Sudety na nartach: turystyczny smakołyk

Jak kawał dobrej wołowiny otoczony jest bułą, tak Karkonosze otoczone są dwoma równie pięknymi pasmami górskimi, w które mało kto zagląda: Górami Izerskimi i maleńkimi Rudawami Janowickimi, z którymi razem tworzą Sudety Zachodnie. A może by tak ugryźć wszystko, i to w sposób niebanalny? Na przykład zimą, na nartach skitourowych?
Schronisko na Stogu Izerskim Schronisko na Stogu Izerskim fot. Rafał Król

Narty skitourowe to genialny wynalazek. Można na nich zjeżdżać tak jak na nartach zjazdowych, ale dzięki specjalnej konstrukcji butów i wiązań można również wędrować na nich po płaskim - jak na biegówkach, a nawet podchodzić pod górę po przyklejeniu tak zwanych fok. Co ciekawe, tempo podejścia jest takie same jak pieszego wędrowca, za to w dół poruszamy się błyskawicznie, ponad dziesięć razy szybciej niż piesi. Na skitourach możesz wędrować, gdzie oczy poniosą, i nie jesteś zdany na wyratrakowany "sztruks" i przygotowane trasy. A co najlepsze, niestraszne ci będą obfite opady śniegu. Każdy, kto próbował brodzić w głębokim śniegu, wie najlepiej, jaka to mordęga.

Trzeba poczekać kilka dni, aż śnieg osiądzie, zmrozi się i stwardnieje. Inaczej przejście kilku kilometrów to katorżniczy wysiłek. Na nartach skitourowych ilość śniegu nie ma znaczenia i pogoda w żaden sposób cię nie ogranicza. Dlatego z nart tego typu korzystają specjalne jednostki wojska i ratownicy górscy, którzy zimą na skitourach szybko i sprawnie docierają do poszkodowanych. Minus? Tylko taki, że musisz dobrze jeździć na nartach, bo inaczej nie poradzisz sobie poza trasą. Jeśli spełniasz ten warunek, to na skitourach będziesz w stanie pokonać Sudety Zachodnie w ciągu 3-5 dni. Dla piechura czy nawet osoby na rakietach śnieżnych to wynik nieosiągalny.

Stop, Za tym znakiem 300 metrow w dol Stop, Za tym znakiem 300 metrow w dol fot. Rafał Król

Wymyślanie trasy

Może zadasz sobie pytanie: Dopiero październik, a ja mam czytać o skitourze? Odpowiem: To odpowiedni czas, bo opracowanie własnej trasy, z pokonania której będziesz miał morze zabawy, wymaga czasu.

W moim przypadku wcale nie było łatwo zdecydować, czy wędrować od lewej do prawej, czy odwrotnie. Zaczynać w Janowicach Wielkich od Rudaw Janowickich czy w Świeradowie-Zdroju od Gór Izerskich? Oto jest pytanie!

Musisz tak zaplanować trasę, żeby mieć dużo pięknych zjazdów, a nieciekawe tereny zostawić na podejścia. Na przykład taka Przełęcz Karkonoska. Gdy wędrujesz od strony Szklarskiej Poręby, to od Śląskich Kamieni czeka cię idealny, piękny i łagodny kilkukilometrowy zjazd tuż pod schronisko Odrodzenie. Natomiast gdy wędrujesz od Karpacza, to za szczytem Smogorni masz krótki i nieciekawy zjazd, a potem od Odrodzenia - a jakże - długie, monotonne podejście do Śląskich Kamieni. W moim przypadku zadecydowały kształt Śnieżki, Przełęcz Karkonoska i...wiatr. Bo w Sudetach Zachodnich warto mieć wiatr w plecy, a nie w twarz, którą łatwo odmrozić. A często wieje tak, że trudno utrzymać się na nogach, to znaczy na nartach.

Pod Smogornia Pod Smogornia fot. Rafał Król

Górski poligon

W Sudetach Zachodnich najwyższe jest pasmo Karkonoszy z górującą nad wszystkim Śnieżką (1603 m n.p.m.). Inne szczyty tego pasma mają po 1200-1400 metrów. Góry Izerskie są właściwie płaską równiną, tyle że na dużej wysokości, a Rudawy to przy Karkonoszach tylko niewielkie kopczyki. Prawdę mówiąc, nie są to góry, przed których ogromem należy czuć respekt. Respekt trzeba czuć przed pogodą. Tutaj zimą można odmrozić palce lub nawet stracić życie znacznie łatwiej niż gdziekolwiek indziej w Polsce.

Dlaczego? Klimat jest tu surowszy niż w Tatrach i tak nieprzyjazny, że granica występowania kosodrzewiny jako górnego piętra roślinnego jest aż o 250 metrów niższa niż w najwyższych polskich górach! Już to powinno dawać do myślenia, szczególnie że chodzi o góry niższe od Tatr o niemal 1000 metrów! W Karkonoszach jako jedynym miejscu nie tylko w Polsce, ale w ogóle w całej Europie poniżej kręgu polarnego występuje klimat subpolarny. Zimą nie tylko wieje dokuczliwy wiatr, ale w powietrzu utrzymuje się wilgoć, która oblepia wszystko szadzią i szrenią, z najmniejszego nawet drzewka robiąc skutego lodem bałwana. Temperatura jest niższa niż gdzie indziej, góry często są spowite mgłą lub chmurami, rzadko jest dobra widoczność. W Górach Izerskich w zasadzie nie występuje lato (średnia temperatura lipca nie przekracza 16 st. C), a przymrozki zdarzają się nawet w środku lata. W Sudetach musisz być przygotowany na najgorsze możliwe warunki, bo tylko to zapewni ci bezpieczeństwo. Nie bez powodu to właśnie w Karkonoszach ćwiczyły jednostki Wehrmachtu, które potem były kierowane do walk w Arktyce. Po prostu Niemcy znaleźli tu warunki surowsze niż w Alpach pod Innsbruckiem.

Podczas kiepskiej pogody trzeba sie czesto zatrzymywac i sprawdzac polozenie Podczas kiepskiej pogody trzeba sie czesto zatrzymywac i sprawdzac polozenie fot. Rafał Król

Jak w alpach, najwyżej 40 litrów

Ja i moja ekipa wędrowaliśmy sposobem przyjętym i rozpowszechnionym w Alpach, czyli na lekko, od schroniska do schroniska. Sposób ma prawie same plusy i tylko jeden minus - choćby nie wiadomo co, trzeba dotrzeć do następnego schroniska. Tuż po śniadaniu w schronisku wyruszaliśmy na cały dzień wędrówki, tak aby przed zmrokiem zjechać do następnego schroniska na trasie. Tam suszyliśmy mokrą odzież oraz sprzęt (bardzo ważne jest suszenie fok, ponieważ przemoczone zaczynają się ślizgać). Potem prysznic, obiadokolacja, analiza trasy i pogody na następny dzień.

Następnego dnia śniadanie możliwie szybko i wczesne wyjście, aby nie tracić dnia. Przyjęło się, że wszystko, co zabieramy na kilkudniową wyprawę, powinno się zmieścić w plecaku o objętości 30-40 litrów. Ale nie więcej. Chodzi o to, że duże i ciężkie plecaki bardzo utrudniają jazdę i manewrowanie, zmieniają także środek ciężkości, przez co wycieczka przestaje być przyjemna i bezpieczna. Z ciężkim plecakiem nawet dobry narciarz leży jak kłoda przy zakrętach lub na oblodzonym stoku.

Podejscie ponad schroniskiem na Hali Szrenickiej Podejscie ponad schroniskiem na Hali Szrenickiej fot. Rafał Król

Trzy masywy, każdy inny

Góry Izerskie to Świeradów-Zdrój, uzdrowisko ze słynnymi na całą Europę wodami radonowymi. Jeśli masz czas, to rewelacja. My czasu nie mieliśmy. Do Świeradowa dotarliśmy przed południem i od razu ruszyliśmy w trasę - czekało nas długie i żmudne podejście do schroniska na

Stogu Izerskim. Śniegu nie było tylko na początku szlaku, ale już po kilkuset metrach założyliśmy narty z przyklejonymi fokami. Tuż nad głowami przemieszczają się wagoniki kolejki linowej. Schronisko (1060 m n.p.m.) to piękny, stary i nieco straszny niemiecki dom. Tu zostaliśmy na pierwszą noc.

Rano jesteśmy pierwsi w bufecie. Jemy i ruszamy w drogę. Trasa równa (no, prawie równa). Wędrujemy przecinkami w świerkowym lesie, aż docieramy do największej atrakcji - rezerwatu przyrody Torfowiska Doliny Izery. Ta ogromna połać bagiennych łąk znajduje się na wysokości powyżej 800 m n.p.m. i ma powierzchnię 485 hektarów po stronie polskiej i prawie drugie tyle po stronie czeskiej. Pokłady torfu narastają tu ponad 11 000 lat. Jedyne schronisko, jakie tu jest, to klimatyczna Chatka Górzystów. Nie ma prądu i wszystko jest tak, jak w schroniskach pół wieku temu. Brak prądu i sztucznego oświetlenia czyni z Izerów kolejną atrakcję - Park Ciemnego Nieba - miejsce, gdzie można obserwować więcej gwiazd niż w okolicach wielkich aglomeracji. Od tego punktu trzeba wędrować uważnie. Po pokonaniu urokliwego mostku na rzeczce kusi nas, żeby zjechać do świetnie zorganizowanej stacji górskiej Orle, gdzie czeka nawet fińska łaźnia. My jednak musimy wędrować w kierunku Polany Jakuszyckiej (częściowo po nartostradzie słynnego Biegu Piastów). Przekraczając tory nieczynnej linii kolejowej Szklarska Poręba-Praga, dojeżdżamy do asfaltowej drogi krajowej, która rozdziela Izery od Karkonoszy.

Pokonywanie strumieni Pokonywanie strumieni fot. Rafał Król

Strumień-skok-strumień

Po przekroczeniu drogi wkraczamy w góry najwyższe, ze skalnymi ostańcami o fantastycznych kształtach, których nie powstydziłby się Zbigniew Beksiński. Ale nie dojdziemy do nich szybko, czeka nas długie podejście od Jakuszyc. Zielony szlak nie jest najlepiej oznaczony, gubimy go kilka razy i walczymy z czasem.

Do kolejnego schroniska jest jeszcze kawał drogi, a słońce powoli chyli się ku zachodowi. Decydujemy się na skrócenie drogi przez las. Plus - w lesie jest dużo więcej śniegu niż na otwartym terenie. Minus - kto odepnie choć na chwilę narty, zapada się do kolan. Miejscami z trudem przedzieramy się przez chaszcze.

Najgorsze jednak są strumyki. Widać je dopiero z bliska. Wrzynają się głęboko w grunt. Przy każdym trzeba odpinać narty, i razem z plecakami przerzucać je na drugą stronę. Branie rozbiegu i skakanie w butach narciarskich też nie należą do przyjemności.

I tak strumień za strumieniem.

Tuż przed Halą Szrenicką odnajdujemy szlak. Ogromne zaniedbane gmaszysko mijamy tuż przed zmrokiem. Jeszcze tylko podejście pod Szrenicę i witają nas pierwsze formacje skalne Trzy Świnki.

Wiatr wieje coraz mocniej. Łącznikowym szlakiem oznaczonym palami docieramy do schroniska pod Łabskim Szczytem. Kierowniczka przydziela nam przytulny pokoik i gości jak zwykle pysznym jedzeniem.

Sudety to granica Polsko - Czeska Sudety to granica Polsko - Czeska fot. Rafał Król

Skok do braci czechów

Nazajutrz rano robimy sobie skok w bok. Dosłownie. Zamiast ruszać dalej przez Karkonosze, postanawiamy, że jeden dzień poświęcimy na Czechy. W ciągu pół godziny podchodzimy na grań Karkonoszy. Przechodzimy przez granicę przy kolejnej szalonej w kształcie skale, Twarożniku i przepinamy narty do zjazdu. Czeka nas 12 km łagodnego zjazdu do Harrachova, słynnego ze skoczni narciarskich i huty szkła. Zjazd wiedzie po przygotowanej trasie dla narciarzy biegowych. Po drodze mijamy całe czeskie rodziny na oldskulowych wąskich biegówkach. Zjeżdżamy wzdłuż przepięknych kaskad rzeki Mumlawy, które kończą się tuż przed Harrahovem szerokim wodospadem. W Harrachovie jest sporo miejsc, gdzie można kupić pamiątki (ręcznie rżnięte szkło), i gdzie można dobrze zjeść (miejscowego knedlika lub gulasz) i popić pysznym, miejscowym, gorzkim piwem.

Wędrówka z powrotem, czyli pod górę, pozwala jeszcze raz, tym razem wolniej, oglądać rzekę Mumlawę. Po dwóch godzinach podejścia jesteśmy na grani. Pogoda wyraźnie się psuje, podmuchy wiatru są tak silne, że trudno ustać, a świerki przygina aż do ziemi. Mimo wiatru decydujemy się podejść jeszcze dalej w kierunku Śnieżnych Kotłów, aby mieć spektakularny zjazd do schroniska. Zjazd daje nam mnóstwo frajdy, bo na przemian trafiamy na połacie puchu i wywiane twarde "deski" przewianego śniegu, na których błyskawicznie się przyspiesza. Zmęczeni, ale zadowoleni odstawiamy narty do narciarni. Czas na kolację.

Podjescie na gran Podjescie na gran fot. Rafał Król

Gdy wieje na szlaku

No i stało się. Pogoda się załamała. Co prawda świeci słońce, ale wiatr jest iście huraganowy. Do tego jest ciepły, a więc wytopi nam mnóstwo śniegu. Tego dnia trzeba sobie odpuścić wędrówkę - jeżeli przy schronisku z trudem da się ustać, to jak musi być na szlaku? Przesypiamy cały dzień. Kto nie nauczył się zabijania czasu albo nicnierobienia, potwornie się nudzi.

Kolejnego dnia wieje trochę słabiej. Martwię się o śnieg w Rudawach Janowickich. To najniższe ze wszystkich pasm, przez które planujemy wędrować w Sudetach. Po wyjściu na grań po godzinie dochodzimy do charakterystycznego budynku z wieżą i ogromnymi talerzami satelitarnymi. To stacja przekaźnikowa sygnału radiowotelewizyjnego. Stoi na skraju Śnieżnych Kotłów. Różnica wysokości do podstawy to prawie 300 metrów i przepaść z widokiem na Kotlinę Jeleniogórską robi ogromne wrażenie.

Dalej czeka nas zjazd do Czarnej Przełęczy i podejście na Czeskie (1416 m n.p.m.), a następnie na Śląskie Kamienie (1413 m n.p.m.) To formacje grzebieni skalnych, za którymi czeka nas fantastyczny zjazd do Przełęczy Karkonoskiej. Tuż za nią, po małym podejściu dochodzimy do przedwojennego schroniska Odrodzenie, dokąd zwabił nas osławiony ser prażony. Po posiłku czeka nas podejście pod Smogornię i wkurzający, nachylony szlak do pięknego skalnego ostańca Słonecznik. Tam małe opalanie i naprzód. W dole z lewej strony widać Wielki i Mały Staw i urokliwe schronisko Samotnia. Omijamy szerokim łukiem obniżenie w kierunku stawów i wchodzimy na Równię pod Śnieżką. Błyszczy w słońcu już z daleka, za to za nią grzbiet prowadzący do Przełęczy Kowarskiej i Rudaw Janowickich jest czarny. Nie ma sensu się tam pchać z nartami. Szkoda.

Zjazd wzdloz slupkow Zjazd wzdloz slupkow fot. Rafał Król

Szaleńczy zjazd do mety

Jak na złość ekipie zaczynają doskwierać kontuzje. Obtarte stopy, obolałe od butów skitourowych piszczele. Pod Śnieżkę docieramy późno. Na górę z nartami na plecach nie ma co się pchać. Zarządzam odwrót przez Karpacz. Ale od turystów dowiadujemy się, że tuż poniżej schroniska Dom Śląski śnieg się kończy. Zatem czekałoby nas kilkugodzinne zejście w butach narciarskich.

Jedyne pasmo śniegu, jakie wiedzie na dół, biegnie wzdłuż zamkniętego ze względów bezpieczeństwa wyciągu narciarskiego.

Ryzykujemy zjazd lodową rynną, która bardziej przypomina tor bobslejowy niż ski arenę. Bardzo ostrożnie, przeważnie pługiem lub zsuwając się bokiem, opuszczamy się w dół. Już prawie zmierzch. Na łagodniejszym odcinku zjeżdżamy z maksymalną prędkością, żeby zdążyć na ostatni autobus. Odpinamy narty, przeskakujemy przez bramki i po przejściu 100 metrów dochodzimy do kolejnego odcinka trasy narciarskiej. Po starym, brudnym błotnistym śniegu dojeżdżamy praktycznie na sam przystanek PKS w Karpaczu. Za 15 minut mamy autobus do Jeleniej Góry na dworzec PKP. Wszystko nas boli. Miła niespodzianka - ponieważ jest po sezonie, udaje się nam kupić kuszetki. Upycham plecak i narty i w końcu ściągam buty narciarskie. Sen przychodzi nie wiadomo kiedy. Śni mi się wędrówka po pięknych szlakach. Było warto.

Więcej o: