Podróż do Szwajcarii: i znajdź tu dziurę w całym

Jedyną wadą Szwajcarii, jedyną dziurą w tej wielkiej gomółce europejskiego kraju jest być może właśnie przesadna doskonałość. Ale ja pochodzenie mam germańskie, a serce wielkopolskie, więc w tym bezbłędnym mechanizmie czuję się wreszcie jak w domu.
1 Szwajcaria latem Szwajcaria latem Fot. Markus Buehler-Rasom / Switzerland Tourism

W Szwajcarii jak w zegarku

Pagórki Jury Berneńskiej wyglądają trochę, jakby pieczołowicie usypywał je człowiek. W sumie nic dziwnego, bo w Szwajcarii wszystko jest tak doskonale doskonałe i perfekcyjnie idealne, że nawet pejzaż alpejski sprawia wrażenie, jakby w każdym calu zaplanował go jakiś wybitny architekt krajobrazu. Już go widzę przy pracy: - To co? Zrobimy górkę? Znakomicie się komponuje. Ale jezioro trzeba w takim razie przestawić tutaj. A tam pociągniemy las, aż po dolinę. Wioska tu, wioska tam, tu miasteczko. Przez nie puśćmy rzekę, a kawałek dalej wodospad, ładnie będzie wyglądał. A pośrodku doliny postawimy... psychiatryk.

Bądźmy sprawiedliwi, ogromny, przepiękny kompleks w Bellelay to początkowo nie był szpital dla psychicznie chorych. Przez stulecia istniał tu klasztor norbertański. Całość rozbudowano w XVIII w., żeby pomieściła też ponad setkę studentów otwartego przez mnichów kolegium. Dopiero w 1899 r. lokalne władze umieściły tu klinikę i - powiedzmy sobie szczerze - w ten sposób dopełniło się przeznaczenie tego zespołu. Budynki w Bellelay wyglądają bowiem dokładnie tak, jak powinien wyglądać psychiatryk, zwłaszcza taki z powieści Stephena Kinga.

2 Szwajcaria latem Szwajcaria latem Max Schmid

Koszmarny sen De Gaulle?a

Czuję się więc trochę nieswojo, kiedy wskazówki od organizatorów BMW xDrive Challenge każą nam przy szpitalu skręcić z głównej drogi. Okazuje się jednak, że na tyłach klasztoru mieści się centrum sztuki. Nie spodziewajcie się jednak obrazów, rzeźb czy happeningów - w Szwajcarii prawdziwi artyści zajmują się produkcją nabiału. "Jak można rządzić krajem, w którym jest 246 gatunków sera?", miał skarżyć się generał de Gaulle, mówiąc o Francji. Spróbowałby przez chwilę przewodzić Szwajcarii, w której nie tylko mówi się w czterech językach (po francusku, niemiecku, włosku i retoromańsku), ale ser można kupić w aż 450 różnych odmianach. Wytwarzany w Bellelay tęte de moine (fr. głowa mnicha) nie jest tak znany, jak gruycre czy appenzeller, ale absolutnie zasługuje na to, żeby go poznać. Bardzo, bardzo, hmmm... aromatyczny, o pełnym smaku, tradycyjnie podawany jest w postaci kwiatków uformowanych z zeskrobanego plasterka. Kiedyś to strzyżenie odbywało się za pomocą zwykłego noża, aż w 1982 r. jakiś geniusz wymyślił proste narzędzie zwane girolle - rodzaj podręcznej karuzeli z ostrzem, które kręcąc się, skrobie gotowe kwiatki. Pycha!

Tam, gdzie gruchał Balzak

Ruszamy dalej. Przemykamy tylko przez Saint-Imier, słynące z wyrobu zegarków Longines, i wjeżdżamy do rozległej doliny, zwanej przez miejscowych Krainą Trzech Jezior. Zatrzymujemy się na obiad nad największym z nich, jeziorem Neuchâtel. Tu blisko dwieście lat temu miała miejsce niesamowicie romantyczna historia. W 1832 r. niejaka Ewelina Hańska, polska szlachcianka z terenów dzisiejszej Ukrainy, wysmarowała list do znanego już w całej Europie francuskiego pisarza Honoriusza Balzaka, rozpływając się nad jego twórczością. Dziś pewnie agent literacki przejąłby taką korespondencję, odpisał w jego imieniu, dziękując za zainteresowanie, i przesłał gratisowy egzemplarz najnowszej książki z autografem. Balzak przeczytał list sam, poczuł miętę do pani Eweliny i zaprosił ją na drinka lub coś w tym rodzaju. Hańska była mężatką, więc po kilku miesiącach korespondencji oświadczyła w domu, że jedzie na firmowy wyjazd integracyjny do Lwowa (mogła wymyślić inne kłamstewko, przyznajemy), a w rzeczywistości udała się właśnie do szwajcarskiego Neuchâtel, gdzie spędziła uroczo czas ze swoim nowym ukochanym. Kiedy ich przedłużony weekend się skończył, wrócili do swoich domów i przez następnych 17 lat pisali do siebie (zważcie, że nie było SMS-ów, facebookowych messengerów czy e-maili; listy szły z Polski do Francji tygodniami), aż w 1850 r., po śmierci pana Hańskiego, kochankowie mogli wreszcie złączyć się węzłem małżeńskim.

Jeśli chcecie zrobić wrażenie na swojej dziewczynie lub żonie, poszukajcie w Neuchâtel kamiennej ławy zwanej przez miejscowych "ławką Balzaka", na której kochankowie spotkali się po raz pierwszy, i tam opowiedzcie jej tę historię.

3 Whitepod, czyli zgrzebny luksus pod hasłem ekologicznego stylu życia. Znakomity pomysł na spędzenie jednej nocy. Dłużej - tylko latem, chyba że lubisz sobie pomarznąć. Whitepod, czyli zgrzebny luksus pod hasłem ekologicznego stylu życia. Znakomity pomysł na spędzenie jednej nocy. Dłużej - tylko latem, chyba że lubisz sobie pomarznąć. Fot. Markus Buehler-Rasom / Switzerland Tourism

Porno dla automaniaków

Z Neuchâtel podążamy na południe, w stronę wysokich Alp Pennińskich. Po drodze zahaczamy o ulokowane na stromej górze urocze miasteczko Rue. Jego główną atrakcją jest średniowieczny zamek. My jednak natrafiamy na garaż wypełniony po brzegi zabytkowymi samochodami.

- Chcecie wejść, chłopcy - pyta nas staruszka, kiedy widzi, jak przez przybrudzone szyby zaglądamy do środka. Ledwo chodzi, ale dzielnie kuśtyka do domu po klucz, otwiera nam drzwi i opowiada o kolekcji zgromadzonej przez jej zmarłego męża. Niezliczone fordy T, citroeny, renaulty, jakiś traktor i auto wyprodukowane prawdopodobnie w starożytnej Persji, z klaksonem uruchamianym stopą poprzez przycisk w podłodze. Potem okazuje się jeszcze, że zbieranie ciekawych aut nie skończyło się na jej mężu. Po drugiej stronie ulicy swój garaż ma ich syn. On lubuje się w nieco młodszych modelach: jest lamborghini miura sv, są dwa egzemplarze bmw m1 procar, są też dwie sztuki bmw 2002 turbo. Prawdziwe motoryzacyjne porno.

Na deser - deser, czyli ponoć najlepsze po tej stronie Alp naleśniki typu francuskiego w miejscowej knajpce. Fakt, te z czekoladą i karmelem urywają to i owo.

Z Rue dalej na południe, wzdłuż brzegów Jeziora Genewskiego, przez Montreux znane z festiwalu jazzowego, aż do Les Cerniers.

4

Mos chłopie dwo wyjścia...

Na zboczach góry nad tą wioską mieści się jeden z najbardziej niezwykłych hoteli w Europie. Whitepod to 15 dużych, pokrytych tworzywem sztucznym kapsuł, do których dotrzeć można tylko na piechotę (albo skuterem śnieżnym). Każda z nich jest osobnym domkiem, dla pary lub rodziny z dwójką dzieci - co ciekawe, łazienka w kapsułach mieści się w prostopadłościanie z drewna, a łóżko dla dzieci znajduje się na jej dachu. Wszystko pod hasłem ekologii, zrównoważonego rozwoju i minimalnego zużycia energii. Co w praktyce oznacza, że zimą pomieszczenie trzeba ogrzać niewielkim kominkiem.

Wieczorem jest w porządku - drewno znajduje się na zewnątrz domku, więc zawczasu wnoszę sobie do środka kilka solidnych polan, żeby nie musieć w bokserkach wychodzić na mróz w środku nocy. Do wieczora daję radę. Przed snem wrzucam do kominka największe bierwiono. Starcza do jakiejś czwartej. Potem mam do wyboru - albo wstaję w nocy, albo próbuję wytrwać do rana, licząc na to, że gruba kołdra ochroni mnie przed zamarznięciem. Jestem zbyt leniwy na to pierwsze. Wolę umrzeć z wychłodzenia.

Kiedy wreszcie się budzę, powieki pokrywa mi szron, a z uszu zwisają sople. Długo nie wychodzę z łóżka. Nie tylko dlatego, że w kapsule jest niemożebnie zimno. Wszystkie domki skierowane są oknami (to po prostu płachty przezroczystego plastiku) na wschód. Widok alpejskich, ostrych jak brzytwy szczytów podświetlonych od tyłu budzącym się słońcem zapiera dech w piersiach. W końcu jednak trzeba wysunąć się spod kołdry. Na szczęście w łazience nie obowiązuje radykalna ekologia i woda pod prysznicem jest gorąca.

Jeśli lubicie marznąć w nocy, koszt najtańszej kapsuły to jedyne 340 franków szwajcarskich za noc (ok. 1300 zł). Ale lepiej się spieszyć, większość noclegów do końca roku jest już wykupiona.

5

Rozpierducha po Szwajcarsku

Z Les Cerniers droga prowadzi nas na północ. W parku krajobrazowym Gruycre Pays-d'Enhaut w końcu trafiamy na zaśnieżoną drogę. W końcu, bo jednym z celów naszego xDrive Challenge miało być sprawdzenie inteligentnego napędu na cztery koła BMW xDrive w różnych modelach firmy (w tym sportowym, hybrydowym BMW i8). Ale jak to zrobić w kraju, w którym wszystko jest tak idealne, że zimą wszystkie drogi są błyskawicznie odśnieżane?

Dopiero w okolicy gospody L'Atelier d'En Bas (do-sko-na-łe jedzenie!) udaje się nam znaleźć fragment wijącej się wzdłuż rzeki Sarine białej dróżki, na której testujemy napęd. Sprawdza się znakomicie, trzymając tor jazdy i płynnie reagując na ruchy kierownicą.

Trzymamy się rzeki i po niecałej godzinie docieramy do Fryburga. To jedno z tych szwajcarskich miast, które aż dyszą historią. Cała zabudowa tutejszej starówki, położonej nad rzeką, z zabytkowymi mostami, ratuszem i fortyfikacjami, dosłownie olśniewa. Co ciekawe, przed 170 laty Fryburg (i kilka innych kantonów, katolickich i przede wszystkim mocno konserwatywnych) zbuntował się przeciw władzy centralnej, co zaowocowało szwajcarską wojną domową. Jeśli określenie "szwajcarska wojna domowa" brzmi w twoich uszach, drogi czytelniku, dość zabawnie, to masz sporo racji. Całość należałoby raczej nazwać "szwajcarską sprzeczką domową", w ostateczności - "awanturą". Działania wojenne (w tym zdobycie Fryburga przez wojska generała Dufoura) trwały dokładnie 26 dni, a w ich wyniku zginęło 86 osób.

Mnie we Fryburgu zachwyciła manufaktura czekolady na jednym ze staromiejskich placyków. W dużym pomieszczeniu, przypominającym raczej kuchnię albo warsztat niż sklep, dwie panie wyrabiały praliny i tabliczki czekolady w najróżniejszych smakach. Za nadziewane likierem wiśniowym czekoladowe kule oddałbym królewnę i pół królestwa.

6 BMW i8 BMW i8 Fot. materiały prasowe BMW

Co znaczy zwieść przeciwnika

Z Fryburga jedziemy już prosto do stolicy kraju. Nie, to nie Zurych, Genewa ani Bazylea. Szwajcarzy są jednym z tych dowcipnych narodów, którzy na stolicę wybrali sobie małe, nikomu nieznane miasteczko. Lubię myśleć, że to element strategii obronnej. Gdyby np. Liechtenstein postanowił zaatakować swojego sąsiada, książę Jan Adam II z pewnością kazałby swoim generałom ruszyć prosto na stolicę. Ci poprowadziliby wojska właśnie do Zurychu albo Genewy, bo przecież nikomu nie przyszłoby do głowy, że parlament i rząd siedzą w Pałacu Federalnym w jakimś tam Bernie.

I to już koniec naszej krótkiej podróży po zachodniej Szwajcarii. Auta zostawiamy w Bernie, do Zurychu jedziemy pociągiem. Choć trofeum xDrive Challenge w końcu ląduje w naszych rękach, zostaje niedosyt. To dobrze. Lubię to. Dzięki temu zawsze mam ochotę gdzieś wrócić.