Lans Vegas - oaza seksu, hazardu i... głupoty

Stolica grzechu i gamblingu. Sześciokilometrowa ulica architektonicznych balasów. Pijany golem na piaskowych nogach. Wyciskarka pieniędzy kontrolowana przez dwie firmy. W trakcie tygodniowego pobytu - poza porno i hazardem - w fasadzie plastikowej Sodomy znalazłem jednak szczeliny, przez które widać było prawdziwe życie.
Lans Vegas - oaza seksu, hazardu i... głupoty Lans Vegas - oaza seksu, hazardu i... głupoty fot. Shutterstock

Inwestycje w przegraną

Las Vegas to kasyna, biuściaste rewie i hotele. A raczej kasyna i biuściaste rewie w hotelach. Samowystarczalnych państwach-miastach. Przy The Strip, znanym także jako Las Vegas Boulevard, znajduje się 19 z 25 największych hoteli świata. Zalogowałem się w jednym z oferowanych przez nie 67 tys. pokojów. Rocznie przez Vegas przewija się 40 mln poszukiwaczy przygód. Można wysłać wszystkich rodaków, by powalczyli z demonami hazardu.

Jednoręcy bandyci straszą już na lotnisku. Z maszynami witasz i żegnasz miasto. To one generują największe dochody. Wyglądają niewinnie, lecz ciężko znaleźć urządzenia na drobniaki. Hazardowe zombi przesiadują dziś nie z plastikowymi kubkami, tylko z banknotami i wypluwanymi przez automaty kuponami. Kwity niefiskalne można wymienić w kasie na gotówkę albo wsadzić z powrotem w paszczę lwa, inwestując w przegraną. Brzęk monet generowany jest sztucznie. Na maszynach przez tydzień straciłem 50 dol., wciskając pieniądz bez entuzjazmu to tu, to tam. Najlepiej wychodziło mi walenie na pałę. Tylko w chwilach złudnej iluminacji związanej z wygraną wiedziałem, o co chodzi z wirującymi wisienkami, śliwkami i siódemkami. Automaty są klasycznym sposobem na spędzenie ostatnich godzin przed snem. Ustawiasz becikowe ("bet" - stawka) na centa i za dolara stukasz w klawisz pół godziny. Nawet nie musisz spoglądać na kołowrotek. Jeśli trafisz, zawyją syreny. Siedzisz w kasynie na taborecie, oglądasz półnagie dziewczyny, w barze śpiewa sobowtór Jacksona, a kelnerka podaje darmowego drinka.

Oni zrobią wszystko, by zatrzymać człowieka w grze. Wiedzą, że "what happens in Vegas, stays in Vegas". I w Vegas zostają pieniądze. Nawet jeśli wbrew savoir-vivre'owi nie odwdzięczysz się króliczkowi za wódkę banknotem, ona nie zbiednieje. Zaraz zgarnie napiwek od "high rollera", któremu poszczęściło się w hold'ema albo crapsa. Hold'emowcy to w ogóle inna banda.

Lans Vegas - oaza seksu, hazardu i... głupoty, ameryka, podróże, Impreza w hotelufot. Łukasz Figielski

Podobnie jak chłopcy - w Vegas dziewczyny czują zwierzęcy imperatyw imprezowania.

Choć styczniowe noce na pustyni do ciepłych nie należą, napędzane drinkami panie biegają po ulicach w kreacjach wieczorowych. Jeszcze ciekawiej jest w klubach

Trzeba umieć grać, mieć rentgen w oczach i jaja na miejscu. Oraz znać te korporacyjne podziały charakterologiczne.

Woda - obstawia spokojnie i nie blefuje, huragan - wali żetonami jak opętany itp. Gra na wysokie stawki odbywa się w pokojach. Chętnych jest tylu, że do stolików przydzielane są numerki. Jak na poczcie. Kasyno zarabia na nich trzydziestą część tego, co na maszynach. Pokerzyści zostawiają kasę pokerzystom.

Na drugim miejscu w generowaniu dochodów jest blackjack. Pewnej pięknej nocy - bo w Vegas są tylko piękne noce, nawet w środku mroźnej w reszcie świata zimy - krążyłem po kasynie w poszukiwaniu swojej części hotelu. Niby wszędzie są strzałki, lecz pamiętaj, że jesteś w Krainie Czarów. Blisko celu wyrasta fajny stolik. Ludzie uśmiechnięci, wejściowe 15 dol., a to nisko jak na "oczko". Wchodzę! Dosiadłem się, czego nie docenił pan krupier i spytał o dowód. - Za tydzień kończę trzydzieści - odparłem zgodnie z prawdą. Zainwestowałem pierwsze piętnaście, drugie, trzecie. W końcu jakoś ruszyło. Koledzy po karcie podpowiadali, kiedy stuknąć palcem ("hit me"), a kiedy pomachać na "nie". Każde zwycięstwo pieczętowaliśmy żółwikiem. Azjacie poszła z tych emocji jakaś żyłka, bo chciał "zesplitować" dwie karty o różnej punktacji.

To absolutnie bez sensu i kompletnie niedozwolone. Obraził się i poszedł. Zabrał moje szczęście. Żartom nie było końca ("mogę zesplitować, mogę zesplitować?"), kończyła się za to gotówka. Zostawiłem drinka, parę żetonów, oświadczyłem, że wracam za pięć", i ruszyłem ku ukrytej w pokoju pomiętej kopercie z agorową dolą. Pięć minut zmieniło się, oczywiście, w piętnaście - do pokoju dotarłem bez problemu, za to zabłądziłem w drodze powrotnej.

Dosiadłem się w końcu do stolika, gdzie ujrzałem jednego z towarzyszy. Byłem szczerze oburzony, że nie ma ani whiskey, ani żetonów. I że stawka wzrosła do 25. Po paru niezłych obejściach wypatrzyłem resztę ekipy - przy innym stole. Moim stole, z moją szklanką i, o dziwo, ciągle z żetonami. Miło było tylko przez chwilkę. Pół godziny później padłem w pokoju. Poszło 200 dolarów.

Promień Luxoru Promień Luxoru fot. Andrew Zarivny/Shutterstock

Ach, te hotele

Promień Luxoru

Odkręciwszy nad ranem wodę, zadumałem się nad jej ciśnieniem. Leci z siłą wodospadu. Możliwości regulacji nie ma. W wannie ciężko spłukać głowę. A miasto cierpi na niedobór wody. Głupi ci Amerykanie.

Hotel nazywa się Luxor, bo ma kształt piramidy (czarnej), z której czubka strzela takie światło, że widać je z kosmosu. Naprawdę. Światło chyba się nie marnuje. Z Luksoru mogłem dojechać podziemnym chodnikiem ruchomym do Excalibura, który bardziej niż zamek przypomina Disneyland. 5 minut. Mogłem też wejść do darmowego tramwaju, toczącego się po torze parę metrów nad ulicą. Trasa na północ Stripu wiedzie przez wysunięty najbardziej na południe hotel Mandala Bay. Dalej nie ma nic, tylko lotnisko i przesuwający się wraz z inwestycjami na bulwarze charakterystyczny znak "Welcome to Fabulous Las Vegas".

Gdy dojedziemy do "zatoki" (w hotelu mają ogromne akwarium), trzeba wyjść z wagonu i przesiąść się do innego. Kierunek ruchu zostaje, zmienia się zwrot. Pociąg podąża równoległym torem, omija Luxor i staje przy Excaliburze. 10 minut. Można też przejść się po prostu między parkingami. 3 minuty.

Lans Vegas - oaza seksu, hazardu i... głupoty, ameryka, podróże, Wieże Excaliburafot. Maciek Sikorski

Wieże Excalibura

Tu zaczyna się najbardziej ruchliwa część Vegas. Po prawej MGM Grand, drugi największy hotel świata. Choć firma MGM Mirage rozwiodła się z filmowym Metro-Goldwyn-Mayer, w ich flagowym budynku nawiązań kinowych są tysiące. Np. klatka z żywą wizytówką wytwórni - lwami. Jest szklana i wbija się w nią pomysłowy korytarzyk. Podczas mojej wizyty lwy spały na jego dachu i turyści robili zdjęcia prawdziwie królewskim klejnotom. Koty to nie psy, nie śpią na plecach. Chyba.

Po 20 minutach krążenia po sklepach i kasynie, gdzie znajdziemy zabawną maszynę imitującą wyścigi koni (na marginesie: w hotelach są też pokoje bukmacherskie z dziesiątkami monitorów), dotrzemy do początkowej stacji Monorailu. Te wagony też jeżdżą po wiadukcie. Patent jest podobnie bezsensowny. Tory, po których suniemy aż na drugi koniec ulicy, oplatają tyły hoteli. Cały czar pryska. Widać garaże, zajezdnie, płoty. Syf. Nie jeżdżą tym miejscowi, bo nie mieszkają przy bulwarze. A turyści wolą limuzyny i neony. Zresztą ciężko to cholerstwo znaleźć. I nawet nie jest darmowe.

Lans Vegas - oaza seksu, hazardu i... głupoty, ameryka, podróże, Kanały The Venetianfot. Steve Rosset /Shutterstock

Kanały The Venetian

Naprzeciw MGM Grand mamy New York. Tu również jest kolejka. Ale fajna. Wokół hotelu, jego Statuy Wolności, wież Empire State Building i Chrysler Building wije się rollercoaster. Obok budynku przejdziemy zaś po Brooklyn Bridge. Wkrótce trafimy na wulkany Mirage i fontanny Bellagio.

Lans Vegas - oaza seksu, hazardu i... głupoty, ameryka, podróże, Wulkan Miragefot. Jerry Sharp/Shutterstock

Wulkan Mirage

Tryskające z 1200 dysz strumienie wody tańczą radośnie co 15-30 minut w rytm Sinatry czy "Różowej Pantery", kręcąc piruety i wystrzeliwując na 140 m. Znowu zastanawiam się nad problemami miasta z wodą. Auta przystają zahipnotyzowane.

Lans Vegas - oaza seksu, hazardu i... głupoty, ameryka, podróże, Fontanny Bellagiofot. Andrew Zarivny/Shutterstock

Fontanny Bellagio

Cirque du Soleil Cirque du Soleil fot. Tomasz Rossa

Cyrk słońca, spektakl życia

W Bellagio spędziłem piękne chwile. Przy sprawnej nawigacji można trafić do teatru Cirque du Soleil. Wywodząca się z Kanady instytucja wynosi cyrk na wyżyny sztuki. W 40 krajach zgromadziła 4 tys. artystów i wyprodukowała 19 spektakli. W Las Vegas ma sceny w kilku hotelach. Odwiedza je 9 tys. osób każdego wieczoru. Frekwencja dopisuje, bo przedstawienia odbywają się dwa razy dziennie (czy raczej "nocnie" - ostatnie o 22). Wystawiane w Bellagio od lat 12 "O" to największe przedsięwzięcie CdS - teatr kosztował 100 mln dol.

Fonetycznie i z francuska "O" oznacza wodę (Cirque lubi takie newage'owe tytuły, inne w Vegas to m.in. "Ka" i "Zumanity"). Na widowni znajduje się 1800 miejsc, a na scenie - basen z 5,5 megalitrami wody. Jeśli ten obieg nie jest zamknięty, za suszę w Vegas oprócz natury, dwutlenku węgla, boskich spa i konstruktorów kurków obwiniać można właśnie Cyrk Słońca. Mój bilet kosztował prawie 200 dol. Pomnóżmy to razy, ostrożnie, 2 tys. widzów dziennie. Sto baniek zwróciło się w rok!

Ale cyrk - Cirque du Soleil, logo z klasą, Cirque du Soleilfot. John Munson/EAST NEWS

Teatr za sto baniek, kostiumy 10 tysięcy za sztukę. Umiejętności aktorów Cirque du Soleil i choreografia - bezcenne

Show zaczyna się niewinnie, od clownów płatających psikusy publiczności. Dzieci są zadowolone. Kurtyna unosi się majestatycznie, sunąc po tafli wody. Aktorzy, akrobaci, pływacy, cyrkowcy - cała trupa to lata wysoko, to nurkuje głęboko. Scena przeistacza się dynamicznie. Basen się zamyka, otwiera, półotwiera, ćwierćzamyka. Nie wiadomo, gdzie patrzeć. Czy śledzić głównych bohaterów i szczątkową historię, czy popisy. A jeśli popisy, to z lewej czy prawej, na górze czy dole, na pierwszym czy piątym planie...

Każdy kostium kosztuje 10 tys. dol., performerów jest kilkadziesięcioro... Piękno absolutne, łzy wzruszenia cisną mi się do oczu, gdy o tym piszę. Szkoda, że nie widziałem pozostałych spektakli.

Energia Cyrku Słońca i woda fontann do życia jednak nie wystarczą. Trzeba jeść. W Bellagio trafiłem do oświetlonej dwiema gwiazdkami Michelina restauracji Picasso. Na ścianach wiszą oryginalne dzieła mistrza, meble zaprojektował jego syn Calude. Na dobry wieczór grzybowy mus w filiżance espresso. Konsternacja. Czy jemy łyżkami? Chyba nie - te posłużyły do kropelki zupy z dyni piżmowej z piankami z amaretto.

Potem grillowany okonek morski z szafranem i sosem mousseline lub dłuuugo pieczone żeberka. Pewnie chomika. Do każdego dania serwowano lampkę innego przeboskiego wina. Cen, na szczęście, nie znałem, bo obiad był proszony.

W Wendy's W Wendy's fot. Maciek Sikorski

Przebłyski normalności

Dzień wcześniej zjadłem po prostu hamburgera z frytkami. O tanie jedzenie na Stripie nieciężko - wystarczy skorzystać z gościnności hamburgerowego food courtu. Z oferty: Subway, Starbucks, Del Taco, coś-tam i Wendy's - wybrałem ten ostatni barek.

Pół wieku tradycji i dobre rekomendacje. Żarcie to nie jedyny przejaw normalności na ulicy. Vis-a-vis Cesar's Palce, gdzie w ekskluzywnym centrum handlowym gadają pomniki, znajdziemy klasyczny jarmark z tancbudą pod namiotem i pierdołami na straganach. Obok szemrana dyskoteka i monopolowy.

Sklepiki z gadżetami są wszędzie. Wywiozłem dwie ogromne siaty taniego - jakże charakterystycznego dla stolicy kiczu - szajsu. Rozhazardowałem to w Polsce wśród znajomych (metodą rzutu puchatymi kośćmi) na imprezie w ramach wspomnianych urodzin. Na 10 T-shirtów wydałem 20 dol. Podobnie na 20 kieliszków. Po dolcu kupowałem zapalniczki, popielniczki i takie gadżety, co przekręcone do góry dnem - prószą śniegiem.

Zakupów dokonałem w tzw. Downtownie. To stara część Vegas, powstała jeszcze przed Stripem. Także pełna kasyn, tworzących niesamowity pasaż Fremont Street Experience. Przechadzka pod jego dachem - największym na świecie ekranem LED, to w istocie przeżycie. Wszystko ma tu lepszy klimat. Ludzie, sklepy, klasyczne neony, kasyna ze starymi maszynami. Nawet wyprawa autobusem zwanym Deuce. Ponieważ korek jest zawsze niesamowity, a pojazd zatrzymuje się przy każdym hotelu, pokonanie parokilometrowego odcinka zajmuje godzinę.

Obserwując na horyzoncie próby jądrowe, mafiosi i biznesmeni dmuchali piaskową bańkę, walcząc z antyhazardowym rządem skuteczniej niż polscy internauci. Inwestował tu Howard Hughes.

Za umoczone miliony otrzymał w nagrodę uliczkę swego imienia. Obecnie Stripem podzielili się MGM Mirage i Steve Wynn Dziewczyny, magnat od niedawna jest do wzięcia i ciągle przed siedemdziesiątką.

Moja godzina nie była jednak stracona. Jak wiadomo, Amerykanie są narodem bardzo otwartym. Szybko nawiązała się pasażerska komitywa. Starsza para żartowała, że poznała się na pierwszym przystanku i chyba już nie ukończy liceum. Wiekowi kumple opowiadali, jak to przez tydzień nie wychodzi z kasyna Venetian. Ktoś dokonał odkrycia, dlaczego autobus kursuje 24 godz. na dobę - bo tyle trwa dojazd do celu. To byli prawdziwi ludzie. To była prawdziwa sytuacja. Szkoda, że nie spotkałem ich w drodze powrotnej.

Lans Vegas - oaza seksu, hazardu i... głupoty, ameryka, podróże, ulotki fot. Łukasz Figielski

Po zmroku na ulicy ustawia się żywopłot rozdawców ulotek z paniami do towarzystwa. Tak pracują chłopcy, mężczyźni i dziadkowie o śniadej karnacji, porozumiewający się językiem hiszpańskim. W ceny "towarzyszek" ciężko uwierzyć: 25-35 dol. Fotka, telefon, znaczki kart płatniczych.

Zupełnie jak w Polsce, tyle że u nas za wycieraczki wkładają. Nevada to jedyny stan USA, w którym prostytucja jest dozwolona. Lecz uwaga - nie w Vegas! Zabroniono jej w całym hrabstwie Clark. Po kobiece pieszczoty na legalu trzeba przejechać się aż sto kilometrów. Co za hipokryzja! W hotelu nikt nie sprawdzał, czy osoby wchodzące do windy są zameldowane, a na zawieszce "nie przeszkadzać" prężyła się pani w bieliźnie. W pokojach trwa jedna wielka orgia.

Po to ludzie przyjeżdżają do Miasta Grzechu. Gdy wracałem bulwarem zaawansowaną nocą, zaczepiła mnie powabna pani o skórze koloru hebanu. - Hello, sweety - zagaiła. Czy jestem taki atrakcyjny, czy szukała klienta?

Ponieważ atrakcyjny nie jestem (patrz foto na górze), wniosek z tej historii prosty: prawo prawem, a na Stripie można znaleźć prostytutki.

Wciskający ulotki Meksykanie opracowali ciekawą technikę. Walą karteczkami o kant dłoni. Rytualnie, jak koraliki w buddyjski bęben damaru. Ja zaczarować się nie dałem, a początkową uprzejmość względem klasy pracującej, połączoną z niezdrową ciekawością, zastąpiła obojętność.

Potem - niechęć. Innej taktyki przyjąć nie można, bo chłopaki utrudniają przejście i tak zatłoczonym chodnikiem. To między innymi dla nich - nielegalnych emigrantów - stworzono komunikację lokalną.

Wybrałem się na mecz hokeja. Las Vegas Wranglers - trzecioligowa przybudówka Phoenix Coyotes - grają w oddalonej od bulwaru o 3 km hali Orleans. Wsiadłem do autobusu, gdzie zagadała mnie na śmierć szalona babcia. Jechała po leki.

Trafiłem na nią także w drodze powrotnej. Jednak bardziej od bumerang-babci zaskoczyły mnie napisy dla pasażerów w dwóch językach. Także po hiszpańsku. A najbardziej - widok kierowcy opuszczającego klapę dla bezdomnego z dorobkiem życia w siatach. U nas by dostał po mordzie.

Orleans to hotel, kasyno i hala sportowa. Spytałem pracownika obiektu o drogę do tej ostatniej. "Przyjechałeś autem? Nie? Oj, to tędy i tędy, a potem aż do końca korytarza". Amerykanie nie lubią chodzić, wolą kręcić po parkingu.

Nie wiem, czy publiczność NHL to też dzieci z rodzicami. Wranglersów oglądają właściwie tylko rodziny. Zabawia je maskotka - zielony byk Duke. W show uczestniczą duzi i mali. W przerwach pojawiają się reklamy sklepów z dywanami. Poczułem się jak Kolumb. Udało mi się odnaleźć w Vegas prawdziwą Amerykę. Rozbrykane maluchy, zagadane mamuśki i brodaci, otyli faceci. Przegraliśmy z Ontario Reign 3:4, ale impreza była przednia, z piwem i klasycznym hot-dogiem. Pokrzepiony, wróciłem do centrum. Był piątek wieczór.

 

Strip historyczny

Historia USA jest krótka i zajmująca. Do lat 40. na Stripie był tylko piasek wydeptany przez Indian Paiute, mormonów, którzy po śmierci Josepha Smitha pomylili kierunki i przyszli tu za srebrem, oraz budowniczych Zapory Hoovera. W pierwszy "taki hotel" zainwestował Bugsy Siegel. Flamingo liczyło na gości z pobliskiego (360 km) Hollywood. Majątek należał do bossów Bugsy'ego i jego życie zakończyła kula w oku. W "Ojcu Chrzestnym" z rąk Michaela Corleone ginie w ten sposób Moe Green.

Wielki Kanion Wielki Kanion fot. Łukasz Figielski

Ucieczka na twarde łono Kanionu

Wielkie Lake Mead i wielka Zapora Hoovera - pięć lat działalności człowieka

Miałem platynowe zaproszenie na galę z koncertem Johna Legenda w hotelu Paris. Co oznacza "platynowe"? Tyle że nie jest złote ani VIP-owskie. Zaproszenia na imprezy można brać po prostu ze "stojaków", każde bardziej wypasione, co nie przekłada się zupełnie na nic poza dobrym samopoczuciem właściciela. Do sali dotarłem paryskimi uliczkami pod błękitem sufitu. Smętne r'n'b mnie nudzi, szybko wyszedłem. Błąd. Za chwilę na scenę wkroczył Stevie Wonder. W Vegas najwięcej jest takich atrakcji, które cię omijają. Wiem, że ominąłem Lady Gagę i Ushera. Gwiazdy w ogóle mijają cię non stop, bo łatwo im się wtopić w tłum.

Lans Vegas - oaza seksu, hazardu i... głupoty, ameryka, podróże, Wielki Kanion

To wszystko jest fajne, ale i męczące. Po paru dniach trzeba uciekać, choćby na chwilę. Jako prawilny turysta zbiegłem do Wielkiego Kanionu. Za lot z przechadzką po Skywalku i lunchem zapłaciłem lekko ponad 200 dol. Zabierają cię autokarem spod hotelu i wiozą na lotnisko w Boulder City. Miasto powstało podczas budowy Zapory Hoovera, zwanej początkowo Boulder Dam, bez której Vegas pewnie by nie powstało. W latach wielkiego kryzysu rządowa inwestycja zapewniła byt 7 tys. osób (nie licząc setki, którzy zginęli podczas pracy).

Samolocik jest malutki, a pasażerów rozmieszcza się tak, by zachować balans wagowy (ważymy się z bagażem). Kabina pilotów pozostaje otwarta, można się przyglądać ich pracy. Ewentualnie wparować, związać i uprowadzić maszynę w ramach aktu terrorystycznego. Wyglądało to wszystko na prowizorkę, z sufitu odpadała listwa, ale na miejsce dolecieliśmy szczęśliwie. Widoki niesamowite - tama, powstałe dzięki niej i wodom Kolorado sztuczne jezioro Lake Mead, pustynia, no i Kanion. Jest "własnością" Indian plemienia o dźwięcznej nazwie Hualapai. Zaradni, zbudowali Skywalk, czyli półkolisty przezroczysty taras zawieszony kilometr nad Kanionem. Za wejście kasują słono, a w dodatku konfiskują aparaty i komórki, by dodatkowo pobierać kasę za zdjęcia. Oddychając powietrzem geologicznego cudu, człowiek duma nad potęgą przyrody. A potem wraca do Vegas pogrążyć się w gnuśności ze zdwojoną siłą.

Kolaż z autografami gwiazd branży porno. Kolaż z autografami gwiazd branży porno. fot. Łukasz Figielski

Świat porno

Kolaż z autografami gwiazd branży porno.

Larry Flynt, Ron Jeremy, Jesse Jane, Joanna Angel, Sara Sloane i Janie Summers pozdrawiają Lucasa

Doroczna gala rozdania AVN Awards odbywa w odległym kawałek od Stripu, ale popularnym wśród celebrytów hotelu Palms. To Oscary branży porno. Kategorii jest bez liku. Oprócz najlepszego aktora, aktorki, reżysera czy filmu wybierane są serie wydawnicze oraz sceny. Z samymi dziewczynami, sado-maso, podwójnej penetracji, etniczne (Latynoski, Azjatki etc.), z dildo takim i owakim, ze stopami, z seksem zbiorowym. Na galę nie dotarłem, bo skończyły się bilety. Ludzie chcą płacić 300 dol., by zobaczyć gwiazdy porno ubrane.

Lans Vegas - oaza seksu, hazardu i... głupoty, ameryka, podróże, Sasha GreyMam swoją ulubioną aktorkę. To Sasha Grey. 25-letnia dziewczyna, która trafiła do mainstreamu, wystąpiła w "The Girlfriend Experience" Stevena Soderbergha oraz teledyskach The Roots i Smashing Pumpkins. Nienapompowana, skrajnie perwersyjna, bardzo inteligentna. W wywiadach równie chętnie, jak o lewatywach, opowiada o Godardzie. Lubi bicie, duszenie i black metal. Współtworzy ambientowy projekt Atelecine. Oglądali ją czytelnicy "Vice'a" oraz "The Rolling Stone". W tym roku zgarnęła nagrody za Best Anal i Oral Sex Scene oraz specjalną The Jenna Jameson Crossover Star of the Year.

Z powodu intensywnej kontemplacji "O" Cirque du Soleil nie dotarłem do klubu Tao na podpisywanie autografów. Dopadłem ją na targach. W pewnym sensie.

AVN Adult Entertainment Expo to impreza dla branży i fanów. Przewija się przez nią 20-30 tys. osób. Trwa przez trzy dni w przylegającej do The Venetian hali Sands Expo. Hala jak hala, za to hotel jest największy na świecie (licząc z "dobudówką" w postaci Palazzio - ponad 7 tys. pokojów). Można sobie popływać gondolami. Mimo ogromu obiektu podczas targów porno dało się odczuć, że dzieje się coś nietypowego.

Po kasynie krążyły skąpo odziane dziewczyny, przyciągając wzrok turystów. Przejście do Sands znajdowało się w tym samym skrzydle hotelu co audiofilska część ogromnych targów elektroniki CES. Odziani w garnitury panowie oglądali się z zakłopotaniem.

Pierwszego dnia AEE stawiłem się punktualnie o godz. 13. W kolejce setki osób. Głównie pary, poza tym faceci solo, czasami rodziny. Przypadkowy przechodzień mógłby pomyśleć, że stoimy za mięsem albo do teatru. Chłopak przede mną usiadł na podłodze, zaczytany w książce. - Uczymy się do egzaminu? - zażartowała porno hostessa. Po 30 min oczekiwania wszedłem do piekła.

Lans Vegas - oaza seksu, hazardu i... głupoty, ameryka, podróże, AVN Awardsfot. Getty Images/FPM

Scenografia uboga, na kształt Kupieckich Domów Towarowych. Dziewczyny porozstawiane po stanowiskach firm wydawniczych. Vivid Entertainment, Digital Playground, Wicked Pictures, Brazzers, Adam & Eve.

Są wszyscy. Poza tym gadżety i dziwnostki. Jako redaktor działu Techno zwróciłem baczną uwagę na kobietę-robota i dziurkę z ekranem. Raczej przerażające niż pociągające. Odwiedzające targi panie uprawiały rodeo na ogromnym członku, gęsto oblegano też sceny, na których odbywały się rozmaite prezentacje - imitowany seks w nietypowych pozycjach, zapasy w pianie itp.

Lans Vegas - oaza seksu, hazardu i... głupoty, ameryka, podróże, AVN Awardsfot. Getty Images/FPM

Polowanie na autografy zacząłem od faceta. Ron Jeremy. Na pewno go znacie. Gruby, owłosiony. Nim przytył, dzięki długości członka był w stanie wykonać autofellatio. Jego wujek znał Bugsy'ego. Ron jest osobowością, bohaterem dokumentów. To z nim konsultuje się Hollywood, gdy sięga po odważniejsze tematy. Nie był miły, czekałem kilka minut, aż skończy rozmawiać przez telefon. Znalazłem też Larry'ego Flynta. Przytwierdzony do wózka, niezdolny do rozmowy, wykonuje mechaniczne ruchy złotym długopisem. Otoczony kultem i cycatymi blondynami. Takie kalectwo wydaje się rajem.

Potem "przeszedłem" się po dziewczynach. Zacząłem od Joanny Angel - znanej z tatuaży, różowych włosów i żydowskiego pochodzenia. Kolejna inteligentka w branży, z tytułem z literatury anglosaskiej i kolumną w magazynie "Spin". Szkoda, że nie miałem aparatu. Na AEE chodzi o cykanie fotek. Aktorka łapie cię za krocze, kładzie twoje dłonie na swoich piersiach, a narzeczona robi wam zdjęcie. Wymiana zdań o ostatnim filmie, buziaczek i następna.

Lans Vegas - oaza seksu, hazardu i... głupoty, ameryka, podróże, AVN Awardsfot. Getty Images/FPM

Nie jestem ekspertem. Odbijałem się od cycuszków do cycuszków, wszystkie fajne, aż przystanąłem w najdłuższej kolejce.

- Czy to do Jesse Jane? - zapytała dziewczyna. - Tak, chyba tak - odrzekłem ucieszony, bo pseudonim coś mi mówił. - To moja zdecydowana faworytka - ekscytowała się. W oczekiwaniu oglądałem na monitorach zwiastuny superprodukcji. Nadchodzi trzecia część "Piratów". Filmy parodystycznego cyklu są naprawdę efektowne. Kupię sobie trójpak na DVD.

Lans Vegas - oaza seksu, hazardu i... głupoty, ameryka, podróże, AVN Awardsfot. Getty Images/FPM

Dziewczyny z branży nie są ofiarami męskiego seksizmu. To gwiazdy, które najlepiej czują się pod niebem Las Vegas. Tu spotykają się z fanami i wręczają sobie własne Oscary

Lans Vegas - oaza seksu, hazardu i... głupoty, ameryka, podróże, AVN Awardsfot. Getty Images/FPM

Zdobyłem podpis Jesse, ale wciąż polowałem na moją Sashkę. W końcu się pojawiła - w asyście menedżerów. Za nią stanął plakat. Aktorka wspiera organizację PETA. Niestety, mimo negocjacji z ekipą nie udało mi się ogarnąć nawet autografu. Las Vegas to wygrane, lecz głównie - porażki.

Więcej o:
Komentarze (12)
Lans Vegas - oaza seksu, hazardu i... głupoty
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • tomasz222

    Oceniono 17 razy 17

    LV to kapitalne miejsce na lądowanie w USA, jest tona bezpośrednich lotów, promocji z Europy.
    A miejsce doskonałe bo jest świetną bazą do zobaczenia w Stanach tego co najlepsze, parków narodowych (nps.gov).
    Po wylądowaniu jedna noc na "zwiedzanie" miasta, a dalej wynajętym autem kółko dookoła LV poprzez 4-6 stanów. Bryce, Zion, GC, Antelope, Monument Valley, Death Valey itp. Gorąco polecam!

  • m.turno

    Oceniono 8 razy 8

    Bardzo fajny artykuł.... Tyle, że to wszystko kłamstwo. Na początku zdziwiło mnie, że Agora zasponsorowała, jakiemuś podrzędnemu redaktorzynie z Logo wycieczkę do Vegas i jeszcze pozwoliła mu wydawać pieniądze firmy na hazard, ale okazuje się, że podrzędny redaktorzyna wszystko zerżnął i/lub zmyślił.

    Artykuł pojawia się na podrzędnym serwisie Logo24 w maju, po miesiącu trafia na główną gazeta.pl co generuje kilka wyświetleń. Czy tak zachowuje się redakcja, która wydała kilka tysięcy na jego stworzenie? To bez sensu. Ale to tylko mogłyby być moje domysły, gdyby nie totalna niezgodność z faktami. Gala AVN ma miejsce w zimie na początku roku. Teraz mamy lato. Sasha Gray od 2011 wycofała się z Porno a nagrody, które rzekomo miała zgarnąć w tym roku, otrzymała w 2010. I jeszcze może bym uwierzył, że to przedruk, odgrzanie kotleta, artykułu z 2010 i rzeczywiście jest relacją autora, gdyby nie fakt, że w istocie w 2013 Sasha skończyła 25 lat, a w trakcie tamtych wydarzeń, lat miała 22.

    Cały artykuł to ściema, fikcja, sklejka z anglojęzycznej prasy... i po ch** udawać, że jest to relacja z pierwszej ręki?? LOGO to dno. Agora sięgnie dna już niedługo skoro takie gó... puszcza i wydaje.

  • Gość: ktosiczek

    Oceniono 14 razy 6

    Przereklamowany kolorowy śmietnik.

  • Gość: Oazowicz.

    Oceniono 6 razy 4

    Każdy kraj ma takie miejsce, które należy od jego specyfiki. Polska ma Częstochowę.

  • Gość: lvodkuchni

    Oceniono 6 razy 4

    Być może LV robi na ludziach wrażenie, szczególnie w TV. Na miejscu nie jest już tak pięknie. Kolorowe neony i kasyna to tylko kilka ulic. Reszta to kartonowe domki i wszechogarniający brud, syf i pustka. O zagospodarowaniu przestrzeni osiedli mieszkaniowych z wielkiej płyty mieszkańcy LV mogą tylko pomarzyć.

    Jeśli ktoś koniecznie chce grać w kasynie w odjazdowym miejscu, proponuje pojechać do Sun City w RPA. Bardzo małe miasteczko pomiędzy malowniczymi wzgórzami parku Pilanesberg. Można przy okazji hazardu odwiedzić park z lwami, antylopami i całą resztą sławnych zwierząt. Całość kameralna, kompletnie odizolowana. Wyjdzie taniej niż do LV. A jak już się jest w RPA to koniecznie trzeba zobaczyć Kapsztad. Perełka secesji i bardzo przyjemne miasto na wyluzowanie sie. Z pewnościa jest bezpieczniej niż w LV.

    Co do podróży w okolicach LV, to jest dużo do zobaczenia. Kanion antylopy jest piekny, ale indianie zrobili z tego biznes i turyści są przeganiani w oby kierunkach jednocześnie by zwiekszyć ich liczbe. Jeśli ktoś chce sie zapuścić dalej, proponuje park Yosemite na granicy Kaliforni i Nevady. Reszta Kaliforni też jest warta zobaczenia, ale to temat na osobny artykuł.

    Dla zainteresowanych, śluby z LV są ważne również w Polsce. Urząd Stanu Cywilnego akceptuje ich certyfikaty małżeństwa. Polecam dla tych, co nie chcą oglądać filmów i zdjęć z jedzenia kotleta. Dla dowcipnych, proponuje zastanowić się kilkakrotnie, bo to legalne i ważne małżeństwo. Całość trwa max. 1h (otrzymanie pozwolenia w localnym urzędzie stanu cywilnego Clark County, przejazd do wybranej kaplicy i "ceremonia") i kosztuje od $300 w górę (fotograf wliczony). Najtanszy jest drive-through.

    Przy okazji podróży po USA proponuje boczne drogi. Można zobaczyć o wiele więcej niż z autostrady. Można również sie przekonać jak żyje prawdziwa ameryka. Nie ma to nic wspólnego ze światem lansowanym w TV. Nie wiele się zmieniło od czasów Petera Fondy i Easy Ridera.

  • m.turno

    Oceniono 3 razy 3

    Bardzo fajny artykuł.... Tyle, że to wszystko kłamstwo. Na początku zdziwiło mnie, że Agora zasponsorowała, jakiemuś podrzędnemu redaktorzynie z Logo wycieczkę do Vegas i jeszcze pozwoliła mu wydawać pieniądze firmy na hazard, ale okazuje się, że podrzędny redaktorzyna wszystko zerżnął i/lub zmyślił. Artykuł pojawia się w maju, w czerwcu trafia na główną gazety.pl co generuje kilka wyświetleń. Trochę strata kasy i żadna porządna redakcja nie postępowałaby tak lekkomyślnie z kilkoma tysiącami wydanymi na artykuł. Wszystkie zdjęcia poza jednym (które wcale nie sugeruje, że zostało zrobione w Vegas), są ściągnięte z internetu. Tyle jeśli chodzi o logikę, ale gwoździem do trumny są fakty. Gala AVN odbywa się w zimie na początku roku, a teraz mamy czerwiec. Sasha Gray od 2011 nie występuje w przemyśle porno, a nagrody o których autor wspomina zdobyła w 2010 roku!! I jeszcze bym uwierzył, że to jakiś odgrzany kotlet wrzucony na stronkę, a oryginalny artykuł pochodzi z 2010 i to wszystko prawda, tylko, że w tym wypadku wiek Sashy byłby podany z przed 3 lat. A prawdą jest, że dziś rzeczywiście ma 25 lat, a kiedy miało miejsce wydarzenie, o którym mowa lat miała 22. Podsumowując to wszystko FIKCJA, artykuł zerżnięty i posklejany zapewne z całej masy artykułów, które gdzieś kiedyś pojawiły się w prasie anglojęzycznej.

    AGORA spada na samo dno.

  • emkaeljan

    Oceniono 3 razy 3

    W Vegas jest fajnie, ale jak ktoś chce pograć i trochę się zabawić to jednak tego tysiaka dolarów na tydzień, z przeznaczeniem "na stracenie" , trzeba mieć. No chyba że nastawimy się tylko na automaty i darmowe driny - wtedy wyjdzie taniej niż w Mikołajkach :-)

  • Gość: bywalec

    Oceniono 2 razy 2

    Głupi to są Polacy, którzy nie umieją obsługiwać kranu z wodą! Oczywiście, że jest możliwość regulacji ciśnienia (i temperatury), jak w każdym kranie. Trzeba tylko wiedzieć jak.

  • Gość: Lech

    Oceniono 3 razy 1

    może i chciałbym jechać do Las Vegas, z czystej ciekawości, ale druga połówka w życiu by mnie tam nie puściła samego, a gdybyśmy nawet razem pojechali, to pewnie też byłoby nie lekko :) Podsunąłem jej ten pomysł ostatnio, bo loty nie są takie strasznie drogie, ale ona uparła się, żeby lecieć do Portugalii, podtyka mi pod nos program wycieczki Czar Portugalii i każe się zachywcać :) Las Vegas przegra z Portugalią tak jak Polacy przegrywają w meczach piłki nożnej :)

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX