Dostał w nagrodę trzysta worków z kawą i otworzył w Wiedniu pierwszą w Europie kawiarnię. Jest naszym wzorem i patronem.

- Słyszałem tę historię, ale w mojej wersji Kulczycki miał na imię Jerzy i był Polakiem?

- A ja słyszałem, że był Kozakiem spod Sambora - śmieje się sprzedawca. - Takie to wszystko skomplikowane w naszej historii i pomieszane. Jak było naprawdę, nie dojdziemy, ale dobrej kawy zawsze warto się napić - kusi nas.

I ma rację. Kawa parzy w język, jest lekko gorzka. Będą ją sobie zaparzał w Warszawie, żeby mi przypominała o lwowskiej słoninie, o wódce z chrzanu i o hrabim Masochu.

W restauracji Mięso i Sprawiedliwość W restauracji Mięso i Sprawiedliwość fot. Albert Zawada

Co jeszcze?

Poza opisanymi w tekście miejscami warto odwiedzić restaurację Mięso i Sprawiedliwość, gdzie między zupą a drugim miejski kat Andrzej za drobny napiwek wprowadzi nas w świat średniowiecznych narzędzi tortur. Jest też Lampa - knajpa poświęcona Ignacemu Łukasiewiczowi, która dwa razy w tygodniu organizuje nocne wycieczki po mieście.

europa, podróże, Nocne życie Lwowa: sado-maso i słonina, W restauracji Mięso i Sprawiedliwośćfot. Albert Zawada

 

CENY:

litr benzyny 95 - 10,5 UAH

pół litra dobrej wódki - 30 UAH

kawa w lokalu bistro - 5 UAH

karafka chrzanówki u Masocha - 50 UAH

wejście do klubu Fashion - 100 UAH

1 hrywna ukraińska (UAH) to około 40 groszy

Wybór noclegów we Lwowie jest całkiem dobry; dwójkę można znaleźć już za 200 UAH. Ja polecam hostel Kosmonaut (dwójka - 300 UAH) lub portal dobovo.ua, przez który można wynajmować prywatne mieszkania.

Więcej o:
Komentarze (17)
Nocne życie Lwowa: sado-maso i słonina
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • anty_populista

    Oceniono 29 razy 27

    spieszmy się cieszyć Lwowem zanim nadciągną tam "pijani anglicy" z tanich linii lotniczych

    pan z redakcji logo, to coś w rodzaju forpoczty

  • Gość: kierowca marszrutki

    Oceniono 26 razy 20

    Zblazowany redaktor z Warsiawy zrobił rajd po najbardziej komercyjnych i sztucznych knajpach z sieci "Fest" i opisuje to w duchu polarnika, który przemierzył Kamczatkę.

    Lwów oferuje miejsce o wiele ciekawsze i naturalniejsze od Disneylandu, w którym bawił Pan Redaktur.

  • Gość: antonow2

    Oceniono 34 razy 20

    Wkurza mnie ten styl niedouczonego, zachwyconego soba luzaczka
    .Posagu Dawida ( o oryginale nie wspomne) na reprodukcji to on na oczy nie widzial.

  • Gość: vania

    Oceniono 11 razy 9

    widzę że ktoś ma jakieś kompleksy skoro wyprzedzające Atu to byłoby takie zło :D

  • Gość: Michał

    Oceniono 5 razy 5

    Co bocian ma wspólnego ze wschodem? Polecam Seksmisję na dvd jeszcze raz, bo to dobry film, tylko trzeba uważnie obejrzeć.

  • Gość: krzysztof

    Oceniono 10 razy 4

    Polecam knajpę Kryjówka na Rynku, wzorowaną na ziemiankę żolnierzy UPA. Dekoracja to różne sprzęty i karabiny z epoki.Jest dość kontrowersyjna z polskiej perspektywy, ale wizyta tam moze skłonić do refleksji nad historią polsko-ukraińską, tym bardziej, ze w tym roku przypada 70. roczniaca rzeźi wołyńskiej. Knajpa jest też przykładem silnego nacjonalizmu ukraińskiego na Zachodniej Ukrainie. Tamtejsze potrawy mają specyficzne nazwy, np. przysmak gauleitera. Jedzienie dostaje sie w blaszanych miskach z epoki. Przy wejściu do knajpy stoi kelner przebrany w strój żołnierza UPA i częstuje gości darmowym kieliszkiem wódki. Slyszalem, ze trzeba przy tym powiedzec "Chwała Ukrainie", ale mnie to nie spotkalo.

    Co do stylu relacji to podpisuję sie pod wczesniejszymi opiniami. Mania wyższości młodych warszawskich reporterów, szpan na biedniejszej Ukrainie musi byc, bo w Polsce juz im nie sprawia przyjemnosci szpanowanie swoją warszawskością:)

  • Gość: OleAnder

    Oceniono 6 razy 4

    Że tak powiem w d... byłeś g.... widziałeś. To tak jak czytam artykuły angielskich redaktorów o Krakowie przed euro. Jaki był cel tego artykułu? Miał odstraszyć? zachęcić?

  • Gość: Viktoria

    0

    Z zapartych tchem caytzm codzienne relacje:)Warto pomyĹ?leÄ? o uroczystym powrocie, moĹźe uda siÄ? zebraÄ? grupÄ? powitalnÄ? do ktf3rej siÄ? doĹ?Ä?czÄ?.Dobrej pogody, pozdrawiam

  • Gość: RR

    0

    Prymitywny jest ten wizerunek Lwowa widziany oczyma człowieka, który uważa się za punkt odniesienia wszechrzeczy. Są jeszcze inni ludzie, inne zwyczaj i inne stroje. Nawet złote zęby też przynależą do innej kultury. Zadziwiające jak betonowe łby uważają się za symbol otwartości, mimo, że same (te łby) są zamknięte na inne kultury.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX