Krwawe sporty: boks i polityka

Który z nas choć raz nie zamarzył o tym, żeby dać politykowi w twarz? Jakiemukolwiek, za całokształt politycznej kasty. Ja to zrobiłem. Problem w tym, że mi oddał. I to mocno.
Jacek Jaśkowiak Jacek Jaśkowiak Fot. Bartosz Bobkowski

W szatni

Dziennikarstwem politycznym zajmowałem się przez 15 lat. W końcu powiedziałem "dość" i przeszedłem do o wiele milszego ciału i duszy lifestyle'u. Gdy się dowiedziałem, że będę rozmawiać z prezydentem Poznania Jackiem Jaśkowiakiem, minę miałem nietęga. Ale tylko do momentu, kiedy się okazało, że zanim zmierzymy siłę argumentów, poznamy argument siły naszych pięści. Oczywiście w oparciu o dżentelmeńskie XIX-wieczne Queensberry Rules. Takie wywiady to co innego. Mogę je robić z politykami co dnia!

W końcu boksem zajmuję się od dzieciństwa. Nie tylko zarywałem noce dla Andrzeja Gołoty (i mimo wszystko nie żałuję), ale też trenowałem. Miałem być oczywiście mistrzem wszechświata, ale plany pokrzyżowało mi złamanie podstawy I kości śródręcza. Typowe dla bokserów. Nie było rady, trzeba było iść na studia. Po wielu latach pojawiła się jednak okazja, żeby znowu stanąć między linami. I to z politykiem, więc dreszczyk emocji był podwójny.

Wprawdzie zgooglałem sobie, że prezydent Poznania jest ode mnie o jakieś 15 centymetrów wyższy i 15 kilogramów cięższy, ale wytłumaczyłem sobie, że jest też ponad 15 lat starszy, więc wszystko się jakoś tak równoważy. Dopiero gdy zobaczyłem go na żywo, zdałem sobie sprawę, że te jego 190 centymetrów może robić różnicę. Tym bardziej, że oprócz kierowania miastem jest także w sportowym gazie. Na co dzień trenuje w poznańskiej Akademii Boksu Krzysztofa Chudeckiego. Sparował już z takimi gwiazdami pięściarstwa jak Dariusz Michalczewski czy Paweł Kołodziej. A ja w ostatnim czasie walczyłem głównie z cieniem. I zdaje się, że to on wygrywał...

Jacek Jaśkowiak vs. Piotr Mieśnik Jacek Jaśkowiak vs. Piotr Mieśnik Fot. Bartosz Bobkowski

W ringu

Pewnych rzeczy jednak się nie zapomina - wmawiałem sobie. Ringowy spryt, ustawianie rywala lewym prostym, Stammowskie "doskocz, przypieprz, odskocz", szczelna podwójna garda i wracamy z tarczą! I tak stanęliśmy naprzeciw siebie pełni przeciwieństw: dziennikarz i polityk jak Dawid i Goliat. Tyle tylko, że tym razem wynik był odmienny od tego biblijnego.

Pierwsze wrażenie z ringu. - Kurczę, on jednak cholernie mocno bije! - gdzieś tylko przemknęło mi przez myśl, bo przecież gdy ktoś cię okłada po głowie, nie masz czasu na pogłębione analizy. Jaśkowiak zasypuje mnie serią ciosów, nie pytajcie jakich, bo nie wiem.

Troszkę mnie narusza, więc instynktownie próbuję go... obalić za nogi. - Ej, panowie, to nie MMA - zwraca mi uwagę sędziujący nasze starcie Krzysiek Chudecki. - Tu nie ma przytulania się na ziemi - udziela mi ostrzeżenia. Jeszcze trochę walczę o przetrwanie i wreszcie jest minutowa przerwa. W drugiej rundzie wracam do gry, ale wciąż mam problem, żeby trafić rywala. Lewy prosty nie dochodzi, nie mam siły na balansowanie ciałem, o doskakiwaniu i odskakiwaniu nawet nie myślę. Pozostaje mi tylko podwójna garda, która jednak z czasem też robi się dziurawa.

W końcu runda trzecia i wreszcie jest! Udaje mi się jedna stara sztuczka. Lewy prosty prezydenta Jaśkowiaka zbijam swoją lewą ręką tak, że na ułamki sekundy zostaje nieosłonięty i wtedy bach! Ładuję tam chyba naprawdę mocny prawy sierp, który z głośnym plaskiem ześlizguje mu się po twarzy. Był pot, teraz w ringu pojawia się też krew. Tyle tylko, że to nie podwórko, i mimo tego, że mamy krótkie spodenki, to przecież nie bijemy się do pierwszej krwi. Jaśkowiak przetrwał kryzys, a po trzeciej rundzie to jego ręka powędrowała w górę.

Jacek Jaśkowiak vs. Piotr Mieśnik Jacek Jaśkowiak vs. Piotr Mieśnik Fot. Bartosz Bobkowski

W knajpie

A skoro już daliśmy sobie po twarzach, to w końcu można było porozmawiać. Siedliśmy w jednej z poznańskich knajp, przy lampce białego wina (w końcu bycie sportowcem zobowiązuje!) i... zaczęliśmy wymieniać uprzejmości. Ale nie takie klasyczne, gdy dziennikarz i polityk mizdrzą się do siebie. Raczej takie jak dwóch facetów, którzy po ciężkiej walce nabrali do siebie prawdziwego szacunku.

Dlaczego boks? - starałem się dociekać. - Bo w tej dyscyplinie trzeba mieć charakter, zresztą tak jak w polityce, jak w życiu. Trzeba umieć samemu poradzić sobie z problemami, umieć wstać po upadku, to jest najważniejsze - tłumaczył Jacek Jaśkowiak. - W polityce też są tacy twardzi zawodnicy. Wystarczy spojrzeć na Kaczyńskiego czy Schetynę i drogę, którą przebyli - przekonywał, przywołując przykłady z przeciwległych stron barykady.

Okazało się jednak, że to nie wszystko. - Wiesz, ja pochodzę z poznańskiego Dębca, a kiedyś się mówiło, że "każdy z Dymbca to przystympca". I właśnie boks czy inne sporty walki mogą dać młodym ludziom nie tylko pewność siebie, nauczyć, jak radzić sobie w trudnych sytuacjach, ale też wykorzystać ich energię dla sportu, a nie jakichś głupich pomysłów - mówił Jaśkowiak, zyskując moją sympatię.s

Bo boks białych kołnierzyków to jedno, fanaberia gości w średnim wieku, którzy postanowili w końcu poczuć jakieś mocniejsze emocje w życiu, a praca nad młodzieżą i dobrym wizerunkiem boksu to już całkiem inny świat. Ten pierwszy średnio mnie obchodzi. Ten drugi w Poznaniu ma się nieco lepiej. - Dzisiaj sparowaliśmy w Wielkopolskim Ośrodku Szkolenia Bokserskiego. Najpierw do tej inicjatywy dołożyło się miasto, potem gdy zaczęły się tam odbywać mecze pięściarskie, nawet międzynarodowe, pojawili się sponsorzy. Chciałbym, żeby w każdej dzielnicy był taki sportowy ośrodek - prezydent Poznania snuje plany na przyszłość.

No, ale od wielkiej polityki nie mogliśmy też całkiem uciec. Bo polityczne zwierzę, takie jak ja, może wyjść z lasu, ale las nie wyszedł całkiem z niego, czyli ze mnie. Zacząłem wiercić Jaśkowiakowi dziurę w brzuchu dotyczącą jego dalszych politycznych planów. Zaskoczył mnie jednak, gdy stwierdził, że na Wiejską nie ciągnie go wcale. - Dotrzymam obietnicy, którą złożyłem w kampanii. Jeśli w przyszłości zostanę prezydentem na drugą rundę, to po niej odejdę z polityki - zarzeka się. I tylko jego współpracownica, która pojawiła się, żeby przypomnieć, że czas nam się kończy, zauważyła, że przejęzyczył się, mówiąc o rundach, a nie o kadencjach. Czy jednak można się temu dziwić, skoro światy boksu i polityki są tak bardzo do siebie podobne?

Więcej o: