Podróż do Maroka. A tam: kaprawe oko na Europę, mocniejsze na Mekkę

Niby Afryka, ale tuż obok Hiszpanii. Niby nad Atlantykiem, ale i nad Morzem Śródziemnym, dolecisz tu Ryanem. Niby nikt świątobliwie nie pije, ale hasz już ludzi nie obrusza. Niby zaprasza Jennifer Lopez, ale po seksownym występie naród się bulwersuje. Choć bardzo się stara wyluzować, dla europejskiego grzesznika Maroko zawsze będzie egzotyczną przygodą. I polem ustawicznej walki o wolność turystycznego działania.
Casablanca to największe miasto kraju, 4 mln mieszkańców według Wiki, dwa razy tyle zdaniem Marokańczyków. Nad metropolią czuwa najwyższy na świecie minaret przylegający do meczetu Hassana II, trzeciego największego na świecie według Wiki, zdaniem tubylców - drugiego. Casablanca to największe miasto kraju, 4 mln mieszkańców według Wiki, dwa razy tyle zdaniem Marokańczyków. Nad metropolią czuwa najwyższy na świecie minaret przylegający do meczetu Hassana II, trzeciego największego na świecie według Wiki, zdaniem tubylców - drugiego. Fot. archiwum prywatne

Na tropie prawdy i sensu

Przed paroma wiekami król Mulaj Ismail spłodził 800 dzieci z 500 kobietami, tzw. fakt autentyczny, prawdziwy kosmos! Dziś marokańskie prawo wciąż zezwala na wielożeństwo - facet może mieć cztery żony. Ponieważ każdą musi utrzymać i zapewnić jej osobny dom, a pustynia ropą nie tryska i generalnie panuje bida, takie układy nie należą jednak do typowych. Ponoć nawet tutaj baby zaczynają władać chłopami. W Rabacie, Fezie i Casablance spędziłem półtora tygodnia, jakoś tego nie zauważyłem. Ale po kolei.

To nie końcowa scena z pokolorowanego Fot. Łukasz Figielski

Zdjęcie powyżej: To nie końcowa scena z pokolorowanego "Popiołu i diamentu", tylko garbarnia w Rabacie. Piękne kolory, straszny zapach.

Po kraju oprowadzają nas Fouad i Khalid. Mężczyźni w kwiecie wieku, dobrze znają uroki Zachodu, lecz kochają swe muzułmańskie ograniczenia. Tolerując wybryki bandy zepsutych dziennikarzoartystów ze zgniłej Polski, nie mogą się doczekać nadchodzącego ramadanu. Już tylko trzy tygodnie (czas akcji: przełom maja i czerwca) dzielą ich od odkupienia grzechów. Miesięcznego postu od świtu do zmierzchu. Zadumy w ciągłej modlitwie. Możliwości - obowiązku - podzielenia się groszem z biednymi (kiedyś wręczano pokarm, lecz mamy XXI w.). Nie potrafią mi tego wyjaśnić. Aby spróbować - a raczej "spróbować spróbować" - zrozumieć ów fenomen, oświecenia poszukuję wśród nieprzewodników. No, okej, pożyteczne z przyjemnym. Wśród nieprzewodniczek.

Najpierw swą obecnością zaszczyca mnie piękna i stylowa jak FKA twigs studentka anglistyki Latifa. Do kawiarni oddalonej od serca Rabatu dojeżdżam nowoczesnym tramwajem - są tylko dwie linie, nie śmiejmy się więc z warszawskiego metra - i staram się dziewczynę pociągnąć za język. Latifa patrzy się jednak twardo obok, chyba woli telewizor ("Lubię programy o gotowaniu"), nie mówi wiele, a jak mówi - to cichutko. Choć nie zasłania oblicza, jest zabójczo tradycyjna, utwierdzając turystę w stereotypach. Szkoda.

Co innego Basmash. Ma 21 lat, pracuje jako tłumacz w najwięk-szej marokańskiej metropolii, czyli Casablance. Zdecydowanie nieromantycznej, Bogarta i Bergman znajdziesz ponoć w replice filmowej knajpy prowadzonej przez jakąś Czeszkę, poza tym smog w wielkim mieście. Superotwarta, supernowoczesna, przezabawna dziewczyna, słucha metalu, od czterech lat na swoim, ubiera się "po naszemu" i nie boi się szwendać z białasami nocą po ulicach. Nawet rodzice po rozwodzie, Europa par excellence. Miasta, w którym przyszło jej pracować, trochę się obawia, chodzi z nożem, niedawno zostały z koleżanką napadnięte, i to nie jest tu rzadkością. W sumie jak w każdej metropolii. - Próbował znajomej wyrwać torebkę, uderzyłam go z całej siły w wyciągniętą rękę, upuścił łup i uciekł. Był mniejszy ode mnie, nie dam sobą pomiatać takiemu typkowi - mówi buńczucznie. I wiem, że nie kłamie, bo kręcimy się już kolejną godzinę, gadamy non stop, czuję się jak Ethan Hawke u Linklatera. Za to piszczy za każdym razem, gdy zobaczy karalucha, czyli ciągle, to jej obsesja. Woli nożowników.

Jak poznałem swoje interlokutorki? W poszukiwaniu prawdy życia odpaliłem popularną randkową aplikację na lierkę "T". Sporo użytkowniczek, lecz wiele zakrywa oblicza, wystawiając jako zdjęcie profilowe jakieś cytaty. Pewnie z Koranu, pewnie o miłości. Marokanki bardzo lubią e-rozmowy z turystami, ale ciężko je wyciągnąć na herbatę (polewaną tu charakterystycznym gestem "z wysokości", koniecznie zieloną i słodką). Zazwyczaj kończy się na chaotycznej i grzecznej e-konwersacji. Najzabawniejszy przebieg miała inwigilacja terenu numer 3. Laetitia pochodzi z Gabonu, który dla odmiany jest krajem relatywnie bogatym i nad wyraz wyluzowanym, w Maroku regularnie odwiedza brata i nie ma najmniejszej ochoty respektować tutejszych zasad. Zaliczyliśmy nocne przejażdżki taryfą po Rabacie, zwieńczone konsumpcją krowich łba i kopytek, fastfoodowy hard core. Nie chcesz wiedzieć, jak się rozbraja głowę, jęzor, oczka i partiami odrywa aromatyczną skórę...

Zmiana warty przed mauzoleum Muhammada V w Rabacie. Te kolumny mają już 850 lat. Zmiana warty przed mauzoleum Muhammada V w Rabacie. Te kolumny mają już 850 lat. Fot. archiwum prywatne

Ponad konwenansami

Basmash też jest ponad konwenansami, choć ostatnio zrobiła się bardziej religijna. - Przez lata zaniedbywałam modlitwę, teraz staram się być bliżej boga. Unikam jednak żenującej hipokryzji - zastrzega. O tajemnicy i sensie ramadanu opowiada z dumą. Mówi też o marokańskim e-randkowaniu. Wiele opatulonych w chusty dziewczyn spotyka się z chłopakami, a następnie poddaje hymenoplastyce. Nierzadkie są też przypadki sprzedaży/kupna dziewiczego dobra, propozycje składane są również poprzez aplikację. Oczywiście nie wszystkie informacje pochodzące od Basmash brzmią niewesoło, zwłaszcza że jest nad wyraz pogodna. Kocha swój kraj, swoją religię, ze znajomymi potrafią dobrze zaimprezować, nie czuje się tłamszona ani dyskryminowana. Alkohol piła raz, jak to debiutant zmieszała wszystko ze wszystkim, nie wspomina dobrze - a nawet bardzo źle - i nie zamierza powtarzać. Haszu też nie pali, bo szybko usypia.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAFot. Łukasz Figielski

Basmash uświadamia mi, że turystyczna cena żywicy to dziesięciokrotność rynkowej (250-500 dirhamów za piątkę, czyli 100-200 zł). Nic dziwnego, że dilerzy ciągle za nami latają. Sprzedaż nie jest legalna, lecz posiadanie drobnych ilości ponoć już jest okej (nie należy się z tym obnosić). Dilują młode chłopaki, wielu mówi dobrze po angielsku, starają się oczarować rodzinną historią, zagadać w twoim języku, strzelić dowcipem, skołować, co potrzeba - od piłki basenowej po browar. Ewentualne interesy nie muszą należeć do nieprzyjemnych.

Na marokańskich targach kupisz mięso wielbłądzie. Na marokańskich targach kupisz mięso wielbłądzie. Fot. archiwum prywatne

Szatan tkwi w szkle

Nieprzyjemne są za to przepychanki na ringu alkoholowym. Bardzo nieliczne monopole to wstydliwie poukrywane dziury, jeśli knajpa przypadkiem sprzedaje piwo czy wino, nie wyjdziesz z tym do ogródka (chyba że to wewnętrzny ogród restauracji), niech cię nie korci wyniesienie otwartej butelki na ulicę, problemy z obrażonymi Marokańczykami, a nawet policją (dla lokalesa to mogą być trzy miesiące paki!), gwarantowane. Generalnie zło, zło, zło.

Na targu można kupić również mieso rekinie.Fot. Łukasz Figielski

Zdjęcie powyżej: Na targu można kupić również mieso rekinie.

Są jeszcze bary dla pijaków, my się zakochaliśmy w Café Chantilly. Dwa rodzaje piwa (Flag Spéciale, czyli specjalik, i Stork, czyli bociek; sztandarowej Casablanki brak) poustawiane w malowniczy płotek (biała etykieta, czerwona, biała...), oba po 16 dirhamów (6 zł), szafa grająca, czyli oldskulowy pecet, barmanka łojąca więcej od gości. Co jest sporym wyczynem, bo goście łoją jak szaleni. W ciszy, browar po browarze, stoliki są zastawione pustym szkłem. I przepełnionymi popielniczkami, pali się marquisy (7,5 zł), importy są dwukrotnie droższe. Pod upadłym aniołem, miejsce smutnych alkusów. Co nie znaczy, że nie obowiązują wynikające z religii reguły. Przytul się do dziewczyny, a zaraz doskoczy zbulwersowany pan przyzwoitka, widziałem na własne oczy.

Środek nocy. Środek Rabatu. Wyglądam na zmęczonego, bo jestem zmęczony. Głowa krowy wygląda na zjedzoną. Zdjęcie wygląda na robione kalkulatorem.Fot. Łukasz Figielski

Zdjęcie powyżej: Środek nocy. Środek Rabatu. Wyglądam na zmęczonego, bo jestem zmęczony. Głowa krowy wygląda na zjedzoną. Zdjęcie wygląda na robione kalkulatorem.

Mawiazine: Lopezgate

Ponieważ jestem gościem na festiwalu muzycznym, poznaję też afterownię z prawdziwego europejskiego zdarzenia. Le Grand Comptoir: za dnia restauracja, wieczorami zadymiony jak atmosfera na meczu Wisły z Cracovią klub, pot spływa po ścianach strumieniem rozpusty. Przynajmniej tak to wygląda podczas Mawazine, takiego Opene'ra w stolicy Maroka. Nie, nie Opene'ra, tylko barcelońskiej Primavery, bo sceny rozsiane są po mieście. Wstęp wolny, poza terenem premium, który my byśmy nazywali Golden Circle. Występują głównie artyści lokalni i afrykańscy - i prezentują głównie muzykę lokalną i afrykańską - choć nie brakuje dobrych hiphopowych wariatów (zguglaj Rwapa Crew). Sponsorowana przede wszystkim przez firmy państwowe impreza od kilku lat promuje Maroko jako kraj otwarty i tolerancyjny. Co oczywiście nie znaczy, że na terenie kupisz piwo. Zaczęły za to pojawiać się gwiazdy zagraniczne. W tym roku m.in. Jennifer Lopez i Pharrell Williams.

Pharrell był super, świetny gościu i mistrz ciętej riposty. Na konferencji zgrabnie skontrował spiętą dziennikarkę, pytającą go o przegrany proces i karę 7,4 mln dol. "Czy wciąż jesteś Happy" "Tak, bo robię, co kocham. A ty?". Podczas koncertu przed hitem zaprosił na scenę dzieciaki. Wcześniej co kwadrans odstawiał od ust mikrofon, kręcił łezką w oku i szeptał: "I love you", "Thank you" lub coś w ten deseń. A gdy mikrofon przystawiał, dużo mówił o równouprawnieniu kobiet. Jeśli chodzi o równouprawnienie podczas występu: miał drużynę cheerleaderek dobranych i ubranych według klucza seksualno-rasowego (reprezentantki wszystkich typów urody), trudniące się oczywiście kręceniem tyłkami...

I to jest idealne miejsce i moment, by wspomnieć o największej hecy całej imprezy. Pierwszy dzień festiwalu wieńczył występ J.Lo. J.Lo, jak wiadomo, jest ciągle Jenny z bloku, lecz przede wszystkim jest ciągle powabną kotką na gorącym, rozgrzanym dachu świata. Jej show polega na playbacku i wiciu się między mikrofonami a głośnikami niczym wąż w rui. Nie inaczej było i tym razem, co na tyle zdziwiło marokańskie media i polityków - akcja była transmitowana przez telewizję - że nie tylko się oburzyli, ale nawet... Wytoczyli artystce proces. Choć kadrowano ją powyżej pasa, co było widoczne w całej telebimowej absurdalności, wybuchł skandalik. W tej chwili grożą jej dwa lata więzienia, więc pewnie Jenny tam więcej nie zobaczą.

Surferska plaża między Rabatem a Casablancą. Marokanki są śliczne, nieliczne nawet nie próbują tego ukryć. Surferska plaża między Rabatem a Casablancą. Marokanki są śliczne, nieliczne nawet nie próbują tego ukryć. Fot. archiwum prywatne

Turystyka prawilna

Tej mieliśmy sporo - i nie mogę swoich gospodarzy zawieść, nie wspominając, że... Wycieczki po marokańskich sukach, między tonami kotów maści wszelakiej, to czysta egzotyczna przyjemność. Stragany gnące się od przypraw i owoców upraw, ciuchów i racuchów, ryb i... szyb? Dżinsów, peweksów, podróbek ray-banów i roleksów. Wszystko elegancko podzielone na rewiry tematyczne. Są i punkciki usługowe: zakłady fryzjerskie wielkości trzech par nożyczek i czterech brzytew, klity naprawy magnetofonów, są rzemieślnicy i artyści. Zewsząd pozdrawiają i straszą obrazy króla Muhammada VI; wyobraź sobie billboardy wyborcze z Bronkiem i Donkiem przez 365 dni w roku!

Na bazarze kupiłem apple watcha za 5 dol. Urządzenie doskonale wskazuje godzinę, a nawet datę. Ponieważ to podstawowy model, szybko urywa się gumowy pasek.Fot. Łukasz Figielski

Zdjęcie powyżej: Na bazarze kupiłem apple watcha za 5 dol. Urządzenie doskonale wskazuje godzinę, a nawet datę. Ponieważ to podstawowy model, szybko urywa się gumowy pasek.

Zawsze znajdzie się przyjazna dusza chętna oprowadzić po okolicy, jak się najczęściej okazuje post factum, niekoniecznie pro turistico bono. W Rabacie są dwie garbarnie, niesamowite przeżycie, uczta dla oka, cios dla nosa - europejskie i japońskie mięczaki patrzą na kadzie z farbami, wtykając do nosa miętę. Ja też tak zrobiłem, oprawianie i barwienie skóry to zbrodnia na zwierzętach, ale i ludzkości. Za to za parę stów możesz mieć skórę na miarę, piękną jak ta lala.

Klasyczny salonik fryzjerski na marokańskim targu. Pan po prawej był mistrzem skoków do wody. Ma 90 lat.Fot. Łukasz Figielski

Zdjęcie powyżej: Klasyczny salonik fryzjerski na marokańskim targu. Pan po prawej był mistrzem skoków do wody. Ma 90 lat.

Wszędzie oczywiście meczety, medresy i minarety, wszystko zdobione niesamowitymi mozaikami. Cała ta ornamentowa glazura kładziona była dziesiątki bądź setki lat temu ręcznie, kamyczek po kamyczku, drewienko po drewienku - zamiast miałkimi religijnymi refleksjami mógłbym, może wręcz powinienem, obłożyć te strony takimi zdobieniami. Są i dywany, piękne, profesjonalne zakłady wysyłają do Europy towar DHL-em, usługę reklamuje dywan latający, nie ma lipy. Są zagłębia rękodzielnicze pracujące nad nadprodukcją ceramiki wszelkiego sortu, w Fezie bardziej niebieskiej, w Rabacie - czerwonej. Boskie restauracje (ryby, warzywa, miksy z tadżinu, czyli takiego fajnego garnka z czapką) i hotele w dawnych rezydencjach - hacjendach zwanych riadami (spałem m.in., w Riad Maison Bleue w Fezie, sprawdź w internecie i ciesz się mym minionym szczęściem). No i wieki historii zaklęte w obiektach pocztówkowych. Medyna w Meknesie, meczet Hassana II w Casablance - drugi (bądź trzeci, zależy, kto liczy i opowiada) największy na świecie, stoi na (sztucznym) cyplu niczym latarnia i ma otwierany dach jak Narodowy, mauzoleum Muhammada V w Rabacie, którego strzegą dumni wartownicy na koniach.

Maroko to ciekawy kierunek nie tylko dla kitesurferów. Ale powinno dogadać się z samym sobą i odnaleźć swe tożsamościowe feng shui. Nie walczyć z niezwalczalnym, mamić turystów egzotyką, a nie niemożliwą do osiągnięcia nowoczesnością. No bo po co męczyć biedną J.Lo?

Więcej o: