Podróże: duży, większy, Teksas

Teksas jest taki, jak opisał go Jimmy, barman, z którym piłem lekkie teksaskie piwo. Kiczowaty, ale niezależny i inny. Trochę jak ze sklepów z pamiątkami.
Teksas Teksas fot. Andrey Bayda/Shutterstock.com

Droga jak lotnisko, lotnisko jak miasto

Wypożyczyłem samochód i prosto z lotniska w Dallas pojechałem na koncert największego obrońcy prawa do posiadania broni w całych Stanach Zjednoczonych: Teda Nugenta. Spieszyło mi się, bo miałem być w Teksasie tylko kilka dni. A bardzo chciałem zobaczyć, jak przy dźwiękach rocka i country bawią się ci, którzy wierzą, że żyją w odrębnym kraju, który rządzi się swoimi prawami.

To była moja ósma wizyta w Stanach, ale najkrótsza. Wcześniej zjeździłem wschodnie i zachodnie wybrzeże, dobrze poznałem Seattle, San Francisco, Los Angeles i Nowy Jork. A o Teksasie słyszałem tylko, że jest inny: większy niż wszystko, jeszcze bardziej niezależny, trochę zadziorny i przebogaty. Kilka dni przed wyjazdem usłyszałem w radiowej Trójce, w relacji Marka Wałkuskiego, który jest moim amerykańskim autorytetem, że Teksas to taka Katalonia albo Szkocja Stanów Zjednoczonych: spory odsetek marzy, żeby odłączyć się od federacji i zacząć żyć na własny rachunek, jak w połowie XIX w. (Teksas był wtedy przez dekadę samodzielną republiką). No i broń. Słyszałem, że sklepy z nią są wszędzie, że są tacy, którzy chodzą z koltami na co dzień. Teksas wydawał mi się groźniejszy i mniej przyjazny niż reszta kraju. Uprzedzając nieco fakty: zdziwiłem się.

Sprzed wyjścia z terminalu lotniska niewielki busik zabrał mnie do odległego o kilka mil centrum wypożyczania samochodów. Oczywiście w granicach lotniska wielkości połowy Warszawy. Biura wypożyczalni samochodów mieszczą się w budynku, tak na oko wielkości połowy Galerii Mokotów. To był pierwszy znak, że ogrom wszystkiego będzie mnie w Teksasie przytłaczał wielokrotnie.

Jak zawsze po przylocie chciałem pojechać do nocnego spożywczaka 7-Eleven, żeby kupić sobie do picia coś, czego nie ma w Polsce (klasyczna zabawa podczas wizyt w USA) - bezcukrowy Dr Pepper albo jeden z kilkudziesięciu rodzajów energetyka Monster (u nas są cztery). Sama droga z lotniska do najbliższego siedliska to było jakieś 5-6 mil, cały czas po bezdrożach. Nawet nie byłem sobie w stanie wyobrazić, co robi tu człowiek, który nie ma samochodu. Tym bardziej że przez te kilka dni w Teksasie nie widziałem nawet śladu komunikacji miejskiej!

Z Dallas pojechałem do sąsiedniego Fort Worth, tworzącego z miastem, w którym zastrzelono Kennedy'ego, aglomerację. Tam - w największym na świecie honky tonk o nazwie Billy Bob's Texas, barze country będącym jednocześnie restauracją i salą koncertową na kilka tysięcy osób - miał wystąpić stary wyga z Detroit, Ted Nugent. Koleś jest rockmanem z krwi i kości, ma 62 lata i kochają go wyborcy Partii Republikańskiej. Broni prawa do posiadania broni, tradycyjnych wartości, nosi kapelusz, chętnie udziela wywiadów, w których bardzo radykalnie - nawet jak na Stany - napada na Baracka Obamę i "socjalistów" z Partii Demokratycznej.

Jechałem autostradą, która miejscami miała po osiem pasów w jedną stronę. Sąsiednie miasto okazało się odległą o 40 mil metropolią. Przez całą drogę widziałem tereny pełne stojących w polu biurowców, poprzeplatane z suburbiami. Trochę jak zmultiplikowany Służewiec przemysłowy, żeby pozostać w okolicy GalMoku. Biurowce. Osiedla. Biurowce. Osiedla. I tak w kółko.

Teksas Teksas fot. Daryl Lang/Shutterstock.com

Łódzkie, Teksas, dwa bratanki

Ponieważ to była kolejna podróż do Stanów Zjednoczonych, nie spodziewałem się, że cokolwiek będzie mnie w stanie zaskoczyć. A jednak! Teksas - z jego ogromem, pogodą (gorąco), językiem, kuchnią, poglądami jego mieszkańców - ma się do takiego San Francisco, Nowego Jorku albo Seattle, jak Grecja do Niemiec na Starym Kontynencie. Teksas to nie tylko stan umysłu, co przejawia się w specyficznym połączeniu tolerancji (bądź, jaki chcesz, bylebyś nie mówił mi, jaki ja mam być) z agresją (chociaż lepszym słowem jest krewkość, Teksańczycy są krewcy: przyjaźni, ale łatwo ich wkurzyć). To także całkowicie inne zabudowania w wielkich miastach i małych wioskach, do którego trzeba przywyknąć.

Co jakiś czas, już w Fort Worth, szukając mojego adresu, zatrzymywałem się na papierosa (w autach z wypożyczalni nie można palić). Był późny wieczór, ścisłe centrum prawie milionowego miasta, a ja nie mogłem się powstrzymać od absurdalnego wspomnienia. Kiedyś byłem jesiennym wieczorem w miejscowości Warta w województwie łódzkim (3400 mieszkańców). Wieczorem miasteczko sprawiało wrażenie kompletnie wymarłego. Ani jednej osoby na ulicach, wszyscy pochowani w domach. Tylko w jednym miejscu grupka młodych mężczyzn gadała, stojąc z puszkami piwa w dłoniach. W Fort Worth wyglądało to podobnie. Ulice puste, chodniki puste, paru bezdomnych kłócących się w okolicy McDonalda. Fort Worth i Warta powinny być miastami partnerskimi!

Bez samochodu ani rusz

W końcu jednak udało się dotrzeć do Billy Bob's Texas. No i wówczas okazało się, jak się sprawy mają. Teksańczycy nie włóczą się po mieście, bo miasto nie ma im nic do zaoferowania w ciągu dnia. W centrum są biurowce, knajpek praktycznie żadnych. Tu się pracuje, a po pracy ucieka do domu. Dopiero wieczorem wsiada się w auto i jedzie: na kolację do centrum handlowego, do honky tonk na koncert, do znajomego na piwo. Ale żeby pospacerować? To nie jest Wiedeń, Praga, Toledo. Nie ma uliczek, nie ma kawiarenek. One są umiejscowione w minicentrach handlowych, które znajdują się w każdej dzielnicy. Potrzebne jest auto, wcześniejszy research, bo z ulicy nie trafi się nigdzie i zmarnuje masę czasu na bezproduktywną, samochodową włóczęgę.

Jeszcze jedno zaskoczenie: w Teksasie - jako turysta - nie zdziałasz niczego bez pieniędzy. W Warszawie, Poznaniu, Wrocławiu kupujesz piwo i możesz się z nim i znajomymi godzinami włóczyć po mieście. To samo w Nowym Jorku czy San Francisco. Większość miast świata ma to do siebie: w Europie są jakieś starówki, a po drugiej stronie Atlantyku dzielnice z knajpkami, parkami, sklepami. Nie w Teksasie: tutaj dojeżdżasz do konkretnego miejsca - restauracji, baru, centrum handlowego - i musisz w nim zostać, najlepiej przy stoliku, z tym samym piwem w ręku.

Ted Nugget Ted Nugget fot. Daryl Lang/Shutterstock.com

Giwery i barbecue

Na koncercie spodziewałem się zobaczyć ludzi starszych, rówieśników Teda Nugenta. Kowbojów w kapeluszach, teksańskich naf-ciarzy, których widziałem rok wcześniej w Las Vegas, z brzuchami, sygnetami na palcach, głośnych i zadziornych. Tymczasem okazało się, że ta muzyka żyje w Teksasie we wszystkich pokoleniach. Ramię w ramię bujali się obok siebie dwudziestoparolatkowie, ubrani... no może nie jak europejscy hipsterzy, ale jednak w miarę alternatywnie, ze stereotypowymi Teksańczykami - kapelusz, pas z klamrą na brzuchu, kowbojki.

Zamówiłem piwo, zagadnąłem barmana. Od słowa do słowa zaczęliśmy rozmawiać o Teksasie. Jimmy, bo tak się nazywał, powiedział to, co właśnie chłonąłem wszystkimi zmysłami: - Teksas jest trochę jak z tych sklepów z pamiątkami. Kiczowaty, ale niezależny, inny niż wszystkie stany. Wiesz, jedyny w swoim rodzaju. - Stereotypowy? - Jasne, stary. Jak będziesz wyjeżdżał, to kupisz sobie kapelusz i nalepkę, że nie dzwonimy na 911. No, ale my naprawdę nie dzwonimy.

Na wzmiankę o broni barman i przysłuchujący się rozmowie Richard wybuchają tylko śmiechem: - Gościu, za dużo internetu, za dużo internetu... Musisz zapomnieć, co czytałeś, i skupić się na tym, żeby coś zobaczyć na własne oczy. Tak, mamy strzelby. Tak, umawiamy się na barbecue. Chodzimy do sklepów po amunicję, znamy temat. Ale to nie jest coś, co zaprząta nam głowę. To jest sprawa mediów, CNN i Fox, a nie nasza. Ja mam inne problemy, moja mama jest chora, dzieci chcą studiować. Muszę pracować, żeby na to zarobić. A broń jest jak grzebień, duperela.

Kupiłem to tłumaczenie, ale próbowałem drążyć: - Wiesz, jestem z Europy, u nas tego nie ma.

- Kumam, ale musisz wiedzieć, że broń jest tematem, którego nie poruszamy zbyt często. Właściwie tylko jak rozmawia się z kimś z daleka. Coś jak w Utah. Wiesz, tam mieszkają mormoni, dużo mormonów. Ludzie z zewnątrz pytają tych w Utah, jacy oni są, a oni nie wiedzą, co odpowiedzieć, bo żyją z nimi od stu lat. U nas żyjemy z bronią od zawsze, przywykliśmy - wyjaśnił Jimmy.

Ted Nugent kończy występ, większość publiki jest na lekkim rauszu. Piwo w Teksasie jest lekkie, ale wlanie w siebie kilku kufli robi swoje.

Baczność! Policja!

Tak się składa, że na drugi dzień mogę zobaczyć inną publiczność, na innym koncercie. Na stadionie Dallas Cowboys grają Soundgarden. Legenda z Seattle wreszcie się reaktywowała, nie podejrzewam ich o to, że zgromadzą taką samą grupę jak Nugent.

Spóźniam się, jest już ciemno, wszystkie miejsca parkingowe zajęte, wokół mnóstwo policji. Niby tylko kierują ruchem, ale w Stanach z policją nigdy nic nie wiadomo. Lepiej być ostrożnym. Pamiętam, jak kiedyś w Seattle pojechałem ze znajomymi na miasto. Cztery osoby w aucie, za kółkiem DRD (tak Amerykanie mówią na jelenia, który nie pije i bierze na siebie obowiązek prowadzenia samochodu - designated responsible driver). W pewnym momencie obok nas pojawiła się policja. Ja nawet nie zwróciłem uwagi na radiowóz, bo nikt z nas nie miał nic na sumieniu. Ale moich znajomych jakby poraził prąd. Kierowca zwolnił, pasażerowie z tyłu zamilkli. Byłem w szoku, zaczęli się zachowywać, jakbyśmy byli poszukiwani za rozbój z bronią w ręku. Dopiero kiedy radiowóz pojechał w swoją stronę, wszystko wróciło do normy, znów wszyscy zaczęli zachowywać się normalnie.

Pod stadionem Cowboys czarnoskórzy naganiacze krzyczeli, że mogę zaparkować u nich, dwie przecznice dalej. Wjechałem w mrok i zorientowałem się, że chyba nie powinno mnie tu być. To nie była dobra dzielnica. Rzuciłem szybkie "dziękuję" i odjechałem.

Teksas Teksas fot. American Spirit/Shutterstock.com

Dwa światy

No właśnie. Teksas jest przebogaty. Stan biznesmenów i nafciarzy. Amerykanie mówią "stare pieniądze", czyli takie od pokoleń. Nie od kilkuset lat, jak w Europie, ale też nie od kilku, jak w Kalifornii, gdzie ludzie szybko dochodzą do ogromnych fortun, inwestując w nowe technologie, show biznes, internet.

W Teksasie bogactwo i bieda są od siebie odcięte, nie przenikają się i nie dostrzegają. Pojechałem do dzielnicy bogaczy w Dallas. Imponujące domy, przypominające te z kinowych filmów. Nikt przypadkowy nie pojawia się na chodnikach, byłem chyba jedynym obcym w okolicy od tygodni. Czułem się jak intruz, który przyszedł podglądać normalne życie konserwatywnych, przebogatych ludzi.

Ceny? Pewnie po kilka milionów dolarów za posiadłość. Ale to nie wystarczy! Żeby się wprowadzić, musisz uzyskać zgodę sąsiadów. Nuworysz nie ma szans. A już głośny nuworysz, jakiś - nie daj Boże - aktor, raper, to już w ogóle nie ma o czym mówić. Żadne pieniądze nie pozwolą ci się wkupić w to towarzystwo. I odwrotnie: ta czarna dzielnica w okolicy stadionu Cowboys, te rozlatujące się domki, dzielnica czarnoskórych i Latynosów. Tutaj nie potrzeba wielkich pieniędzy, ale w to towarzystwo nikt nie chce się wkupić.

Kiedy odjeżdżałem ze złej dzielnicy, zerknąłem tylko na podwórko naganiaczy. Ogromny boombox, muzyka na cały regulator, żadnej policji. Dziewczyny tańczą do hip hopu, kręcąc tyłkami, ćwiczą. Nie za bardzo mają co innego do roboty, pobliski koncert nie ma dla nich znaczenia, ale skoro obok jest impreza, to tu musi być głośniejsza.

Soundgarden na przystawkę

Na koncercie Soundgarden publika wygląda inaczej niż na Tedzie Nugencie. Wiekowa przepaść, właściwie same dzieciaki plus ci z pokolenia 30-40, dla których zespół jest legendą. Ale już inaczej ubrani, raczej jak w casual friday w korporacji.

Soundgarden grali jak natchnieni, widziałem ich dwa miesiące wcześniej w Oświęcimiu, byli w formie. Kilkadziesiąt tysięcy Teksańczyków wsiadło po koncercie do swoich trucków z silnikami V8 i rozjechało się po knajpach. Prawdziwy entuzjazm widziałem może na kilku twarzach ludzi w moim wieku, przed 40. Reszta - miałem wrażenie - potraktowała wydarzenie jak kolejną "aktywność wieczorną", czyli zwyczajnie, na zasadzie "coś się dzieje, trzeba iść", a nie koncert, na który czeka się miesiącami.

Po koncercie szukam miejsca na kolację. Coś lekkiego, nie fast food. Zaczepiam chłopaków, pytam, gdzie można zjeść. - Bracie, dobre miejsca są tu i tu - koleś wskazuje mi miejsce na mapie. Okazuje się, że do przejechania jest co najmniej 5 mil, trzeba wjechać na autostradę, a później z niej zjechać właściwym zjazdem. Nie ma żarcia w okolicy, chyba że mowa o szybkim żarciu, którego akurat dziś chcę uniknąć. Wsiadam w auto i wspominam koncerty na Narodowym w Warszawie, w Łodzi w Atlas Arenie, w innych miejscach w Europie, gdzie życie toczy się w okolicy tych miejsc i blisko są restauracje, bary, knajpy. Tutaj jest inaczej: musisz najpierw dokładnie wiedzieć, czego chcesz, potem jechać do tego miejsca i w nim zostać. Żadnego włóczenia się i przypadkowości. Lokalsi korzystają głównie ze wskazań znajomych albo z internetu (Tripadvisor, Dmagazine, Urbanspoon). Ja dojechałem do dzielnicy fabrycznej, przerobionej na knajpianą. Ale to też nie było rozrywkowe zagłębie. Cztery, może pięć restauracji, jedna obok drugiej. Miejsce z potencjałem, lecz musiałoby tu otworzyć knajpiany biznes jeszcze co najmniej kilkanaście osób.

North Franklin Mountain, in El Paso, Texas North Franklin Mountain, in El Paso, Texas North Franklin Mountain, in El Paso, Texas, fot. Brian Stansberry / Wikimedia Commons

Droga, rancza i country

Następnego dnia wyjeżdżam z Frot Worth do Waco. Warto się rozejrzeć po okolicy. Mam jakieś 200 mil do przejechania, ale nie autostradą, tylko bocznymi drogami. Autostrady wszędzie wyglądają identycznie, jeśli komuś się nie spieszy, lepiej zjechać. Będzie wolniej, ale kilka miejscowości od Dallas już mogę oglądać rancza. Finezyjne bramy to właściwie jedyne, co widać, ludzie nie zamykają się, ale przestrzenie, jakie mają do dyspozycji, i tak sprawiają, że ich domostw tak naprawdę nie widać. Krajobraz westernowy, jeśli komuś taki nie odpowiada, naprawdę lepiej, żeby się w te rejony nie zapuszczał. Teksas nie jest przyjazny jak Kalifornia, Waszyngton czy Oregon. Nie jest łatwo zjechać i po prostu zachwycić się krajobrazem, bo w tych okolicach wszędzie jest podobny, dość monotonny. W okolicach Seattle każdy zjazd z autostrady kierował do niesamowicie pięknego lasu albo małej, przytulnej miejscowości. W Teksasie nie: tu krajobraz jest wszędzie taki sam.

Za to nie ma lepszego miejsca dla tych, którzy zwyczajnie kochają drogę. Mijają mnie motocykliści, ja sam nie naciskam gazu ponad normę (75 mil/h na autostradzie, 60-65 mil/h na drogach lokalnych), słucham country w radiu i wszystko jest OK.

Turysta znaczy dziwak

Po drodze miejscowości jak z westernów. Główna droga, kościół, kilka przecznic. Jak miasteczko większe, ma kilka sklepów plus lepszą restaurację i jakiś fast food, jak mniejsze - jedynie dwa, trzy sklepy. Jest niemiłosiernie gorąco, wysiadanie z auta jest odpoczynkiem od klimatyzacji, a wsiadanie ucieczką od upału. Turysta, który siada sobie na ławce, natychmiast wzbudza zainteresowanie. Jeśli tylko ktoś przechodzi, natychmiast wypytuje: skąd, dokąd, po co, dlaczego. Niby tradycyjnie życzliwe pytania, ale z drugiej strony podszyte ciekawością, która ma zapewnić bezpieczeństwo. Aha, turysta, siedzi sobie, nie stanowi zagrożenia, jest w porządku.

Teksańczycy nie należą do strachliwych, są nawet dość buńczuczni. Ale wolą wiedzieć, co i jak. Richard Rawlings z Gas Monkey Garage, z którym ucinam sobie później pogawędkę, mówi, że to naturalne, takie pomieszanie ciekawości z rezerwą, typowe dla amerykańskiej prowincji. - Wiesz, Amerykanie, którzy kochają podróżować, raczej nie zapuszczają się w rejony, które nie są głównymi szlakami. Jak chcą jechać do Vegas, lecą do Vegas, jak do Nowego Jorku, to do Nowego Jorku. Między miastami przemieszczają się najkrótszą drogą, czyli autostradą. Jeśli ktoś jedzie inaczej i nagle pojawia się w miejscowości, do której nikt nigdy nie zagląda, budzi podejrzenia.

Wjeżdżam na autostradę i już w okolicach Waco po raz kolejny po drodze widzę kościół. Świątynia jest nowoczesna i ogromna. Parking opustoszały, nic dziwnego, jest środek dnia w środku tygodnia. Okazuje się, że właśnie w ten sposób wyglądają świątynie w okolicach większych miast. Nie te małe kościółki jak z filmów, ale nowe, wielkie. Należą do katolików, zielonoświątkowców, adwentystów i setki innych wyznań. Ogromem przypominają europejskie sanktuaria. Nie są to świątynie, do których się chodzi, ale takie, do których się jedzie samochodem. Jak wszędzie w Teksasie.

Houston - największa aglomeracja w Teksasie, fot. Henry Han / Wikimedia Commons Houston - największa aglomeracja w Teksasie, fot. Henry Han / Wikimedia Commons Houston - największa aglomeracja w Teksasie, fot. Henry Han / Wikimedia Commons

Żelastwo jak żelastwo

No właśnie, a broń? Nigdzie jej nie ma. Gdzie ci wszyscy krwiożerczy tubylcy, którzy mają prawo do kupowania, noszenia i strzelania? Cała rzecz polega na tym, że sklepy z bronią i amunicją mieszczą się - choć nie muszą - na uboczu. I jest ich niezwykle mało. Są za to duże. Mieszkańców Teksasu naprawdę wszystko to mało interesuje. Kto chce postrzelać, robi zakupy, jedzie na strzelnicę na odludziu i wespół z tymi, którzy mają podobne hobby, strzela. Ale żeby ktoś o tym chciał gadać?

Jeździłem po przedmieściach w poszukiwaniu takiego sklepu. Pytałem, narażając się zresztą na pytające spojrzenia (musiałem wyjaśniać, że turysta, że z Europy, co w żadnym stopniu nie łagodziło zdziwienia). Wreszcie znalazłem. Wszedłem, popatrzyłem na masę tego żelastwa, wyszedłem. Dla kogoś takiego jak ja, czyli ignoranta, który nawet w wojsku nie był, to obrazek jak z programu na Discovery o dinozaurach: fajny, ale surrealistyczny. Utwierdzający w poglądzie, że naprawdę broń nie jest w Teksasie najważniejsza.

Dla Europejczyka Stany są zaskakujące i dziwne. Dla Amerykanów zaskakujący i dziwny jest Teksas.

W 1992 r. musiał zapłacić odszkodowanie, gdy o aktywistce Fund for Animals powiedział: "Kto chciałby zatłuc fokę, gdy może zatłuc Heidi Prescott?". W 2012 r. po jego uwadze, że wyborcy powinni "odciąć Demokratom głowy" w wyborach, do jego domu zapukali agenci Secret Service.

Już na lotnisku usłyszysz: Are you gonna watch the game? Futbol, kosz - do wyboru, do koloru.

To tam na przełomie lat 80. i 90. David Koresh na ranczo Mont Caramel Center rządził sektą Gałąź Dawidowa. Kiedy w 1993 r. FBI postanowiło aresztować psychopatycznego pseudomesjasza, zginęło ponad 70 osób, w tym czterech agentów federalnych.

Teksańczycy o broni nie gadają. Broń po prostu jest, jak grzebień. A kto by rozmawiał o grzebieniu?

Więcej o:
Komentarze (3)
Podróże: duży, większy, Teksas
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • ref-lex

    0

    jan.go Masz fantazje, ale bredzisz po polsku - mozna od razu wyczuc klamstwo. Dla nich bylbys zeszlorocznyjm sniegiem, Polakiem z zadupia swiata. Gdyby z jakis powodow chcieli Ci zniszcyc opone zrobili by to nie schylajac sie....z magnum 44. Raczej daliby Ci 10 min na znikniecie za horyzontem.

  • jan.go

    Oceniono 4 razy 0

    Bardzo życzliwi Opony nam przebili jak dowiedzieli się że z Polski i upierali się dwa lata temu że dalej jesteśmy komunistycznym krajem

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX