Gwiezdne wojny: nowa nadzieja kina

04.05.2017 15:38
Dzisiaj, kiedy multipleksy są zalewane ekranizacjami komiksów i sagami o hobbitach lub wampirach, a telewizory epickimi grami o tron, trudno sobie wyobrazić, że w 1975 r. studia filmowe uważały, iż na fantastyce nie da się zarobić. Kojarzyła się z tandetnymi gumowymi potworami. Z okazji Światowego Dnia Gwiezdnych Wojen przypominamy historię powstania jednej z najsłynniejszych sag w historii kina.
1 Gwiezdne wojny: Część VI - Powrót Jedi Gwiezdne wojny: Część VI - Powrót Jedi reż. Richard Marquand, prod. Lucasfilm

Niemal jak film dokumentalny

Po boomie na science fiction w latach 50. i 60. hollywoodzkie wytwórnie rezygnowały z działów tworzących efekty specjalne. Lucas musiał wskrzesić zapomnianą sztukę oszukiwania widza. - Pragnąłem, aby "Gwiezdne wojny" były filmem akcji - opowiadał w dokumencie "Creating the Impossible". - Chciałem prowadzić statki kosmiczne kamerą i robić szybkie cięcia. Potrzebowałem rytmu, tempa, ruchu na ekranie. A wtedy to było po prostu niemożliwe.

"Gwiezdne wojny" miały wyglądać niemal jak film dokumentalny. Lucas postanowił nadać fantastyce taki realizm, jaki jego przyjaciel Francis Ford Coppola zawarł w gangsterskim "Ojcu chrzestnym".

2 Gwiezdne wojny Gwiezdne wojny Fot. Lauren Elisabeth, Shutterstock

Zmartwychwstanie

W Industrial Light and Magic, czyli oddziale Lucasfilmu odpowiedzialnym za efekty specjalne, zgromadził grupę młodych, ambitnych specjalistów. Obiecał im szansę na zrobienie czegoś wyjątkowego. John Dykstra, Richard Edlund, Donald Trumbull, Phil Tippet, Doug Smith, Bill George i inni w kolejnych latach zdobyli szafę Oscarów. Ale zaczynali od prostego magazynu w położonym pod Los Angeles Van Nuys. - To było jak Florencja podczas renesansu. Odrodzenie efektów specjalnych. Obudziliśmy śpiącego giganta! - wspominał ostatni z wymienionych. Część przygotowywanych przez nich efektów nie odbiegała od standardu. Chcesz mieć wielkie, przypominające jaki wierzchowce dla Ludzi Pustyni? Uszyj kostium dla słonia. Potrzebujesz samochodu, który lewituje? Zbuduj go wokół maleńkiego angielskiego trójkołowca albo zamontuj na końcu wysięgnika. Sztuczki wyróżniała Lucasowska dbałość o szczegóły: wykreowany świat był stary, zużyty i zardzewiały, a pojazdy czy stroje wyglądały, jakby widziały niejedną burzę piaskową. Prawdziwa rewolucja rozgrywała się w studiu. Aby, jak chciał reżyser, kosmiczne bitwy wyglądały realistycznie, trzeba było wymyślić zupełnie nowe podejście do tematu. Najlepszy przykład: wielki finał, atak na Gwiazdę Śmierci. Lucas wiedział dokładnie, jaki efekt chce osiągnąć. Wzorem był film "Eskadra 633" o brytyjskich pilotach dokonujących śmiałego nalotu na nazistowski cele w Norwegii. Kończy go dramatyczna szarża niewielkich bombowców mosquito, przedzierających się przez ogień wroga w głąb wąskiego kanionu. Brzmi znajomo? Całe sekwen - cje ujęć w "Gwiezdnych..." przeniesiono wprost z kina wojennego.

Tyle że nakręcić atak bombowców było łatwo. Wystarczyło sfilmować... lecące bombowce. Lucas musiał powtórzyć te same dynamiczne ujęcia za pomocą modeli. Problem polega na tym, że filmowanie atrap i nakładanie ujęć kolejnych obiektów, które miały znaleźć się razem w kadrze, jedno na drugie, było mozolną, precyzyjną sztuką wymagającą cierpliwości i absolutnie nieruchomej kamery. A wizjoner chciał, żeby kamera między myśliwcami śmigała.

Rozwiązanie znalazł John Dykstra. Skonstruował pierwszą w historii "zrobotyzowaną" kamerę, kontrolowaną w siedmiu osiach. Programowane wcześniej urządzenie mogło powtarzać ruchy z precyzją, o której ludzcy operatorzy mogli tylko pomarzyć. To ta kamera wpadała za modelami w głąb kanionu, śledziła ich walki powietrzne, dodawała dynamiki kosmicznej bitwie. Bez niej akcja byłaby drętwa jak kartonowa dekoracja.

- Całość nie miała nawet jednego mikroprocesora, wszystko oparliśmy na przemysłowych sterownikach z interfejsem z gałek i przełączników - podkreślał.

3 Toy Story 2 Toy Story 2 Fot. kadr z filmu "Toy Story 2"

Pierwsze zera i jedynki

Zacznijmy od najważniejszego: w "Imperium kontratakuje" efektów komputerowych jeszcze nie ma, a w "Powrocie Jedi" są dość symboliczne - w historii kina zapisała się holograficzna Gwiazda Śmierci. Więcej, zresztą ku oburzeniu ortodoksyjnych fanów, dodano w odświeżonych cyfrowo wersjach z 1997 r.

Jednak od samego początku równolegle z zespołem modelarzy, majsterkowiczów i pasjonatów w rosnącym imperium Lucasa pracowała druga, bardziej tajemnicza ekipa. Od 1979 r. de facto dowodził nią Ed Catmull. W 1976 r. stworzył dziewiczy efekt komputerowy w historii kina. W zapomnianym "Świecie przyszłości" na monitorach w centrum sterowania pojawiają się trójwymiarowe modele ludzkiej ręki i twarzy. Dla Lucasa to było prawdziwe objawienie, postanowił zaprzęgnąć futurystycznego wizjonera do współpracy.

- George poprosił mnie, żebym sprowadził do niego technologów, informatyków i czarnoksiężników - opowiadał. Paczka zaczęła pracę nad czymś, co zrewolucjonizowało kino. Jako pierwsi na poważnie podeszli do robienia efektów wyłącznie z zer i jedynek w pamięci komputera. Warto zaznaczyć, że rok przed "Powrotem Jedi" stworzyli sekwencję wybuchu bomby Genesis w konkurencyjnej serii s.f. - "Star Trek II: Gniew Khana". Dziś ta scena wygląda dość przaśnie, lecz od tego momentu efekty specjalne mogły iść już tylko w jednym kierunku.

Po zakończeniu pracy nad ostatnią częścią oryginalnej trylogii Catmull wraz z zespołem pożegnał się z Lucasfilmem - w 1986 r. dział cyfrowy został sprzedany Steve'owi Jobsowi i dziś znany jest jako Pixar, zaś Ed został jego prezesem.

4 "Gwiezdne wojny - Mroczne widmo" materiały prasowe /AXN

Nowa trylogia, nowe możliwości

Ale rewolucja w Lucasfilmie trwała, nowa ekipa od CGI (computer-generated imaginery) przełamywała kolejne bariery w "Labiryncie" (1986) i "Willow" (1988). Gdy reżyser zabrał się wreszcie do kręcenia "pierwszych" trzech części sagi, nowe światy powstawały w komputerach. Tylko 12 ze 133 minut "Mrocznego widma" nie zawiera efektu cyfrowego, a bitwa Gunganów z najeźdźcami była pierwszą w historii kina, do której nie zatrudniono ani jednego statysty. Zamiast tego animatorzy wykorzystali technologię motion capture, by nagrywać ruchy aktorów i na ich podstawie poruszać postaciami cyfrowymi. Co więcej, w "Ataku klonów" nie wykorzystano ani kawałka realnej zbroi. Reakcje były mieszane - cyfrowym efektom brakowało jakiejś... masy. Dotykalności. A Jar Jar Binks, który miał być pierwszą wirtualną gwiazdą filmową, stał się zamiast tego najbardziej znienawidzoną postacią sagi.

Lecz to właśnie te sekwencje otworzyły drogę "Władcy Pierścieni" z Gollumem, "Grze o tron" ze smokami czy filmom z superbohaterami. Takich rzeczy nie dało się już zrobić za pomocą modeli. Zwłaszcza w filmach akcji: jeśli masz poświęcić miesiąc na budowanie modelu, który w końcu wyleci w powietrze - bardziej opłaca się spędzić ten czas, tworząc go w komputerze. W ten sposób możesz wysadzać tyle razy, ile zechcesz.

Reputacja epizodów od pierwszego do trzeciego jako filmów nakręconych wyłącznie na tle zielonego ekranu nie jest zasłużona. Wiele sekwencji, takich jak słynny rajd ścigaczy z "Mrocznego widma", było mieszanką starych i nowych technik. Żeby stworzyć wiwatujące tłumy na trybunach, animatorzy zbudowali makietę stadionu, a widownię wypełnili... farbowanymi końcówkami patyczków do czyszczenia uszu. Modelarze nadal byli bezcenni, choć ich rola była już tylko pomocnicza. Druga rewolucja właśnie się dokonała.

5 Kadr z filmu 'Łotr 1. Gwiezdne wojny - historie' Kadr z filmu 'Łotr 1. Gwiezdne wojny - historie' reż. Gareth Edwards, prod. Lucasfilm, Bad Robot Production

Chirurgia bez szwów

Hollywoodzkie filmy regularnie podnoszą technologiczną poprzeczkę, trudno wskazać konkretny przełom ostatnich lat w tworzeniu efektów specjalnych. Nie ma już rewolucji. Zastąpiła ją ewolucja. Która może oznaczać także świadomy krok wstecz.

Reżyser "Przebudzenia mocy" J.J. Abrams postanowił posługiwać się prawdziwymi lokalizacjami i miniaturami. Kostiumami, w których pocili się prawdziwi aktorzy. Zbudował prawdziwego Sokoła Millenium, prawdziwe osady na pustyni, prawdziwą bazę X-wingów wyglądającą jak z czasów bitwy o Anglię... Oczywiście nie zrezygnował z komputerów. To w 2015 r. nie jest nawet możliwe, bo od czasu "Ataku klonów" wysokobudżetowe (i nie tylko) filmy powstają nie na taśmie, lecz na dysku w kamerze cyfrowej. Jednak dotarliśmy do etapu w ewolucji kina, gdy świat cyfrowy i fizyczny przenikają się naprawdę subtelnie. Coraz bardziej. Przykład? Czarny charakter Kylo Ren. O twarzy w większości scen zakrytej charakterystycznym, złowieszczym hełmem. I tu niespodzianka.

Bo w materiałach zza kulis grający go Adam Driver zwykle występuje bez hełmu. Nakrycie głowy jest w wielu ujęciach tworem komputerowym, dodanym później, by nie utrudniać pracy aktorowi. Dodanym tak elegancko, że dla widza nie do zauważenia.

Jak wspominają twórcy, najtrudniejszy w całym filmie był - znów - efekt niemal niezauważalny. Scena, w której Finn próbuje z płonącego, rozbitego myśliwca wyciągnąć przyjaciela. Maszyna stoi w ogniu, gwałtownie zapada się w piasku. W tym momencie ogromna makieta myśliwca TIE zostaje podmieniona na cyfrową reprodukcję. Tak jakby iluzjonista chował do  kieszeni królika.

To jest właśnie najnowsza gwiezdnowojenna (r)ewolucja. Koniec rozdziału między tym, co cyfrowe, a tym, co fizyczne. W grudniu sprawdzimy, jak wyszło w "Łotrze 1" (niebędącym regularną częścią sagi). Za kilka lat pewnie najwprawniejszy widz nie dostrzeże różnicy. Lecz, jak w każdej iluzji, takie połączenia bywają ryzykowne. A budowa modeli, makiet i fizycznych planów niesie nieoczekiwane niebezpieczeństwa. Przekonał się o tym Harrison Ford.

Podczas zdjęć do "Przebudzenia mocy" drzwi Sokoła Millenium boleśnie przytrzasnęły mu nogę. Producenci musieli za to słono zapłacić.

Zera i jedynki są jednak lżejsze. I tańsze

Skomentuj:
Gwiezdne wojny: nowa nadzieja kina
Zaloguj się lub komentuj jako gość

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX