Podróż do Czarnogóry czyli na tropach mistrzów samogonu

Mężczyzna musi zdobywać dzikie szczyty, nurkować w nieznanych morzach i łazić po zarośniętych gąszczem dżunglach. Takie jest odwieczne prawo natury.
Co zatem robić w czasach, gdy wszystko jest już zadeptane i sfotografowane przez japońskich turystów?
Jechać do Czarnogóry, najmłodszego kraju świata.
Podróż do Czarnogóry czyli na tropach mistrzów samogonu Podróż do Czarnogóry czyli na tropach mistrzów samogonu fot. Witold Szabłowski, Andrzej Krasowski

10 dobrych powodów, by jechać do Czarnogóry

1. Czarnogórskie drogi pomogą ci się przygotować do najcięższych nawet rajdów samochodowych. Poczujesz się jak Schumacher, Kubica, a może nawet Hołowczyc.

2. Fiordy będą ci jadły z ręki - to jedyny kraj na południu Europy, gdzie można je zobaczyć.

3. Opalisz się jak Banderas; w dodatku bez dzikich tłumów z Polski i całej Europy. Czarnogóra, choć piękna i dzika, nie przyciąga jeszcze wielu turystów.

4. Spłyniesz pontonem albo tratwą przez najgłębszy w Europie kanion rzeki Tary.

5. Spróbujesz oryginalnych potraw, w tym ryb, małży i kalmarów prosto z morza.

6. Może kupisz ziemię? Działka nad Adriatykiem i budowa domu za grosze!

7. Złowisz taaaaką rybę w górskiej rzece albo w czasie morskiej wyprawy.

8. Odbędziesz pojedynek bokserski z Czarnogórcem, któremu przypadkiem nadepniesz na odcisk. Wcale o to nietrudno, bo to dumna nacja. Módl się wtedy, żeby nie miał broni.

9. Kupisz papierosy prosto od albańskich przemytników.

10. Od rana do nocy będziesz się raczył przednią, 50-procentową czarnogórską rakiją. Najczęściej domowej roboty.

W 2006r. dumni Czarnogórcy postanowili, że odłączą swój, mniejszy niż Mazowsze, kraj od Serbii. A ja postanowiłem, że muszę się tam wybrać.

Zaprzyjaźniony znawca Bałkanów radził: - Nie ma się czego bać. Unikaj tylko przemytników, drażliwych tematów, policji, bocznych dróg, noclegów z dala od ludzi. Nie bierz samochodu, nie pij wody z kranu...

Wyliczanka trwała kilkanaście minut. Po jej wysłuchaniu wziąłem czerwony pisak i spisałem wielką listę zakazów.

Kilkanaście minut zajęło też pani z biura podróży ustalenie, że z Polski do Czarnogóry nie można się dostać w żaden sensowny sposób. - Może pociąg do Belgradu (24 godziny, przesiadka w Budapeszcie) - ratowała sytuację. - To już tylko 500 km od celu...

Zamiast tego wybrałem samolot do Dubrownika, ledwie 30 km od granicy. Musi być jakiś autobus! Na ziemię sprowadziła mnie pracownica chorwackiego biura informacji turystycznej. - No buses to Montenegro - rozłożyła bezradnie ręce. Dlaczego? - Nie lubimy się - tłumaczyła. Potem pokazała ręką na góry, gdzie podobno wciąż leżą tysiące nierozbrojonych min. Nie było wyjścia. Złamałem pierwszy zapisany czerwonym flamastrem zakaz i postanowiłem jechać autem.

Wypożyczony w Chorwacji Wypożyczony w Chorwacji "punciak" doskonalezdał egzamin nawet na najcięższych czarnogórskich trasach fot. Witold Szabłowski

Serbowie jak ślimaki

Następnego dnia wynająłem czerwonego Fiata Punto, przeżegnałem się i ruszyłem na górskie serpentyny. Zaraz za Dubrownikiem dwójka plażowiczów łapała stopa. Zatrzymałem się uprzejmie, a oni niespodziewanie wyciągnęli z rowu wielkie jak beczki z adriatyckim śledziem plecaki. Na ucieczkę było za późno. - Nie znam chorwackiego! - ostrzegłem. - Nie szkodzi, my też nie. - To skąd jesteście? - Z Polski!

Gośćmi na pokładzie "punciaka" okazali się Joasia i Michał Dzikowie, archeolodzy z Warszawy odbywający swoją podróż poślubną. Punto zamieniło się więc niespodziewanie w ślubną limuzynę, silnik zaczął grać Mendelssohna, a my głośno myśleliśmy, co nas czeka w najmłodszym kraju Europy.

Podróż do Czarnogóry czyli na tropach mistrzów samogonu, wakacje, europa, podróże, Czarnogóra dla turystówfot. Witold Szabłowski

Na granicy oczekiwaliśmy flag, fanfar, strażackich orkiestr i ciągłego podkreślania świeżo upieczonej niepodległości. Zamiast tego celnik służbista bez słowa wbił nam do paszportów pieczątki i pokazał ręką, żeby jechać dalej. - Z czego tu się cieszyć? - załamywała ręce pani Walentyna, właścicielka budki z pieczonymi kurczakami w Hercegnovi, pierwszym mieście za granicą. - Serbowie to u nas jedyni turyści. Jeśli się obrażą i nie przyjadą, to z czego będziemy żyć? - pokazywała ręką na pustą plażę.

- A naszego Nika już próbowaliście? - wykrzyknął nagle. - Miał nagrodę w Paryżu dla najlepszego piwa!

Tak oto na stole pojawiły się dwie oszronione butelki z napisem "Nik Gold". Piwo nagrodę dostało prawie 100 lat temu, ale w Czarnogórze chwalą się, jakby to było wczoraj. Najważniejsze: smak ma przedni i cudownie zaspokaja pragnienie w czterdziestostopniowym upale.

Z tej knajpki w starym mieście Perast jest piękny widok na czarnogórski fiord i na zachodzące słońce Z tej knajpki w starym mieście Perast jest piękny widok na czarnogórski fiord i na zachodzące słońce fot. Witold Szabłowski

Fiordy jedzą z ręki

Z tej knajpki w starym mieście Perast rozciąga się piękny widok na czarnogórski fiord i na zachodzące słońce

Znawca Bałkanów kazał mi testować wszystkie drinki domowej roboty. - Oni nawet z patyka zrobią rakiję - tłumaczył. - W każdej wsi mieszka przynajmniej jeden Mistrz Samogonu.

Niestety, pierwszego dnia oprócz złocistego Nika nie udało się znaleźć innego trunku. Na nocleg, spędzony na dziko na plaży (kolejny punkt z zapisanych czerwonym flamastrem poszedł w las), kupiliśmy rakiję z Serbii. Niezła, choć wzięliśmy jedną z tańszych i zostawiała posmak, jaki pewnie zostawia wypicie szklanki denaturatu. Z utęsknieniem czekaliśmy więc na pierwszy prawdziwy domowy trunek.

Tymczasem przejechaliśmy Bokę Kotorską, zatokę, która oferuje najbardziej malowniczy landszaft nad Adriatykiem. Punto raźnie ścinało czarnogórskie zakręty i tylko dwie rzeczy mogły sprawić, że prawa noga od czasu do czasu przerzucała się z gazu na hamulec. Pierwszy powód to przepaść po mojej prawej ręce - Czarnogórcy niechętnie budują barierki, pewnie nie chcą szpecić krajobrazu. Drugi to krajobraz właśnie. Góry wcinające się w zatokę tworzą jedyny na południu Europy fiord. Pięknie to wygląda, więc warto czasem zwolnić. A po powrocie można szpanować jak gość z kawału, który był w Norwegii: - Widziałeś łosie? - pytają kumple. - Stary, łosie to ja głaskałem. - A niedźwiedzie? - Można było im wleźć na plecy. - A fiordy? - Człowieku, fiordy to mi z ręki jadły.

Fiord wprawdzie nic nam nie zjadł, ale wyglądał majestatycznie i dostojnie. Żeby dobrze mu się przyjrzeć, warto szerokim łukiem ominąć skracający drogę prom w Kamenari. Nadłożymy 40 kilometrów, ale naprawdę się opłaca. A na końcu fiordu czeka deser: średniowieczne miasteczko Kotor wpisane na światową listę UNESCO. Warto się w nim zatrzymać na kolację. Wcześniej jednak koniecznie trzeba skręcić do zapomnianego przez Boga i ludzi Perastu. W mieście mieszka niewiele ponad sto osób. Więcej niż połowa trzystuletnich domów jest opuszczona. Miasteczko ma przez to niezapomniany, dekadencki klimat. Można zjeść coś z owoców morza w jedynej knajpie, która betonowym pomostem wbija się w morze, i popatrzeć na zachód słońca nad górami. A potem do auta i w długą! - od najbliższych noclegów dzieli nas kilkadziesiąt kilometrów, a po zajściu słońca w Czarnogórze momentalnie robi się ciemno.

w Hercegnovi w Hercegnovi fot. Witold Szabłowski

Rakiję się sączy

Nasz pierwszy gospodarz w Republice Czarnogóry miał na imię Ernesto. Za nocleg 200 m od morza płaciliśmy 8 euro. Miało być 5, ale cena urosła nagle, jak późną nocą stanęliśmy w progu i widać było, że z całą pewnością nie będziemy mieli siły się stamtąd ruszyć.

To nie jedyny trik, jaki znają Czarnogórcy. Cena noclegu potrafi urosnąć przez noc o ponad 100 proc. - Źle mnie zrozumiałeś - powie właściciel, kiedy przyjdzie do płacenia. Jak sobie radzić? Nie zostawiać paszportu. Jedni się zgodzą, inni będą kręcić nosem i wyciągać jakieś przepisy, ponoć wymyślone jeszcze przez marszałka Tito. Tak czy owak z paszportem się nie rozstawaj, bo jeśli trafisz na cwaniaka - ma cię w garści.

Podróż do Czarnogóry czyli na tropach mistrzów samogonu, wakacje, europa, podróże, Słynna wieża zegarowa w Hercegnovi fot. Witold Szabłowski

Kiedy już zdążyliśmy znielubić Ernesta, pokazał nam się od zupełnie innej strony. Następnego dnia rano czekał na nas na ganku. Jego żona zaparzyła kawę - mocniejszą niż espresso, tu wszyscy taką piją. A gospodarz z dumą wyciągnął z torby owiniętą papierem butelkę. - Rakija, loza - powiedział, a na jego twarzy malowała się duma z dobrze wydestylowanego trunku. Loza na całych Bałkanach oznacza śliwę. Ernesto sam pędził ten napitek. Bez słowa wyciągnął z kieszeni kieliszki, otworzył butelkę i nalał nam po maluchu. Michał łapczywie wypił cały kieliszek. Tradycyjnie, po polsku. Ernesto, lokalny znawca i degustator, popatrzył na niego ze wzgardą, po czym tylko zamoczył usta. Wypicie pięćdziesiątki tym tempem może zająć godzinę.

Loza Ernesta miała mocny smak i świetnie orzeźwiała. Nie mieliśmy jednak czasu, żeby z nim sączyć kolejne kieliszki. Czekał nas ciąg dalszy czarnogórskiego Primorja, a jeszcze tego samego dnia chcieliśmy ruszyć w góry.

Stary Bar - fascynujące ruiny nad Adriatykiem Stary Bar - fascynujące ruiny nad Adriatykiem fot. Witold Szabłowski

Minister Finansów Dżon

Pożegnaliśmy Ernesta i ruszyliśmy w kierunku miasta Bar, a stamtąd do jego historycznej części - Starego Baru. Po drodze mignął nam najdroższy hotel w Europie - wyspa Święty Stefan. Ta dawna osada rybacka jest dziś odwiedzana przez najbogatszych ludzi świata. Miejscowi licytują się, czyją twarz widzieli zza ciemnych szyb limuzyny. - Paris Hilton - krzyczy jeden. - David Beckham - woła drugi. Świętego Stefana chętnie odwiedza też Sophia Loren.

Amerykanin w środku Czarnogóry mówi do mnie po polsku? Pomyślałem, że mam gorączkę. Za chwilę jednak wszystko się wyjaśniło - Nie Amerykanin, tylko Albańczyk - śmieje się wąsacz. Ma na imię Djoni, a nie John. Ale wymawia się tak samo.

Podróż do Czarnogóry czyli na tropach mistrzów samogonu, wakacje, europa, podróże, Djoni w swojej firmiefot. Witold Szabłowski

Djoni nauczył się polskiego ponad 20 lat temu. Pływał wtedy jako marynarz po całym świecie, również do Polski. W jednej z knajp w Szczecinie zawróciła mu w głowie piękna, długonoga studentka medycyny. Byli parą osiem lat. Rozstali się, jak Djoni przestał pływać. - W Jugosławii znajomość polskiego bardzo się przydała. Sprzedawałem dolary Polakom, którzy przyjeżdżali na handel. Mówili na mnie minister finansów - śmieje się Djoni. Pod koniec lat 80. wpadł na pomysł, żeby sprowadzać Polaków jako turystów. - Wojna wszystko zepsuła - mówi. - Dopiero teraz wraca koniunktura. W tym roku przyjedzie z moim biurem 8 tysięcy Polaków.

Djoni zaprasza nas na grilla - z wycieczki z Polakami przywiózł całe wiadro morskich ryb. Sam je przyrządził i przyprawił. Wcinamy, aż nam się uszy trzęsą, a Djoni zachwyca się, że w niepodległej Czarnogórze wszystko będzie lepsze. - Biznes będzie łatwiej zrobić. Policja się zmieni i urzędnicy, i nauczyciele. I będzie mógł każdy przyjechać, kupić tu ziemię i zamieszkać. A może ty chcesz kupić? - Djoni chwyta mnie za rękę i zanim coś powiem, prowadzi za swój dom. Jest stąd piękny widok na stare miasto, góry i Adriatyk. - 10 tysięcy metrów, 60 oliwek, niektóre mają po 200 lat - zachwala. Ziemia rzeczywiście piękna, szkoda tylko, że niemal pionowa. - Ale są trzy miejsca, żeby postawić dom. To jak, nie chcesz kupić? Do oddania po 4 euro za metr.

Mistrz Samogonu Tomo Malević przy swoim wiekowym sprzęcie Mistrz Samogonu Tomo Malević przy swoim wiekowym sprzęcie fot. Witold Szabłowski

Mistrz rakii

Następnego dnia Djoni prowadzi mnie do swojego przyjaciela. Tomo Malević to lokalny rzeźbiarz i kolekcjoner osobliwości, ale przede wszystkim - najznamienitszy w okolicy producent domowej rakii, czyli Mistrz Samogonu! W kraju, gdzie prawie każdy coś pędzi, to duży komplement. Tomo z dumą prowadzi nas na zaplecze swojej pracowni rzeźbiarskiej. Jego tajemnica to sprzęt: używa starych drewnianych beczek po pradziadku. Ile mogą mieć lat? Nie wiadomo, może ze dwieście. - Rakija ze starej beczki ma własny charakter - tłumaczy Tomo. Niestety, niedawno jedna z nich zaczęła cieknąć i trzeba ją było wymienić na plastikową. - To już nie to samo - krzywi się Tomo, ale beczki załatać nie sposób.

Oryginalny jest też kocioł, może jeszcze starszy niż beczki. - Rakiję można zrobić ze wszystkiego - opowiada Tomo. - Z kiwi, jabłka, gruszki, pomarańczy, cytryny. Ale najlepsza jest śliwkowa, więc mało kto bierze się za inne owoce.

Tomo jednak lubi urozmaicenia. Do rakii często dodaje różne zioła. - Metodą prób i błędów doszedłem, że najlepsza wychodzi z rozmarynu - opowiada Tomo, a na stole ląduje kryształowa karafka z zielonkawym płynem. Próbujemy. Świetna.

- Nieźle smakuje też rakija z leśnych ziół - ciągnie producent, a na stole pojawia się kolejna karafka. Zioła nadają jej nieco gorzki smak. Smakuje oryginalnie, trochę jak Jägermeister i inne nalewki myśliwskie. Bardziej smakowała mi ta z rozmarynem.

Rakiję robi się podobnie jak wino. Najpierw w wielkiej kadzi owoce muszą sfermentować, zwykle w ciągu dwóch tygodni. Wtedy lądują w kotle, nad ogniskiem. Cienka rurka łączy ją z drugą beczką, gdzie po niecałej godzinie zaczyna kapać. - Musi kapać powoli, kap, kap, kap - tłumaczy Tomo. Przypomina mi się, jak Balcerek z filmu "Alternatywy 4" opowiadał o produkcji bimbru. - Można zaprawić ją spirytusem, żeby była mocniejsza - dodaje Tomo. - Ja wolę wystawić owoce na dłuższą fermentację.

Na koniec Tomo daje nam spróbować zwykłej lozy, czyli rakii ze śliwek. I tu czuć rękę mistrza. To nie pierwsza loza, jakiej próbuję, ale ma mniej goryczy i dużo lepiej rozlewa się po gardle niż poprzednie. Gotów jestem kupić cały zapas, ale Tomo uśmiecha się szeroko. - Prawdziwa rakija nie jest na sprzedaż, ale żeby ją pić z przyjaciółmi - mówi i wręcza mi flaszkę rozmarynówki.

Podróż do Czarnogóry Podróż do Czarnogóry fot. Witold Szabłowski

Papierosy z Albanii

Jezioro Szkoderskie to malowniczy akwen położony między Czarnogórą i Albanią. Do żeglowania się nie nadaje, bo słabo wieje. W dzień jezioro jest więc puste, gdzieniegdzie tylko snują się turystyczne stateczki. - Wszystko zaczyna się nocą - opowiada Dino, który mieszka niedaleko jeziora. - "Buuu, buuu, buuu", słyszysz silniki. Jeden za drugim. Przemytnicy. Setki ich tak pływają.

Ale to nie są niebezpieczni ludzie. Oni tylko zarabiają na swoje rodziny.

Żeby nie być gołosłownym, Dino wyciąga karton albańskich fajek. Chce mi go sprzedać za 5 euro. Mówi, że zna jednego właściciela łodzi. Dziękuję mu uprzejmie. Już czarnogórski tytoń przyprawił mnie o mdłości. Myśl, że mam się zmierzyć z czymś tańszym, więc pewnie gorszym, zwala mnie z nóg.

- Dino? Toż to największy przemytnik we wsi! - śmieją się ludzie w przydrożnym zajeździe kilka kilometrów dalej. - On nie wozi fajek, tylko broń. Mam od niego granat - chwali się właściciel i już nie wiem, czy ze mnie kpi, czy nie.

Może mówić prawdę, bo broń w Czarnogórze nie jest żadną osobliwością. W górach pistolet, częściej starszy niż nowszy, ma prawie każdy mężczyzna. A że Czarnogórcy są krewcy i uparci, czasem trudno z nimi polemizować.

Ominęliśmy jezioro i wjechaliśmy na równinę, na której leży Podgorica - stolica młodego kraju. Miasto zupełnie niewarte uwagi, choć widać zabiegi, by to zmienić - główna ulica zamieniona w deptak to strzał w dziesiątkę. Na razie jednak głównym powodem dumy podgoriczan jest Vranac, jedyne czarnogórskie wino robione właśnie tutaj. Okolice są dobrze nasłonecznione, więc winogrona mają tu największe i najlepsze. Czuć to w każdym jednym łyku Vranaca, warto więc zaopatrzyć się w kilka butelek.

To, co w Czarnogórze najlepsze: rakija, piwo, czerwone wino To, co w Czarnogórze najlepsze: rakija, piwo, czerwone wino fot. Witold Szabłowski, Andrzej Krasowski

Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz

To, co w Czarnogórze najlepsze: Rakija ziołowa o kuszącej nazwie Travka; Kruna - 50-procentowa królowa lokalnych alkoholi; Piwo Nikszickie; czerwone wino Vranac; słynny Nik Gold, niemal 100 lat temu nagrodzony w Paryżu.

Kanion Tary to największy wąwóz w Europie i drugi - po Colorado - na świecie. Zaczyna się zaraz za Podgoricą. Od kilku lat można tu spędzić weekend na raftingu - spływie pontonem. Musi to być niezapomniane przeżycie: pionowe ściany skał mają czasem ponad kilometr wysokości. My, z braku czasu, podziwiamy go wyłącznie z okien samochodu.

Jazda po czarnogórskich drogach to mistrzostwo świata. Już pierwszego dnia czułem się jak Kubica, a po trzech kolejnych - jak Schumacher. Główne szosy są lepsze od polskich. Schody zaczynają się, gdy zjedziemy w bok. Droga gwałtownie się zwęża, znika asfalt, a dziury często bywają głębokie na metr. Minięcie się z kimś z naprzeciwka jest nie lada wyzwaniem. Ale to też okazja, by kogoś poznać. W górach Dormitoru jechaliśmy szrotówką, prawie 2 tys. metrów nad poziomem morza. Z gór spływał topniejący śnieg, a z naprzeciwka jechała ciężarówka. Przytuliłem się maksymalnie do zbocza, ale kierowca pokazał mi, żebym wysiadł. Myślałem, że boi się przepaści i że będę się musiał trochę cofnąć. On jednak chciał tylko pogadać. Zapytał o papierosy, poczęstował piwem i z zimną krwią przejechał centymetry od pionowej ściany w dół.

Podróż do Czarnogóry czyli na tropach mistrzów samogonu, wakacje, europa, podróże, Ulcinj i jego niepowtarzalny, orientalny klimatfot. Witold Szabłowski

Czarnogórscy kierowcy znają więcej takich zabaw. Ulubiona? Wyjeżdżanie z podporządkowanej. Nikt nie czeka, aż przejedzie reszta aut. Problem ma ten, kto musi hamować.

Inną popularną zabawą jest jazda bez rejestracji. Nie wiem, jak to możliwe, ale jeden na pięć samochodów nie miał jednej, a co dziesiąty - obu tablic. Bardzo popularne jest też trąbienie bez powodu.

Również o czarnogórskiej drogówce krążą legendy. Podobno zawsze znajdą powód, żeby wlepić ci mandat albo - jeszcze lepiej - wyłudzić łapówkę. A że za wszystko płaci się w euro, lepiej nie wozić pieniędzy w samych setkach. Policjant raczej nie będzie miał reszty.

Przejście graniczne między Czarnogórą a Bośnią najlepsze lata ma już za sobą Przejście graniczne między Czarnogórą a Bośnią najlepsze lata ma już za sobą fot. Witold Szabłowski

Pożegnanie

Granica Czarnogóry z Bośnią wygląda bardziej jak zapora dla krów niż jak przejście graniczne. Ostatnie kilometry drogi to już koszmar. Nie da się jechać więcej niż 10 km na godz. W końcu stempel - czerwone Punto opuszcza Czarnogórę i bierze kurs na Dubrownik. W bagażniku kołacze kilka butelek Vranaca, Nika, rozmarynówka od Tomo i kilka innych kupionych po drodze specjałów. A w głowach myśl, że jak na kraj wielkości połowy Mazowsza, to Czarnogóra ma wyjątkowo dużo do zaoferowania. Warto tu wrócić, zanim inni się dowiedzą i zanim zrobi się tam tłoczno jak w Chorwacji.

 

Trzeba zobaczyć:

- Bokę Kotorską, zatokę z jedynym na południu Europy fiordem, z malowniczymi miastami Perast i Kotor;

- góry Dormitoru; stare miasto w Barze i oryginalną knajpkę zaraz za biurem Djonego - polecam nadziewane papryczki;

- Ulcinj, miasto o orientalnym klimacie (80% mieszkańców to muzułmanie, można skosztować ciekawych potraw i posłuchać innej muzyki);

- wyspę Święty Stefan - włazić tam nie warto, ale na pewno trzeba popatrzeć na nią z góry;

Podróż do Czarnogóry czyli na tropach mistrzów samogonu, wakacje, europa, podróże, Wyspa Święty Stefanfot. Witold Szabłowski

- kanion Tary, najlepiej oglądać go z perspektywy pontonu;

- monastyr Ostrog z pięknie zachowanymi malowidłami;

- Jezioro Szkoderskie i trasy wokół niego - dla miłośników ornitologii.

 

Artykuł ukazała się na łamach logo w 2006r i został zaktualizowany w 2013r.

Więcej o:
Komentarze (31)
Podróż do Czarnogóry czyli na tropach mistrzów samogonu
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • landora

    Oceniono 15 razy 15

    Byłam w Czarnogórze dwa lata temu. Samochodem.
    Drogi są całkiem normalne. Normalny, europejski kraj. Plażę wcale nie są puste. Kraj rzeczywiście piękny.

  • Gość: Strach

    Oceniono 17 razy 13

    10 głupot o Czarnogórze - błąd na błędzie. Na zdrowie. Loza ze śliwek no proszę...

  • Gość: kafana

    Oceniono 12 razy 12

    3. Opalisz się jak Banderas; w dodatku bez dzikich tłumów z Polski i całej Europy. Czarnogóra, choć piękna i dzika, nie przyciąga jeszcze wielu turystów.

    Taaaaa chyba w maju albo we wrześniu.

  • Gość: Elzbieta

    Oceniono 10 razy 10

    Po skomentowaniu 10 punktów (bzdur) zaczęłam czytać cały artykuł. Tia... nieścisłości, niescisłości (np. loza to nie to samo co sliwa) i coraz większe przekonanie, że autor jesli nawet w Czarnogórze był, to bardzo dawno temu. Na koniec sie wyjasniło. Artykuł z 2006 roku! Proszę mi wierzyć, nawet jesli był redakcyjnie "aktualizowany" to jest mało aktualny.

  • tenar1

    Oceniono 7 razy 7

    Ten artykuł to załamka miesiąca. Jak można pisać o Czarnogórze po przejażdżce szlakiem turystycznym?
    Byłem w Czarnogórze w ubiegłym roku. Przejechałem ją z południowego zachodu na północny wschód, a więc w poprzek głównycn tras. Drogami, o jakich w Polsce nikomu się nie śniło.

    Przede wszystkim, nie wierzcie mapom. Nawet austriackim i lokalnym. To, co w Czarnogórze jest nazwane drogą krajową, w Polsce ledwie łapałoby się na drogę powiatową. Zwykłe drogi są często nieprzejezdne. Barierki przy drogach są, tyle że kamienne lub z blachy tak przerdzewiałej, że nie zatrzymałaby nawet hulajnogi. Za to zdarzają się przyzwoite drogi, których w ogóle nie ma na mapie!

    Ludzie (przynajmniej Ci w rejonach oddalonych od morza) są bardzo życzliwi i uczynni. Zdarzyło mi się nawet, że jakiś chłop biegł w górach przez pół pola, żeby mnie zatrzymać, powiedzieć, że źle jadę i wskazać właściwą drogę. Na drogach lokalnych nie zdziwcie się, jak wam wyjdzie kierdel owiec i macie 15 minut nieplanowanego postoju. Gdy z kolei kompletnie zabłądziłem w centralnej Czarnogórze (i tak miałem szczęście, że potrafię czytać mapy i szybko odkryłem, że kompletnie nic się nie zgadza w naturze z tym co jest na mapie, a droga prowadzi w jakiś dziwnym kierunku), to pomógł mi kierowca rozklekotanego kamaza, który pilotował mnie kilka kilometrów po jakiś dziwnych szutrówkach.

    Ostrzeżenia o spadających kamieniach traktujcie poważnie. Kilka razy dostałem z takimi w bok samochodu, a raz musiałem przejechać przez rumowisko. Generalnie, należy zabrać oprócz koła zapasowego także pakiet do doraźnego naprawiania kół.
    Ciekawie miałem, gdy w górach zabrałem miejscowego autostopowicza. Dziadek miał na oko ok. 70 lat. Szedł do domu. Jakieś 30 km po górach! A po drodze nie minęliśmy ani jednego samochodu. Gdy na hasło Polska, usłyszałem odzew "aaaa, Walesa!", jakoś się nie zdziwiłem. Ale gdy dorzucił do tego "Damę z łasiczką", szczena mi opadła. Ilu osobom w Polsce w ogóle przyszłoby do głowy takie skojarzenie? Zresztą, chyba opatrzność nade mną czuwała, że go zabrałem, bo dzięki temu ominęły mnie później poważniejsze problemy z jakimiś miejscowy o bardzo grubych karkach. :D

    Uwaga! Pomimo obecności na mapie, w naturze nie występuje przejście graniczne z Kosowem w dolinie Rugowy! A przynajmniej nie występowało jeszcze w ubiegłym roku. Jednak, żeby się o tym przekonać trzeba jechać cztery godziny 60-kilometrową leśną dróżką w górach (w tym wspinaczka na przełęcz 1850 mnpm).
    Szczególnie mało przyjemne jest to w środku nocy. A kiedy jeszcze w drodze powrotnej natknąłem się na przemytników, którzy jakoś nie byli zadowoleni z mojego widoku, to faktycznie wyciskałem ile fabryka w silniku dała.

    I jeszcze jedno, na górskich leśnych serpentynach czasami warto przed zakrętami używać klaksonów. Może nam to zaoszczędzić dachowania w przepaść, gdy z naprzeciwka będzie leciał jakiś miejscowy dżygit.

    Kraj naprawdę piękny, kawa i sery genialne, a dziewczyny cudne :), ale ja na kilka lat mam go dość. Następny wypad będzie do Bośni. Podobno jeszcze piękniej.

  • Gość: allo

    Oceniono 9 razy 7

    Artykuł sprzed kilku lat. Nikogo z redakcji już nie stać na takie wycieczki :P

  • Gość: Elzbieta

    Oceniono 5 razy 5

    10 bzdur na temat Czarnogóry.
    Ad 1) Próba takiej jazdy po drogach Czarnogóry to samobójstwo. Ponadto szkoda niezapomnianych widoków!
    Ad2) To nie są fiordy! Prawda tylko taka, że malowniczość równie zachwycająca.
    Ad3) Na plażach latem są dzikie tłumy, głównie Rosjan. Dlatego wyprawa do Czarnogóry w sezonie letnich wakacji, na dodatek na wybrzeże, nie jest godna polecenia. Chcesz poznać zachwycającą Czarnogórę - jedź tam poza sezonem i unikaj "kurortów".
    Ad4) Pod warunkiem, że uprawiasz te sport wyczynowo. Ale kanion warto zobaczyć.
    Ad 5) Czarnogóra to kraj wielu smaków - od nadmorskich po górskie. Owoce morza, sery, oliwy, Fantastyczne mięsa (jągnięcina!) - warto kosztować wszystkiego.
    Ad 6) Cha, cha, cha, cha, cha.... a może też w Boce Kotorskiej? Cha cha cha cha. Dawno i nieprawda! Podobno w głębi kraju, na zboczach gór, z dojazdem wąskimi pnącymi sie drogami mozna jeszcze wyszukać domek po przystępnej cenie.
    Ad 7) Może...... ;-)
    Ad 8) Po co powielać takie głupie stereotypy? Czarnogórcy to naród o goracych sercach. Kochają albo nienawidzą. Ja spotkałam sie wyłącznie z przejawami serdeczności i ogromnej otwartości. Moze teraz, po tym jak kibole narobili nam w Czarnogórze wstydu (gazeta też ma tu swój niechlubny udział) cos się zmieniło. A, że broń mają... mają! Kraj wolnych ludzi.
    Ad 9 i 10) Tiaaaa, moralność gazetowa jak w pkt 8. Ponadto to nie rakija tylko loza (ta na zdjęciu jest sklepowa i nawet w połowie nie tak dobra jak domowa) a jeszcze lepsze są sliwy. A najlepsze czerwone wina Vranac.

  • Gość: stefan

    Oceniono 5 razy 5

    tylko jedna uwaga - loza to rzeczywiscie swietna rakija, ale z winogron a nie sliwek

  • Gość: Podpisz się

    Oceniono 1 raz 1

    Potwierdzam. Większość tych wskazówek to totalne bzdury. Normalny przyjazny kraj, drogi w stanie normalnym, a biorąc widoki podczas jazdy niektórymi z nich to bajka. Zatoka Kotorska - coś pięknego.
    Most nad rzeką Tara przepiękny. Polecam ten kraj wszystkim, i nie samolotem tylko własnym pojazdem, najlepiej o mocy powyżej 100KM. Koniecznie trzeba przejechać dookoła Zatokę Kotorską.
    Przed Albanią też nas straszyli a się udało i zamierzam jeszcze kilka razy tam pojechać, właśnie do Grecji przez Serbię, Czarnogórę, Albanię. W Albanii koniecznie odwiedźcie Sarandę, tylko wieczorem. Ja z całą rodziną spaliśmy tam na leżakach na plaży całą noc. To był najlepszy mój urlop.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX