Walki rycerskie: na smoka, po księżniczkę!

Dopadli go na środku łąki. Walą w niego mieczami niczym średniowieczny chłop cepem. Otoczony, ciosem topora obala jednego przeciwnika. Drugiego ogłusza uderzeniem w hełm. Jest szybki, piekielnie szybki. Błyskawicznie się odwraca, ale tego ataku nawet on nie jest w stanie odeprzeć. Nadlatujący miecz łamie stylisko topora i trafia w głowę.
Rycerskie starcia! Rycerskie starcia! Fot. Albert Zawada/Agencja Gazeta

Z widokiem na Jurę

Uderzenie było potężne. Musiało go zamroczyć, bo wiotczeje i uginają się pod nim nogi. Robi niepewny krok w przód, w tył, zatacza się na boki, wreszcie przyklęka na kolano. Przeciwnik, który zadał ten cios, sam musi być chyba zaskoczony jego siłą. Nie atakuje już rywala. Pozwala mu osunąć się na ziemię. Odrzuca miecz i ściąga hełm z głowy pokonanego. Spod niego wyłania się spocona twarz i nieco błędne oczy, ale, o dziwo, wszystko jest OK, bo facet szybko dochodzi do siebie i pole walki opuszcza o własnych siłach. Publiczność, która na kilka chwil zamarła z przerażenia, teraz ożywa i żegna go owacjami.

NA SZLAKU ORLICH GNIAZD

Nad Jurą Krakowsko-Częstochowską przewalają się chmury. Choć pogoda pod psem, ulicami wioski Podzamacze płynie nieprzebrany tłum. Kierunek: zamek Ogrodzieniec, w którym Bractwo Rycerskie Ziemi Ogrodzienieckiej organizuje turniej rycerski. Ludzka rzeka, której nurt porwał i mnie, spiętrza się przy starej, kamiennej bramie, a za nią rozpływa się po łące otoczonej kruszącymi się murami. Tuż pod zamczyskiem rozłożyło się miasteczko namiotowe. Podobnie musiały wyglądać te, które rozbijali średniowieczni wojowie. Jedni idą w tym kierunku, a co bardziej śmiali zapuszczają nawet żurawia za rozchylone poły namiotów.

Inni czas pozostały do rozpoczęcia walk przeznaczają na zwiedzanie zamku, największego i najpiękniejszego na Szlaku Orlich Gniazd. Droga do niego wiedzie przez zachowany fragment fosy, nad którą kiedyś był most zwodzony. Na szczyt sześciokondygnacyjnej wieży prowadzą kręte, wyślizgane przez setki lat schody. Gdy wspinam się nimi, co rusz mijam otwory strzelnicze. Ze szczytu wieży roztacza się wspaniały widok na Jurę. Doskonale widać też otaczający warownię 400-metrowy mur, który budowniczowie sprytnie wkomponowali w gigantyczne wapienne ostańce.

Zamykam oczy i bez trudu wyobrażam sobie to miejsce przed kilkuset laty: tętniące życiem dziedzińce, warty opowiadające się zmianie. Nieomal słyszę skrzyp kołowrotów opuszczających most i czuję przyjemny zapach pieczonego w kuchni mięsa. O nie, to nie wyobraźnia, ten zapach jest realny - dociera ze straganów rozstawionych na czas turnieju. Zaczynam się ślinić na myśl o pieczonej golonce i małym jasnym. Kulinarne przyjemności muszą jednak poczekać - zaraz rozpocznie się turniej łuczniczy

Cel, pal! Cel, pal! Fot. Albert Zawada/Agencja Gazeta

Łucznicze różności

Z pewnym zdziwieniem stwierdzam, że wśród łuczników wszystkie chwyty, przepraszam, łuki, są dozwolone. Jedni strzelają z długich angielskich, drudzy z krótkich refleksyjnych, jeszcze inni sięgają po asymetryczne łuki japońskie. Łączy ich tylko dbałość o historyczne szczegóły. Jeśli strzały, to drewniane, nie żadne aluminium czy włókno węglowe. Jeśli lotki, to pióra, nie żadne tworzywo sztuczne. Przyrządy celownicze? To nie tu.

- Skąd je wziąłeś? Super! - brodacz ubrany w przeszywanicę (kaftan z wielu warstw płótna) bierze do ręki strzałę konkurenta i fachowo ocenia pióra lotek.

- Trafiłem na farmę bażantów. Zapas mam na rok albo lepiej. Gęsi się do tego nie umywają - gość w szaroburym tabardzie (krótki płaszcz z kapturem) pęka z dumy.

- Miałem trochę indyczych, ale już mi zeszły. Dasz trochę?

Dalej zawzięcie dyskutują, ale mój wzrok przykuwa stojąca na wzgórzu łuczniczka. Kaskada rudych włosów, zielona suknia. Po prostu żywa kopia Meridy Walecznej. Dziewczyna zwraca zresztą nie tylko moją uwagę - jak spod ziemi wyrasta przy niej Albert i jak to fotograf, od razu celuje w nią obiektywem aparatu. On mierzy w Meridę, a w niego groźnie strzela oczami gość w zielono-czarnym kubraku. W ręku łuk. Albert w niebezpieczeństwie?!

Na szczęście nie. Okazuje się, że spotkaliśmy sympatyczne rodzeństwo - Annę i Piotra z Bractwa Rycerskiego Ziemi Chęcińskiej.

Ona już po chwili z przejęciem zasypuje nas informacjami o naturalnych materiałach, z których rekonstruktorki szyją sobie kiecki, i jaka to pracochłonna czynność (ratunku!). On zdradza, że łucznictwo to dla niego etap przejściowy, że kończy kompletowanie zbroi, że niedługo zacznie walczyć. Doskonale go rozumiemy. Łucznicy, w odróżnieniu od rycerzy, choć bardzo skuteczni, nie cieszyli się w średniowieczu specjalnym uznaniem. Okazuje się, że przez wieki najwyraźniej nic się nie zmieniło, bo na hasło, że zaraz będą walki, naród na wyścigi ruszył w kierunku, gdzie przygotowywany był plac do rycerskich starć.

Nie ma lipy Nie ma lipy Fot. Albert Zawada/Agencja Gazeta

Starcia wagi ciężkiej

Szranki - kwadrat wytyczony palami wbitymi w ziemię, i połączonymi liną - ustawiono tuż przy naturalnych trybunach, jakie stanowią wapienne skałki. Z takiej perspektywy żaden szczegół walki nie może umknąć. Super, a w dodatku przestał siąpić deszcz i pojawiło się słońce. Jego promienie odbijały się w wypolerowanych zbrojach rycerzy, którzy powoli, wręcz dostojnie, zaczęli schodzić w dół stoku na pole walki. Ich korowód grał feerią barw. Szły nieznające strachu Lisy z Mikołowa, Iuvenes Feles szerzący chrześcijaństwo mieczem, Rycerze Grobu Bożego z Żywca, Toporczycy z Żukowa. Za nimi Będzin z Przyjaciółmi, Kruki i Niepołomickie Bractwo Rycerskie. Na tarczach smoki, gryfy, zawołania rycerskie. Na twarzach, bez wyjątku, skupienie.

Atmosferę w  szrankach podgrzewał Mateusz Machnik z Bractwa Rycerskiego Ziemi Ogrodzienieckiej (gospodarze turniejów nie biorą udziału w walkach). Nie wiem, gdzie ten gość uczył się konferansjerki, ale umiejętności mógłby mu pozazdrościć słynny Michael Buffer.

- Nie kłujemy, zaliczamy ciosy od łokci w górę i od kolan w górę - Mateusz przypomina zasady.

Na początek będą walczyć na miecze krótkie z tarczami. Losowanie przeprowadzone. Zaczynają się pojedynki.

- Na smoka, na smoka, na smoka! - to rycerze z Będzina witają wchodzących w szranki.

Czy to z powodu buzującej adrenaliny, czy braku doświadczenia, pierwsi rycerze zaraz po rytualnym trąceniu się mieczami na powitanie wręcz rzucili się na siebie. A łatwe to nie jest, bo każdy nosi na sobie grubo ponad 20 kilogramów. Nie było badania przeciwnika, przygotowywania akcji, obrony. Była bojowa furia, cios za cios w zakuty łeb przeciwnika i chaos. Morze chaosu. No, po prostu karczemna jatka. Widać było, że braki techniczne goście nadrabiali entuzjazmem. Nie wiem, jakim cudem wytrzymali to szaleńcze tempo, ale gdy po skończonym 1,5-minutowym pojedynku zdjęli hełmy, wylało się z nich chyba wiadro potu. A o oddech walczyli niczym ryby wyciągnięte z wody.

Czy tak będzie w każdym starciu? Gdzie kunszt szermierczy? - zacząłem zadawać sobie pytania.

Niepotrzebnie się niepokoiłem. W szranki wszedł właśnie Krzysztof Skubis. W walkach rycerskich nie ma podziału na kategorie wagowe, ale to wcale nie oznacza, że trzeba być olbrzymem, żeby zwyciężać. Skubis nie imponuje wzrostem, ale jest diablo silny i szybki. Widać było również, że doświadczony. Załatwiał konkurenta patentem, który opracowany miał do perfekcji. W zwarciu, gdy przepychali się tarcza w tarczę, niespodziewanie odpychał rywala nogą i robił sobie przestrzeń do ciosu. I wtedy słychać było błyskawicznie następujące po sobie brzdęk, brzdęk, brzdęk - to jego miecz lądował na hełmie zaskoczonego przeciwnika.

Zaraz potem w szranki wszedł Piotr Kriger, który w tym roku wywalczył pod Grunwaldem wicemistrzostwo Polski w konkurencji miecza długiego. Okazało się, że czarnobrody rycerz jest wszechstronny - dał popis walki mieczem krótkim i tarczą. Nigdy nie atakował, dopóki nie odparł ataku. Nie tracił równowagi, co często przytrafiało się innym walczącym. Gdy czuł, że zaraz może znaleźć się w opałach, odskakiwał i zajmował lepszą pozycję. Niczym Muhammad Ali w ringu, on w szrankach tańczył jak motyl i żądlił jak pszczoła.

"Ale się chłop wyrobił", "Cholera, dobry jest", "A jeszcze niedawno z nim wygrywałem" - słychać było komentarze rycerzy obserwujących go w akcji.

W demolkę, którą urządzał Kriger, wdarł się nagle jakiś fałszywy dźwięk - to po jednym z ciosów lądujących na głowie przeciwnika pękł mu miecz. Przez widownię przemknęło głośne "Och". W tym momencie chyba nikt już nie miał wątpliwości, że walczący wkładają w uderzenia całą siłę. A to i tak był tylko przedsmak tego, co miało się wydarzyć w bohurcie, czyli walkach grupowych.

We Are The Champions We Are The Champions Fot. Albert Zawada/Agencja Gazeta

Dla najmężniejszych z mężnych

Zasady bohurtu, a może właściwie ich brak, sprowadzają się do tego, że wygrywa ta drużyna, która obali przeciwników na ziemię. Atakować można w  każdy możliwy sposób, a wszelkiego rodzaju tasaki, halabardy, toporki ważą nawet kilka kilogramów. To dlatego przed bohurtem nawet najlepsi czują respekt. To nie namiastka prawdziwej bitwy, która toczy się podczas historycznych inscenizacji, ale jak najbardziej realne starcie zagrażające zdrowiu. To podczas bohurtu najczęściej dochodzi do złamań rąk i nóg. To tu trafieni w głowę rycerze tracą przytomność.

Na czas walk grupowych znikają szranki, bo polem starcia jest cała łąka. Publiczność, wśród której wyczuwa się napięcie, odgrodzona jest od walczących podwójnym rzędem żerdzi.

Wreszcie ruszają na siebie pierwsze pięcioosobowe drużyny - Sierotki (naszpikowane najlepszymi zawodnikami turnieju) ścierają się z z Iuvenes Feles. Z każdej grupy odrywa się po dwóch najlżejszych rycerzy. Ich zadaniem jest obiec cięż- kozbrojnych rycerzy i podstępnie zdzielić ich w potylice, popchnąć lub podciąć. Po chwili w centrum trzech na trzech walczą rycerze wagi ciężkiej, a z tyłu kąsają ich obiegający.

Sierotki szybko obalają dwóch przeciwników. Są już prawie pewne zwycięstwa, ale oto jeden z biegaczy z Iuvenes Feles, który taktycznie uciekł kilkanaście metrów, wraca rozpędzony i chce je staranować. Ma szansę, bo przeciwnicy stoją do niego plecami. Jest od nich sześć metrów, pięć, cztery... Może mu się udać! Ale gdy od celu dzieli go już najwyżej kilka kroków, potyka się. "O kurwa" - wyrywa mu się wcale nierycerski okrzyk, gdy po dość długim locie z łomotem pada na ziemię. Pozamiatane.

W następnych starciach Sierotki dalej idą jak burza. Ich ciężkozbrojni nie powstrzymują rąk. Wytrącają z rytmu konkurentów, a potem dwoma, trzema ciosami brutalnie powalają ich na ziemię.

Niektóre boje są heroiczne: rycerz rzuca się na wroga z gołymi rękami. Są też sytuacje nieco wstydliwe: widząc nacierająca grupę, jeszcze nietrafiony wojak teatralnie się wywraca (to trzeba zrozumieć i wybaczyć).

Zwycięzcom, przynajmniej do następnego turnieju, towarzyszyć będzie sława. Przegrani wyjadą z mocnym postanowieniem, że następnym razem to oni położą przeciwników pokotem. Wszak rycerzowi może pęknąć sprzęt, ale on nigdy nie pęka.

Więcej o: