Podróż śladami kapitana Żbika

Spełniłem jedno z największych marzeń dzieciństwa - podążyłem śladami kapitana Żbika. Niestety, słynny milicjant chyba nie byłby mną zachwycony. Z bułgarskiego ośrodka Rusałka zaiwaniłem blaszany numer pokoju. Wybacz kapitanie, nie mogłem się powstrzymać, w końcu pod 'piętnastką' mieszkała piękna Erika...
Podróż śladami kapitana Żbika Podróż śladami kapitana Żbika fot. Max Suski

53 odcinki przygody

Kapitan Jan Żbik - bohater lat dziecięcych. Z jaką niecierpliwością czekało się na nową część jego przygód! Z jakim podnieceniem patrzyło na okładkę nowego odcinka! Te rysunki, te kolory, ta sensacja, ta przygoda! To są emocje, które zrozumieć może tylko ktoś, kto wtedy był młody; kto wychował się na czarno-białej telewizji, grze w kapsle i rowerze Wigry. Ktoś taki jak ja.

Wieloryb pierwszy

Pamiętam swój pierwszy odcinek "Żbika". To był 1978 r., w kioskach pojawiło się drugie wydanie odcinka "Wieloryb z peryskopem". Historia harcerzy, którzy - dzięki spostrzegawczości i odwadze - podczas obozowego wyjazdu nie tylko ratują życie dwóm miejscowym chłopcom, ale doprowadzają do ujęcia groźnego szpiega podglądającego za pomocą zmyślnych gadżetów (w tym tytułowego "wieloryba", czyli małej łodzi podwodnej) manewry naszych wojsk lotniczych. W odcinku było wszystko, co trzeba, by rozpalić wyobraźnię siedmiolatka: las, jezioro, stary zamek, tajemnica, nocne podglądanie, skradanie, przygoda.

Na ostatniej stronie każdego komiksu znajdowała się z reguły miniatura okładki kolejnego odcinka i kilka zdań reklamujących jego zawartość. Jaka to była radość, gdy po paru tygodniach, a nierzadko miesiącach, oczekiwanie materializowało się w postaci pełnowymiarowej okładki pachnącego drukarnią komiksu!

Pięćdziesiąt trzy premierowe odcinki przygód kapitana Żbika ukazywały się drukiem między 1967 a 1982 rokiem. Ledwie piętnaście lat. Trochę szkoda, że tak krótko, że tak mało.

Rysowników Żbika było w sumie siedmiu. Ale najważniejszych było trzech: Grzegorz Rosiński (którego Żbik był najbardziej "gładki", bezpłciowy, pozbawiony wyraźnych rysów twarzy), Bogusław Polch (który przywiązywał wagę do detali i świetnie rysował sceny dynamiczne) oraz nieżyjący już Jerzy Wróblewski (który najdoskonalej rysował kobiety).

Podróż śladami kapitana Żbika, podróże, europafot. Max Suski

Żbik trzyma fason

Pod względem roli propagandowej Żbik został już wielokrotnie rozebrany na czynniki pierwsze. Wiadomo, że postać została powołana do życia, by ocieplić wizerunek milicji, by zaprzyjaźnić tę niezbyt lubianą instytucję z młodzieżą. To wszystko prawda.

Ale oficjalna motywacja dla finalnego odbiorcy kompletnie nie miała znaczenia. Żbik mimo nadanych mu przez resort cech propagandowych, zamierzenie, ale i mimowolnie, stał się moralnym punktem odniesienia. Promował zachowania, które młodzież w oczywisty wówczas sposób szanowała - lojalność, uczciwość, stawanie w obronie słabszych. Nikogo nie interesowała proweniencja polityczna Żbika; w komiksach nie było mowy o socjalizmie czy przyjaźni z bratnim Związkiem Radzieckim. To były czasy, gdy w kółko opowiadało się dowcipy z serii "Polak, Rusek i Niemiec". Kilku- czy kilkunastoletni widzowie "Czterech pancernych" albo "Stawki większej niż życie" nie byli w stanie samodzielnie odróżnić partyzantki akowskiej od komunistycznej, wojska z kampanii wrześniowej od LWP. Żbik był dla nich po prostu człowiekiem, który reprezentował uniwersalne wartości: łapał złodziei, porywaczy, zabójców, tępił chuliganów. Któż nie chciałby być przyjacielem kogoś tak prawego?

Pod względem wychowawczym komiksy ze Żbikiem z zapasem spełniły swoją rolę. Pamiętam ze swojej podstawówki (przełom lat 70. i 80.), że nawet największe łobuzy z patologicznych podwórek czuły szacunek wobec "żbikowych" zasad zachowania. Po prostu wypadało być równym gościem - w szkole, na podwórku, na letnich koloniach. Przygoda zdawała się być na wyciągnięcie ręki.

Podróż śladami kapitana Żbika Podróż śladami kapitana Żbika fot. Max Suski

Przygoda z zapalniczką

Wszystkie "młodzieżowe" odcinki bledną wobec mojej ulubionej serii, zresztą najdłuższej wśród żbikowych opowieści, bo liczącej całe pięć części. To wydane po raz pierwszy w 1970 r.: "Zapalniczka z pozytywką", "Spotkanie w Kukerite", "Podwójny mat", "Porwanie" i "Błękitna serpentyna". Całość jest absolutnie fascynująca; to gotowy scenariusz filmu sensacyjnego; aż dziw, że nikt dotąd nie zabrał się za przeniesienie go na ekran. Jest tam wszystko: pieniądze, piękne kobiety, bijatyki, pościgi, zachodnie samochody, pełna tajemnicy atmosfera wieczorów w rozpalonych letnią porą nadmorskich kurortach, zew przygody i dreszcz emocji.

W dużym skrócie: Żbik dość przypadkowo trafia na trop międzynarodowej szajki przemytniczej trudniącej się przerzutem brylantów i twardej waluty. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że przemyt przebiega niemal wyłącznie między krajami wschodniej Europy, ledwie zahaczając o Turcję i Austrię. Skojarzenia z sensacyjnymi produkcjami Zachodu, z Jamesem Bondem włącznie, narzucają się same.

W serii "Zapalniczki..." Żbik udowadnia, że my tu, w RWPG, też mamy własnych (choć biegających oczywiście na smyczy zachodnich mocodawców) wysokiej klasy bandziorów. Kapitan, dzięki przypadkowemu podobieństwu do jednego z członków szajki (nieświadomego zresztą swej roli), wnika w jej szeregi i bierze udział w przygodach osobiście, stale grając na dwa fronty i narażając się na zdemaskowanie. Łączność z innymi członkami grupy przemytniczej nawiązuje w umówionych miejscach za pomocą tytułowej zapalniczki, wyposażonej w pozytywkę wygrywającą melodie-hasła. Gadżet ten jako znak rozpoznawczy jest rzeczywiście doskonały - grająca zapalniczka przyciąga powszechną uwagę, więc zainteresowanie potencjalnego "kontaktu" nie budzi niczyich podejrzeń.

Tropiąc szajkę, kapitan krąży między Berlinem a Warszawą, Warną a Stambułem; Bukaresztem i Budapesztem. Po drodze poznaje oficerów milicji zaprzyjaźnionych krajów, z którymi też zdarza mu się spotykać incognito, w cywilu, za pomocą umówionych haseł. Podczas swoich wypraw Żbik spotyka należące do szajki piękne kobiety, próbujące przechytrzyć resztę grupy; groźnych szefów o aparycji przedwojennych arystokratów i mnóstwo pomniejszych person występujących w roli szeregowych "oczek siatki". Nad całością przestępczego procederu czuwa tajemnicza "centrala", która co pewien czas domaga się informacji na temat przerzutu, sprawdzenia kanałów albo stawienia się na spotkanie w którejś ze wschodnich stolic.

Podróż śladami kapitana Żbika, podróże, europafot. Max Suski

Kapitan, oczywiście, podróżuje bez żadnych problemów formalnych. Nie widać, by załatwiał jakiekolwiek wizy czy wymieniał (albo wydawał) pieniądze. Nawet nagła podróż do Turcji - kraju z drugiego obszaru płatniczego - nie stanowi dlań trudności. Tymczasem cała akcja nie należy do najłatwiejszych. Kapitan czasem musi się wykazać znajomością sztuk walki; dostaje pozbawiający go przytomności cios w głowę; innym razem zostaje uśpiony w pociągu za pomocą podstępnie wbitej w dłoń strzykawki ze środkiem nasennym.

Scenariusz i rysunki są na tyle precyzyjne, że można z grubsza odtworzyć drogę, jaką przebył Żbik na Bałkanach. W dialogach padają konkretne adresy, nazwy miejscowości wypoczynkowych i hoteli. Bawiąc kilka lat temu w Budapeszcie, a niedawno w Bukareszcie i na bułgarskim wybrzeżu Morza Czarnego, nie mogłem sobie odmówić przyjemności prześledzenia trasy, jaką kapitan Żbik pokonał ponad czterdzieści lat temu.

Podróż śladami kapitana Żbika Podróż śladami kapitana Żbika fot. Max Suski

Kalosyi już tu nie mieszka

Tropienie śladów Żbika w Budapeszcie zacząłem od wizyty u węgierskiego szefa szajki, niejakiego Kalosyiego. Nie miałem pewności, czy groźny przestępca jeszcze w ogóle żyje, na rysunkach z 1970 r. jest już wyraźnie po pięćdziesiątce.

Według instrukcji Kalosyi mieszkał przy ulicy Szegedskiej 5, mieszkania 13. Udałem się tam pewnego chłodnego, listopadowego dnia, częściowo tramwajem, a częściowo piechotą.

Okolica nie jest zbyt prestiżowa, co wydało mi się nieco podejrzane. Przestępcy dużego kalibru z reguły mieszkają w eleganckich dzielnicach, w końcu stać ich na to. Tymczasem ulica Szegedska po stronie parzystej to zwykłe blokowisko - jak się dowiedziałem od miejscowych, pobudowane w połowie lat 80. To takie budapeszteńskie, używając warszawskich porównań, Stegny albo Wawrzyszew. Po interesującej mnie stronie nieparzystej istotnie stoją nieco bardziej komfortowe kamienice. Niestety, pod numerem 5 stoi jak byk apartamentowiec, bez wątpienia z lat 90.

Według zeznań tubylców wcześniej działkę zajmowała jakaś rudera. Ich zdaniem niemożliwe jest, by ktoś taki jak Kalosyi tu mieszkał. Na liście lokatorów pod numerem 13 nie znalazłem nazwiska Kalosyiego ani w ogóle żadnego. Z drżącym sercem nacisnąłem dzwonek. Niestety, nikt nie odpowiedział. Prawdę powiedziawszy, wydaje mi się, że to jakaś ściema.

Znacznie lepiej poszło mi w Bułgarii, ale nie uprzedzajmy wypadków.

Podróż śladami kapitana Żbika, podróże, europafot. Max Suski

Żbik i żelazna kurtyna

Najbardziej sensacyjna jest czwarta część wspomnianego pięcioksiągu, czyli "Porwanie" - notabene ozdobiona, zdaniem fanów i komiksologów, najbardziej efektowną okładką (przypomnijmy, autorstwa Grzegorza Rosińskiego).

Oto Żbik, w ramach przemytniczych obowiązków służbowych, wraz z niejakim Werenerem, typem spod ciemnej gwiazdy, jedzie pociągiem z Bukaresztu do Pragi. Właśnie podczas tej podróży zostaje zaskoczony przez wspólników Wernera, podstępnie uśpiony oraz umieszczony w wiklinowym koszu. Werner podejrzewa bowiem, że Żbik (w świecie przestępczym znany jako inżynier Czerski) nie jest do końca w porządku i postanawia dowieźć go do centrali w Wiedniu. Ponieważ boi się, że Czerski (czyli Żbik) nie pojedzie do Wiednia dobrowolnie, aranżuje tytułowe porwanie.

Wiklinowy kosz ze Żbikiem w środku zostaje w Pradze załadowany w charakterze bagażu na pokład czeskiego samolotu lecącego do Wiednia. Wszystko idzie zgodnie z planem do momentu, gdy jedna ze stewardes wchodzi na chwilę do przedziału bagażowego celem uzupełnienia kuchennego zapasu napojów. Zdenka - bo tak ma na imię dzielna czeska stewardesa - uwalnia z kosza Żbika, który legitymuje się przed nią "znaczkiem rozpoznawczym polskiej milicji" (zadziwiające, że Werner go nie znalazł, zabrawszy przecież Żbikowi wszystkie dokumenty). Zdenka bez specjalnego wahania postanawia Żbikowi pomóc ("dobrze panu z oczu patrzy"). Ukrywa kapitana w samolotowej szafce i wręcza mu list do niejakiej Rosity, mieszkającej pod Wiedniem koleżanki.

Wieczorem, pod osłoną ciemności, Żbik wydostaje się z lotniska i piechotą dociera do domu wspomnianej Rosity. Ta, przeczytawszy list, nie zważając na niebezpieczeństwo, zawozi Żbika nad Jezioro Nezyderskie, na granicę węgierską. Tam dochodzi do rzeczy niesłychanej - oto Żbik przekracza wpław zieloną granicę - ale nie jak wszyscy do Austrii, lecz w kierunku wręcz przeciwnym! Był to pewnie jedyny taki przypadek w historii żelaznej kurtyny.

Podróż śladami kapitana Żbika Podróż śladami kapitana Żbika fot. Max Suski

Ślady po Kukerite

Zanim jednak doszło do porwania i niezwykłej lotniczej epopei, Żbik spędził owocne tygodnie na bułgarskim wybrzeżu Morza Czarnego. W części "Podwójny mat", w restauracji hotelu Astoria w Złotych Piaskach poznaje Erikę, wyjątkowo przebiegłą i nieuczciwą członkinię siatki. Kadr otwierający zeszyt przedstawia budynek Astorii, istotnie bardzo podobny do tego, który znalazłem w słynnym bułgarskim kurorcie. Erika wyznacza Żbikowi spotkanie następnego dnia w ośrodku Rusałka ("mieszkam w Rusałce, domek piętnasty").

Podróż śladami kapitana Żbika, podróże, europafot. Max Suski

Rusałka istnieje do dziś, prowadzą do niej drogowskazy praktycznie już od rumuńskiej granicy. Kiedyś był to ośrodek dla turystów dewizowych - ukryty w malowniczej zatoce jest odgrodzony od reszty wybrzeża, a wjazd prowadzi przez szlaban. Zimą jest zamknięta, ale dozorca nie ma nic przeciwko, bym wszedł na teren zrobić kilka zdjęć. Po parunastu minutach spaceru między niewysokimi domkami, niemal identycznymi jak te z rysunków Rosińskiego, odnajduję interesujący mnie numer 15. Niewiarygodne, ale to miejsce naprawdę istnieje.

Czyżby tu, latem 1969 r., rzeczywiście mieszkała piękna Erika? Pukam, nikt nie odpowiada; Erika najwyraźniej wyjechała. Podpuszczony przez wspólnika, wyciągam scyzoryk i wydłubuję z drzwi numer pokoju. Bardzo przepraszam bułgarskie ministerstwo turystyki, ale nie mogłem się powstrzymać; ten numer czekał na mnie ponad czterdzieści lat.

Podróż śladami kapitana Żbika, podróże, europafot. Max Suski

Z magiczną piętnastką w kieszeni wracam do Złotych Piasków. Chcę znaleźć słynną restaurację Kukerite, wymienioną w tytule drugiej części serii. Zadanie okazuje się trudne. Drogę do lokalu wskazuje mi w końcu bardzo miła właścicielka jedynego otwartego o tej porze roku baru nad morzem. Ze smutkiem patrzę na zardzewiałą bramę i zarośnięte zielskiem betonowe klepisko. Z opowieści kobiety wynika, że Kukerite była bardzo popularna do końca lat 80. Niestety, od ponad dwudziestu lat lokal nie jest uruchamiany nawet latem, poza nazwą przystanku autobusowego "Kukeri" nigdzie nie ma nawet najmniejszego szyldu. Cóż, dziś Żbik musiałby umówić się gdzieś indziej.

Podróż śladami kapitana Żbika Podróż śladami kapitana Żbika fot. Max Suski

Na pasku Żbika

Do tej pory nie odtworzyłem etapu przekraczania granicy węgierskiej, co uważam za skandaliczne niedopatrzenie - ba, nieomal tchórzostwo - i obiecuję stawić czoło wyzwaniu w niedalekiej przyszłości. Dzięki precyzyjnym rysunkom Rosińskiego i szczegółom podanym w dialogach wiem, jak i gdzie to zrobić. Zdaję sobie sprawę, że dziś to znacznie prostsze, bo granicę austriacko-węgierską można przekroczyć, gdzie się chce i jak się chce, nawet bez dokumentów.

Ale przyda mi się choćby wiedza harcerska z metod ochrony dobytku. Otóż ubranie przed zamoczeniem chronimy tak: należy je dokładnie złożyć, po czym ułożyć je sobie na głowie i przewiązać mocno paskiem wokół głowy, pod brodą. Wystarczy płynąć ostrożnie żabką i na drugim brzegu można ubrać się z powrotem w suche ciuchy. Potem należy przespać się w stogu siana i rankiem ruszyć raźno w stronę dworca kolejowego w miasteczku Sopron.

Czy Żbik, gdyby istniał naprawdę, mógł przeżyć swoje komiksowe przygody w realnym świecie? Raczej wątpliwe, ale kto by się nad tym zastanawiał? Mimo milicyjno-esbeckiej otoczki Żbik był prawdziwym idolem, niejako wbrew swym twórcom. Zrobił więcej dobrego, niż można się było spodziewać. A w wyobraźni niektórych swych fanów żyje do dziś. Na przykład w mojej.

Podróż śladami kapitana Żbika, podróże, europa

Od morderstw do ryb

W pierwszych odcinkach Żbik zajmował się sprawami dużego kalibru: zabójstwa, kradzieże na dużą skalę, szpiegostwo gospodarcze. Sprawy mniejszej wagi trafiały się rzadziej, chociaż nie sposób nie zwrócić uwagi na odcinek siódmy ("Śledzić fiata 03-17 WE"), w którym kapitan tropi warszawską szajkę złodziei samochodów. Okazuje się, że już w końcu lat 60. milicja miała niezawodny sposób na przestępców parających się podobnym procederem. Oto wystarczyło podstawić na wabia popularny wśród złodziei samochód (w tym wypadku był to duży fiat), ukryć pod zderzakiem nadajnik radiowy, a do bagażnika włożyć nieszczelny kanister z kolorową cieczą. Potem należało obserwować auto i czekać, aż zostanie skradzione. Krążące wokół pułapki patrole w zachodnich samochodach (Volvo, Humber) po sygnałach z nadajnika i kolorowych śladach na drodze jak po sznurku trafiają do złodziejskiego warsztatu. Aż dziw, że tej samej metody nie zastosowano dwadzieścia lat później, kiedy naprawdę była potrzebna.

W miarę wzrostu popularności serii tematyka "żbików" stopniowo skręcała w stronę problemów, w których mógł się łatwo odnaleźć młody czytelnik. Żbik w końcu miał być przyjacielem młodzieży.

Początek lat 70. to dynamiczny wzrost podaży młodzieżowej kultury popularnej. Wtedy właśnie powstawały najbardziej udane filmowe adaptacje hitów przygodowych (choćby według powieści Adama Bahdaja), popularne było szkolne harcerstwo, obozy, podróże autostopem - wszystko to kojarzyło się z bezpieczną, ale i pociągającą przygodą. Komiksy idealnie wpisały się w ten trend, czyniąc partnerami kapitana Żbika często właśnie nastolatków. Kapitan prowadzi kursy dżudo, by dzieciarnia mogła sama obronić się przed gitowcami; pomaga dzieciom leśniczego łapać kłusowników; jedzie na obóz harcerski sprawdzić, czy w jeziorze rzeczywiście pływa tajemniczy wieloryb z peryskopem. Ważne w tym wszystkim było poczucie autentyzmu. To, co przydarzało się Żbikowi i jego "młodym przyjaciołom", mogło przydarzyć się każdemu z nas. Każdy nastolatek mógł natknąć się podczas wakacji na podejrzanego spacerowicza szukającego czegoś w lesie; każdy harcerz mógł zwrócić uwagę na podejrzanie zachowującego się cudzoziemca. Każdy młody człowiek chciał wtedy zostać pomocnikiem Żbika.

Więcej o:
Komentarze (28)
Podróż śladami kapitana Żbika
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • Gość: Pablo

    Oceniono 124 razy 122

    Swietny artykul!!!
    To prawda ten klimat moze zrozumiec tylko ten kto wtedy dorastal.
    Ide na strych poszukac starych odcinkow Zbika:)))

  • Gość: robinhoodizorro

    Oceniono 60 razy 60

    Z duza przyjemnoscia przeczytalem artykul, tym bardziej, ze mialem podobnego "swira" jak autror Max Suski- tez bardzo chcialem pojechac do miejsc opisanych w "Zbikach", a w odniesieniu do opisanej serii- dotrzec do miasteczka Fertőrákos i Suprona, na Wegrzech, ale to jeszcze przede mna.
    Tez pamietam jak podskakiwalo mi cisnienie, kiedy zauwazylem nowy odcinek, po miesiacach oczekiwania.
    Trzeba bylo wtedy pedem leciec do domu po pieniadze, zeby zdazyc kupic.
    Inne tytuly z intrygujaca akcja, ktore zapadly mi w pamiec to: Tajemnica ikony, Czarna Nefretette, Gotycka Komnata.
    Pozdrowienia dla fanow Zbika :-)

  • stary.gniewny

    Oceniono 58 razy 58

    Ulubiona akcja: nadawanie morsem przy pomocy stepowania (Żbik siedząc w kawiarni wpadł na trop groźnej szajki).
    Ulubiony cytat: "robotnik a pali carmeny" (Żbik bezbłędnie wyłowił podejrzanego).

  • Gość: Daniel

    Oceniono 49 razy 49

    Dzięki temu artykułowi ponownie przeniosłem się w świat mojego dzieciństwa. Muszę odnaleźć swoje komiksy, leżą spakowane gdzieś w piwnicy. Artykuł świetny, zaangażowanie autora godne podziwu.

  • Gość: stas

    Oceniono 33 razy 33

    100 procent racji! Tez czekalem z utesknieniem na kazdy nowy odcinek .. ech ....

  • wentyl77

    Oceniono 26 razy 26

    Bardziej czytelne tropy są w odcinku pt. "Kryptonim walizka", gdzie znalazło się kilka odniesień do Bydgoszczy, rodzinnego miasta rysownika J.Wróblewskiego:) Wiele w stanie niemal niezmienionym, np. dworzec główny, niektóre bloki przy ul. Skłodowskiej-Curie...

  • Gość: Mamoń

    Oceniono 24 razy 16

    Szukanie na siłę niedorzeczności i ta ironia są zbędne. Przecież komiks rządzi się swoimi prawami. Nie można na kilkunastu stronach pokazać każdy krok bohatera. Kogo interesowałyby czynności z wymianą walut itp. Swego czasu byłem fanem komiksów. Polskich i zachodnich. Tam też czytając z "zimną głową" można doszukać się wielu absurdów. Czytałem i miałem chyba każdy odcinek Żbika, ale jakoś nie myślałem aby kierować się jego kodeksem. Nie zostałem milicjantem. Przestępcą też nie.
    O ile mnie pamięć nie myli to przynajmniej jeden odcinek Żbika znalazł się w 07 zgłoś się.

  • moman5

    Oceniono 12 razy 12

    I z takim zakreconym kolczykiem ze złota, z nagrywarką głosu, cyrkowcami.
    I w każdym odcinku na przedostatniej stronie opis jakiegos bohatera z realu.

  • cbol37

    Oceniono 12 razy 10

    Żbik i tak był ideologicznie o 20kg lżejszy od dzielnych partyzantów Al z serii Podziemny Front :-)
    ofc, wraz z listą odznaczonych za "Ofiarność i Odwagę", piękne czasy :-))

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX