Dieta à la Robert Lewandowski

Z wielką przyjemnością oddałem się w ręce narzeczonej Roberta Lewandowskiego. Tym bardziej że miałem po tym wyglądać zupełnie jak najlepszy piłkarz reprezentacji Polski. Moja żona też miała mieć ze mnie większą pociechę.
Ryszard Szul trenuje ze mną na bieżni Ryszard Szul trenuje ze mną na bieżni fot. Albert Zawada

Tajemniczy sposób na życie

Wizja była kusząca, bo dostęp do cud-recepty na smukłą sylwetkę, muskulaturę gladiatora oraz samopoczucie herosa mają ponoć nieliczni. Trudno to nazwać dietą, nawet nie okresem przejściowym - tajniki trzeba zgłębić od zaraz i stosować najlepiej przez całe życie.

O tym, że polski piłkarz od czasu do czasu pokopie piłkę, a resztę życia spędza na atrakcjach, jakie niesie świat łatwej kasy, blichtru i tzw. miasta, wiedziałem nie od dziś. Okazało się jednak, że są wśród polskich futbolistów tacy, którzy zajęcie swe traktują całkiem serio. Wśród nich 24-letni Robert Lewandowski, napastnik reprezentacji i Borussii Dortmund. Nad wszystkim, co dotyczy jego kariery - oczywiście poza samym treningiem i meczami - czuwa jego narzeczona Ania. Też sportsmenka, jedna z najlepszych zawodniczek karate tradycyjnego w Europie.

Wśród polskich piłkarzy rozniosła się wiadomość, że to Ania ze sztabem fachowców współpracujących m.in. z AC Milan, wyznacza rytm biologicznego zegara Roberta, pilnuje, co i jak jada, kiedy chodzi spać i czego dodaje do kąpieli. Wszystko po to, by wyciągnąć z jego ponadprzeciętnych zdolności jeszcze więcej.

Kwas z kwasem

Do Ani zgłosili się kolejni piłkarze, zgłosiłem się i ja. Nie po to, by lepiej grać w piłkę. Na co mi to w wieku 35 lat? Zobaczyłem zdjęcie Roberta bez koszulki i chciałem wyglądać jak on.

Spotkanie z Anią zaczęło się od złożenia ślubów. Miałem zagwarantować dyskrecję, nieprzekazywanie w całości założeń jej... No właśnie, co to? Nazwijmy to przepisem na życie à la Lewandowski. Zaznaczyłem, że chcę w przyszłości podzielić się wrażeniami z eksperymentu z czytelnikami "Logo", ale dostałem zgodę na zdradzenie najwyżej 30 proc. wszystkich wskazówek. Resztę można kupić, umawiając się na specjalne konsultacje. Koszt? Spotkanie około 500 zł, a później w comiesięcznym budżecie trzeba zaplanować ok. 300-500 zł tzw. dietetycznych wydatków.

Najpierw był wywiad - jak żyję, co jadam, w jakiej kolejności. Okazało się, że jestem zupełnie na bakier ze "zdrowym prowadzeniem się", zakwaszony jak diabli, właściwie całe moje ciało to jeden wielki kwas. A jak człowiek zakwaszony, to za nic nie wyciągnie z siebie tego, co najlepsze. No i czasem brzydko pachnie, bo kto widział kwas o przyjemnej woni.

Decyduje o tym przede wszystkim nabiał, więc mleko po każdą postacią, białe sery i pochodne z menu miałem wyrzucić natychmiast. Nawet nie czekając na wynik pierwiastkowego badania włosa, które miało wyjaśnić wszystkie zagadki mojego ciała.

Następny dzień rozpocząłem od szklanki ciepłej wody z cytryną. W ogóle wszystko trzeba pić ciepłe, by nie wychładzać organizmu. Należy też używać rozgrzewających przypraw i warzyw (można np. skubać sobie świeży imbir), a podczas wysiłku nie sięgać po zimne napoje, tylko ciepłą wodę z dodatkiem specyfików, które przepisuje Ania.

Dieta dietą, ale przecież Lewandowski co trzy dni gra mecz i jeszcze intensywnie trenuje przez cały tydzień, co też wpływa na jego sylwetkę. Poprosiłem więc o pomoc jednego z najlepszych polskich fizjologów - Ryszarda Szula. Pracował w dwóch czołowych polskich klubach piłkarskich, więc i mnie mógł sprzedać namiastkę piłkarskiego treningu. Tak, bym poszedł drogą Lewandowskiego. Ustaliliśmy harmonogram, według którego na bieżni, w lesie i na siłowni podejmowałem wysiłek zbliżony charakterystyką do futbolowego.

Żona się zachwyciła, bo zupełnie straciłem ochotę na wieczorne alkoholowe nasiadówki. Waga leciała aż miło, a im więcej trenowałem, tym bardziej byłem zmęczony. Nawet na domowe sprzeczki miałem coraz mniej chęci.

Koledzy, gdy dowiedzieli się ile suplementów połykam, dali mi ksywkę Koledzy, gdy dowiedzieli się ile suplementów połykam, dali mi ksywkę "Koksiarz" fot. Albert Zawada

Ja, koksiarz

W trzecim tygodniu dostałem od Ani część specyfików, a kolejne dokupiłem w aptece. To ponoć klucz całego programu - odpowiednia suplementacja, którą należy stosować bez względu na charakter pracy i życia w ogóle.

Dostałem tego mnóstwo, właściwie nie garść, całą wywrotkę. Nawet nie chodzi o to, że wydałem kolejne 500 zł. Kiedy wysypałem to wszystko na stół, wyjmując ustalony przez Anię harmonogram przyjmowania tych specyfików, żona i Ryszard popatrzyli na mnie jak na wariata. Było mniej więcej tak:

1) Rano:

- preparat "a" - 1/2 tabletki na początku posiłku;

- preparat "b" - 2 tabletki po posiłku;

- preparat "c" - 1 tabletka między posiłkami, razem z preparatem "d";

- preparat "d" - 2 tabletki między posiłkami razem z preparatem "c";

- preparat "f" - 1 tabletka godzinę po posiłku co drugi dzień.

2) Południe:

- preparat "a" - 1/2 tabletki na początku posiłku;

- preparat "b" - 2 tabletki po posiłku;

- preparat "g" - 2 tabletki pół godziny przed posiłkiem;

- preparat "h" - 2 tabletki do obiadu;

- preparat "i" - 2 tabletki do obiadu.

3) Wieczór:

- preparat "j" - 1 tabletka po kolacji przed snem;

- preparat "k" - 1 tabletka na początku kolacji co drugi dzień;

- preparat "h" - 2 tabletki do kolacji;

- preparat "l" - 1 tabletka po kolacji przed snem.

Myślicie, że przesadzam? Nic z tych rzeczy, naprawdę było tego tyle, że kupiłem w aptece specjalny dozownik do lekarstw na cały dzień, by nie pogubić się w tym wszystkim. Nie podaję nazw preparatów, bo to element tajemnicy, ale były wśród tych specyfików m.in. witaminy C i B, oeparol, chrom, salicynar, kelp, magnez, enzymy trawienne etc.

Przez pierwsze dni - może dlatego, że byłem podekscytowany wizją kaloryfera na brzuchu, końskiego zdrowia i tryskającej ze mnie energii - z tabletkami szło mi jak należy. Później coraz częściej nie pamiętałem, co i kiedy wziąć, zdarzało się, że zapominałem torby z pastylkami do pracy, kiedy wypadł wieczór z odrobiną alkoholu, uznawałem, że nie ma sensu mieszać go z suplementami. Mój żołądek coraz gorzej to znosił i ja coraz gorzej znosiłem kąśliwe uwagi kolegów oraz nowy przydomek "Koksiarz".

10 proc. tłuszczu

Spoglądałem na wagę i szło coraz lepiej (już poniżej 80 kg). Ryszard ufundował mi nawet taką specjalną, do mierzenia poziomu tłuszczu w organizmie. Wynik poprawiał się szybko. Kiedy zszedłem poniżej 10 proc., uznałem, że jest OK, bo wyszperałem gdzieś, że to wynik godny sportowca wyczynowego. Ryszard potwierdził, bo kilku piłkarzy zdobywających w 2006 r. mistrzostwo Polski z Legią miało właśnie taki wynik. Większość jednak schodziła do ok. 7 proc. Zacząłem trenować jeszcze mocniej. Oczywiście za zgodą trenera.

Trening treningiem, a ja chłonąłem coraz więcej nowych zasad Ani. Najgorsze były cotygodniowe specjalne kąpiele odkwaszające, jedna z nich omal nie zakończyła się wizytą hydraulika (kiedy dodałem do wody płatki owsiane). Był też skrzyp polny, moczony przez osiem godzin i gotowany, ale po nim brałem normalną kąpiel, bo zapach tych ziół nie był zbyt miły.

Kolejna część programu jest chyba najciekawsza i dalej będę ją stosował. To specjalne odkwaszające herbatki, czyli mieszanki ziół. Pierwsza to czystek, druga (popijam ją przed snem) to połączenie pięciu dostępnych na naszym rynku suszów. Niestety nie mogę podać nazwy.

Takie eksperymenty mają wskazać drogę innym, więc pozwolę sobie na odrobinę ekshibicjonizmu. Otóż mimo dużej dbałości o higienę człowiek wydala z potem szereg nieprzyjemnych zapachów. A po tych mieszankach czuję się świeżo przez cały dzień.

Wigor i sprawność

Wróćmy do eksperymentu. Im więcej rzeczy dokładałem, tym bardziej byłem zmęczony, głównie psychicznie. Trudno było zachować reżim. Udało mi się wytrwać w tym kieracie około trzech miesięcy. Większą część doby wypełniało mi myślenie, co, kiedy i w jakiej kolejności zjeść, które tabletki połknąć i jaką mieszankę ziół zastosować na noc.

Ryszardowi coraz mniej chciało się tłumaczyć, że wszystko ma sens, póki nie zatracamy się w tym zupełnie. Niestety, nie miałem swojej Ani, która przypilnowałaby wszystkich punktów filozofii życia à la Lewandowski. Moja żona zbuntowała się już po kilku tygodniach, zwłaszcza że nie miałem pensji à la Lewandowski.

Co prawda wciąż nie wyglądam jak on, ale czuję się znacznie lepiej. Żona potwierdzi - z tych siedmiu kilogramów mniej, sprawności licealisty i większego wigoru jest chyba zadowolona. Prawda, kochanie?

Ryszard Szul, jeden z najlepszych polskich fizjologów Ryszard Szul, jeden z najlepszych polskich fizjologów fot. Albert Zawada

Ryszard Szul, fizjolog, opowiada o eksperymencie

Dbałem o przygotowanie fizyczne Wisły i Legii, indywidualnie prowadziłem przez życie kilku piłkarzy, do dziś radzę znanym biegaczom, jak mają trenować, żywić się i odpoczywać. Takiego wariata jak Przemek, który bez wyraźnej potrzeby chciałby wejść w ramy ortodoksyjnego programu, dotąd nie widziałem. Skoro jednak chciał, pomogłem mu, wiedząc z góry, jak to się wszystko skończy. Nie miałem zamiaru go zniechęcać, ważne było, by sam uwierzył, że to, co robi, jest najlepszą drogą do poprawy samopoczucia, zdrowia i ogólnie lepszej sprawności. Także w łóżku.

Większość diet ma ważną zaletę - porządkują odżywianie. Oczywiście jeśli są zbilansowane i dostarczają wszystkich potrzebnych składników, bo tych, które każą głodować czy poddawać się innym katorgom, za zdrowe nie uznam nigdy.

Istotnym elementem wskazówek, jakie dała Przemkowi Ania, było całkowite wyeliminowanie alkoholu. To właściwie podstawa i już na starcie, po kilku tygodniach, stosując się tylko do tej zasady, można stracić nawet dwa-trzy kilogramy.

Pozwolicie, że o kąpielach w ziołach i płatkach owsianych oraz w innych specyfikach mówił nie będę, a co najwyżej uśmiechnę się pod nosem. Mają to być zabiegi odkwaszające, ale trudno mi sobie wyobrazić - z punktu widzenia fizjologii - jak można zutylizować mleczan we krwi poprzez nasiadówkę w wannie. Przyjmując jednak, że kąpiele te relaksują, a przez wysoką temperaturę przyśpieszają krążenie, nie miałem zamiaru interweniować. Nie protestowałem też przeciwko analizie pierwiastkowej włosa, dzięki której pacjent dowiaduje się, czego brakuje w jego organizmie. Choć wystarczy do tego morfologia, która powie też, czy nie trapią nas rozmaite choroby, czy nie ma w organizmie stanów zapalnych.

Byłem jednak przerażony, kiedy zobaczyłem plecak Przemka wypełniony różnymi specyfikami. Wyobraziłem sobie wątrobę naszego bohatera, która puchnie, męczy się i naraża na poważne konsekwencje przyjmując około 20 tabletek dziennie. Gdyby od tego zależała forma, sportowcy stołowaliby się w aptekach, a trenerzy nie byli potrzebni. Robert jest lepszy nie dzięki specyfikom, ale genom i ciężkiej pracy. Tłumaczyłem, że jeśli Przemek musi, to niech weźmie raz dziennie supradyn albo orthomol, to zaspokoi jego zapotrzebowanie na suplementy. A z naturalnych źródeł witamin niech sięga po buraka, marchewkę, porzeczki i od czasu do czasu zje wątróbkę lub krwisty befsztyk.

To nie tabletki, kąpiele czy rygor popijania dopiero pół godziny po posiłku wpłynęły na to, że Przemek zgubił ponad 7 kg. Wszystko to - przyspieszony metabolizm, mniejsze łaknienie, a przez to ujemny bilans energetyczny, i wreszcie świetne samopoczucie - dał ruch, który dołożyliśmy do tego eksperymentu jako dodatek.

Teraz mogę powiedzieć wprost: ruszaj się chłopie cztery razy w tygodniu, sięgaj z rzadka po alkohol, kontroluj wagę codziennie o tej samej porze (jeśli jest nagle kilkanaście dkg więcej, dołóż pół godziny biegu następnego dnia i odpuść kolację) i jedz z głową pięć razy dziennie, planując z wyprzedzeniem, co włożysz do ust. To wystarczy, byś był zdrowy przez lata. A tabletki wyrzuć w cholerę. Nie szkoda wątroby?

Przykładowy tydzień treningu wg trenera Szula

Poniedziałek - wolne.

Wtorek - 10 minut biegu na tętnie 130; 5 minut rozciągania; 5 minut biegu na tętnie 150; 5 minut na tętnie 140; 10 odcinków po 20 sekund luźnych, szybkich przebieżek z przerwami po 40 sekund w marszu; 5 minut ćwiczeń na gibkość.

Środa - 60 minut biegu ciągłego na tętnie 145.

Czwartek - 60 minut biegu ciągłego na tętnie 155.

Piątek - wolne.

Sobota - zajęcia na tartanie: 10 minut biegu na tętnie 140; 5 minut rozciągania; 6 odcinków po 1 km na tętnie 165 z dwuminutowymi przerwami w marszu; 10 minut truchtu na tętnie 130.

Niedziela - 1 godzina i 45 minut biegu ciągłego na tętnie 140.

Więcej o:
Komentarze (10)
Dieta à la Robert Lewandowski
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • Gość: Daniel

    Oceniono 12 razy 8

    Tylko po co tyle tabletek?
    Czy tak ciężko pobiegać 3 razy w tygodniu te 60 min?
    Jeżeli nie lubimy biegać, to polecam basen, który ma bardzo dużo plusów. Wzmacnia kondycję, muskulaturę, objętość płuc, wytrzymałość, odciąża stawy itd.
    Branie takiej ilości suplementów, to nie za dobre wyjście.
    Uprawiajmy sport, a nie samozabijanie.

  • Gość: sarabacki

    Oceniono 7 razy 3

    Morfologia to stan w momencie pobierania krwi. Badanie włosa - za okres. To ogromna różnica, pan trener powinien się zapoznać.

  • Gość: a to dobre

    Oceniono 3 razy 1

    Gorące kąpiele przyśpieszają krążenie?

  • Gość: Kasia

    0

    Ciekawe czy żona trenuje Lewandowskiego:) mnie się wydaje, że najważniejszy jest umiar i wyobraźnia. Nie ma nic gorszego niż obżeranie się i głodzenie na przemian. Ja po prostu regularnie uprawiam fitness i zdrowo się odżywiam. Jem dużo owoców, sporo warzyw i pije duzo wody mineralnej, np ustronianki z magnezem bo zawiera też witaminę B6...

  • Gość: Marzena

    0

    W diecie najważniejsze jest nawadnianie organizmu. Ja zawsze pamiętam o wodzie mineralnej, w trakcie biegania czy jazdy na rowerze zawsze piję Ustroniankę z potasem bo potas jest bardzo ważny przy aktywnym trybie życia.

  • Gość: Alamar

    Oceniono 16 razy -8

    Od razu widac ze Szul sie nie zna, zreszta tak jak myslalem bo nigdy nie mialem do niego przekonania widzac jak graja druzyny po jego przygotowaniach, Ania jest 100 razy lepsza i tylko do jej zalecen radze sie stosowac.

  • Gość: ana

    Oceniono 44 razy -44

    Ja powiem z własnego doświadczenia. O braku odporności i nadwadze już dawno zapomniałam. Schudłam 11 kg i to praktycznie bez wyrzeczeń ale znam ten problem efektu jo-jo , braku motywacji i systematyczności. Pewnego dnia trafiłam na fajnego konsultanta wellness (dietywellness.pl) , który poradził sobie z moimi problemami w kilka tygodni. Czuję się super! Nie boję się efektu jo-jo, bo jest ze mną konsultant, który wie jak się przed tym ustrzec. Naprawdę polecam.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX