Szkocja: magiczna podróż wysokoprocentowa

Chrump, chrzęk, brzdąk, tyre - powiedział do mnie mechanik w Edynburgu. Tak to w każdym razie brzmiało, zrozumiałem tylko, że mówi coś o oponie. Co? Nie miałem pojęcia. Szkocki akcent to jest jedna z nielicznych rzeczy, których w tym kraju nie da się ogarnąć na trzeźwo. Całe szczęście, że Szkoci wymyślili znakomity sposób, dzięki któremu da się ogarnąć wszystko.
Dunnotar Dunnotar Mikołaj Kirschke/Charlote Workman

Co zmieści się pod spódnicą?

Tę niesamowitą twierdzę zbudowano na wychodzącym w morze cyplu. Z trzech stron otaczają ją urwiska, z czwartej - wąski przesmyk, wzdłuż którego kiedyś biegł most. Patrząc na tę lokalizację, nie sposób uwierzyć, że ktokolwiek mógł zamek zdobyć. A jednak niektórym się udawało. Raz fortecę przejął William Wallace, przywódca powstania przeciw Anglikom, znany widzom kinowym jako Braveheart. Innym razem - angielskie wojska Olivera Cromwella. Przed tym ostatnim broniono w Dunnottar insygniów koronnych. Kiedy Anglicy dostali się do zamku, wyniosła je żona miejscowego pastora. Ponoć ukryła klejnoty pod spódnicą. Całe szczęście, że był XVII w. Żadna ze Szkotek widzianych przeze mnie w pubie nie schowałaby pod spódnicą nawet pierścionka.

Szlak Przemytników Szlak Przemytników Mikołaj Kirschke

Dlaczego gorzelnik chodził z pistoletami?

The Glenlivet, Aberlour, Tormore, Tomintoul, Glenfiddich, Macallan - jazda przez krainę zwaną Speyside przypomina spacer z wózkiem po stoisku monopolowym w dobrym supermarkecie. W żadnym innym miejscu Szkocji nie ma takiego zagęszczenia destylarni na kilometr kwadratowy jak właśnie w miejscowościach położonych wzdłuż rzeki Spey. W żadnej innej okolicy nie wytwarza się tylu doskonałych single maltów. Nic jednak dziwnego. To tutaj wszystko się zaczęło.

Konkretnie - w The Glenlivet. Nie produkcja whisky jako takiej, jej początki toną w mroku pradziejów, jeszcze przed pierwszą wzmianką w zapisanych dokumentach z 1494 r. Ale aż do XIX w. produkcja była obłożona tak wysokimi podatkami, że nikomu się nie opłacało pędzić uisge beatha (dosł. okowita, woda życia) na legalu. Sytuacja destylarni przypominała trochę to, co przez wiele lat działo się w naszym Łącku z wyrobem śliwowicy - wytwarzano gorzałkę pokątnie, oficjalnie władze ten proceder ścigały, ale też każdy wiedział, że w tej okolicy można się napić najlepszego w Szkocji trunku. Cały naród rżnął głupa do chwili, aż król Jerzy IV publicznie zażyczył sobie szklaneczkę whisky z Glenlivet. Wszyscy zbaranieli. Oprócz miejscowego farmera i stolarza George?a Smitha.

Ów wyczuł koniunkturę i błyskawicznie wystarał się o legalną licencję na pędzenie. Dla pozostałych miejscowych bimbrowników był jak kibol, który zdradza policji termin ustawki, jak gangster, który idzie na współpracę z FBI, jak konfident bezpieki. Do końca życia nie rozstawał się już z dwoma pistoletami.

Pipeta Pipeta Mikołaj Kirschke

Jak pić porządnego Single Malta?

The Glenlivet istnieje do dziś i jest najstarszą destylarnią w regionie, choć na pierwszy rzut oka wcale tak nie wygląda. To jeden z liderów produkcji, więc po licznych rozbudowach zakład ma dość przemysłowy charakter. Oprowadzał mnie po nim jeden z przewodników destylarni, David. - Byłem urzędnikiem, dziś jestem już na emeryturze - zwierzył się ("Powiedział ci, jakim urzędnikiem?", śmiała się później inna przewodniczka. "Pracował w HMRC, naszym urzędzie skarbowym. Naliczał nam podatki od każdej beczki, dzisiaj o nich opowiada").

Podczas obchodu David jest dość powściągliwy. Przyglądamy się po kolei poszczególnym etapom produkcji. Wielkim kadziom, w których słodowany jęczmień fermentuje, aż osiągnie stan zbliżony do piwa. Miedzianym alembikom, w których zacier jest dwukrotnie destylowany, dzięki czemu nabiera klarowności i mocy. Wreszcie magazynom, w których destylat leżakuje przez minimum trzy lata w dębowych beczkach, zanim będzie mógł być porozlewany do butelek i sprzedawany jako single malt Scotch whisky.

Ale kiedy zamykamy się z przewodnikiem w bibliotece i opadamy na skórzane fotele, ten człowiek się zmienia. Przed każdym z nas stoi pięć kieliszków wypełnionych różnobarwnymi trunkami i przykrytych szklanymi pokrywkami. Wygląda to tak, jakby pod wpływem aromatów wydobywających się ze szklanek po uniesieniu dekielka z Davida wydobywał się nowy David. Zaczął mówić z prawdziwą pasją. O newmaku, czyli zwykłej czystej prosto z destylacji, nieleżakowanej jeszcze w dębinie. O coraz starszych rocznikach, spoczywających w beczkach nawet przez 40 lat! O aromatycznych różnicach, które ujawniają się po dolaniu do whisky kilku kropli wody (jeśli ktoś będzie was przekonywał, że picie single malta z wodą to zbrodnia, możecie popukać się w głowę - tę whisky należy rozcieńczyć!). O odmiennym charakterze trunku starzonego w beczkach po bourbonie (czuć nuty karmelowe i waniliowe) oraz po hiszpańskiej sherry (pojawiają się rodzynki, wino, czasem nawet czekolada).

Po godzinie próbowania, smakowania, cmokania i połykania zakręciło mi się w głowie. Sam już nie wiem, czy od wyśmienitej whisky, czy od nadmiaru wiedzy. Czas przewietrzyć czaszkę.

Aberlour Aberlour Mikołaj Kirschke

Po co pagody w Szkocji?

I tu okolica Glenlivet sprawdza się doskonale, spod destylarni prowadzą bowiem trzy trasy spacerowe, zwane Szlakami Przemytników. Wybrałem najdłuższy z nich - Szlak Robbie?ego MacPhersona. Robbie był jednym z licznych w tej okolicy bimbrowników, pędzących whisky pokątnie i chowających destylat w położonych z dala od siedzib ludzkich kryjówkach. Aby uniknąć królewskich urzędników, zwanych "akcyzowcami", rozprowadzał go potem bocznymi, górskimi ścieżkami.

Teraz te ścieżki to idealna trasa na górską wędrówkę wśród torfowisk, wrzosowisk i owcowisk, prowadzącą m.in. przez Josie?s Well (źródło, z którego czerpie się wodę na The Glenlivet), lokalizację pierwszej destylarni George?a Smitha, wzgórze Carn Daimh i ruiny zamku Blairfindy. Ze szczytu wzgórza rozciąga się niezwykły widok na okolicę - jak okiem sięgnąć, nie widać żadnych śladów człowieka, jeśli nie liczyć płotów i murków rozdzielających owcze pastwiska. W takim miejscu staje się jasne, dlaczego w tej dziczy królewscy urzędnicy mieli taki problem z wyłapaniem bimbrowników.

Szlak Robbie?ego MacPhersona zatacza kółko i po 11 km wraca do destylarni The Glenlivet, ale jeśli lubisz dłuższe wędrówki, warto rozważyć marsz Speyside Way. 130-kilometrowy szlak wiedzie znad oceanu aż do serca gór Cairngorms, po drodze zahaczając o wszystkie najważniejsze w tym regionie destylarnie. Inni niech pielgrzymują do Częstochowy czy Santiago w poszukiwaniu Spiritus Sanctus, ty spędź lato na zgłębianiu Spiritus Destilatus w wersji szkockiej.

Ja całego lata nie miałem, więc nazajutrz wybrałem się jeszcze do jednej tylko miejscowej destylarni. Aberlour ma zupełnie inny klimat niż The Glenlivet. Choć założona kilkadziesiąt lat później, dziś sprawia wrażenie nieco starszej. Wszystko przez to, że nie rozrosła się do takich rozmiarów, więc niektóre budynki mają tradycyjny kształt i urokliwe drewniane drzwi malowane czerwoną farbą. Nad jednym z pomieszczeń wznosi się charakterystyczny daszek przypominający japońską pagodę - takie budowano tradycyjnie nad słodowniami. Dziś, kiedy niemal wszystkie destylarnie kupują ziarno już słodowane, te daszki nie mają żadnego uzasadnienia, ale stanowią znak rozpoznawczy single malt distilleries (tak wygląda też symbol Speyside Way).

Górska Rzeka Górska Rzeka Charlotte Workman

Dlaczego królowa nie może spać we własnym zamku?

Praca historyka bywa niebezpieczna dla zdrowia, zwłaszcza dla trzustki, zostawiam więc za plecami Speyside i ruszam do Parku Narodowego Cairngorms. To jedno z najpiękniejszych miejsc w całej Szkocji, nic więc dziwnego, że w XIX w. królowa Wiktoria z małżonkiem postanowili tu sobie wybudować letnią rezydencję. Od tego czasu rodzina królewska co roku odwiedza Szkocję. Dziś nikogo to nie zaskakuje, ale nie zawsze tak było. Bywały takie okresy, że nawet przez 150 lat żaden z brytyjskich monarchów nie zaszczycał tej krainy swoją obecnością. Z Anglii nie wychylali nosa nawet królowie z dynastii Stuartów, choć przecież była to rodzina rdzennie szkocka!

Dopiero Wiktoria i Albert poznali się na Szkocji, zakochali w tych górach (Wiktoria nawet w jednym góralu) i postawili w Balmoral nieco gargamelowy zameczek otoczony rozległą posiadłością, z lasami, jeziorami zwanymi tu lochs i dolinami zwanymi tu glens. Dziś do Balmoral co roku przybywa Elżbieta II i tysiące turystów. Latem dzielą się po połowie. Turystom przysługuje lipiec, królowej - sierpień. Bywały sytuacje, w których terminy ze sobą kolidowały. Jak przed rokiem, kiedy Elżbieta nawiedziła Szkocję już w lipcu, aby zainaugurować Igrzyska Wspólnoty Narodów w Glasgow, ale musiała spać w domku gościnnym, bo tłumy brytyjskich emerytek wciąż przewalały się po jej ogrodach.

Cała ta zabawa jest raczej dla emerytów. Ogrody i zamkowy park są ładne, ale bez przesady. Z całego zamku dla zwiedzającej stonki udostępniona jest jedynie sala balowa, w której zresztą nie można robić zdjęć.

Jeśli więc znajdziesz się w tej okolicy, lepiej podskocz do Loch Muick. To też własność królowej, jak zresztą cała okolica. Ale nad tym zachwycającym górskim jeziorem możesz sobie zrobić górską wędrówkę, spokojny spacer albo piknik, na luzie i bez monarszego zadęcia. A potem gnaj do Pitlochry, jak ja.

Leith Leith Mikolaj Kirschke

Gdzie się podziały Szkockie lasy?

Pitlochry położone u stóp Cairngorms to brama do regionu Highlands. Oraz centrum rozrywek ekstremalnych. Możesz pobawić się w paintball albo ujeżdżać quady, postrzelać do rzutek, a nawet poprosić o organizację własnych highland games. Ale najlepiej wybrać którąś z zabaw w miejscowych, mroźnych górskich rzekach i strumieniach. Ja zdecydowałem się na rafting w rzece Tummel.

Latem to najtrudniejsza z lokalnych rzek, choć spławiać się pontonami można na niej tylko w weekendy, kiedy położona wyżej tama spuszcza nadmiar wody. Ale i tak nie jest specjalnie wymagająca. Dwa progi wywołują uśmiech dobrej zabawy, tylko na jednym serce bije trochę szybciej. Ale widoki wynagradzają wszystko. Tummel wije się pośród zalesionych wzgórz, co nie jest w Szkocji takie częste. Kiedy patrzy się na łyse grzbiety szkockiego Highlandu, nie chce się wierzyć, że kiedyś niemal cały ten kraj porastały gęste puszcze. Od epoki kamienia rozpoczął się wyrąb. W ciągu tysięcy lat człowiek wyciął prawie wszystko. Dziś szacuje się, że została zaledwie jedna setna dawnej powierzchni lasów, choć kolejne hektary są zalesiane, ale bardziej w ramach produkcji drewna niż przyrody.

Ja już z przyrodą skończyłem i na zakończenie szkockiego tygodnia ruszyłem do stolicy. Edynburg to miasto, w którym można się zakochać. To nie jest tłoczna, gęsta metropolia. Liczy zaledwie pół miliona mieszkańców, jest więc dość przytulny, spokojny i wyluzowany. Ale zarazem nie ma w sobie nic z zabitej dechami dziury. Jest jednym z najważniejszych miejsc na kulturalnej mapie Zjednoczonego Królestwa. Zwłaszcza latem. Imprezy teatralne i artystyczne, w tym legendarny już festiwal Fringe, to już klasa światowa. Ja zaliczyłmem koncert Zoe Rahman Trio, jeden z punktów programu bardzo fajnego festiwalu jazzowo-bluesowego.

Edynburg ma swoje żelazne punkty turystyczne. Dominujący nad miastem zamek na wzgórzu, położona pod nim starówka z ciągiem pieszym zwanym Royal Mile, podziemne Miasto Umarłych, ulica Princes Street i sąsiadujące z nią ogrody - tam spotkasz wszystkich Japończyków, którzy akurat przyjechali do Szkocji. Jeśli masz ochotę na coś bardziej oryginalnego, przejdź się Water of Leith Walkway. Trasa spacerowa wzdłuż leniwie snującej się rzeczki prowadzi z Dean Village, dawnej wioski młynarzy, dziś urokliwego, spokojnego zakątka, aż do Leith, dzielnicy portowej ze świetnymi knajpami i zrewitalizowanymi nabrzeżami, gdzie możesz usiąść sobie nad kanałem i wychylić kilka piw. Mówiąc krótko, spędź popołudnie jak lokalsi.

Choć pogoda w Szkocji to temat rzeka, ja po kilku wizytach mam raczej mało do opowiadania. Za każdym razem właściwie przez cały czas świeciło mi słońce. Być może jest tak, że jeśli zakochasz się w Szkocji, ona ci się odwdzięczy? A ja się zakochałem już dawno. I będę wracał. Glasgow, Stirling, Perth, Loch Lomond, Loch Ness, Glencoe, Ben Nevis, Orkady - tyle jeszcze jest do oglądania...

Więcej o: