Życie pustyni: podróż do Jordanii

Śpią w jaskiniach, wędrują ze stadami kóz, a herbatę gotują na ogniskach z krzaków. Nie dajcie się jednak zmylić, że Beduini są biedni albo staroświeccy. Oni po prostu kochają takie życie - na bezkresnej pustyni pod milionem gwiazd.
Życie pustyni: podróż do Jordanii Życie pustyni: podróż do Jordanii fot. Marzena Filipczak

Ludzie pustyni

Byłaś kiedyś w Arabii Saudyjskiej? - zapytał Ahmed, wskazując ręką w kierunku gór. Przed nami rozciągała się część pustyni zwana "białą", bo choć w rzeczywistości piasek był żółty, zdecydowanie odróżniał się od piasków różowych, czerwonych i pomarańczowych zajmujących większość Wadi Rum. Z ogromnej połaci, poprzecinanej śladami terenówek, wyrastały kępki krzewów, a w oddali wypiętrzały się ostańce, które w zachodzącym słońcu wyglądały, jakby płonęły. Przyjechaliśmy specjalnie na ten spektakl z pustynnego obozu.

Nie, nie byłam w Arabii i szybko się tam nie wybiorę, bo dla osób podróżujących samodzielnie uzyskanie wizy jest niemożliwe. - E, tam - stwierdził niezrażony Beduin. - Jak chcesz, mogę cię zabrać. Po czym błyskając zębami w uśmiechu dodał: - Drogą Ahmeda.

Ze wzgórza, na którym staliśmy, do granicy było jakieś 20 km na przełaj przez piaski. Każdy Beduin potrafi tam dojechać nawet z zamkniętymi oczami, bo z racji tego, że okolica jest dziksza, mężczyźni wybierają ją na miejsce polowań na ptactwo, wilki i pustynne zające. Żaden Beduin nie ma też problemu z tym, czym dojechać, ponieważ podstawowym sprzętem na pustyni jest samochód terenowy z napędem na cztery koła, najczęściej marki Toyota. Wydaje mi się, że dopiero tutaj rozumiem, dlaczego ten wynalazek cywilizacji jest tak pożyteczny: terenówką można poszukać zbłąkanej kozy albo krzewów na ognisko, odwiedzić kuzyna, który ze stadami przeniósł się w dalszą część pustyni, czy dowieźć cysternę wody z wioski. Terenówka nie woła o lepszą zieleninę jak wielbłąd, a benzyna w Arabii kosztuje 1 dinara za 10 litrów (to ciut więcej niż 1 euro). Ahmed zasuwa na przełaj przez wydmy, kręcąc koła między krzewami i biorąc ostre zakręty między skałami. Za każdym kolejnym otwiera się nowy widok na czerwone i pomarańczowe ostańce, które lata erozji uformowały w wieże, stożki, półki, wąskie kaniony i wiszące mosty. Kiedy zjeżdżamy z jakiejś wyższej wydmy, Beduin dodając gazu, radośnie woła: - Cieszcie się moją pustynią!

Cztery żony Beduina

Położona na południu Jordanii Wadi Rum (czyt. ładi ramm) jest jedną z najpiękniejszych pustyń świata: najwyższe skały wyrastające z kolorowych piasków sięgają ponad 1700 m n.p.m., a przy dobrej pogodzie widać z nich Morze Czerwone. Choć teren był zamieszkany już 800 lat przed Chrystusem, a przez kolejne wieki przemierzały go karawany z Mekki do Egiptu, aż do ubiegłego stulecia reszcie świata jego nazwa nie mówiła nic. Wadi Rum odkrył i rozsławił na zachodzie Thomas Edward Lawrence, brytyjski szpieg i podróżnik, współorganizator arabskiej rewolty przeciw Turkom w czasie I wojny, autor wspomnień "Siedem filarów mądrości". To właśnie na podstawie tej książki nakręcono - oczywiście w Wadi Rum - film "Lawrence z Arabii".

Tyle historii. Swoje dzisiaj pustynia zawdzięcza miejscowym Beduinom. Tutejsze klany w niezwykły sposób połączyły tradycję ze współczesnością, nie pozwalając zamienić Wadi Rum w turystyczną cepelię.

Droga na pustynię wiedzie przez Visitor Centre, kamienną budowlę u stóp Siedmiu Filarów Mądrości - potężnej trójkątnej skały złożonej z przylegających do siebie filarów. W centrum można wynająć wielbłąda, dżip albo przewodnika i zarezerwować nocleg w beduińskim obozie.

Nasz przewodnik Salem ma  29 lat i jak wszyscy tutaj nosi tradycyjną diszdaszę, czyli długą luźną szatę narzucaną na cienkie spodnie-kalesony, i koszulkę - a głowę omotał kefiją. Jego rodzina mieszka w wiosce Rum, jedynej na terenie pustynnego rezerwatu, jednak gdy nadszedł czas jego narodzin, matka w towarzystwie dziadków poszła na pustynię. - Ale teraz Beduinki rodzą już w szpitalu - dodaje szybko, widząc moją minę.

Dzisiaj zostało już niewielu prawdziwych koczowników: to najwyżej dziesięć rodzin przemieszczających się z namiotami, zwierzętami i toyotami tam, gdzie się zazieleni. Pozostali mieszkają w wiosce, a na pustynię wychodzą na dwa-trzy miesiące w roku na wypas stad. Do Wadi Rum regularnie wracają nawet ci, którzy żyją w mieście - żeby pobyć wśród swoich piasków.

Wielbłądem - mój jest wyjątkowo uparty, zaczepia tego z przodu, wychodzi z szeregu, a na koniec nie chce usiąść, żebym mogła zejść - i dżipem przemierzamy kolejne kilometry. Jak na takie bezdroża panuje tu ruch jak na autostradzie, bo w oddali wciąż pojawia się jakieś nowe auto, z którego pozdrawiają nas wyciągniętą dłonią. Na trasie mamy kaniony, czerwone wydmy, prehistoryczne naskalne rysunki, wiszące skalne mosty, źródło Lawrence'a, a nawet jego dom - kupę kamieni przy szlaku karawan, co do której nie ma zgodności: być może tu nie mieszkał, może jednak mieszkał, a może używał jako magazynu na broń. Kiedy się zatrzymujemy, Salem mówi: "Tu, na lewo jest piękny widok, a tam można wspiąć się na górę. To sobie pospacerujcie", po czym wyjmuje z kabiny wielki worek i znika. Obie strony są zachwycone: my - bo jest zupełnie pusto, okolica świetna, a czas wycieczki zdecydowanie przekracza ten z cennika, on - ponieważ przy okazji może nazbierać zieleniny dla wielbłądów. Niedawno padało, więc w cieniu skał rośnie dużo młodych mleczy. Mamy tych dodatkowych przystanków całkiem sporo: dla każdego wielbłąda potrzeba pół worka, a rodzina naszego przewodnika ma 11 zwierzaków.

Wciąż też zatrzymujemy się przy innych dżipach, namiotach, a nawet ogniskach, które jakiś koczownik rozpalił naprędce z wyschniętych korzeni, żeby zaparzyć herbatę. Picie słodkiego jak ulepek, gotowanego z dodatkiem nazbieranej na pustyni dzikiej mięty, tymianku albo szałwii i serwowanego w małych szklaneczkach napoju, celebruje się tu na każdym kroku.

podróże, azja, Życie pustyni: podróż do Jordanii, W namiocie Beduina fot. Marzena Filipczak

- Wujek? - pytam domyślnie, gdy Salem zaprasza nas do namiotu w środku niczego rozpiętego z dywanów, chodników i brezentu na niewysokich palikach. W otwartej części nad tlącym się ogniskiem, okopconym czajnikiem i metalową miską, w której jest może ćwierć litra wody do płukania szklaneczek, siedzą dwaj mężczyźni; natychmiast pokazują, żeby siadać, serwują herbatę, a po krótkiej wymianie uprzejmości starszy nagle wstaje i przykłada do oczu lornetkę. Obok toyoty i czajnika to kolejny przedmiot, który ma tu każdy - pozwala sprawdzić, gdzie są wielbłądy i kozy.

Zgadłam - mężczyźni są rodziną Salema. Nie było to jednak specjalnie trudne, ponieważ Beduini z Wadi Rum wciąż praktykują wielożeństwo. Zgodnie z zasadami islamu mężczyzna może mieć maksymalnie cztery żony. Ojciec Salema ma ich trzy, a on sam - 13 starszych sióstr i pięciu braci.

Kiedy worki były wreszcie pełne, herbatki wypite, a nowo narodzone kózki obejrzane i pochwalone, ruszyliśmy w kierunku obozu. W cieniu ściany przy skalnym moście stało kilka małych namiotów z tkaniny w biało-zielone pasy utkanej z koziej wełny. Beduini używają tej materii od wieków, zapewniając, że utrzymuje ciepło i jest nieprzemakalna, choć w czasie największych ulew rodziny przenoszą się do jaskiń. Chociaż jeszcze po południu słońce grzało jak szalone, wraz z jego zachodem nastaje niemiłosierny chłód, a kiedy na niebie pojawia się jakiś milion gwiazd, szczękając zębami, uciekam do wielkiego namiotu-jadalni, zajmując strategiczne miejsce prawie na ognisku. Jakaś dobra dusza już ustawiła na nim czajnik i ułożyła na ruszcie kilka płaskich placków, a po chwili na niskie stoły wjeżdżają gęsty jogurt,    hummus, duszone warzywa i mansaf - tradycyjna beduińska potrawa, jagnięcina gotowana w sfermentowanym jogurcie, podawana na cienkim chlebie i ryżu.

Aż do późnej nocy wciąż przyjeżdża, przysiada się, je, gawędzi i odjeżdża jakiś kuzyn, a od czasu do czasu panowie zaczynają śpiewy - Beduini mają czyste, mocne głosy, a wędrując samotnie przez pustynię, wyśpiewują niemal cały czas. Przy opowieści Musy, który jest bratem Ahmeda i kuzynem wszystkich innych, z powodu śmierci i rozwodu gubię się szybko w liczbie rodzeństwa oraz żon ojca. Ali wzdycha, że wolałby spać w namiocie, ale obiecał odwiedzić dzieci w wiosce, a właściciel obozu Atajek (11 rodzeństwa, ale z jednej matki, bo pierwsza żona ojca zmarła bezpotomnie) szuka kluczyków do toyoty. Ma co prawda dom i namiot, stronę w internecie i konto na Facebooku, przez które utrzymuje kontakt ze swoimi gośćmi, ale noce najchętniej spędza w jaskini.

- Mogę wtedy spać obok ogniska, a kiedy się obudzę, widzę przestrzeń - mówi.

Petra Petra fot. Marzena Filipczak

Kozy to mają nosa

Wykute w skałach starożytne miasto Petra jest jednym z siedmiu nowych cudów świata i rzeczywiście zapiera dech w piersiach. Szybsze bicie serca powodują nie tylko budowle i fasady w różowo-czerwonych skałach o fakturze poskręcanej jak gigantyczny sękacz, ale także ceny wstępu - 50 dinarów albo 90 dinarów dla tych, którzy przyjeżdżają na jednodniową wycieczkę z wakacji Egipcie czy Izraelu (odpowiednio: ok. 220 i 410 zł). Przez Siq - długi, wąski i wysoki wąwóz wejściowy, który powstał, kiedy skały rozsunęło trzęsienie ziemi - niesie się tętent końskich kopyt, stukot bryczek i nawoływania poganiaczy osłów. U jego wylotu znajduje się chyba najbardziej rozpoznawalna budowla Petry, czyli Skarbiec, w którym Indiana Jones po licznych perypetiach odnalazł św. Graala, a dalej droga prowadzi do serca miasta zamieszkanego na przełomie er przez 30 tys. ludzi. Jego założyciele, przybyli z głębi Półwyspu Arabskiego Nabatejczycy, mieli głowę do interesów: najpierw łupili zmierzające tędy karawany, by z czasem za opłatą zapewnić im ochronę. Rozkwit Petry zakończyły dwa potężne trzęsienia ziemi, które praktycznie zmiotły z powierzchni większość świątyń, grobowców i ozdobnych kolumn. Przez kolejne wieki o bajkowej stolicy królestwa Nabatejczyków wiedzieli jedynie miejscowi Beduini zamieszkujący ruiny pozostałe po dawnej świetności. Choć po odkryciu tego miejsca dla masowej turystyki przesiedlono ich do specjalnie wybudowanej wioski na obrzeżach, Beduini nadal pomieszkują w jaskiniach starożytnej Petry i - szczerze mówiąc - pierwszego dnia mam ich serdecznie dość.

podróże, azja, Życie pustyni: podróż do Jordanii, Petrafot. Marzena Filipczak

- Taxi, ferrari, air condition! - wykrzykują ten sam dowcip kolejni chłopcy o wyglądzie Jacka Sparrowa, próbując wynająć mi osła, konia albo wielbłąda.

- Nasze osły są wegetarianami, nie zjadają turystów - przekonują, kiedy odmawiam.

- Happy hours! - niesie się ze stoisk z pamiątkami. - Kup jedną koszulkę dla męża i jedną dla chłopaka!

Kiedy jednak słońce chyli się ku zachodowi i w Petrze zostają nieliczni, by obserwować, jak na klasztorze i fasadzie grobowców zmieniają się kolory, Beduini zrzucają maski, zaczynają normalne pogawędki i zapraszają do jaskiń. Następnego dnia wdrapuję się ścieżką poza popularnymi szlakami do ruin zamczyska krzyżowców. Nagle ze skał rozlega się beczenie kóz, a na ten dźwięk z legowiska w krzakach podnosi się ogorzały, stary Beduin, proponując, że zaprowadzi mnie na szczyt.

podróże, azja, Życie pustyni: podróż do Jordanii, monety z czasów nabatejskich i rzymskichfot. Marzena Filipczak

- No money - dodaje szybko, widząc, że się waham. Wspinamy się po ukrytych stopniach, idziemy zwykłą deską przerzuconą nad przepaścią, a kiedy siadamy na górze, mamy jak na dłoni całą dawną potęgę. Beduin wyjmuje z kieszeni niepozorne zawiniątko i rozwijając czarną folię, wysypuje na dłoń monety z czasów nabatejskich i rzymskich, które znalazł, pasąc kozy. Kiedy się żegnamy, na pamiątkę dostaję zielony, posrebrzany koralik o dziwnym kształcie. Był czyjąś ozdobą jakieś 2 tysiące lat temu.

Amman Amman fot. Marzena Filipczak

Wielkie przesadzanie w małym autobusie

Wbrew temu, co piszą w przewodnikach, poruszanie się po Jordanii jest czystą przyjemnością, a bez wynajętego samochodu można dojechać w najbardziej odludne miejsce. Nie trzeba nawet sprawdzać rozkładu, ponieważ busiki odjeżdżają wtedy, kiedy zbiorą się pasażerowie, a ci wiedzą, że najłatwiej zebrać się około godz. 7. Nad sprawnym załadunkiem czuwa kierowca: stojąc w drzwiach, pokazuje, kto ma gdzie usiąść, a gdy uzna, że liczba ludzi jest wystarczająca, by kurs się opłacił, w przejściu lądują paczki, skrzynki, worki i torby, zajmując je po sufit. W kulturze islamskiej kobieta nie powinna siedzieć obok nieznajomego mężczyzny: w różnych krajach jest to przestrzegane różnie, ale w Jordanii podchodzi się do sprawy dość poważnie, jeśli więc nikt nie kieruje ruchem, w małym busie odbywają się prawdziwe korowody. Wchodzi pasażerka: widzi kilka wolnych miejsc, ale żadne nie jest na pojedynczym siedzeniu, więc wysiada. Mężczyzna z podwójnego przesiada się szybko do innego pana, dziewczyna wraca, zajmuje miejsce, za chwilę zagląda pasażer: widząc, że wolne jest obok niej, wycofuje się na zewnątrz. Pojawia się kolejny pan, więc mogliby siedzieć razem, lecz w takim wypadku trzeba znaleźć osobne miejsce dla dziewczyny. Choć wydaje mi się, że tej łamigłówki nie da się rozwiązać i wchodzący oraz wychodzący naprędce pasażerowie robią to bez ładu i składu, po chwili wszyscy siedzą jak przystoi i odjeżdżamy.

Na bezdrożach, na których nie ma transportu publicznego, potencjalną taksówką jest każdy przejeżdżający samochód; nie trzeba nawet machać, bo wielu kierowców na widok pieszego zatrzymuje się samych. Przyjętą stawką jest równowartość biletu na takim samym dystansie, ale od turystów często nikt nie chce żadnych pieniędzy. Jechałam na pace z sadzonkami, kozami, pomidorami, mąką i cysterną na wodę. Gnałam przez wąwozy z szalonym Beduinem wyprzedzającym na górskiej serpentynie na podwójnej ciągłej i krzyczącym na tego z przeciwka, że uciekł na pobocze dopiero w ostatniej chwili. Wlokłam się pod górę rzężącą ciężarówką wyciągającą 10-20 km na godz.: jej kierowca w jednej ręce trzymał papierosa, drugą nalewał herbaty z podręcznego czajniczka, a w chwilach fantazji dodawał gazu, żeby zrównać się z innym pojazdem i pogadać z jego kierowcą przez otwarte okno. Raczej nie groziło nam niebezpieczeństwo ani mandat: nieliczne znaki ostrzegały: "Uwaga na przechodzące wielbłądy", a policjanci modlili się właśnie na rozłożonym na poboczu dywaniku. Jednak droga z Wadi Musa (to miejscowość wypadowa do Petry) do kamiennej wioski Dana, która przycupnęła na zboczu majestatycznego wąwozu o tej samej nazwie, przerosła wszystkie moje oczekiwania. Za rozwidleniem, do którego dojeżdżają autobusy, zaczynała się słynna Kings Highway wiodąca przez pustkowia wokół Morza Martwego. Jak okiem sięgnąć, nie było nic z wyjątkiem jednego stada kóz i jednego niepozornego budynku. Kiedy do niego doszłam, stojący przed bramą mężczyzna zapytał: - Herbaty? Kawy?

Budynek był stacją nadawczą jordańskiego radia, a dyżurujący w nim pracownicy natychmiast podali śniadanie: ciepły chleb i miseczki z jogurtem, oliwą, pastą fasolową i za'atarem (popularna na Bliskim Wschodzie przyprawa na bazie tymianku i sezamu), w których go maczaliśmy. Rozmowa toczyła się po rosyjsku, ponieważ jeden z inżynierów niegdyś studiował w Odessie.

Kiedy przed wyjazdem czytałam relacje z podróży po Jordanii, zauważyłam, że niemal wszyscy do jej opisu używali słów: "ciepła" i "gościnna". Każdy kolejny dzień potwierdzał, że mieli rację: wciąż ktoś mnie zapraszał na herbatę, nadkładał drogi, żeby dowieźć na miejsce albo dzwonił po znajomych, aby znaleźć hotel. Sprzedawca kawy, wędrujący po ulicach z wózkiem i potężnym termosem, dawał mi ją za darmo, a strażnik w kasie muzeum na odludziu, zagadnięty o bilet, machał ręką, pokazując, żeby nie zadawać głupich pytań, tylko wchodzić. No i Beduini z Wadi Rum: gdy po pamiętnym wieczorze z kuzynami rozchodziliśmy się do swoich namiotów i jaskiń, najzwyczajniej w świecie zaprosili: "Chcecie, zostańcie dłużej. Nie trzeba pieniędzy".

Zamek Heroda Zamek Heroda fot. DanielW/Shutterstock

Dobroczynna czarna breja

Za Daną krajobraz wyraźnie się zmienia: jest coraz więcej drzew, a w niektórych dolinach płynie nawet trochę wody, nad którą miejscowe rodziny rozkładają się z piknikami. W piątki, które w islamie są dniami świątecznymi, na poboczach i polach wzdłuż podmiejskich dróg roi się od ludzi, a w powietrzu unoszą się chmury dymu z grillów i ognisk.

W tej okolicy znajdują się słynne zamki krzyżowców; najbardziej znany jest Karak - najpotężniejsza rycerska twierdza na południe od Turcji, zbudowana w połowie XII w. na rozkaz króla Baldwina. Kiedy do niej dotarłam krętymi uliczkami prowadzącymi przez hałaśliwe miasteczko, zdziwiłam się, czemu okrzyknięto ją tak imponującą - komnaty, mury i podziemne korytarze nie różniły się zbytnio od zamczysk w Polsce. Potęgę Karaku widać dopiero z oddali, z drogi wiodącej na północ: zamek zbudowany na trójkątnym plateau o stromych zboczach, otoczony rozległymi dolinami, obejmuje długimi murami jak mackami prawie całe współczesne miasto. Teraz rozumiem, dlaczego armia Saladyna zdobywała go aż osiem miesięcy.

Z daleka widać też ruiny zamku Heroda: skaliste pustkowie między słynącym z mozaik miastem Madaba a Morzem Martwym zajmują tarasowe pagórki ze zboczami pełnymi jaskiń mieszkalnych. Ze ściętego stożka na najbardziej imponującym wyrasta kilka kolumn - tyle zostało z fortecy Macheront.

podróże, azja, Życie pustyni: podróż do Jordanii, Zamek Herodafot. DanielW/Shutterstock

- Tylko niech ci nie przyjdzie do głowy schodzić drugą stroną nad morze - ostrzega strażnik z policji turystycznej, przybierając groźną minę. Nie chodzi jednak o bliską granicę z Izraelem - to z jej powodu check pointy są tu na każdym kroku - tylko o stromizny i kamienne osuwiska. Wspinam się więc drogą trawersującą zbocze; kiedy punkt kontrolny znika za zakrętem, wokół nie widać żywego ducha, choć wiem, że gdzieś tutaj są ludzie, bo z oddali słyszę znajomą beduińską melodię. Na górze jest upalnie, powietrze drży, a nad Morzem Martwym unosi się biała mgiełka, przez którą krajobraz na drugim brzegu - już w Izraelu - wygląda jak filmowa fatamorgana. To w tym miejscu zauroczony tańcem Salome Herod Antipas podał jej na tacy głowę Jana Chrzciciela.

podróże, azja, Życie pustyni: podróż do Jordanii, Morze Martwe fot. Anton_Ivanov/Shutterstock

Przede mną przygoda z Morzem Martwym, czyli najniżej położonym (lustro wody znajduje się 410 metrów poniżej poziomu morza) i najbardziej zasolonym (w każdym litrze jest 320 gram soli i minerałów) zbiornikiem wodnym świata. Wiem już o nim co nieco: na stromych, spieczonych na ostry kolor pomarańczowy klifach znajduje się jeden z najlepszych punktów widokowych - Panorama Dead Sea Complex - a w nim niewielka, ale bardzo pouczająca ekspozycja. Wbrew nazwie morze wcale nie jest martwe: żyje w nim jedna bakteria, której kolonie można poznać po czerwonawym kolorze wody. Morze Martwe za to znika, i to w zastraszającym tempie: w 1900 r. miało 950 km kw., sto lat później - 600 km kw. w dwóch kawałkach, ponieważ w tym czasie się rozpadło, a jeśli nic się nie zmieni i jedyna zasilająca go woda z rzeki Jordan nadal będzie pompowana w pola i fabryki, za cztery stulecia zostanie z niego trzecia część dzisiejszej powierzchni. Ponieważ brzegi się cofają, w miejscu, gdzie kiedyś była woda, teraz jest spękany ląd, poznaczony głębokimi nawet na 25 metrów lejami - ziemia się zapada, bo ciężka sól "ciągnie" do dołu.

Teoretycznie do morza można wejść wszędzie, ale w praktyce jest to niewykonalne: wiele miejsc jest niedostępnych, a na dzikich plażach zdarzają się niebezpieczne zapadliska - podobno niektórych wędrowców nigdy nie odnaleziono. Niebezpieczeństwem numer 2 jest brak prysznica: nieopłukanie się po wyjściu z wody to szaleństwo.

Wzdłuż drogi wiodącej do Ammanu rozłożyły się więc jedna za drugą zorganizowane plaże. Ponieważ przyjechałam tu w środku tygodnia, za bramkami kręci się najwyżej kilka osób: ubrane od stóp do głów kobiety odpoczywają w cieniu parasoli, a nad brzegiem przysiadło dwóch panów w "kąpielówkach" do kolan. Kiedy schodzę w jego kierunku, mijam kolejne tabliczki ostrzegawcze: "Uwaga! Chroń oczy i usta. Staraj się pływać na plecach". Piasku praktycznie tu nie ma: plaża to lita skała kończąca się wysokim brzegiem, dno jest kamieniste, tuż przy linii wody leżą grudki soli - największe są wielkości jajka - a kiedy wchodzę do morza, czuję się, jakbym zanurzała się w ciepłej, gęstej zupie.

- Siadaj! Tylko powoli - słyszę nagle z brzegu, na którym jak spod ziemi wyrósł ratownik. No to siadam na dnie, a kiedy po kolejnym poleceniu prostuję nogi, jak piłeczkę wyrzuca mnie w górę i nagle siedzę na wodzie stabilnie tak, że mogłabym czytać książkę. Kiedy jednak fala znosi mnie ku brzegowi i próbuję zawrócić, zbyt gwałtowne machnięcie lewą ręką powodują, że prawy bok woda wyrzuca w górę, starając się chronić twarz, pogrążam się jeszcze bardziej, a kiedy woda dostaje się do oczu, wpadam w panikę. Teraz rozumiem, dlaczego przy morzu, w którym nie można utonąć, potrzebni są ratownicy.

Kiedy w końcu wracam na brzeg, ratownik znika. Wraca po kilku minutach z reklamówką pełną brei, którą wykopał z nabrzeża za skałami. Masa jest czarna, gęsta i tłusta i jak w marzeniu z dzieciństwa można się nią wysmarować od stóp do głów, a potem posiedzieć na słońcu kwadrans, aż zaschnie. Morze Martwe słynie z bogactwa dobroczynnych minerałów: w światowych SPA zabieg z błotem kosztuje fortunę, a tutaj można go zażywać, ile się chce - za darmo. Trzeba tylko trochę pokopać.

Amman Amman fot. Marzena Filipczak

Gdzie jest kawa z tamtej ulicy

Stołeczny Amman nie składa się z dzielnic, tylko ze wzgórz. Podobnie jak Rzym zbudowano go na siedmiu, ale dzisiaj zajmuje ponad 20, większość ulic rozległej metropolii pnie się więc w górę albo spada w dół. Na szczęście w Ammanie jest też zatrzęsienie tanich jak barszcz taksówek, nie trzeba więc wciąż się wspinać.

- Wsiadaj w biały samochód - mówi właściciel hotelu, wręczając na wszelki wypadek karteczkę z napisaną po arabsku nazwą dworca, do którego chcę dojechać.

W przeciwieństwie do "zwykłych" taksówek w kolorze żółtym białe taksówki serwisowe (tzw. service taxi) mają numery jak autobusy i tak jak one jeżdżą po wyznaczonych trasach. Odjeżdżają oczywiście wtedy, kiedy zbierze się czterech pasażerów, a z ceną 0,40 dinara (ok. 2 zł) są chyba najtańszymi taksówkami świata.

W porównaniu z innymi miastami Orientu - choćby Stambułem, Damaszkiem czy Marrakeszem - Amman nie jest imponujący. Jest za to świetnym punktem wypadowym do doliny Jordanu, najbliższych zamków na pustyni czy Dżeraszu, czyli jednego z najlepiej zachowanych miast rzymskich poza Włochami. Potężny łuk wejściowy, główna ulica otoczona 500 kolumnami i ruiny starożytnych świątyń na tle bloków współczesnego miasta robią wrażenie nawet na tych, którzy nie przypadają za zabytkami.

W jednym Amman nie odbiega od wschodnich metropolii - w bazarach. Ulokowane wzdłuż ciasnych ulic suki zajmują spory kawał starej części miasta, a na kolejnych stoiskach piętrzą się góry bakalii, faszerowanych oliwek, marynowanych warzyw i worki przypraw. Nie mogłam się powstrzymać i kupiłam kilka takich worków. W największym była kawa, którą właściciel sklepiku na uboczu najpierw przy mnie wypalił, a potem zmielił z dodatkiem kardamonu. Pachniała dokładnie jak ta, którą serwują co krok na jordańskich ulicach. Kiedy jednak przyjechałam do domu i zachwycona, postanowiłam ją zaparzyć, mimo kilku prób nie umiałam uzyskać tamtego smaku ani aromatu.

Nie ma rady, trzeba będzie wrócić.

Jordania Jordania rys. Pjasha/Shutterstock

Informacje praktyczne

Kiedy jechać

Najlepszą porą na odwiedzenie Jordanii jest okres od marca do maja. W lecie temperatura bywa zabójcza. Można jechać również w terminie wrzesień-luty, kiedy pogoda jest dość dobra, a ceny niższe. Jednak uwaga: noce na pustyni bywają wówczas lodowate, zimą w górach może leżeć śnieg, niebezpieczne są również wędrówki po dolinach (wadi), które po opadach mogą się nagle zamienić w rwące potoki. Część szlaków w rezerwacie Dana i dolinie Mudżib jest zamknięta od listopada do połowy marca.

Jak dojechać

Ceny regularne za połączenie Warszawa-Amman - ok. 1500 zł (np. Turkish Airlines, Emirates Airlines, Alitalia, Lufthansa). Można również lecieć LOT-em do Tel Awiwu (w promocji ok. 600 zł) i dalej pojechać autobusem - czas przejazdu z Tel Awiwu albo Jerozolimy do przejścia Eilat/Akaba wynosi ok. 4 godz.

Wizy

Wiza jednokrotnego wjazdu kosztuje 20 dinarów i można ją dostać na każdym przejściu z wyjątkiem przejścia na moście króla Husajna na drodze z Tel   Awiwu/Jerozolimy do Ammanu. W Akabie, która znajduje się w specjalnej strefie ekonomicznej, można dostać za darmo wizę (tzw. ASEZ visa) pozwalającą podróżować po całym kraju. Opłata wyjazdowa z Jordanii przez przejścia lądowe i morskie wynosi 8 dinarów. Najbliższa ambasada Jordanii jest w Berlinie.

Przejazd przez Izrael: po kilku latach przerwy służby graniczne na prośbę wydają "karteczki", czyli osobne wydruki z miejscem na stemple wjazdowe i wyjazdowe (izraelski stempel w paszporcie uniemożliwia wjazd do wielu krajów muzułmańskich). Opłata wyjazdowa z Izraela wynosi 25 euro.

Pieniądze

Walutą Jordanii jest dinar (1 JOD = 4,5 PLN), po arab. jaydee (czyt. dżejdi - znajomość tego słówka bardzo ułatwia życie), podzielony na 100 piastrów, nazywanych czasem kirszami, albo 1000 filów. Używane monety to piastry (np. 5, 10 piastrów) i części dinara (np. ćwierć dinara), ale końcówki cen zwykle podawane są w filach. Oznacza to, że za towar oznaczony ceną "0,750" faktycznie trzeba zapłacić 75 piastrów.

Ceny

Z wyjątkiem cen wstępu/wycieczek Jordania jest stosunkowo tanim krajem. Dwuosobowy pokój w hotelu klasy turystycznej kosztuje 15-25 dinarów; nocleg z dwoma posiłkami w rezerwacie Dana - 15 dinarów od osoby; w pustynnym obozie Beduinów (również z posiłkami) - 30 dinarów od osoby; 5-godzinna wycieczka dżipem po pustyni - 73 dinary (za dżip dla maksymalnie 6 osób); wynajęcie wielbłąda - 30 dinarów za dzień (ale trzeba też opłacić wielbłąda dla przewodnika); wstęp do Petry - 50/55/60 dinarów odpowiednio za bilet jedno-/dwu-/trzydniowy (warto zostać dwa dni); wstęp do Dżeraszu - 8 dinarów.

Najtańszą plażą przy Morzu Martwym jest Amman Beach - 11-16 dinarów, inne - zwykle od 20 dinarów, wejście do niedalekiego kompleksu gorących źródeł Ma'in - 15 dinarów.

Pozostałe ceny: piwo - 5 dinarów, dobre miejscowe wino - 8-10 dinarów, duża woda - 0,30 dinara, kawa na ulicy - 0,30-0,50 dinara; posiłek w lokalnej restauracji (standardowo zestaw: hummus, pasta fasolowa, falafel, chleb, herbata) - ok. 2 dinary; mansaf w restauracji - 3-4 dinary; kilogram świeżych daktyli - 1 dinar; świeżo wyciskany sok z trzciny cukrowej - 0,50 dinara; autobusy - ok. 1 dinar za 50 km.

Wino z góry Mojżesza

W kwestii alkoholu muzułmańska Jordania jest dość liberalna: nie ma picia z filiżanek, licencjonowanych barów w hotelach dla zachodnich gości, a sami jej mieszkańcy, zapytani ze zdziwieniem: "To wam wolno pić?", odpowiadają: "Jesteśmy wolnymi ludźmi".

W miastach, w których nie ma oficjalnych sklepów z alkoholem, każdy zaczepiony mieszkaniec bez konspiracyjnego uśmiechu wskaże "sklep" nieoficjalny - zwykle w hotelu albo restauracji. W monopolowych półki uginają się od whisky, piwa i wina - także jordańskiego. Mnie sprzedawca polecił "Mt Nebo" - nazwane tak od leżącej w Jordanii biblijnej góry, z której Mojżesz miał zobaczyć ziemię obiecaną. Rzeczywiście - było dobre.

Więcej o: