Adam Nawałka: piłkarski Mojżesz

Ani w przycinaniu gałęzi zagrażających liniom wysokiego napięcia, ani w sprzedaży Trabantów z silnikiem Volkswagena Polo nie poszło Adamowi Nawałce tak dobrze jak z reprezentacją Polski.
Kibice w czasie Euro 2012 Kibice w czasie Euro 2012 Fot. Tomasz Stańczak / Agencja Gazeta

Klątwa

Posada selekcjonera reprezentacji Polski w XXI w. nie była już może tak niewdzięczna jak we wcześniejszej, smutnej ostatniej dekadzie XX w. - wszak Polsce udało się zagrać dwa razy na mundialu i dwa razy na Euro - ale wciąż kojarzyła się z jednym: przykrymi porażkami. Już nie w kwalifikacjach, ale na dużych imprezach.

Jerzy Engel po rewelacyjnych eliminacjach i powrocie biało-czerwonych na mistrzostwa świata po 26 latach przerwy na mundialu 2002 przegrał 0:2 z Koreą Południową i aż 0:4 z Portugalią. Stracił pracę. Paweł Janas awansował na mundial w 2006 r., ale usłyszał od polskich kibiców "Auf Wiedersehen" podczas meczu z Kostaryką, gdy biało-czerwoni nie mieli już szans na wyjście z grupy. Leo Beenhakker po przegraniu finałów Euro 2008 został zwolniony za pośrednictwem telewizji, nim zdołał zapytać "why?". Wreszcie Franciszek Smuda, gdy nie wyszedł z grupy organizowanego przez Polskę turnieju w 2012 r., nie musiał nawet składać dymisji. Jego kontrakt wygasał z końcem turnieju i nikt nie miał zamiaru go przedłużać.

Po tym, jak Waldemar Fornalik z polską drużyną nie zakwalifikował się na mundial 2014 r. w Brazylii, wydawało się, że polska piłka nożna jest już na zawsze przeklęta. Że najlepsze, co można z Polakami zrobić, to awansować na dużą imprezę piłkarską i tam już nie wyjść z grupy. I że obejmujący kadrę Adam Nawałka pakuje się w olbrzymie kłopoty, zupełnie jakby o tym wszystkim nie wiedział.

Polska - Słowenia we Wrocławiu. Selekcjoner biało-czerwonych Adam Nawałka Polska - Słowenia we Wrocławiu. Selekcjoner biało-czerwonych Adam Nawałka Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta

Nowy Lubański

I to na dodatek Adam Nawałka - ten pechowiec, który zaprzepaścił karierę piłkarską z powodu bezsensownego wyjazdu na Kubę.

Wyjazd ten bezsensowny wydaje się dzisiaj, jednak w 1977 r. podtrzymanie dobrych stosunków polsko-kubańskich było bardzo ważne. Dzięki temu na Boże Narodzenie można było przecież kupić w Polsce pomarańcze i banany.

Adam Nawałka pojechał zatem na organizowany przez Fidela Castro sportowy Światowy Festiwal Młodzieży na Kubę, imprezę niezwykle tam prestiżową. Znalazł się w polskiej delegacji wraz z gwiazdą estrady Marylą Rodowicz, niezwykle popularnym wtedy w Polsce Czesławem Niemenem oraz pierwszym polskim kosmonautą Mirosławem Hermaszewskim. Zatem w gronie samych sław polskiego życia publicznego tamtej epoki. Pojechał latem 1978 r., zaraz po sezonie ligowym, w którym tygodnik "Piłka Nożna" uznał go za "Odkrycie roku", a Wisła Kraków z Adamem Nawałką w składzie okazała się rewelacją i sięgnęła po tytuł mistrzowski, którego nie miała od dekady. Nie Górnik Zabrze, nie Ruch Chorzów, nie Legia Warszawa, nie bardzo mocna wtedy Stal Mielec (Lato, Kasperczak, Szarmach), ale właśnie Wisła, pomijana przez ekspertów w gronie faworytów.

Nawałka pojechał po sezonie, w którym trafił do reprezentacji Polski jako młokos, by już w debiucie z Węgrami strzelić gola. "Nowy Lubański", "piękny dwudziestoletni" - widziano w nim talent zupełnie niepospolity.

Pojechał wreszcie na Kubę zaraz po mundialu w Argentynie, podczas którego był w ekipie Polski jednym z nielicznych wygranych. Polacy udawali się na ten turniej po wielkim sukcesie, jaki zespół Kazimierza Górskiego odniósł cztery lata wcześniej w RFN - trzecie miejsce na świecie. Jechali już pod wodzą nowego szkoleniowca Jacka Gmocha, ale z ambicjami sięgającymi tytułu mistrzowskiego. Rozbita przez Argentyńczyków i Brazylijczyków polska drużyna ostatecznie zajęła miejsce piąte (czyli podobnie jak na tegorocznym Euro 2016), co uznane w kraju zostało za porażkę. Polacy wracali rozczarowani, ale przed Adamem Nawałką świat stał otworem. Zaledwie 21-letni piłkarz z Krakowa nie zagrał na mundialu tylko z Meksykiem. Był jednym z tych młodych graczy, którzy dawali Polsce zmianę warty po epoce Orłów Górskiego, jednym z następców. On i Zbigniew Boniek - młode, wielkie talenty stanowiące świetlaną przyszłość polskiego futbolu. Kto wie, może już na kolejnym mundialu w 1982 r. w Hiszpanii...

Adam Nawałka Adam Nawałka Fot. KAI PFAFFENBACH/REUTERS

Piłka? Z tego nie wyżyję

Zbigniew Boniek rzeczywiście stał się przyszłością polskiej piłki. Adam Nawałka natomiast przepadł marnie.

Nie, nie upijał się na Kubie rumem ani nie robił niczego podobnego. Zawsze był człowiekiem, który dbał o sportowy tryb życia oraz o swój organizm, i to chwilami aż do przesady. W latach 70. było to wręcz jego obsesją. Nie był abstynentem, ale nie brał udziału w balangach stanowiących codzienność polskich piłkarzy. Nawałka niewątpliwie był pod tym względem inny. Dbał o dietę, o zdrowie, nawet o wygląd.

A jednak z powodu tej Kuby stracił przygotowania do sezonu. Gdy festiwal się skończył i piłkarz wrócił do Krakowa, nie miał już zbyt wiele czasu na regenerację i zbudowanie formy. Przystąpił do sezonu z marszu.

Takiej formy, jaką miał przed mistrzostwami świata w Argentynie i na samym mundialu, nie osiągnął już nigdy. Do tego doszła kontuzja, której nabawił... po upadku z konia. Zaczął gasnąć jako piłkarz. W lipcu 1980 r. zagrał z Kolumbią w Bogocie w swym ostatnim meczu w barwach Polski - miał wtedy zaledwie 23 lata. Niewielu tak utalentowanych polskich piłkarzy kończyło karierę reprezentacyjną tak wcześnie. W Wiśle Kraków występował do połowy lat 80., bez większych już sukcesów. Kiedy ta spadła z ekstraklasy, dał sobie spo kój z graniem.

Gdy wówczas wsiadał do samolotu do Stanów Zjednoczonych, wiedział już, że jako piłkarz osiągnął znacznie mniej, niż mógł. Że nie dorównał Bońkowi czy Lacie, chociaż miał do tego predyspozycje. Wsiadał, by z dala od pogrążonej w kryzysie Polski zarabiać na życie, na czym się da.

Król mydelniczek

Najpierw była to piłka nożna - trenowanie polonijnego zespołu Polish Eagles. Potem trafiło się przycinanie drzew, które przeszkadzały liniom energetycznym. Najwyższe stanowisko, jakie w życiu zajmował - można powiedzieć, bo Adam Nawałka pracował w koszu nawet 20 m nad ziemią. Gdyby wypadł, zginąłby na miejscu. Ale zarabiał sporo - 17 dolarów za godzinę.

Pomógł mu inny piłkarz Wisły Janusz Surowiec, który wyjechał do USA rok wcześniej. To on ściągnął go do Ameryki. Razem jeździli drabiniastym wysięgnikiem, często daleko od Nowego Jorku - tam, gdzie dostali zlecenie. Jak mówił potem, to właśnie wówczas nauczył się systematyczności i kultu pracy. Stał się pozytywistą, co 30 lat później mieli odczuć na własnej skórze członkowie sztabu reprezentacji Polski.

Z zarobionymi pieniędzmi i opanowanym angielskim wrócił do kraju w 1990 r. Bez większych szans na to, aby w nowej rzeczywistości zająć się piłką nożną. Późniejszy selekcjoner reprezentacji Polski i ćwierćfinalista mistrzostw Europy parał się handlem dżinsami, ale ten interes był już na początku lat 90. schyłkowy. Strzałem w dziesiątkę okazał się zupełnie inny pomysł handlowy - trabanty. Ale nie takie zwyczajne.

"Mydelniczka" - jak mówiono na produkowane w NRD samochody - albo "zemsta Honeckera". "Ford karton" - dodawano, złośliwe wyśmiewając wykonane z tworzywa sztucznego zwanego duroplastem nadwozie. Po zjednoczeniu Niemiec dwusuwowy silnik trabanta zastąpiono motorem wziętym z Volkswagena Polo. Pasował idealnie.

W 1991 r. w Polsce zachodnie auta robiły się coraz popularniejsze, przede wszystkim "używki" z Niemiec. Ale trabanty z silnikiem polo nie były takie drogie. Wóz nie miał złych osiągów, więc Nawałka szybko się zorientował, że znajdzie się na niego zbyt. Od tej pory jego dom w podkrakowskiej Rudawie można było łatwo poznać - stały wokół niego liczne "fordy kartony" z volkswagenowskimi silnikami.

Zadanie domowe - obejrzeć mecz

Ćwierć wieku temu Nawałka sprzedający trabanty za miliony starych złotych był równie odległy od pracy z kadrą Polski, jak sama reprezentacja od awansu na jakikolwiek turniej. Najczarniejszy okres polskiego futbolu skutkował nieobecnością Polaków na światowych imprezach od 1986 do 2002 r.

W tym okresie Nawałka nie poniechał myśli o tym, by zostać trenerem. Zapisał się do "kuleszówki", jak nazywano polską szkołę trenerów PZPN, której inicjatorem był Ryszard Kulesza. Kiedy ją skończył, zaczął pracę w swoim pierwszym klubie - Świcie Krzeszowice, ostatnim w trzeciej lidze.

Kiedy nowy trener przeprowadził w Krzeszowicach pierwszą odprawę, piłkarze małego klubu nie za bardzo rozumieli, o co mu chodzi. Ani jakim językiem do nich mówi. To był język światowego futbolu, żywcem wyjęty z mistrzostw świata i piłkarskich salonów. A dyscyplina, jaką zaprowadził wśród trzecioligowców amatorów, sprawiła, że struchleli. Tak miało być odtąd w każdym klubie, w którym pracował.

Pomysły Nawałki, dyscyplinujące piłkarzy, z czasem zaczęły urastać do miana legendy. W Wiśle Kraków miał ukarać Łukasza Nawotczyńskiego kwotą 5 tys. zł za to, że w meczu nie wykonał żadnego wślizgu. Podczas powrotu z meczów kazał piłkarzom wysiadać przednimi drzwiami z autokaru, tak aby musieli mu chuchnąć przed wyjściem - gdy wyczuł alkohol, nie było litości. W Górniku Zabrze kazał wszystkim zawodnikom kupić dekodery Canal+ transmitującego ligę. Mieli dzięki nim oglądać mecze rywali - potem odpytywał ich ze szczegółów.

Dyscyplinę i posłuch miał jednak zawsze. Gdy wprowadzał dodatkowe treningi i oznajmiał, że są nieobowiązkowe, nie zdarzało się, aby nie miał na nich kompletu piłkarzy. Gdy objął kadrę narodową, odprawy często kończyły się o trzeciej w nocy. Przysypiający już uczestnicy z ulgą witali słowa:  "koniec na dziś, idziemy spać". Po czym jednak Nawałka dodawał: "spotykamy się rano o ósmej".

Polska - Słowenia we Wrocławiu. Selekcjoner biało-czerwonych Adam Nawałka Polska - Słowenia we Wrocławiu. Selekcjoner biało-czerwonych Adam Nawałka Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta

Krew, pot i łzy

Problem polegał na tym, że przez wiele lat jego metody nie dały mu regularnych sukcesów. Owszem, w 2001 r. zdobył mistrzostwo kraju z Wisłą Kraków, ale gdy objął ją ponownie pięć lat później, zwolniono go z powodu niezadowalających wyników. Podobnie było w Zagłębiu Lubin, Jagiellonii Białystok. Jedynie w Górniku Zabrze poszło mu w miarę nieźle. Nawałka jednak cały czas się dokształcał, jeździł na staże za granicą, zdobywał kontakty. Na jednym z takim staży w Rotterdamie poznał Leo Beenhakkera.

Holender objął reprezentację Polski w 2006 r. i początkowo jego asystentem był Dariusz Dziekanowski. Gdy jednak rok później z powodów zdrowotnych Dziekanowski nie mógł pojechać na zgrupowanie do Wronek przed meczami z Armenią i Azerbejdżanem, jego miejsce zajął właśnie Nawałka. Został do końca eliminacji.

Kiedy zatem trzy lata temu polska reprezentacja szukała nowego selekcjonera po tym, jak Waldemar Fornalik przegrał eliminacje do brazylijskiego mundialu, szkoleniowiec Górnika Zabrze nie był postacią anonimową. Mimo tego jego nominacja wzbudziła wiele krytyki. Nawałkę uznawano za trenera dobrego dla Górnika, ale nie dla reprezentacji. Pierwsze mecze kadry pod jego batutą wypadły fatalnie - Słowacja zmiotła nas we Wrocławiu 2:0, zremisowaliśmy bezbramkowo z Irlandią w Poznaniu, przegraliśmy ze Szkocją i zremisowali z Niemcami. Wkrótce to te drużyny stały się rywalami Polaków w eliminacjach do Euro 2016.

To, co wydarzyło się z reprezentacją Polski przez ostatnie dwa lata pod wodzą Adama Nawałki, jest jednym z większych cudów w dziejach polskiej piłki nożnej. Dzisiaj nikt nie ma wątpliwości, że przełomem był 11 października 2014 r. i pierwsze w dziejach zwycięstwo Polski nad Niemcami - 2:0 na Stadionie Narodowym w eliminacjach Euro 2016. A także fakt, że kilku polskich piłkarzy (z pola, bo bramkarzy już wcześniej mieliśmy niezłych) zaczęło grać w naprawdę dobrych klubach europejskich - Robert Lewandowski, Arkadiusz Milik, Grzegorz Krychowiak czy Kamil Glik.

Polska okazała się zdolna nie tylko do takich zwycięstw, ale także do wygrania meczu otwarcia na dużej imprezie piłkarskiej (co ostatni raz zdarzyło się w 1974 r.!) czy wreszcie dojścia aż do ćwierćfinału turnieju (pierwszy taki wyczyn od 1982 r.). Od półfinału Polaków dzielił jeden przestrzelony karny w konkursie jedenastek z Portugalią w dramatycznym meczu w Marsylii.

- Zawodnik musi być przygotowany na krew, pot i łzy. Czekam na takich... Nie toleruję lenistwa, braku staranności - powiadał Adam Nawałka w rozmowie z TVN24. I takich piłkarzy miał były handlarz dżinsami i trabantami, uznawany za niezdolnego do sukcesów wykraczających poza ekstraklasę, odkąd stał się selekcjonerem, za którym polscy piłkarze gotowi są pójść w ogień.

Nadchodzące eliminacje do mistrzostw świata pokażą, czy Euro 2016 było jednorazowym sukcesem, czy może Nawałka jest naszym piłkarskim Mojżeszem, który wyprowadził nas z krainy beznadziei i poprowadzi do ziemi obiecanej.

Więcej o: