Irlandia i Dublin: prawdziwy raj dla biało-czerwonych

Naprzeciwko pubu stał pomnik Molly Malone, dublińskiej sprzedawczyni ryb i własnego ciała. Barman poił mnie whiskey, a po każdym kieliszku, gdy wychodziłem na papierosa, molly miała coraz większe piersi. Gdyby nie pogoda, byłbym w raju.
1 Wiatrak w Blennerville (przedmieście Tralee na południowo-zachodnim wybrzeżu) ma ponad 21 metrów wysokości - jest najwyższy w Europie. W środku małe muzeum, sklep z pamiątkami i restauracja. Wiatrak w Blennerville (przedmieście Tralee na południowo-zachodnim wybrzeżu) ma ponad 21 metrów wysokości - jest najwyższy w Europie. W środku małe muzeum, sklep z pamiątkami i restauracja. Fot. materiały prasowe

Czasem ulewa, czasem deszcz

Bo pogoda w Irlandii to wynalazek szatana. Moim zdaniem irlandzkie dzieci nie potrafią lusterkiem "łapać zajączków". Zbyt rzadko widzą słońce, żeby się tego nauczyć.

- Zimno dziś - rozpocząłem pogodowy small talk z Patrickiem O'Neillem, prowadzącym wraz z rodziną bed and breakfast w Ballyheigue. Dom, w którym mieści się ten niewielki hotel, stoi nad samym brzegiem oceanu. Od strony wody wiało potwornie, wiatr był zimny i przenikliwy. Powietrze pachniało gnijącymi wodorostami i solą.

Patrick odrzucił włosy na bok, odpalił kosiarkę i spojrzał na mnie. Stał na bosaka w wilgotnej trawie, miał dżinsy i t-shirt. Ja w butach, opatulony cienką, wiosenną kurtką, marzłem jak polarnik na Antarktydzie. Ciepły był tylko dym z porannego papierosa.

- Jest OK. - uśmiechnął się mój gospodarz: - A w Polsce jaka pogoda?

- Jakieś 35 stopni - mruknąłem, przypominając sobie SMS-y znajomych, narzekających na falę upałów w kraju - "ale masz fajnie, jesteś nad oceanem, a w Warszawie można się upiec" - pisali. Nad oceanem termometr wskazywał 15 stopni i marzyłem o warszawskiej spiekocie.

- Ooo, za gorąco. Jak w południe jest 19-20 stopni, to zupełnie wystarcza - pokiwał głową Patrick.

Spojrzałem na plażę. Jakiś facet w klapkach, szortach i bluzie od dresu prowadził dziecko. Maluch dzielnie niósł wiaderko i łopatkę. Od kostek po szyję wbity był w dziecięcą piankę dla nurków.

- Patrick, wybacz, ale różnimy się w podejściu do temperatur - rzuciłem i wszedłem do środka wypić gorącą herbatę. Irlandczyk uśmiechnął się i zaczął kosić trawę. - Potem będzie padało, trawa będzie za mokra - wyjaśnił.

I potem faktycznie padało. Pamiętasz scenę z "Forresta Gumpa", gdy główny bohater opisuje deszcz w Wietnamie, który potrafi padać z każdego boku, a nawet odbijać się od wody i atakować od dołu? Tak właśnie lało. Wiatr urywał głowy, a temperatura spadła do 13 stopni.

Na plaży w pobliżu półwyspu Dingle Irlandczycy wykorzystywali sierpniowe urlopy. Kilku facetów latało na kajtach, a na plaży grupka nastolatków zaczynała lekcje surfingu. Pobiegłem, zrobiłem zdjęcie, wróciłem do kawiarni i poczułem, że zmokłem aż do gaci. Plażowa pogoda jak ta lala!

2 Wakacje nad morzem po irlandzku. Młodzi Irlandczycy zapewne z radością wracają po nich do szkolnych ławek w ogrzewanych i zadaszonych szkołach. Wakacje nad morzem po irlandzku. Młodzi Irlandczycy zapewne z radością wracają po nich do szkolnych ławek w ogrzewanych i zadaszonych szkołach. Fot. archiwum prywatne

Co z tą pogodą?

Patrick i ja różniliśmy się w podejściu do pogody, ale zdaje mi się, że właśnie podejście do słońca, opadów atmosferycznych, siły wiatru, wielkości chmur oraz temperatury (obserwowanej i odczuwalnej) jest jedyną rzeczą, po której można odróżnić Polaków od Irlandczyków.

Bo że niby jak inaczej? Że oni rudzi? Dwóch gówniarzy zaczepiło mnie w Tullamore.

- Patrz, gościu ma czerwone spodnie - rzucił ten wyższy, rudy i piegowaty wyrostek.

- No, ma - sapnął w odpowiedzi jego równie rudy i piegowaty brat.

- Mam, i co z tego, chłopaki? - odparłem równie płynnie po polsku co oni.

- Nic - wzruszyli ramionami i spokojnie weszli do sklepu "Polonez".

Czyli rudzielcy to nie tylko "Ajrisze". Język? Błagam, Polacy w Irlandii też gadają po angielsku, i też mają dziwny dla Anglików akcent. Irlandczycy mówią jeszcze po irlandzku, ale ten język jest zrozumiały dla całego świata tak samo jak polskix, więc remis. Historyczne podobieństwa i związki też są (przeczytaj zresztą ramkę). Pozostaje pogoda.

Bo oni są cali w skowronkach, gdy nad Atlantykiem słoneczko zaświeci. - Wczoraj było 21 stopni i niewielki wiatr, a popadało tylko rano. Jak nie było chmur, to było tak wspaniale - zachwycał się ojciec Patricka. Nad Bałtykiem, gdy temperatura spada do 21 st., a na niebie pojawia się jakaś chmurka, plaże pustoszeją. Polacy zostają wtedy w domkach lub - co dzielniejsi - marzną przy budce z goframi i dzwonią do rodziny, że "pogoda to katastrofa". Tak sobie myślę, że gdyby nad Bałtykiem temperatura spadła na przełomie lipca i sierpnia do 13 stopni, u nas wybuchłaby rewolucja. Patrick zaś powiedział: "Zimne mamy lato tego roku, ale z drugiej strony lepsze to niż 40 stopni w cieniu". Pogoda najwyraźniej twardo wzięła Ajriszów pod pantofel. A jak to ujął Carl Gustav Jungx: "Człowiek przyzwyczaja się do wszystkiego, jeżeli tylko osiągnie właściwy stopień uległości".

Do Ballyheigue, uroczego letniego kurortu chłostanego ulewą, dotarliśmy jednak na koniec podróży po Irlandii. Zaczęliśmy ją w Dublinie. Od kawy na lotnisku. - A może do kawy muffinka? - zapytała (po polsku oczywiście) sprzedawczyni. Dublin przywitał nas słońcem (potem zaszło), 24 stopniami (szybko zrobiło się mniej) i mocnym wiatrem (utrzymał się). To powitanie wywołało jednak w nas entuzjazm, gdyż Weather.com przewidywał dla każdej części Irlandii na pierwszy tydzień sierpnia deszcze (od średnich po ulewne), pełne zachmurzenie, silny wiatr i temperaturę odczuwalną w okolicach 16 stopni. Ale zostawmy już w spokoju pogodę, nie jesteśmy w końcu wyspiarzami!

3 Nowiutkie alembiki w destylarni Tullamore DEW zostały
zaprojektowane tak, by przypominały kształtem alembiki z dawnego,
XIX-wiecznego zakładu. Nowiutkie alembiki w destylarni Tullamore DEW zostały zaprojektowane tak, by przypominały kształtem alembiki z dawnego, XIX-wiecznego zakładu. Fot. Harvey

Miasto nieudanych muzeów

"rzekibrzeg, postephując od Ewy i Adama, od wygięcia wybrzeża do zakola zatoki, zanosi nas znów przez commodius vicus recyrkulacji pod Howth Castle i Ekolice." - i w taki sposób przez 628 stron. "Finneganów tren"x to dzieło chore/idiotyczne/genialne.

Tak naprawdę nikt do końca nie wie, jaka jest jego fabuła, ani ilu i jakich ma bohaterów. Ale James Joyce, który napisał również "Ulissesa" (bardziej zrozumiałego i którego akcja jest osadzona - tu nie ma wątpliwości - w Dublinie), dorobił się w stolicy Irlandii mostu i kilku pomników. Swój most ma również Anna Livia (cytuję mądrzejszych ode mnie: "personifikacja rzeki Liffey w 'Finneganów trenie'") oraz Samuel Beckett (Nagroda Nobla 1969). Jeśli chodzi o literackie noble, dublińczycy zgarnęli jeszcze dwa - Wiliam Butler Yeats w 1923 r. oraz George Bernard Shaw w 1925 r. A z tego miasta pochodził jeszcze Jonathan Swift (ten od "Podróży Guliwera"), Oscar Wilde oraz Christy Brown, autor głośnej książki "Moja lewa stopa".

Dublin swoich pisarzy uwielbia, w Dublinie co krok można natknąć się na pomnik, popiersie lub choćby tablicę pamiątkową poświęconą jakiemuś autorowi. Jest również Dublińskie Muzeum Pisarzy. Do którego, jako miłośnicy literatury i muzeów, pobiegliśmy jak charty za zającem.

Zając okazał się wypłowiałym papierkiem po czekoladowym zajączku. Dublin Writers Museum jest prawie najgorszym muzeum świata. Składa się z obszernych tablic, zadrukowanych drobnym maczkiem, wypełnionymi notami biograficznymi kolejnych autorów. Audioprzewodnik odczytuje fragmenty tych biografii. Pomiędzy drukiem wiszą stare ryciny. Leży też kilka starych książek, rzuconych jak ochłap gawiedzi, która zamiast wysublimowanej wiedzy pożąda artefaktów przeszłości. Biografie napisane są językiem, który odstraszyłby nawet doktorantów wydziału gramatyki porównawczej. Lepiej odpalić piwko w pubie i Wikipedię w komórce. Wiedzy tyle samo, zabawy - stukrotnie więcej.

Był wprawdzie przebłysk (nieudany) twórców wystawy, bo postanowili jednak gawiedź zainteresować. Notka biograficzna Jamesa Joyce'a podaje prawie na początku, że pierwszy raz skorzystał z usług prostytutki w wieku 14 lat. Co przypomniało mi dowcip: - Tato, czy to prawda, że Czajkowski był gejem? - Prawda, synku, ale nie dlatego go zapamiętaliśmy.

Jest to jednak tylko prawie najgorsze muzeum świata, gdyż mimo że śmiertelne nudne, to jednak można tam się dowiedzieć, kiedy Joyce pierwszy raz przeżył coitus z dublińską ulicznicą. Natomiast położone kilka ulic dalej Centrum Jamesa Joyce'a jest muzeum na świecie najgorszym. Nie ma w nim dosłownie nic ciekawego. Nic a nic. Jest natomiast interaktywna lista, z której można się dowiedzieć, na jakim papierze zostało opublikowane każde z angielskojęzycznych wydań "Ulissesa".x Bilet kosztuje pięć euro, tyle co pinta piwa w pubie. Kiedy trafisz do Dublina, wybór należy do ciebie...

4 Niby butelki te same, ale degustacje u źródła są zawsze ciekawe, czy to w Szkocji, czy w Irlandii. Niby butelki te same, ale degustacje u źródła są zawsze ciekawe, czy to w Szkocji, czy w Irlandii. Fot. archiwum prywatne

Piwo, whiskey i cycki

Traumatyczne przeżycia muzealne postanowiliśmy wyleczyć po irlandzko-polsku, czyli alkoholem. Guinnessem, bo w Irlandii piw jest mnogość, ale guinness jest królem. Nie! Jest carem-samodzierżcą. Jeśli rzucisz w pubie "poproszę piwo", dostaniesz po prostu guinnessa.

Pub nazywał się "O'Neill's Pub & Restaurant" i jak się dowiedzieliśmy potem, jest jednym z najbardziej irlandzkich miejsc w Dublinie. O czym świadczy również tablica oznajmiająca, że został wyróżniony Nagrodą dla Najlepszych Barów im. Jamesa Joyce'a (James Joyce Pub Award). Piwo traumę leczyło, do piwa pasowała whiskey (oddawałem się z pasją porównywaniu 12-letniego blendu i 10-letniego single malta, gdyż barman okazał się przesympatycznym fanatykiem tych trunków), pod kieliszek smakował papieros, więc od czasu do czasu wyskakiwaliśmy na dymka przed pub. A po drugiej stronie ulicy Molly Malone pchała taczkę. Ja się gapiłem i puszczałem kółka z dymu, a pani fotograf polowała - bezskutecznie - na moment, w którym ktoś łapie pomnik za cycki. Przed południem taka scena się zdarzyła, ale pani fotograf akurat w tym momencie wymieniała akumulator w aparacie.

Powolutku robiło się coraz ciemniej, a z każdym kieliszkiem ("Ostatnio była 10-letnia? To spróbuj jeszcze raz 12-letniej. - Topsze, spróbuję.") wydawało mi się, że piersi Molly robią coraz większe. Pomyślałem, że sprawił to geniusz rzeźbiarza, bo przecież w legendzie Molly za dnia była handlarką, a nocami dorabiała jako panienka lekkich obyczajów, więc na pewno miała czym oddychać...x

Swoją drogą dublińczycy chyba mają obsesję na punkcie prostytutek: Molly, symbol miasta, dorabiała wieczorami, młody Joyce zabawiał się z ulicznicami po lekcjach, istna Sodoma.

Następnego dnia kaca leczyliśmy również w gościnnych progach "O'Neill's". Okazało się, że mają świetną kuchnię (swoją drogą, polecam w Irlandii jedzenie obiadów w pubach). Dowiedzieliśmy się przy okazji, że w pobliżu są dwa ciekawe miejsca: bar specjalizujący się w whiskey (naprzeciwko wejścia do Trinity College) oraz Muzeum Whiskey (między budynkiem parlamentu a Trinity College). Wprawdzie mieliśmy obejrzeć dubliński zamek i przespacerować się po Temple Bar (rozrywkowa dzielnica Dublina tuż nad brzegiem Liffey), ale uznaliśmy, że muzeum w zamku może dorównać Muzeum Pisarzy, natomiast w Muzeum Whiskey nawet jeśli wystawa będzie nudna, to na koniec jest degustacja, która wynagrodzi nam wszystko. Okazało się, że degustacja była jednak wisienką na przepysznym torcie, bo muzeum w arcyciekawy sposób pokazywało historię irlandzkiej whiskey. Ważna informacja: bilet normalny oznacza po zwiedzaniu degustację trzech whiskey, bilet VIP - czterech. Tę czwartą był 12-letni tullamore, z którym po poprzednim wieczorze byłem już per "cześć, przyjacielu".

Żeby utrwalić wiedzę o tych wszystkich single maltach, pot still whiskeys i irlandzkich blendach, tanecznym już krokiem poszliśmy w kierunku Trinity College, ale - jakbyśmy byli prawdziwymi studentami - zamiast przekroczyć próg uczelni, weszliśmy do baru po drugiej stronie Nassau Street. A w barze, "wiadomo, zwyczaje utarte: podchodzi doń kelner, podaje mu kartę". Eee, no dobra, kieliszek. I butelkę. Zgłębianie tajników irlandzkiej rudej ździebko się przeciągnęło i spóźniliśmy się na koncert muzyki irlandzkiej.

Swoją drogą barman w "O'Neill's" (Polak z Radomia) polecał środowy wieczór muzyki i tańców celtyckich. - Dziewczyna jest świetna, tłumy walą na jej występy. To Gosia z Warszawy - tłumaczył. Ze słynnej celtyckiej Warszawy nad Wisłą.

5 Zwiedzanie Muzeum Whiskey kończy się degustacją - podróżą po odmianach irlandzkiej whiskey. Moim zdaniem warto wiedzę powtórzyć i pogłębić w jednym z okolicznych barów. Zwiedzanie Muzeum Whiskey kończy się degustacją - podróżą po odmianach irlandzkiej whiskey. Moim zdaniem warto wiedzę powtórzyć i pogłębić w jednym z okolicznych barów. Fot. archiwum prywatne

Permanentna degustacja

Ponieważ w Dublinie wszędzie byli Polacy... Przepraszam, w pubie "U Davy'ego Byrne'a"x obsługiwała nas Kanadyjka, ale ostrygi (pycha!) przygotowywał kucharz Polak. W każdym razie ruszyliśmy pociągiem na zachód, w kierunku prowincji Connacht. Tam gdzie jeszcze podobno mówi się trochę po irlandzku, a nie tylko po polsku. Tam gdzie według legend rządziła królowa Medb. Władczyni miała męża i - co w legendach irlandzkich jest absolutną normą - kochanków, w tym jednego stałego, Fergusa mac Róicha. Fergus był facetem na schwał i gdy akurat Medb nie miała go przy sobie, potrzebowała 30 mężczyzn, by ją zaspokoili. Trudno się w tych legendach połapać, ale Fergus miał przy okazji żonę, Flidais, która też lubiła seks i zastępowała Fergusowi aż siedem kochanek. Pociąg, którym ruszyliśmy na zachód, zmierzał więc moim zdaniem w kierunku krainy, w której wszyscy ze wszystkimi gżą się jak króliki.

W drodze nad Atlantyk zatrzymaliśmy się jednak w Tullamore, gdzie spotkaliśmy rudych młodych Polaków, znaleźliśmy sklep "Polonez", w którym można kupić ryż Halina, keczup Pudliszki i "chińskie" zupki Tao Tao z polskimi napisami oraz obkupiliśmy się w ptasie mleczko i delicje szampańskie na polskim tygodniu w Lidlu.

Wykorzystując legitymacje dziennikarskie i znajomości w branży, wbiliśmy się również do najnowszej w Irlandii, pachnącej jeszcze świeżą farbą i deskami destylarni Tullamore DEW.

Tullamore to w ogóle bardzo ciekawe miasteczko. Jego symbolem jest feniks. Czemu? To właśnie w tej osadzie miała miejsce pierwsza na świecie katastrofa lotnicza. W 1785 r. miejscowy hrabia zamówił na lokalny festyn wizytę dwóch francuskich aeronautów z balonem, ówczesną nowinką hi-tech. Nowinka wzbiła się w powietrze, lokalsi gapili się zapewne w niebo z otwartymi gębami, a potem zadrżeli, gdy nowinka stanęła w płomieniach i rąbnęła w miasteczko. Ogień spalił jakieś 130 domów, więc z Tullamore pozostało niewiele. Hrabia okazał się jednak człowiekiem porządnym i dorzucił się do sprzątania po imprezie. Miasteczko odbudowano i stąd feniks w godle. Trochę podobnie było z destylarnią, która zaczęła działać w 1829 r., ale w 1953 r. została zamknięta. Firma przechodziła z rąk do rąk, a whiskey powstawała w różnych destylarniach. Dopiero w 2010 r. marka została kupiona przez Szkotów z William Grant & Sons, którzy zbudowali nową destylarnię. Na cześć powrotu destylowania do Tullamore powstała whiskey Tullamore Phoenix, a jakże! Na marginesie - DEW to inicjały pana Wiliamsa, który w XIX w. był menedżerem w tutejszej destylarni. Dzięki niemu lokalna whiskey stała się jedną z najbardziej znanych w Europie i na świecie.

Przesympatyczna Jane, ambasador destylarni, oprowadziła nas po niej, a potem przeszliśmy do degustacji. Jeden, drugi, trzeci, czwarty tullamore... a potem odwiedziny w Visitors Center (ogólnodostępne, bardzo ciekawe muzeum poświęcone whisky ze sklepikiem; tu, i tylko tu!, można kupić Old Bonded Warehouse), zakończone... degustacją. Ciężkie jest życie dziennikarza zajmującego się whiskey, oj ciężkie...

6 The Temple Bar Pub leży w sercu dzielnicy Temple Bar, w której
dublińczycy balują do rana. The Temple Bar Pub leży w sercu dzielnicy Temple Bar, w której dublińczycy balują do rana. Fot. VanderWolf / Images shutterstock

Gorące pożegnanie

Podwójna degustacja potrójnie destylowanej whiskey była o tyle zabawna, że cztery godziny później siedziałem już za kierownicą nissana w Galway, nieformalnej stolicy Irlandii irlandzkojęzycznej.

Przy czym zaznaczę - degustacja polega na wąchaniu whiskey i próbowaniu jej, a nie waleniu lufy za lufą. Uspokajam więc stróżów prawa - byłem trzeźwy. Powiem nawet: niestety byłem trzeźwy, gdyż samochód miał kierownicę po prawej stronie, a ja miałem przejechać nim przez wąskie uliczki centrum Galway. Ruszyłem.

- A nie tutaj? - pokazuje pani fotograf pełniąca rolę pilota.

- Ale musiałbym skręcić w prawo, nie jestem na to gotowy - odparłem ponuro. Skręt w prawo w Irlandii to jak skręt w lewo u nas, trzeba przeciąć pas dla samochodów jadących z naprzeciwka. Problem w tym, że pierwszego dnia zawsze patrzyłem w złą stronę...

Te prawoskręty tak dały nam w kość, że do Ballyheigue i Patricka, co lubi na bosaka biegać na mrozie, dotarliśmy przed północą.

Rano obudził nas szum wiatru. Albo celniej: wycie wichru. - Super, rozgoni chmury - ucieszyłem się i ruszyliśmy szukać starych kościołów stojących nad brzegiem oceanu i szerokich atlantyckich plaż. Znaleźliśmy wszystko, a w pakiecie irlandzka pogoda dorzuciła nam facetów latających na kajtach w strugach zimnego deszczu.

Kolejny SMS od znajomych przelał czarę goryczy.

- Tam jest 35 stopni. Można się kąpać i pić zimne piwo. Wracamy - powiedzieliśmy Patrickowi.

- Wróćcie za rok. W tym roku było najzimniejsze lato od ćwierć wieku. Normalnie mamy ze 22 stopnie! - żegnał nas serdecznie.

Ale my już rwaliśmy do Shannon. Wizja polskich upałów działała na nas jak narkotyk. Na lotnisku na rozgrzewkę i dla zabicia czasu poszliśmy do baru na irlandzką kawę. Pogadaliśmy z barmanem, ponarzekaliśmy na pogodę, po czym rzuciliśmy:

- Dzięki za kawę, ale my już na samolot lecimy.

- Dokąd się wybieracie?

- Do Warszawy.

- O! To pozdrówcie kraj, Bartek jestem.

7 Irlandia Irlandia Fot. Olinchuk / shutterstock

Historia Irlandii

Krótko: Irlandczycy nie kochają Anglików. Coś jak Polacy z Niemcami, tylko że Anglicy podpadali Irlandczykom przez ponad 800 lat. Polecam wystawę na zamku w Limerick - włos się jeży na głowie. Ale Anglików na Zieloną Wyspę zaprosił Irlandczyk - Diarmait Mac Murchada. Był królem Leinster, ale w 1167 r. stracił tron, bo porwał córkę arcykróla. Poleciał na skargę do Henryka II, który okazji nie przepuścił.

My też mieliśmy takich asów w historii: Konrad Mazowiecki, targowiczanie...

Wiatrak w Blennerville (przedmieście Tralee na południowo-zachodnim wybrzeżu) ma ponad 21 metrów wysokości - jest najwyższy w Europie. W środku małe muzeum, sklep z pamiątkami i restauracja.

Wakacje nad morzem po irlandzku. Młodzi Irlandczycy zapewne z radością wracają po nich do szkolnych ławek w ogrzewanych i zadaszonych szkołach.

Irlandzki to język z grupy goidelskiej języków celtyckich. I wszystko jasne.

Carl Jung (1875-1961) - szwajcarski psycholog i psychiatra. Z początku uczeń i przyjaciel Zygmunta Freuda, potem się pokłócili - Jungowi, w przeciwieństwie do Freuda, nie wszystko kojarzyło się z seksem.

James Joyce, "Finneganów tren", tłumaczenie Krzysztof Bartnicki, Korporacja Ha!art, 2012 r.

Most Jamesa Joyce'a - Dublińczycy są dumni ze swoich pisarzy, choć ci w większości z tego miasta uciekali.

8 James Joyce, James Joyce, "Finneganów tren", tłumaczenie Krzysztof Bartnicki, Korporacja Ha!art, 2012 r. Fot. VanderWolf Images shutterstock

Księga i biblioteka

Nawet jeśli nie jesteś fanem bibliotek, do Trinity College iść musisz. Tam jest Księga z Kells, fascynująca pamiątka po średniowiecznej Irlandii - powstała około 800 r. Wystawa pokazuje, jak mnisi ją tworzyli (od produkcji pergaminu i barwników po przedstawienie, jak zakonnicy wykorzystywali pogańskie, celtyckie motywy w sztuce chrześcijańskiej). Na koniec możesz tę książkę obejrzeć. Robi wrażenie, tak samo jak jedna z najpiękniejszych bibliotek świata - Stara Biblioteka, która wygląda jak katedra zapełniona starymi woluminami.

The Temple Bar Pub leży w sercu dzielnicy Temple Bar, w której dublińczycy balują do rana.

Tydzień polski w Lidlu - jest smalec, są delicje szampańskie. Miała być w Polsce druga Irlandia, wyszło odwrotnie.

Zarówno Joyce, jak i Wilde oraz Beckett z Dublina zresztą uciekli i tego miasta nie lubili. Jakby przeczuwali, jaki numer wywiną im muzealnicy...

Nie wykluczam, że rzeźbiarz nie był wcale geniuszem, a efekt rosnących piersi Molly zawdzięczam mieszance irlandzkiego stouta z 10-letnim single maltem i 12-letnim blendem.

Pierwszy raz alkohol popłynął w nowej destylarni rok temu. Jeszcze dwa lata poleżakuje w beczkach i będziemy mogli na niego mówić whiskey.

Knajpka ma status kultowej, bo w "Ulissesie" główny bohater Leopold Bloom wskakuje tam na kanapkę z gorgonzolą i kieliszek wina.

9 Klasyka grozy Klasyka grozy Fot. archiwum redakcji

Klasyka grozy

W Dublinie urodził się również (a potem studiował w Trinity College) Bram Stoker (1847-1912), pisarz, który stworzył postać hrabiego Drakuli (pierwsze wydanie w 1897 r.). Nagroda przyznawana od 1987 r. przez Stowarzyszenie Pisarzy Horrorów nosi właśnie imię Stokera.

Nowiutkie alembiki w destylarni Tullamore DEW zostały zaprojektowane tak, by przypominały kształtem alembiki z dawnego, XIX-wiecznego zakładu.

10 Destylarnia TULLAMORE Destylarnia TULLAMORE Fot. Harvey

Irlandzka whiskey

Powstaje bardzo podobnie do szkockiej. Czyli najpierw słoduje się jęczmień (rozpoczyna w nim kiełkowanie), potem suszy się go i miesza z ciepłą wodą i drożdzami. Powstaje brzeczka - półprodukt do produkcji whiskey oraz... piwa. Brzeczka przechodzi potrójną (tak, to charakterystyczne dla Irlandii!) destylację i ląduje na 3 lata i jeden dzień w beczkach. Mamy whiskey. Może oczywiście leżakować też dłużej. Jeśli wymiesza się destylaty z różnych beczek, ale z jednej destylarni, powstaje single malt, np. Tullamore DEW 10 Year Old Single Malt.

Drugi rodzaj to whiskey zbożowa, która powstaje w kolumnach destylacyjnych z mieszanki zbóż (najczęściej pszenicy, kukurydzy i jęczmienia).

Trzeci to specialité de la maison Irlandii - pot still whiskey. Czyli whiskey, która powstaje z mieszanki słodowanego i niesłodowanego jęczmienia, ale potem robi się ją tak, jak single malty.

Irlandzkie blended whiskey mogą powstawać albo z mieszanki single maltów i whisky zbożowej, albo z mieszanki pot still whiskey i zbożowej albo z mieszanki wszystkich trzech rodzajów - i tak właśnie powstaje Tullamore DEW.

Jeśli wszystkie części składowe spędziły w beczkach powyżej 3 lat (w praktyce między 4 a 7), to powstanie Tullamore DEW Original. Jeśli powyżej 12 lat - wtedy na butelce pojawia się napis Tullamore DEW 12 Year Old Special Reserve.

11 Tydzień polski w Lidlu - jest smalec, są delicje szampańskie. Miała
być w Polsce druga Irlandia, wyszło odwrotnie. Tydzień polski w Lidlu - jest smalec, są delicje szampańskie. Miała być w Polsce druga Irlandia, wyszło odwrotnie. Fot. archiwum redakcji

Lotnisko Shannon

Zbudowano je w 1942 r. Było najbardziej wysuniętym na zachód europejskim lotniskiem, dlatego wszystkie samoloty lecące z Ameryki tu się zatrzymywały na tankowanie - ówczesne maszyny miały mniejszy zasięg niż dzisiejsze. Lotnisko przeszło do historii: tu powstał pierwszy sklep wolnocłowy i tu Joe Sheridan stworzył Irish Coffee, kawę z odrobiną whiskey.

12 Most Jamesa Joyce'a - Dublińczycy
są dumni ze swoich pisarzy, choć ci
w większości z tego miasta uciekali. Most Jamesa Joyce'a - Dublińczycy są dumni ze swoich pisarzy, choć ci w większości z tego miasta uciekali. Fot. Artur Bogacki / shutterstock

Znienawidzony wynalazca

Gdy umarł Aeneas Coffey (1780-1852), z początku rodzina nie dostała zgody na pochowanie go w Dublinie. Tak głosi legenda. Coffey był znienawidzony przez irlandzkich producentów whiskey. Udoskonalił bowiem i opatentował kolumnę destylacyjną - urządzenie które dużo wydajniej (bo bez przerwy, 24 godziny na dobę) od tradycyjnych alembików produkowało alkohol. Irlandzcy producenci uznali, że taki trunek niegodny jest miana whiskey. Szkoci natomiast z otwartymi rękami przywitali Coffeya i jego wynalazek. Zaczęli produkować masowo tańszą whisky zbożową (potem przydała się również do robienia blendów, czyli blended whisky). Efekt? Na początku XIX w. świat pił irlandzką whiskey, na początku XX w. królowała już szkocka whisky. Właśnie dzięki Irlandczykowi o nazwisku Coffey.