3 powody, żeby odwiedzić Argentynę

To prawda, ojczyzna Messiego, papieża Franciszka i Che Guevary jest potwornie daleko. Na przelot tam trzeba wydać średnią polską pensję i dać się wytrząść w koszmarnych turbulencjach południowego Atlantyku. Ale są przynajmniej trzy powody, dla których każdy facet powinien zaryzykować.
Argentyna Argentyna Fot. Shutterstock

Raj dla faceta

Wino, kobiety i śpiew - zachęcał Marcin Luter. Wielkiemu reformatorowi Kościoła nie chodziło wcale o zawartość kielicha mszalnego, siostry benedyktynki i chorały gregoriańskie. Nie, jego zdaniem każdy mężczyzna, nie tylko duchowny, powinien kochać tę triadę i cieszyć się nią, dopóki chce cieszyć się życiem. W tej opowieści będzie wino, będzie też śpiew. Ale tam, na południowych krańcach Ameryki, ta męska triada wygląda trochę inaczej. Oto trzy rzeczy, dzięki którym wizyta w Argentynie zachwyci każdego faceta.

Dakar Dakar Fot. Mikołaj Kirschke

Powód pierwszy: Dakar

Dziwny ten krajobraz. Jedziemy już drugą godzinę z Córdoby, największego po Buenos Aires miasta Argentyny, i ja wciąż nie mogę się zdecydować, co mi to przypomina. Być może dlatego, że przez pierwszą godzinę spałem.

Jeśli się chce dotrzeć na trasę, znaleźć dobrą miejscówkę tuż przy odcinku specjalnym i nie przegapić żadnego zawodnika, trzeba wstać w środku nocy. Jestem na nogach od 3.45, więc na szosie odpływam w niebyt drzemki, ale kiedy auto zjeżdża z głównej drogi na miejscowe szutrówki, budzę się i rozglądam po okolicy.

To Sierras Chicas (hiszp. małe górki), łańcuch wzgórz otulający Córdobę od północy i zachodu. Dziwny krajobraz. Nie jakoś szczególnie niezwykły. Ale zaskakujący przez to, że miesza style. Jedna dolina do złudzenia przypomina mi Szkocję, nagie pagórki porośnięte jedynie trawą. Ale wystarczy minąć zakręt i nagle jesteśmy w Ongamira, gdzie droga wije się pomiędzy dwoma nawisami z czerwonej jak cegła skały. To z kolei wygląda na Australię. Nigdy nie byłem, ale obejrzałem "Piknik pod wiszącą skałą". Kilkaset metrów i mamy z kolei pokryte kłującymi krzewinkami wzgórza, jak w Grecji czy Hiszpanii.

Tę krainę przecina zygzakami, jak błyskawica, trasa najsłynniejszego rajdu samochodowego na świecie. Pamiętam czasy, kiedy ta impreza nazywała się "Paryż-Algier-Dakar", bo kierowcy rywalizowali na trasie wiodącej z Francji przez Algierię i Mali do Senegalu. Z Afryki wygonili ich terroryści i bandyci. Schronienie znaleźli w Ameryce Południowej. Tu jest, rzecz jasna, bezpieczniej. Ale wcale nie łatwiej.

- Każdy etap to inne warunki - usłyszeliśmy dzień wcześniej na biwaku, gdzie spotkaliśmy się z polskimi uczestnikami Dakaru jadącymi samochodami MINI ALL4 Racing, Adamem Małyszem i Kubą Przygońskim. Byłoby przesadą twierdzić, że w Afryce brakowało niespodzianek. Ale zważywszy, że większość trasy biegła przez Saharę, można było być przygotowanym głównie na piach i kamienie. Tegoroczny Dakar, licząca ponad 9 tysięcy km pętla przez Argentynę i Boliwię, zahaczał niemal o wszystkie możliwe krajobrazy, może z wyjątkiem tropikalnej dżungli i arktycznej pustyni lodowej. Była stepowa pampa, były błotniste drogi, były wysokie na ponad kilometr piaskowe wydmy w  pobliżu Fiambali na płaskowyżu Altiplano, było pokryte grubymi warstwami soli solnisko Salar de Uyuni.

Ten rajd to ostateczny test nie tyle umiejętności, co zdolności do posługiwania się nimi w warunkach skrajnych. Właściwie każdy ze startujących jest kierowcą przynajmniej znakomitym. Liczy się jednak to, który z nich będzie w stanie tę swoją znakomitość przywołać po wielu dniach mordęgi, kiedy piasek wdziera się pod powieki, plecy bolą od przeciążeń przypominających wbijanie kafarem w fotel, a zbudowane z kosmicznych stopów części najtwardszych na świecie aut pękają, jak gdyby dopadła je jakaś samochodowa osteoporoza. Kto w takich chwilach będzie umiał przypomnieć sobie, co potrafi, ten ma szanse na sukces na Dakarze.

Ale to nie wystarczy. Potrzebne jest jeszcze zaplecze. Przyjrzeliśmy się mu dzień wcześniej na biwaku. Czym jest biwak? To obozowisko rozbijane każdego dnia po ukończeniu etapu. W centralnym punkcie mieści się kierownictwo rajdu, wielka kantyna obsługująca uczestników (nie wszystkich, najlepiej zorganizowane ekipy mają własnych kucharzy), namioty dla VIP-ów i mediów. Wokół zaś - kilkaset metrów w jedną i kilkaset w drugą stronę - rozpościera się obóz ekip startujących w wyścigach. Są zakątki zajęte przez pojedyncze zespoły, dwie-trzy przyczepy i miejsce dla pojazdu, tak wyglądało choćby miejsce naszego quadowego mistrza Rafała Sonika, zwycięzcy poprzedniego Dakaru. Są jednak i spore "miasteczka", gdzie drzwi w drzwi stoją ekipy startujące na tym samym sprzęcie. W takim podobozie MINI znaleźliśmy właśnie Małysza i Przygońskiego. Tuż obok stało auto Nassera Al-Attiyi, wybitnego rajdowca z Kataru, ubiegłorocznego zwycięzcy Dakaru. A kawałek dalej pozostałe mini - Naniego Romy, Mikko Hirvonena i innych.

Zwykle biwak jest ponoć prawdziwym pandemonium. To tam mechanicy wszystkich ekip mają kilka, rzadko kilkanaście godzin na to, żeby dokładnie obejrzeć swoje pojazdy, naprawić wszystko to, co się tego dnia popsuło, i zawczasu wymienić to, co grozi popsuciem nazajutrz. Praca wre w nim niemal przez cała noc pośród stukotania młotków i warkotu wkrętarek do śrub. Ale ten wczorajszy, na który trafiliśmy, wyglądał zupełnie inaczej. Pierwszy etap tegorocznego Dakaru został bowiem odwołany z powodu ulewnych deszczy, a właściwie - nisko wiszących chmur, które uniemożliwiły oderwanie się od ziemi ubezpieczającym rajd helikopterom. Kiedy więc załogi dotarły na jego finisz w Villa Carlos Paz, miały za sobą jedynie luźną przejażdżkę po drogach publicznych. W samochodach nic nie miało prawa się popsuć, kierowcy i ich piloci byli wypoczęci. W miejscowości wypoczynkowej, nad uroczym jeziorem otoczonym łańcuchami górskimi, biwak przypominał więc raczej majówkę. Mechanicy, rzecz jasna, grzebali w autach, bo taki jest sens ich istnienia. Piloci ze spokojem rozkminiali trasę kolejnego etapu, a kierowcy się relaksowali, brali prysznic i masaż, chodzili w klapkach między miniakami i z dumą prezentowali swój sprzęt profanom, takim jak ja.

Dziś od rana nie ma już dla nich majówki. Dziś wyruszają w podróż, która jak młockarnia oddzieli ziarno od plew, mężczyzn od chłopców, twardzieli od mięczaków i maszyny prawdziwie wytrzymałe od zaledwie solidnych. W świecie, w którym odkryte zostało już wszystko, w którym oba bieguny zdobyto już na wszelkie możliwe sposoby, w którym człowiek wspiął się już na wszystkie szczyty i zanurzył we wszystkich najgłębszych otchłaniach, szaleńcom chcącym odnaleźć granice swoich możliwości pozostały właśnie takie rajdy. W XIX i XX w. ludzkość pasjonowała się wyścigiem Scotta i Amundsena do bieguna południowego, dziś rozpalać może rywalizacja Peterhansela i Al-Attiyi w Dakarze. Warto spojrzeć na to z bliska. Warto posmakować tej napakowanej testosteronem i oktanami rywalizacji, choćby ów smak do złudzenia przypominał głównie kurz unoszący się spod kół na jednym z wiraży odcinka specjalnego. Stanąć przy zakręcie wykutym w miękkiej, piaskowej skale i czekać cierpliwie na pojawiające się co minutę-dwie motocykle, quady, samochody i ciężarówki. Patrzeć, jak każdy kierowca inaczej składa się do tego zakrętu, jak jedni niemal niedostrzegalnie zwalniają, innym zaś nawet do głowy to nie przychodzi, co czasem kończy się w rowie. A nazajutrz może samemu przejechać odcinek specjalny Dakaru?

Kobiety Kobiety Fot. Mikołaj Kirschke

Powód drugi: kobiety

- W tej części Ameryki Argentynki nie mają sobie równych - cmoknął z uznaniem pomiędzy jednym a drugim kęsem wołowiny Chilijczyk, z którym jadłem obiad w restauracji na wybrzeżu La Platy. Od pół godziny przekazywał mi, często w mało subtelny sposób, wiedzę na temat subtelnych różnic między Chilijczykami, Argentyńczykami i Urugwajczykami. Z wszystkich tych przypowieści zwycięsko wychodzili, naturalnie, głównie rodacy mojego rozmówcy. Kiedy więc w kwestii kobiet oddał prymat sąsiadom, nie miałem wątpliwości, że mówi szczerze. Choć nie pytałem o szczegóły, dżentelmeni o takich sprawach nie rozmawiają.

Nie zamierzałem sprawdzać jego rekomendacji osobiście, dama lepsza od wszystkich Argentynek czekała w kraju. Ale z uwagą zacząłem się miejscowym dziewczynom przyglądać.

Zawsze byłem zdania, że nic nie działa lepiej na urodę populacji niż genetyczny malakser. Z  mieszania nacji, grup etnicznych i ras wychodzą często piękni ludzie. W Buenos Aires są do tego warunki wręcz wzorcowe.

To w ogóle jest dziwne miasto. Z góry, podczas podejścia do lądowania na lotnisku Ezeiza, druga największa aglomeracja Ameryki Południowej wygląda jak efekt zabawy leniwego planisty w "SimCity". Nie licząc ścisłego centrum, aż po horyzont ciągną się identyczne kwartały ulic z niską zabudową mieszkalną. Żadnych pagórków. Żadnych większych parków czy lasów. Żadnych wyróżniających się miejscowości peryferyjnych. Jakby ktoś z nudów zamalował mapę pędzlem zostawiającym ślad z takich samych niewielkich domów. Na tym gigantycznym obszarze, liczącym ponad połowę powierzchni województwa opolskiego, mieszka dziś prawie 13 milionów ludzi. I wszyscy przyjezdni.

Jeszcze na początku XX w. Buenos Aires było niewielką mieściną. A potem przyszła imigracja. Od przełomu stuleci do wybuchu drugiej wojny światowej liczba mieszkańców wzrosła z kilkuset tysięcy do ponad dwóch milionów. Nowi obywatele, zwłaszcza Hiszpanie z biednych prowincji (Kraj Basków czy Estremadura), Włosi i Niemcy zdominowali kraj. Jeszcze dziś większość znanych Argentyńczyków (zwłaszcza w futbolu) nosi włoskie nazwiska - Messi, Simeone, Zanetti, Pastore, Pellegrini, Lavezzi czy Mascherano. Do tych trzech nacji dołączyły dziesiątki innych, w tym Polacy, Grecy czy Żydzi. Jeśli dołożyć do tego lokalną kreolską ludność i resztki ludności tubylczej (choć mniej liczne niż w innych krajach Ameryki Płd.), to mamy niezły tygiel.

Nic więc dziwnego, że Argentynki zachwycają. Nawet nie urodą, choć nie sposób im czegokolwiek zarzucić, kobiet pięknych, ładnych i po prostu urodziwych jest tu mnóstwo. Choć niekoniecznie takich jak z obrazka. W rankingach najpiękniejszych kobiet Ameryki Południowej dominują raczej Kolumbijki, Brazylijki, Wenezuelki. Argentynki mają coś innego. Każda z nich emanuje niesamowitym seksapilem, kobiecość aż się w nich gotuje, zmysłowym wdziękiem mogłyby obdarować pół Europy i jeszcze sporo by zostało. A jeśli ktoś nie potrafi go dostrzec w mijanych na ulicy kobietach, powinien przynajmniej wybrać się do którejś z licznych w tym mieście tanguerii - lokali prezentujących narodzone w portowych burdelach i spelunach dawnego Buenos tanga. Tango to nie tylko taniec. To cały spektakl. O  miłości, zdradzie, odtrąceniu, rozpaczy i nienawiści. Mówią o tym słowa piosenek, mówią też gesty i ruchy splecionych w jedno tancerzy. Występujące w spektaklu tancerki różni wiek, uroda, kolor włosów, oczu i sukni. Łączy niesamowity erotyzm, tym większy - zdawałoby się - im bardziej niepozorna postać. W naszym spektaklu urodą zachwyca tancerka ochrzczona kryptonimem "fioletowy toczek", ale szybko okazuje się, że żadna nie dorównuje seksapilem brunetce z fryzurą na pazia. Uch. Po takim spektaklu aż głupio samemu wracać do hotelu.

Wołowina Wołowina Fot. Shutterstock

Powód trzeci: wołowina

Pierwszy posiłek w Argentynie, o dziwo, nie był stekiem. Dostałem pieczoną cielęcinę z sosem chimichurri. Czyli też krowę, ale jednak nie stek wołowy. To był ostatni raz.

Później już przy każdym obiedzie i kolacji hasło było takie samo: "medium rare, se?or". Steki o każdej porze, w każdej postaci, w każdym możliwym miejscu. Na pikniku i do tanga, na lunch i wytworną kolację, przerośnięte tłuszczem rostbefy i czyste polędwice, płaskie i rozległe na pół talerza kotlety oraz grube, pękate jak grudka złota bryły.

Jak grudka złota? Jak najbardziej. Rolnictwo stanowi blisko jedną dziesiątą całej argentyńskiej gospodarki, a za znaczną część produkcji rolniczej odpowiadają hodowcy bydła. Choć trudno w to uwierzyć, w tym kraju żyje ponad 50 milionów krów, więcej niż obywateli homo sapiens. Tylko trzy kraje na świecie (Brazylia, Indie i Chiny) mają więcej bydła rogatego. Na hodowli zbito tu niezliczone fortuny.

Nic dziwnego, że Argentyńczycy lubią wołowinę. Ba!, co ja mówię - lubią. Oni wręcz zajadają się nią. Przeciętny mieszkaniec kraju (wliczając w to niemowlęta i bezzębnych starców) zjada rocznie ponad 60 kg tego mięsa. Dla porównania - Polacy jedzą niewiele ponad kilogram.

Nie sposób więc być tutaj i nie spróbować. Zwłaszcza że tutejsze krowy są nie tylko liczne, ale i - najwyraźniej - szczęśliwe. Argentyńczycy lubią się chwalić, że ich bydło nie gnieździ się w ciasnych, niedogrzanych halach przemysłowych, karmione zmielonymi kośćmi innych krów. O nie. Krowa z pampy biega luzem, pławi się w blasku południowego słońca i odżywia wyłącznie najlepszą trawą. To dzięki temu ma być tak znakomita.

I jest, o czym przekonuję się raz za razem, popijając kolejne kęsy znakomitym lokalnym malbekiem. Mięso jest wyśmienite. Do czasu. Po kilku dniach na widok krowy w menu dostaję mdłości. "Se?or, macie jakiś drób?"...

Danie Danie Fot. Natalia Lisovskaya

Przepis na chimichurri

Klasyczny argentyński sos do mięsa ma wiele wariantów. Najbardziej typowy:

- 2-3 ząbki czosnku
- szklanka świeżej pietruszki
- ostra papryczka chilli
- łyżka suszonego oregano
- łyżeczka słodkiej papryki
- pół łyżeczki mielonego pieprzu
- sól do smaku
- sok z jednej cytryny
- szklanka oliwy z oliwek
- pół szklanki czerwonego octu winnego

Czosnek obrać i zemleć z przyprawami i octem w mikserze. Mleć, powoli dodając oliwę. Odstawić do lodówki na kilka-kilkanaście godzin.

Więcej o: