Podróż po Jukatanie: tequila, piramidy i nurkowanie

03.04.2013 03:28
Na Jukatanie wylądowałem 65,002 mln lat po asteroidzie, która zakończyła życie dinozaurów. Wężowaty bóg Kukulkan miał zaraz zejść po schodach swej świątyni, jak czyni podczas równonocy wiosennej - już od milenium. Był marzec roku 2012. Gdyby Majowie nie pomylili się w obliczeniach, za parę uinali nastąpiłby koniec 12. baktunu, równoznaczny z końcem świata.
1 Meksyk Meksyk fot. holbox/Shutterstock

Meksyk wielki i daleki

Jak to z każdym pięknym krajem bywa, znajduje się daleko. Sześciokrotnie większy od Polski, otwiera korytarz do Ameryki Południowej. Jest za duży, by obskoczyć go w dwa tygodnie. Gdyby w połowie XIX w. nie utracił połowy terytorium na rzecz USA, nie dałoby się i w dwa lata. Nie ma wyboru, trzeba wybrać, dokąd w tym Meksyku się wybrać. Na północy góry, zimno, a gangi narkotykowe zjadają turystów. Pacyficzne wybrzeże zachodnie jest okupowane przez lokalesów, troszkę mniej bezpieczne, może być wyzwaniem za pierwszym podejściem. Tak piszą. Natomiast południe czy raczej skrajny wschód - bo ląd wystrzela półwyspem w prawo - to Jukatan.

Podróż po Jukatanie: tequila, piramidy i nurkowanie, ameryka północna, podróże, Ulama - antyczna gra w piłkę - Majów i współczesnych Meksykanówfot. Łukasz Figielski

Ulama - antyczna gra w piłkę - Majów i współczesnych Meksykanów

Na południu kraju jak w raju

Bo bajeczne cenoty, wydrążone w wapiennych skałach przez kwaśne opady. Bo piramidy Majów, stożki pożądania miłośników historii i newage'owców. Bo rafy koralowe Morza Karaibskiego, a nad nimi rybki i żółwie. Bo plaże z palmami i piaskiem białym, jak tylko piasek biały być może. Zapraszające do morza niebieskiego, jak tylko morze może być niebieskie.

I jeszcze: bo różowe flamingi i leniwe krokodyle podglądane z odległości. Bo jaszczury wpraszające się do twojej chatki zwanej caba?ą. Bo pogoda przez cały rok, średnia (i podlegająca niewielkim wahaniom) temperatura to 25°C. Bo zrujnowane przez nieustającą rewolucję lub odpicowane na ekskluzywne hotele - hacjendy. Bo mafiosów i innych wyłudzaczy brak. Bo cywilizacja w stanie nieprzerośniętym, tak jak ceny. Bo tequila sunrise i o zachodzie słońca.

Wszystko na powierzchni, którą spokojnie zjeździsz w tydzień.

Wybierasz się w podróż po Meksyku? Sprawdź te książki >>

2 Jadąc autem, uważaj na 'topy'! Jadąc autem, uważaj na 'topy'! fot. Łukasz Figielski

Jak Jukatan?

Po półwyspie możesz podróżować autem. Środek transportu, który nie jest polecany w mniej spokojnych częściach kraju, tu jest zalecany. Ruch mały, drogi szerokie. Ale uwaga - poprzecinane zabójczymi "topami". Szybko się nauczyliśmy, że na rogatkach, oprócz policjantów jak najbardziej żywych, kontrolujących kierowców, zawsze napotkamy policjantów "martwych". Tzn. zatopione w asfalcie metalowe kule. Lub klasyczny próg. A przynajmniej grubą linę. Samochód pozwoli opędzlować porozrzucane po półwyspie atracciones turisticas oraz zajadać się tortillami i innymi zgarnianymi w wiejskich budach zwijasami.

Podróż zaczynamy w Méridzie (patrz dalej: "Jak dolecieć"). Stolica stanu Jukatan to urocze kolonialne miasto, gdzie calles krzyżują się tylko i wyłącznie prostopadle. Mają numerki od 1 do (tak na oko) 180, więc odnalezienie się, zwłaszcza nocą, jest niemożliwe.

Na razie z małego lotniska wychodzimy na mały parking, gdzie już czeka chłopak z lokalnej wypożyczalni samochodów, znacznie tańszej od globalnych sieciówek, wciskających w dodatku jakieś nieobowiązujące w tym kraju ubezpieczenia. Pojazd załatwiałem e-mailowo. Poczta firmy na Hotmailu, na miejscu nie ma terminalu do kart, facet po prostu dyktuje koledze w centrali numer mojej kredytówki i kod CVV przez komórkę. Umiarkowanie bezpieczne z punktu widzenia klienta. Lecz kar później nie ściągali, a zaliczki nie pobierali. Nikt nikogo nie oszukał.

Ponieważ produkowanych w Meksyku przez pół wieku do 2003 r. garbusów wypożyczalnie już nie mają w ofercie, biorę najtańsze auto chico. Za sześć dni 2400 $ (peso), czyli niecałe 200 $ (USD). Symbole obu walut są identyczne (korzenie rodzeństwa sięgają dolara kolonizatorów hiszpańskich), co powoduje małe zamieszanie, bo dolar amerykański bywa tu również turystycznym środkiem płatniczym.

Wsiadamy więc w chevroletka i ruszamy przez suchoty i pustoty elegancką autostradką, by zobaczyć coś, co można później polecić i opisać. Jukatan jest tak skonstruowany, że lepiej wspominać tematycznie niż chronologicznie.

3 Cenote Cenote fot. Małgosia Gałązka, Victor Torres/Shutterstock

Cenoty, czyli fajne groty

Człowiek kreuje podług planu, przyroda płata psikusy. Są ułomne regiony jak Sahara czy Antarktyda. I jest Jukatan. Geografię skończyłem wieki temu z wynikiem dostatecznym, nauczyciel nie miał dla nas czasu. Słabo rozumiem fenomen charakterystycznych dla tego regionu studni krasowych zwanych cenote. W każdym razie to takie dziury w ziemi, z wodą gruntową, czasem zakryte w grocie, czasem olśniewająco odkrywające swe tajemnice turystom nawierzchnim. Jest tego bez liku, od pięciogwiazdkowych "must sees", po schowane w ogródkach chłopów. Lecz i tak łatwe do odnalezienia dzięki GPS-owi, Lonely Planet i kierunkowskazom.

Zaczynamy od położonej o rzut kokosem od najważniejszej piramidki (patrz dalej: Chichén Itzá) studni zwanej Ik Kil. Hasło jak z Tarantina. Wokół biznes turystyczny, kasa na wejściu jak przy diabelskim młynie w wesołym miasteczku. Lecz wystarczy przejść przez bramkę, by zrozumieć, że cud natury to nie lunapark. Oczko o średnicy 20 m otulają wysokie na 20 m skały, roślinność zbiega do wody równie ochoczo jak turyści, słońce widzi w niej swoje oblicze, kąpiesz się z rybkami... Jak u Disneya, spójrz na zdjęcie powyżej!

Nasze autko zatrzyma się potem przy paru otwartych cenotach. Ukochaliśmy miejski, w trzeciej największej (50 tys. osób) aglomeracji stanu - Valladolid. Cenote Zaci znajduje się na skrzyżowaniu Calle 34 i 37. Bilety parę peso. Na miejscu nikogo, bo jest środek dnia w środku tygodnia. Na naszym basenie widoki nie mniej spektakularne niż w Ik Kil i dają kapok do pływania. Bo choć przez krystalicznie czystą wodę wydaje się, że możesz stanąć na dnie, oczka są głębokie na kilkadziesiąt metrów.

Wśród odhaczonych cenot nie zabrakło zamkniętej. Wybraliśmy Dzitnup. Z majska "cenote" wymawiamy "dzonot". Wychodzi dzonot Dzitnup. To także miejsce turystyczne. Zimno podświetlone na fioletowo i zielono, jak techno party lat 90. Ale pustawe, pod ziemią, nasze. Można się kąpać, jest mistycznie. Po wyjściu kupujemy mleko kokosowe - owoc zostaje wyskrobany i podany przez dziewczynkę, już od parkingu obskakującą wraz z kolegami podróżnych. Wsiadamy do autka, otwieramy okna (i szybko zamykamy, z klimą źle, ale bez niej - jeszcze gorzej). Jedziemy tam, gdzie chcemy.

4 Piramida Kukulkana w Chichén Itzá emanuje szczęściodajną energią. Piramida Kukulkana w Chichén Itzá emanuje szczęściodajną energią. fot. Łukasz Figielski

Majowie mają piramidy

Aby sięgnąć do pradziejów cywilizacji tej części Meksyku, należałoby się najpierw zająć Olmekami. Lecz tak jak nie robimy lekcji geografii, tak nie będziemy szkolić historycznie. Piramidy Majów może i są młodsze o dobre 1,5 tys. lat od egipskich, ale zarazem położone w najmilszej części globu, mniej monstrualne, bardziej przyjazne użytkownikowi, zawsze w pobliżu cenotek. XVI-wieczni hiszpańscy konkwistadorzy nie mieli problemów z podbiciem rozproszonej po całym półwyspie cywilizacji i większość kamiennych ostrosłupów zostawili w spokoju, bo i tak były opuszczone.

Hipsterska świątynia Kukulkana, zwana El Castillo, to centralna część byłego kompleksu miejskiego Chichén Itzá, usytuowanego idealnie w połowie drogi między Méridą a wybrzeżem karaibskim. OK, ma raptem 30 m wzrostu, o stówkę mniej niż u Cheopsa. Ale to tutaj przybywają pielgrzymki newage'owców, by odprawiać jogę, a przynajmniej uczynić z uniesionych dłoni panele słonecznej energii. Najlepiej podczas krótkiego okresu, gdy na 91 schodkach falisty cień tworzy obraz pełzającego mezoamerykańskiego boga węża. Majowie tak to sprytnie wyliczyli i kamienie postawili, że fenomen pojawia się podczas równonocy wiosennej i jesiennej: 21 marca i 22 września; w mniej idealnej formie dzień przed i po tych datach. Należy obstawiać północną stronę piramidy, około godz. 16-16.30. My przybywamy 20 marca. Ale już o godz. 12 udajemy się w kierunku przeciwnym niż nadciągające tłumy, rozstawiające ręce i kamery.

Położona pośrodku niczego Chichén Itzá to spore wyzwanie - nigdzie ucieczki przed żarem i turystami. Mistrzostwem świata jest kompleks Coba, niegdyś dom dla 50 tys. osób, gdzie zjawiamy się wraz z odźwiernym i mamy cały bajkowy świat dla siebie. To 70 km2 pośrodku dżungli. Teoretycznie. Dla turysty chcącego obskoczyć główne atrakcje - jakieś 5 km z buta. Meksykanom, którzy wykarczowali część terenu raptem przed trzema dekadami - słusznie spodziewając się wycieczek z powstającego wówczas resortu Cancu´n - do dziś nie chce się iść dalej w las z maczetami. Olewamy czyhających na mięczaków rikszarzy, jest ranek, uderzamy w zieleń pieszo. Wdrapujemy się romantycznie we dwoje na główną, stromą piramidę Nohoch Mul, podchwytując spuszczoną ze szczytu linę. Tabliczka ostrzega: "Wchodzisz na własną odpowiedzialność". Zejście z 42 m jest jeszcze gorsze. Eksplorując skryte między powykręcanymi pniami ruinki mniejsze i większe, czujemy się jak dwójka Indianów Jonesów.

Gdyby nie znacznie gęstsze tłumy Amerykanów z aparatami, z Cobą mogłoby rywalizować wzniesione na kilkunastometrowym klifie Tulum. No, ale nie można winić turystów, że się chcą przejść po otoczonym murem forcie-porcie, z którego schodzisz na ukrytą między skałami plażę. Należymy do okropnego motłochu, zadeptującego zapewne najurokliwiej zlokalizowane ruiny świata. W przeciwieństwie do wcześniej wspomnianych aglomeracji Tulum istniało jeszcze podczas hiszpańskiej konkwisty, do końca XVI w. Mieszkańców położyły choroby przyniesione przez świtę Cortésa.

5 Klasyczna architektura Tulum . Pełnia szczęścia, błękit nieba w pakiecie. Klasyczna architektura Tulum . Pełnia szczęścia, błękit nieba w pakiecie. fot. Łukasz Figielski

Plaże i cabanas, piekło i raj

Współczesne Tulum to ekologiczny ośrodek wypoczynkowy. Raj na ziemi w raju na ziemi. Najpierw jest hipermarket, gdzie kupujesz dobra za grosze, następnie są ruiny, a potem jednopasmowa dróżka niemal przytula się do plaży, jak na Helu. Po jej obu stronach stanęły chatki i knajpy dla turystów. To sklecone w zgodzie z naturą caba?as, drewniane konstrukcje kryte strzechą, z łożem okrytym moskitierą, z kiblem, w którym nie należy spuszczać wody, i z ograniczonym dostępem do elektryczności. Są mniej lub bardziej wypaśne, można się przespać już za 50 zł. Hoteliki nie mają adresów tylko nazwy i identyfikują się w internecie (z Wi-Fi nie ma tu problemu) geograficznie poprzez słupki - czy raczej znaki - kilometrażowe. Do 5 km plaże są otwarte, czyli możesz dotrzeć nad wodę wąskimi przejściami między caba?as, by urządzić sobie romantyczną kolację na skale ze składników nabytych w sklepie. Potem sprawy się komplikują. Plaże należą do hotelików, są zamknięte, przegrodzone niczym pola Kargula i Pawlaka. Nie wolno wnosić własnych towarów. Po stronie niemorskiej zostają świetne knajpy, prowadzone przez ekspatów z całego świata.

Plaże Tulum to bajka. Szkoda że na papierze brzmi to tak banalnie. Piasek skandalicznie biały. Na piasku palmy. Za piaskiem błękitna woda bez glonowej skazy. Po paru dniach spędzonych w takich okolicznościach przyrody, podczas dopadających każdego polskiego gryzipiórka momentów egzystencjalnego kryzysu, widziałem tylko jedno wyście. Jak się prasa i praca zawalą, walę bank i zobowiązania. Wyjadę do Tulum, załapię na ekologiczny zmywak i będę serwować drinki do końca życia. Ciągle czekam na pretekst do ucieczki.

W tulumskim morzu nie ma za wielu rybek, o żółwiach nie wspominając. Na żółwie pojechaliśmy do pobliskiej wiochy Akumal, gdzie dwumetrowe gady postanowiły składać jaja i są tam chyba non stop. Od ludzi tłoczno jak w Jastarni, trudno. Lecz wystarczy wziąć maskę i fajkę, by znaleźć swoje własne podwodne Idaho. Snorkelingowy pan przewodnik nie jest potrzebny, omiń go bokiem. Po kwadransie zrozumiesz morską topografię. Żółwie, zwane z jakiegoś powodu (chyba skóry) zielonymi, żerują na skraju rafy. Śmigają razem z płaszczkami nad piaszczystym dnem, skubiąc samotne wodorosty. Ludzi nie gryzą i nie mają nic przeciwko towarzystwu w osobie wschodnioeuropejskiego turysty. Savoir-vivre jest oczywisty. Nie dotykamy, nie przeszkadzamy, podziwiamy.

6 Wyprawa motorówą ku flamingom nie należy do męczących. Wyprawa motorówą ku flamingom nie należy do męczących. fot. Łukasz Figielski

Rejs z tequilą

Z Akumal jedziemy do Cancu´n, bo wykupiliśmy party rejs tequila łódką. Już po drodze robi się brzydko - mijamy kurort dla zmyłki romantycznie zwany Playa del Carmen. To przybudówka. Prawdziwy hard core następuje w najpopularniejszej miejscowości Jukatanu. Kiedyś dziury na sto osób. W latach 70. Meksyk zbudował tam pierwsze hotele, inaugurując wewnętrzną konkurencję dla położonego nad przeciwległym oceanem Acapulco. Dziś nakreślone pieńkowatymi palcami, wielgachne jak w Las Vegas hotele to kupa na torcie. Architektoniczne wynaturzenie okupowane przez Amerykanów. 25 tys. miejsc noclegowych na powierzchni, na której Tulum oferuje pewnie z 500 podgryzanych przez jaszczurki łóżeczek i hamaków, próbując ratować florę i faunę przed łakomym na pieniądze i wygody człowiekiem. Oczywiście, sprawa inaczej wygląda od wewnątrz, z punktu leżenia nad hotelowym basenem, z drinkiem w ręku. Ale gołocie i hołocie wstęp wzbroniony, więc tylko domniemywam.

Sam rejs przebiega według planu. Płyniemy - meksykańska obsługa, dwoje Polaków i kilkudziesięcioro Amerykanów - na żaglach ku Isla Mujeres. Podczas głośnego w latynoskie hity godzinnego kursu zgodnie z obietnicą popijamy drinki, tequilę, piwko, co kto lubi. Potem snorkowanie na rauszu nad rafą koralową z rybkami. Cumujemy na wyspie. Przy kei można wskoczyć do akwarium z półśniętym rekinem, a po wysepce można pomykać wózkami elektrycznymi. Lecz gdy odejdziesz w bok, jest w miarę prawdziwa. Na murze znajdziesz powstańcze graffiti, a przy handlarzach rybami - kombinujące pelikany. Wracamy na łódkę i zaczyna się ostra bania. Wszyscy się zaprzyjaźniają, jedna z dziewczyn z Jersey mówi, że jesteśmy piękną parą (no, kto jak kto, ja piękny nie jestem), gospodarze ostatnie drinki polewają z gumowego penisa trzymanego przy kroczu. Szalone turystki łykają alko niczym tuczone gęsi paszę. Ja prowadzę, więc grzecznie odmawiam.

Wybierasz się w podróż po Meksyku? Sprawdź te książki >>

7 Setki flamingów wznoszą się w powietrze Setki flamingów wznoszą się w powietrze fot. Łukasz Figielski

Flaming, orzeł i krokodyl

Wycieczki fakultatywne trzeba wybierać uważnie, bo są drogie i z urzędu turystyczne. My zaliczyliśmy jeszcze dwie. Do położonego na dzikiej północy - czyli już nad Zatoką Meksykańską - półwyspu Rio Lagartos prowadzi jedna droga, okupowana przez sępopodobne ptaszyska skubiące rozjechane węże. Tamtejsza laguna jest meliną flamingów, do których płyniesz z przewodnikiem motorówką. Nasz Diego to gwiazda, bo napisano o nim w Lonely Planet i ma stronę internetową. Zawczasu ostrzega, że w wiosce będą się pod niego podszywali, by podebrać klienta. To prawda, zapytany o Diego, każdy jest Diego, tylko po angielsku jakoś nie mówi. Na szczęście bujamy się po kraju już dobre dziesięć dni (zaczęliśmy od przystanku w mieście Meksyk), wyćwiczyliśmy asertywność. Zgodnie z logiką jedziemy do końca drogi. Tam znajdujemy najbardziej wysuniętą na północ półwyspu restaurację należącą do naszego przewodnika.

Podróż przez zielonkawożółtawą wodę wynagradza trudy monotonnej drogi autem. Motorówa pędzi, wiatr chłodzi. Profilaktycznie fotografujemy wszystkie ptactwo, każdy okaz wygląda egzotycznie. Kolor zatoki w połączeniu z błękitem nieba tworzy kompozycję jak z obrazu. Wreszcie do palety barw dochodzi pasmo różowe. Gdy podpływamy, setki flamingów wznoszą się w powietrze, pozując do zdjęć. Kolejne setki obserwujemy z mierzei zamykającej rozlewisko. Stacjonuje tu 40 tys. sztuk.

Wracając, zaczynamy polowanie na krokodyle. Nieco mniej przyjazne od żółwi gady skrywają się w meandrach laguny, krążymy po kanałkach, chowając głowy przed gałęziami. To pora leniuchowania, więc nie żerują w wodzie, tylko wygrzewają się na lądzie. Znajdujemy dwa okazy, które pozdrawiamy z daleka. Jeden, o dziwo, wlazł na drzewo. Ale poziome. Przed nami jeszcze okłady z białego błocka, oczywiście dobre na wszystko. Maź zmywamy w słodkowodnym oczku. Wycieczkę wieńczymy obiadem w świetnej knajpie rodziny Diego. La Torreja specjalizuje się w owocach morza, wchodzimy w ryby. Podczas obiadu odbieramy SMS-y, czy wszystko z nami okej. O co chodzi? Nie ma Wi-Fi ani włączonego telewizora, bo akurat wysiadł prąd. Później sprawdzimy, że w Oaxace było trzęsienie ziemi o sile 7,4 w skali Richtera. To takie ładne miasto po drodze z Ciudad de México na Jukatan. Według alternatywnego planu mieliśmy tego dnia zatrzymać się tam podczas podróży autokarem.

My tymczasem 7,4 to mamy, ale w skali chillu. Podczas kolejnej wyprawy w pogoni za ptactwem i krokodylami męczymy się nieco bardziej. Po zatoce rezerwatu Sian Ka'an - dla odmiany najbardziej wysuniętego na południe krańca naszego vuelta a Jukatan - pływa się bowiem kajakiem. Tym razem guru jest napakowany metyski ornitolog, z pasją opowiadający o zwyczajach rodziny orłów, które na naszych oczach wplatają jakieś zielone sznurki w swoje imponujące gniazdo. Machamy rękami przez dwie godziny od wysepki do wysepki, znów boimy się krokodyli. Z ulgą witamy przystań, za którą czeka na nas restauracja.

8 Hacjenda Hacjenda fot. Łukasz Figielski

Hacjendy, dawnego układu czar

Czas kończyć objazdówkę i artykuł. Ostatniego dnia wracamy do Méridy, po trosze 40-kilometrowym szlakiem mniejszych ruinek zwanym Ruta Puuc, a po większej trosze - szlakiem hacjend.

To XVII-XIX-wieczne relikty czasów feudalnych, odpowiedniki plantacji na południu USA sprzed wojny secesyjnej. W Meksyku sytuacja wyglądała mniej więcej tak, że dla panów północy hodowano bydło, w środkowych stanach pędzono tequilę, kopano metale, uprawiano watę cukrową albo rąbano drwa, a na Jukatanie przerabiano agawy sizalowe i henekwenowe na sznury. Fabryki nie zostały tu zniszczone przez ogień rewolucji, tylko przez kryzys branży, tak w połowie ubiegłego wieku. Dziś są albo muzeami ruderami, albo hotelami, które nie tyle odzyskały dawny blask, co wskoczyły na poziom sześciogwiazdkowy. Niektóre casa principal oferują noclegi za kilkaset dolców.

Nas urzekła hacjenda Yaxcopoil, wyglądająca tak, jak ją kiedyś zostawiono. Do opuszczonej zdawałoby się posesji zaprasza kruszejąca brama-łuk. Po imponująco zaniedbanej posiadłości oprowadza przewodnik, który plótł te sznury pod ostatnim panem. Nie ma zębów i mówi tylko po hiszpańsku, ale za to bardzo miłe rzeczy. Np. że my mówimy lepiej niż Amerykanie. Oglądamy antyczne meble, zardzewiałe maszyny, on ciągle tłumaczy. Kompletnie nie rozumiemy, o co chodzi. Poza tym, że tworzy się więź ludzi pracy. On narzeka, że tu już nie ma żadnej. A my smucimy się, że jakieś tam mamy - i zaraz lecimy za chlebem przez Atlantyk.

Wieczorem oglądamy Méridę. Bardzo porządne miasto, nie sprzedają alkoholu, pewnie dlatego że niedziela. Lecz udaje nam się wbić na taneczny wieczorek geriatryczny, gdzie piją piwo. Ostatnia wieczerza staje się zarazem pierwszą potańcówką. Urzeczeni, szukamy naszego hotelu - pod wszystko mówiącym adresem Calle 59 No. 589 x 76 Centro. Stolicę Jukatanu podziwiamy chwilę dłużej, niż zamierzaliśmy. Odfruwamy nad ranem.

9 Jukatan Jukatan rys. Mikołaj Kirschke

Jak dolecieć?

Albo czarterem z biurem podróży do Cancún (jeśli będziesz mógł kupić lot bez noclegów!), np. z Niemiec. Albo regularnym przewoźnikiem do miasta Meksyk via europejska baza rzeczonego przewoźnika.  W obu przypadkach ciężko zejść poniżej 3 tys. zł. Ale można. Nie chwaląc się - nawet dwukrotnie. W pierwszej opcji polujesz na last minute, w drugiej przeciwnie - łapiesz okazję z wyprzedzeniem. Jeśli wylądujesz w stolicy, będziesz musiał przetransferować się na Jukatan. Albo kolejnym samolotem, tym razem ichnim odpowiednikiem Ryanaira (2 godz. do Cancún lub Méridy), albo busem (bite 24 godz., które trzeba rozbić na dwie lub trzy doby, np. z przystankami w Oaxace i malowniczej krainie Chiapas).

Komentarze (1)
Podróż po Jukatanie: tequila, piramidy i nurkowanie
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • avatar

    swinton

    0

    Czy to prawda że na główną piramidę w Chichén Itzá już nie wpuszczają?
    A do 'środka' to chyba już od 20 lat?

    Na piramidę w Coba rekomenduję listopoad lub grudzień,
    Czemu?
    Bo statystycznie giną tam dwie osoby na rok więc pod koniec roku limit pewnie będzie wyczerpany.
    Nasze wspomnienia z Meksyku też są cudowne.
    Tylko trzeba uważać. I czytać 'small print' przy wynajmowaniu samochody - nam się odechciało.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX