Jeden kraj, dwa systemy, trzy megamiasta

Start w Nowym Jorku Azji Wschodniej. Rozpęd w pendolinie fabrykanctwa technologicznego. Meta w największym mieście świata. Podczas tygodniowego ślizgu po trzech metropoliach nie sposób zajrzeć pod dywan CHRL-u. Ale można stwierdzić, że tak jak w czasach dynastii Han, tak i za rządów Xi Jinpinga reszta cywilizacji jest daleko za Chinami. Przynajmniej pod względem skali.
Azja Azja Fot. Łukasz Figielski

Część I: Hongkong

"And this isn't London, and it's not Berlin, and it's not Hong Kong, not Tokyoooooo" - do azjatyckiej stolicy finansjery wleciałem z jednym uchem w Europie dzięki hymnowi "The Bay" Metronomy. Kontekst, w jakim trzeba spoglądać na ten wyjątkowy skrawek Chin, określił kiedyś amerykański tygodnik "Time", tworząc wyraz hybrydę: "Nylonkong". Hongkong to wierzchołek trójkąta ekonomiczno-kulturowej globalizacji, obok Nowego Jorku i Londynu. Ramionami retorycznej figury są odrzutowce i światłowody, całość tworzy spójny system kapitalistycznego dobrobytu, tagowany hasłami: "indeks", "konkurencyjność", "światowy", "ranking".

NYLONKONG

Chiny utraciły region po wojnie opiumowej z Brytyjczykami (Anglicy narkotyzowali azjatyckie imperium swym towarem z Indii; Azjaci postanowili go utopić) w połowie XIX w. Dostały z powrotem całkiem niedawno, bo w 1997 r. Zgodnie z doktryną "jeden kraj, dwa systemy" podobnie jak w Makau panuje tu kapitalistyczna wolna amerykanka, wolność zgromadzeń oraz słowa - czego dowodem i zaprzeczeniem zarazem była tłumiona przez rząd parasolowa rewolucja w 2014 r. Obecnie zaś porywani są hongkońscy wydawcy literatury antyreżimowej, bardzo tajemnicze zniknięcia...

Niby "jeden kraj", lecz dwa kraje - do przekroczenia granicy potrzebujesz paszportu, płacisz w lokalnej walucie. Na skromnych 1,1 tys. km? kilku wysp - Hongkong to największa z nich - i  skrawku kontynentu upchnięto niemal 8 mln osób. To oznacza ponad 6,5 tys. ludzi na km? (na wyspie Ap Lei Chau - dziesięciokrotnie więcej!) i najwyższą cenę najmu powierzchni biurowej na planecie.

Hongkong jest w ciągłej budowie i przebudowie. Wszędzie drapacze i niemowlęta drapaczy, otoczone klatkami bambusowych rusztowań. Wspierając bogów (miks buddyzmu, taoizmu, wierzeń ludowych, ateizmu, chrześcijaństwa, hinduizmu, judaizmu, sikhizmu...), rząd poza wskrzeszaniem starych fabryk w postaci biurowców buduje wyspy, powstaje dodatkowe 20 km?. Ekolodzy, jak to ekolodzy, protestują.

Samoloty siadają na wysepce Chek Lap Kok - lotnisko pod koniec ubiegłego milenium zastąpiło kontynentalne Kai Tak, słynące z trudnego podejścia od strony lądu - zejście tuż nad blokami i szybki zwrot tuż przed płytą. Piloci musieli ignorować automatykę i korzystać z punktów orientacyjnych, w tym z pomarańczowo-białej szachownicy na wzgórzu. Widoczna jest do dzisiaj, w mocno naruszonej formie, na wzgórzach Kowloon (pol. Koulun) Tsai Park. Niedaleko stoi ostatni dom Bruce'a Lee, zamerykanizowanego obywatela Hongkongu, wciąż otoczonego tu kultem - zdjęcia w zakładach usługowych i sklepikach, pamiątki, uliczne opowieści, pomnik na promenadzie... Z oryginalnej willi niewiele jednak zostało - jest motelem na godziny.

GETTA, STRAGANY, KURTYZANY

Wolność gospodarcza wolnością gospodarczą, dla jednodniowego turysty w dżinsach i T-shircie to tylko hasło zmaterializowane w formie szklanych budowli. Ale brak restrykcji dotyczy także sfery obyczajowej i oznacza np. wolny dostęp do Facebooka. To zaś umożliwia dziewczynom korzystanie z Tinderka. Wiele z hongkońskich użytkowniczek to emigrantki, dominują Indonezyjki i Filipinki (Chinek dojeżdżających z kontynentalnego Shenzhen i okolic nie liczę), wszystkie oczywiście postkolonialnie śmigają po angielsku aż miło.

Nocuję na półwyspie Koulun, czyli w kontynentalnej części regionu, na północ od wyspy Hongkong. Kilkanaście kilometrów w głąb lądu było Kowloon Walled City, 50-hektarowe dzikie osiedle dla chińskich uchodźców, getto poza jurysdykcją, może pamiętasz Van Damme?a kroczącego labiryntem ciemnych korytarzy w "Krwawym sporcie"? 1,5 mln osób na km? (tak!), opium i hera, tanie burdele i bogate triady, szczury, robale i psie mięso. Ani jednej ulicy, budynek na budynku, struktura powstająca partiami - w górę! - niczym urodzinowy tort.

Od 1993 r. nie ma tego getta, jest park. Ale w przyrodzie nic nie ginie, ludzie muszą gdzieś mieszkać. Najbogatszy kawałek Chin jest zarazem najbardziej rozwarstwionym klasowo wśród tak rozwiniętych miast świata. Trzecia najważniejsza metropolia dla superbogaczy (indeks UNHWI: ultra high-net-worth individual) to zarazem dom dla najuboższych. Imigrantów ze 170 krajów (liczba wzięta z badań terenowych, nie palca!). Tu za przewodnika służy mi inny film: piękny i smutny "Chungking Express" Wong Kar-waia.

Jestem w Tsim Sha Tsui, turystycznym epicentrum Koulunu. Na pocztówkach znajdziesz brytyjską wieżę zegarową sprzed stulecia lub kluczowy dla rozwoju regionu port Victorii. Ale stoi tu również Chungking Mansion - pięciosegmentowy, 17-piętrowy moloch z najtańszymi mieszkaniami, obsypany sprzedawcami "roleksów" i  egzotycznymi prostytutkami. Lokalna stolica szarej strefy. Przejście między budynkami musi przypominać Kowloon Walled City - tak myślę, schylając się pod zwisającymi kablami. Nie wchodzę przez żadną z obskurnych framug, choć kuszą nieznane zapachy hindusko-afrykańskich knajpek poziomu zero. Chunking przy głównej Nathan Street wygląda jednak przyzwoicie, jest nawet galeria handlowa. W molochu możesz się też przespać za 50 zł - 80 guesthouse'ów zaprasza do 2 tys. pokoików. Na pewno przyjemniej niż w Guantanamo, choć niekoniecznie więcej przestrzeni na łebka (patrz: Chungking-mansions.hk).

Słońce dawno zgasło, dzielnia błyszczy neonami i LED-ami. To wygląda lepiej niż w Vegas, mieszanka Wschodu z Zachodem jest bezpieczna i egzotyczna. Na wąskiej Temple Street po zmroku wyrasta Night Market, dwurzędowy ciąg kramów z ciuchami, elektroniką i głupotami. W drzwiach kamienic filują kurtyzany. Prostytucja niezorganizowana jest legalna, realizowana w ramach tzw. one-woman brothels, ogłoszenia są w gazetach. Jedna dziwka na jedną garsonierę. Wolność gospodarcza - nieco ograniczona. Gubię się w rewirach i kolorach, podążam za paradą Microsoftu, której przewodzą Ludzie Lumie. Uliczni grajkowie w zabawnych aranżach wykonują zachodnie przeboje, śpiewając po kantońsku czy mandaryńsku. I żarcie, wszędzie żarcie. Uliczne knajpki, stoiska z mrożonymi lodem skorupiakami, półśnięte sumy w malutkich akwariach. Podczas wyprawy jemy na różne sposoby kolektywizujące dania, co rodzi sytuacje sporne, nie zawsze higieniczno-estetyczne, lecz zawsze zabawne. Hot pot to kolacyjny stół z zestawem podgrzewaczy z zupami - ostrymi i łagodnymi, na mięsie i wege, w których gotujesz, co pałkami nabierzesz: plaster świnki, owoc morza, rybkę, tofu, grzybka. Do tego paleta przypraw i dipów, z olejem sezamowym i soją na czele.

Na obiad najczęściej wybór potraw ze stołu nie tylko okrągłego, ale i ruchomego. Pomiędzy biesiadnikami krążą dim sumy, czyli pierożki z różnorakim nadzieniem, ciepłe bądź zimne kawałki kaczki, kurczaka i kopytnych, zupy, warzywa, obsługa restauracji co i rusz dorzuca coś nowego. Popijając piwem, zakrzykujesz: "Gan bei" - "do dna"! Z deserami kiepsko, właściwie brak. Kawy też nie piją. Wolą zieloną herbatę.

WYSPA DING DINGÓW

Dzień drugi poświęcam turystyce prawilnej. Rozpoczynają go korki w tunelu między Koulunem a wyspą Hongkong, takie dystanse przyjemniej pokonywać promami, a praktyczniej - metrem. Dziwi brak skuterów i rowerów. Wjeżdżam na Wzgórze Wiktorii, by cyknąć foty portowi, plecom drapaczy Hongkongu i  twarzom biurowców Koulunu. Zjeżdżam 130-letnią kolejką linowo-terenową, jak wszystkie zabytki tego typu uroczą; jest naprawdę stromo. Na stacji końcowej - czyli początkowej - tłumy. Kurs to 7 min, lecz nie spodziewaj się, że zabawa zajmie kwadransik. Dwa pociągi (mijanka) pokonują trasę 90 razy dziennie. Fascynująca praca motorniczych. Po wyspie pomykają jedyne na świecie dwupiętrowe tramwaje, zwą je ding dingami. Przemieszczanie się w tym rejonie nie jest tak zabawne jak po Tsim Sha Tsui, lecz z chęcią przeniósłbym tu redakcję "Logo" z Czerniakowa. Szefie?

Najfajniejsza panorama obu brzegów oczywiście z jednostki pływającej - atrakcja dostępna w formie drogiego rejsu z drinkiem lub taniego transportu promem miejskim. Prawdopodobnie nie ma turysty, który pozbawił się tej przyjemności.

Azja Azja Fot. Łukasz Figielski

Część II: Shenzen

Podobno najczęściej przekraczaną granicą (niegranicą) na świecie jest ta między Chinami kontynentalnymi a Hongkongiem. Bramkę Luohu Port - Lo Wu pokonuje kilkaset tysięcy osób dziennie, sto milionów rocznie. Po obu stronach stacje końcowo-początkowe linii metra. Korzysta z niego chiński lud pracujący na nieodległej emigracji, korzystają chińskie dzieci uczęszczające do hongkońskich szkół i ich rodzice robiący tam weekendowe zakupy. Shenzhen to nie Schengen - potrzebne są przepustki. Turyści wyruszają zazwyczaj z Hongkongu w stronę Chin - i oczywiście muszą mieć wizę.

Wewnątrzpaństwowy szlaban można też podnieść w paru innych miejscach, w tym na drodze wodnej. Ja melduję się na lądowym checkpoincie Lok Ma Chau - Futian. Tu również operuje metro, lecz wraz z kolegami jestem pasażerem limuzyny, na bogato! Jazda autostradą trwa niespełna godzinkę i nie jest atrakcyjna, zwłaszcza o zmroku. Strefa buforowa długa, mroczna. Nasze dokumenty wręcza urzędnikom kierowca. Strażnicy łypią z budki. Trzymają papiery, trzymając i nas - w napięciu. Nie to, że coś mamy do ukrycia, lecz te kary śmierci, tajemnicze zniknięcia...

CHIŃSKA NOWA HUTA

Przed pięcioma tysiącleciami kopalnia soli, od XV w. - kiedy zyskał dzisiejszą nazwę - jeden z portów nad pajęczyną delty Rzeki Perłowej, nic specjalnego. Jeszcze w latach 70. ubiegłego wieku zwykła rybacka wiocha, lecz gdyby dziś nagle Shenzhen opustoszało - zmieściłby się co czwarty Polak (a nawet co drugi, licząc suburbia). To efekt ustanowienia tutaj przed niespełna czterema dekadami dziewiczej w Chinach specjalnej strefy ekonomicznej i stymulacji rozwoju. Tutaj, czyli niedaleko miasta molocha Kantonu (znanego światu jako Guangzhou) i rozwijającego się na mniejszą skalę Dongguanu, a przede wszystkim tuż przy wylewającym się ze spodni Hongkongu, wtedy jeszcze brytyjskiej kolonii.

Chińska Nowa Huta działa na chińską skalę - eksperyment się powiódł i miasto generuje ChRL-owi największy PKB per capita, a jego produkcja gospodarcza jest wyższa niż Portugalii czy Irlandii. To światowa stolica elektroniki - telefony i drony, laptopy i gadżety, telewizory i monitory - twoje RTV zapewne powstało w Shenzhen. Nieważne, czy jest klasyczną chińszczyzną, czy smartwatchem za grube tysiące z naklejką Apple. Mieszczą się tu zarówno największa fabryka (nie)sławnego Foxconnu, zatrudniająca 250-400 tys. osób, jak i setki mniejszych. Oraz dziesiątki tysięcy firm, strona Made-in-china.com ma ich w bazie ponad 80 tys.! W tym: BYD - klonująca bmw, mercedesy, toyoty i chevrolety, ale szanowana za auta i autobusy elektryczne oraz baterie - DJI (twórcy najlepszych dronów niedawno otworzyli w Shenzhen iście kosmiczny sklep), ZTE, TP-Link, Coolpad czy nieobecni na naszym rynku OnePlus, Konka, Skyworth, Gionee...

Gdy piszę te słowa, Agnieszka Radwańska właśnie wygrywa zyskujące na popularności Shenzhen Open z pulą nagród 500 tys. dol. To miasto pieniądza, siedziba jednej z trzech chińskich giełd papierów wartościowych, jej tąpnięcia odczuwam po wysokości miesięcznej raty kredytu - trzepot skrzydeł motyla globalnej gospodarki. Tutejszy Manhattan ma 23 budynki przekraczające 200 m, perełką w koronie jest - czy raczej wkrótce będzie - czwarty najwyższy na świecie, czyli 550-metrowe Pingan International Finance Centre. Fabryki mieszczą się na obrzeżach, to ponoć jedno z najbardziej zielonych i najczystszych miast Państwa Środka.

Podobnie jak Hongkong stoi jednak w korkach, czego doświadczam podczas samochodowej wyprawy do centrum w godzinach szczytu. Tu są skutery, wraz z którymi pojawia się chaos - pomykają po zatłoczonych chodnikach. Trafiam do kupieckiego domu targowego z elektroniką. Dziesięć pięter obłożonych kablami, tranzystorami, lampkami, głośniczkami, a także stanowiska dużych firm z Chin, Korei, Tajwanu. Dokładnie tak to sobie wyobrażałem! Na setkach mniejszych kramów produkty nie są oznaczone cenami, nikt nie mówi po angielsku, lecz wystarczy wskazać palcem, a kwota pojawi się na kalkulatorku sprzedawcy. Uwaga, nie kupuj podróbek z zastrzeżonymi znakami towarowymi - jeśli celnicy ustrzelą cię z taką na lotnisku, będą kłopoty natury prawnej. Uchylam się przed dronem sterowanym przez niekompetentną handlarkę, nie kupuję nic.

HULAJ Z HULAJKIEROWCĄ

Czas wolny mam wieczorami, które organizuje mi nowo poznana przyjaciółka. Aby zalogować się na Tinderze, musiała skorzystać z VPN-u; sprytne dziewczyny potrafią obchodzić rządowe blokady. Fei jest projektantką, pracuje dla dużej firmy, odważnie działając na boku z własnymi projektami. Ma 30 lat, auto, mieszkanie, mocno zachodnie podejście do spraw natury filozoficzno-egzystencjalnej. Rodzeństwa brak, wiadomo - polityka jednego dziecka skończyła się niedawno, i nie do końca. Zabiera mnie do piwnego malla obok malla handlowego, z hotelu jedziemy z kwadrans, to najbliższe otwarte miejsce o godz. 21 w środku tygodnia, chyba dzielnica Futian nie jest znana z życia nocnego.

Brzmi słabo, lecz wygląda dobrze. Bar na barze, stoliki także na zewnątrz - w listopadzie jest ciepło i miło. Tłumy, w dużej mierze anglojęzycznych białasów. Ceny, ku memu smutkowi i zaskoczeniu, dwukrotnie wyższe niż w Warszawie.

- To młode i modne miasto, międzynarodowe, dla ludzi z otwartymi umysłami. Ale wkurza mnie siła napływowa, muszę twardo walczyć o pracę. Urodzeni tutaj migrują za granicę - mówi shenzhenianka, która nie przepada za słoikami. Według danych statystycznych podziały klasowe są wyraźne: połowa rezydentów to inteligencja (w Shenzhen mieszka co piąty Chińczyk z tytułem doktora), druga połowa - robotnicy. Fei pije równo ze mną. - Jak wracamy? - pytam, zachwycony i zaniepokojony obrotem spraw. Dziewczyna wyciąga iPhone'a, dwa stuknięcia, dwa kliknięcia. Po minucie pojawia się typek na elektrycznej hulajnodze. Podchodzi z nami do auta, ładuje swój sprzęt do bagażnika, przejmuje stery. Odwozi ku wschodzącemu słońcu, na końcu drogi wyciąga jednoślad niczym trupa i oddaje kluczyki. To superpopularny sposób przemieszczania się nocą po wielkim chińskim mieście, hulajkierowcy czają się za każdym rogiem. Uber dla zmotoryzowanych po paru głębszych? To jest to!

MASY MIAST MASZYN

Nazajutrz znów jestem skromnym gościem trzeciego największego producenta urządzeń mobilnych na świecie, sprzedającego rocznie 100 mln komórek i tabletów, ostatnio docenionego przez Google?a, dla którego stworzył udanego Nexusa. Huawei rozpoczął karierę na tym rynku na początku dekady, od telefonów z dolnej i średniej półki. Sześć lat później premiera Mate 8 z autorskim procesorem Kirin 950 jest najważniejszym komórkowym ogłoszeniem targów CES w Las Vegas, a ubiegłoroczny Huawei Watch to zdaniem wielu najładniejszy i najfajniejszy smartzegarek z systemem Android Wear.

Dochód i produkcja firmy, zajmującej się również infrastrukturą - tymi wszystkimi stacjami bazowymi, dzięki którym sygnał 4, a wkrótce 5G, rozchodzi się po świecie - oraz tańszymi urządzeniami (pod zyskującą niczym Hongkong ograniczoną niepodległość marką Honor) wzrastają o kilkadziesiąt procent rocznie. 170 krajów. 170 tys. pracowników, niemal połowa zatrudnionych w dziale poszukiwań i rozwoju - opatentowali 40 tys. rozwiązań. Kiedy skończy się taka droga i gdzie?

Trafiam do siedziby głównej (głównej, ale jednej z 14 podobnych) na rogatkach Shenzhen oraz do kampusu i fabryki w położonym jeszcze bardziej na północ Dongguan. To quasi-miasteczka akademickie z ulicami, budynkami mieszkalnymi, obiektami sportowymi i knajpami, znajdziesz je na mapach Google'a (tudzież Baidu, bo Chinach z Google'em nie poszalejesz). W tym pierwszym, 200-hektarowym, są pracownicze szpital i uniwersytet oraz jeziorko z nielegalnymi imigrantami - czarnymi łabędziami. Zauważam, że w maszynie na soczki można płacić WeChatem, który tu zastępuje WhatsAppa.

Wizyta w fabryce objęta jest klauzulą poufności, zero zdjęć, minimum relacji, przechodzę kontrolę jak na lotnisku - z tym że zabierają nawet papierosy. Nakładamy laboratoryjne kitle. Chyba mogę zdradzić: jest koło dziesięciu równoległych kilkudziesięciometrowych taśm z kilkudziesięcioma stanowiskami elektroniczno-mechaniczno-ludzkimi, telefon powstaje tu od procesora do milionera, by finalnie przejść kontrolę organoleptyczną (głośniki, dotyki...). Na wiszącym na ścianie liczniku wskaźnik wydajności ośrodka przekracza 100 proc. normy. To jak wizyta w programie "Sonda" albo "Bliżej świata" pod koniec lat 80. - inny kosmos, fascynujące nie tylko dla geeków!

Trafiam też do szanghajskiego centrum rozwoju (jednego z 16). Urządzenia są tu nie tylko wymyślane, lecz i kontrolowane, poddawane działaniom czynników zewnętrznych, promieniowania, nawet wyginania przez maszynę. Podczas prezentacji przewodnikowi udaje się pęknąć ekranik - takie spontaniczne akcje nie zawsze kończą się sukcesem. Na jednym z biurek chyba widzę wspomniane Mate 8 na dwa miesiące przed premierą... Natychmiast znika z widoku, lądując w szufladzie uważnego-nieuważnego pracownika.

Azja Azja Fot. Łukasz Figielski

Część III: Szanghaj

Szanghaj, jak wszystko w Chinach, ma korzenie w czasach przedchrystusowych. To, co widzimy obecnie w jego najstarszej, starówkowej odsłonie, jest efektem XIX-wiecznego rozwoju miasta jako portu. Otwarcie na świat także było jedną z przypieczętowanych traktatem konsekwencji wojny opiumowej (drugiej). Paryż Wschodu. Perła Orientu, zwana również Dziwką Orientu - na początku XX w. królowały tu brytyjskie opium, lokalne triady i uniwersalna korupcja. Po regresie reżimu komunistycznego - metropolia był siedzibą radykalnej bandy czworga - rozbłysnęła dzięki reformom Denga Xiaopinga w latach 90.

SMOG I SMOK

W kategoriach regionu administracyjnego - to w zasadzie osobna prowincja - największe miasto świata. Niemal ćwierć miliarda obywateli. Na pierwszy rzut oka Szanghaj wygląda tak, że wcale nie wygląda, przez okna taksówki niewiele widać. Wieczna mgła i wieczny smog. Ocean budowli. Nie widzę Pacyfiku. Ani wpływającej do niego Jangcy, bo przejeżdżam pod rzeką. Na szczęście w końcu wysiadam z auta.

Nowoczesna metropolia - patrz: "Skyfall", "Ona", "Looper", "Mission Impossible 3"... - której nieobce są architektura brytyjska czy francuskie art déco i secesja z czasów otwarcia na Europę, wciąż przyciąga urokiem klasycznie chińskiej starówki. Do 1912 r. otoczonej XVI-wiecznymi murami, dziś w ich miejscu są samochodowe arterie. W sercu dzielnicy odrestaurowana część turystyczna z pocztówkowo tradycyjną architekturą, mieszkają tu sklepy z pamiątkami i herbaciarnie. Oraz Ogród Yuyuan, chroniony przez smoki na ogrodzeniu.

Kolejny pierścień to kramy i sklepy mniej uładzone. Kluczę alejkami biedachatynek, zaglądając w okna szanghajczykom z dziada pradziada. Z rozrzuconych na większych uliczkach stanowisk wracam z dwoma megapakunkami tradycyjnie... chińszczyźnianej elektroniki dla dzieci. Dla jednego dziecka. Targuję się, bo to ostatni dzień. Jestem ubogi i zdesperowany, ale umiem się przywitać ("Ni hao"), więc idzie mi dobrze. Wrócę objuczony jak pasażer autokaru z Mińska do Warszawy.

Resztę shoppingu dokonuję na ulicy Nankińskiej, 5,5-kilometrowym deptaku z bardzo i bardziej ekskluzywnymi domami towarowymi, mniejszymi sklepami i kawiarniami. Promocje zazwyczaj na najwyższych kondygnacjach, przy towarach widnieją cyferki. O ile dobrze to rozkminiłem, 7 oznacza 30% zniżki, 4 - 60% itd. Zamulam w tutejszym Smyku, każde piętro z dziesiątkami stanowisk ma jedną kasę. Idziesz do niej z kwitkami, pani oblicza sumę, przyjmuje juany i wypisuje kwitki odbioru. Chyba dałoby się to załatwić prościej.

Na chodniku między tłumami pomyka kolejeczka dla rodzin i emerytów. Co i rusz podbija do mnie jakaś ładna pani, zapraszając na masaż, salony wyłaniają się między budynkami, ponoć dopiero to jest prawdziwą atrakcją turystyczną!

TARAS ŚWIATA

Podążając na wschód, dochodzę do Bundu, słynnej promenady na prawym brzegu Huangpu. Po mojej stronie rzeki ciąg kolonialnych budynków, w których mieściły się banki i sklepy brytyjskie, francuskie, amerykańskie, niemieckie, rosyjskie, japońskie, holenderskie, belgijskie... Cały rejon został pięknie odrestaurowany na Expo 2010.

Selfie robi się jednak z widokiem na to, co za wodą, czyli pięknie zróżnicowany i bajecznie kolorowy (od zmroku do godz. 22, potem światła gasną) Pudong, dzielnicę biznesową. Spójrz na pocztówkę na lewej stronie! Fioletowa telewizyjna Oriental Pearl Tower ma 468 m, parę drapaczy w prawo jest 421-metrowa Jin Mao Tower - trochę jak Empire State Building, przypominający otwieracz do piwa Shanghai World Financial Center to 492 m. W niebo wbija się Shanghai Tower. To 632 m, wyższy jest tylko dubajski Burdż Chalifa...

Ultraszybką (10 m/s) windą wjeżdżam do otwieracza Shanghai World Financial Center. Początkowo dziura miała mieć kształt koła, lecz projekt za bardzo kojarzył się z flagą wrogiej Japonii); 474 m - najwyżej położony taras widokowy świata!

Pół kilometra nad ziemią otaczają mnie tabuny przedszkolaków, uśmiechnięte szczerbaki witają się po angielsku. Gdy wieczorem śmigam na lotnisko pociągiem magnetycznym, ten rosnący miliard Chińczyków przesuwa mi się z prędkością 300 km/godz. Pilnując swoich siat z zakupami, nie mam wątpliwości. Będą trzymali się jeszcze mocniej.

Więcej o: