Fiord dał mi w kość

Czuję, że na kajak ze straszliwą siłą zaczyna napierać woda. To przypływ. Wiosłuję ile sił, walcząc z falą, wiatrem i zimnym deszczem. W ciągu kilku dni będę mierzył się z Lysefiordem i otaczającymi go górami.
Damian gotowy do zejścia na wodę Damian gotowy do zejścia na wodę Fot. Rafał Król

Gdzie jest Damian?!

Druga połowa maja. Na lotnisku w Gdańsku ludzie paradują w krótkich spodenkach. Gdy w Stavanger odbiera mnie Damian - leje, a na dodatek jest dobre 10 stopni mniej. Nie ma co się rozczulać. Czas goni. Wskakujemy w samochód i pędzimy do Lauvvik. Przesiadamy się na prom, który wiezie nas do wypożyczalni kajaków u wejścia do Lysefiorden. Aż trudno uwierzyć, że wystarczyły tylko dwie godziny lotu, abym znalazł się w jednym z najpiękniejszych zakątków Norwegii.

BLASKI I CIENIE PRZYPŁYWU

Pogoda systematycznie się pogarsza. Szybko się przebieramy, przepakowujemy plecaki w worki wodoodporne i ładujemy je do luków kajaków morskich. Są szybkie, ale wymagają wprawy, bo łatwo się można wywrócić. Steruje się nimi pedałami umieszczonymi z przodu. Jest godzina 14 gdy opuszczamy przystań. Wejścia do fiordu strzeże most rozwieszony wysoko na dwóch pylonach. Za nim widać wyspę, którą opływamy z prawej strony. Wpływamy w ten lejek i czujemy, że woda pulsuje, a jej poziom w fiordzie się podnosi się - to przypływ. Jego potężna siła dosłownie przeciska nas między wyspą a stałym lądem. Dobra nasza, płyniemy bardzo szybko, a dodatkowo wieje nam w plecy. Radość nie trwa długo, bo nagle pojawia się boczna fala i zaczyna huśtać. Jest na to patent - żeby kajak się nie wywrócił, trzeba rozluźnić mięśnie brzucha oraz biodra i pozwolić mu poddawać się falom, a kontrować dopiero wtedy, gdy naprawdę trzeba. To mniej więcej tak, jakbyś miał kręcić obręczą hula-hoop, a do tego wiosłować i patrzeć na horyzont, bo inaczej ci się zakręci w głowie. Mamy też wrażenie, że coś nas śledzi...

To foki. Wylegują się na brzegu, a gdy je mijamy, wskakują do wody i przepływają pod kajakami albo płyną za nami. Za mostem jest jeszcze kilka osad i miejsc, w których można dobić do brzegu. Potem skały wystrzeliwują w niebo, a miejsca, w których można wyjść na ląd trafiają się sporadycznie. Dzielnie napieram na wiosło. Po jakimś czasie orientuję się, że płynę sam. Cholera, gdzie się podziałeś Damian?!

Jestem w miejscu, gdzie fiord ma około 4 km szerokości i lekko zakręca w prawo. Ponad nim, na ukos przeciągnięta jest linia elektryczna i w miejscu, gdzie wchodzi na ląd, widzę niewielką osadę. To Songesand. Płynę tam, ale z powodu przypływu trudno utrzymać kierunek. W końcu osiągam cel. Kilkadziesiąt metrów dalej jest przystań dla prywatnych łódek i motorówek oraz nabrzeże, do którego przybija prom. Rybaków rozplątujących sieci wypytuję, czy nie widzieli drugiego kajakarza. Nie, ale uspokajają, że pewnie nic się nie stało, a na wzywanie pomocy jest za wcześnie. Wypatruję więc Damiana.

Fiord dał mi w kość! Fiord dał mi w kość! Fot. Rafał Król

Poszukuję zguby i zwiedzam

Nie mija kwadrans gdy do mariny wpływa mała, ale dosyć luksusowo wyposażona motorówka. Za sterem Norweg w średnim wieku. Ponieważ przypłynął z kierunku, z którego wcześniej wiosłowałem, i jego zapytałem o kolegę. Widać taka natura Norwegów, żeby się za nadto nie przejmować, bo i on nie był specjalnie wstrząśnięty moja opowieścią. Widząc jednak, że jestem zdenerwowany zaproponował, że popłyniemy na poszukiwania. Dwa razy nie musiał powtarzać. Okazało się, że motorówka ma potężny silnik i nic nie robi sobie z wiatru i fal. Po kwadransie zguba się znalazła - okazało się, że Damian zrobił sobie nieplanowany postój i nie przyszło mu do głowy, że będę się martwił. Norweg proponuje, żeby kumpel przesiadł się do nas, a kajak zabierzemy na hol. Damian uniósł się dumą; nikt go woził nie będzie, sam dopłynie.

Norweski znajomy widzi, że schodzi ze mnie napięcie. Wyciąga dwa piwa, uśmiecha się i proponuje toast za happy end. Potem nieoczekiwanie skierował łódź prosto na pionową stromą ścianę z prawej strony. Z odległości wydaje się ona monolitem, ale gdy podpływamy bliżej, okazuje się, że od powierzchni wody, aż po szczyt ciągnie się szczelina. Jest na tyle duża, że ktoś zacumował w niej stary kuter.

Skąd się tam wziął? Nikt nie wie. Ot, któregoś dnia pojawił się i stoi do dziś. Sugeruję Norwegowi, żeby zrobił tutaj hostel. Pomysł mu się podoba i w dobrych humorach wracamy do mariny. Gdy zaczynam go wypytywać, ożywia się i zdradza, że jego pasją jest połów skorupiaków. Na smartfonie pokazuje mi rekordowej wagi kraba (3,5 kg), którego złowił w tych wodach, i ogromne homary mutanty. Kiedy pytam o to, jak wielkie są tu sztormy, przewija zdjęcia i prezentuje fotkę zmasakrowanej motorówki. Tłumaczy, że to jego poprzednia łajba. Była zacumowana w marinie, ale fale były tak duże, że zniszczyły większość małych jednostek. Za kasę z odszkodowania sprawił sobie cudo, którym teraz płyniemy.

Jest po 19, gdy do kei dobija Damian. Zabieramy się za rozstawianie namiotu, ale "Władca krabów" mówi, że możemy spać w poczekalni promu, bo zaczyna się weekend i prom nie przypłynie, więc nikomu nie będziemy tam przeszkadzać. Przemoczeni chowamy się w ogrzewanej poczekalni, w której do snu zachęcają dwie kanapy. Rozkręcamy grzejniki, gotujemy na gazie wieczorny posiłek na zewnątrz budynku i zasypiamy. W nocy potężna ulewa tłucze o szyby. Najwyraźniej rano czeka nas powtórka z rozrywki, czyli dużo wiatru i wody.

Będąc w Norwegii, trzeba uważać na pogodę! Będąc w Norwegii, trzeba uważać na pogodę! Fot. Shutterstock

Zaprzyjaźniam się z deszczem

Wstajemy przed 7. Nie ma wiatru, nie ma deszczu. Woda jak lustro. Ale dobre nie trwa długo i kiedy o 9 odbijamy, zaczyna wiać i pojawia się odpływ. Jak na złość wieje w mordę, a i woda płynie w niepożądanym kierunku. Trzeba wiosłować bardzo intensywnie, bo inaczej cofalibyśmy się, zamiast płynąć do przodu. Początkowo przebijamy się wzdłuż lewego brzegu, ale wiemy, że w pewnym momencie powinniśmy myknąć na drugą stronę. Kiedy w oddali zaczyna majaczyć osada z kilkoma domkami, zaczynamy ścinać fiord na ukos. Łatwo nie jest, bo zaczyna padać, a fale robią się naprawdę spore. Pilnuję, żeby uderzały w dziób kajaka, a nie burtę, bo wtedy łatwo o wywrotkę. Zatracam się w wiosłowaniu i wreszcie dopływam do dużej wnęki skalnej, w której przycupnęła osada Florli. Widzę niski pomost dla kajakarzy. Super! W końcu mogę się odlać, wyprostować nogi i coś zjeść. Rozglądam się za Damianem, ale znów gdzieś zniknął! Mija pięć minut, piętnaście, mija godzina, a jego nie ma. Robi mi się bardzo zimno od stania w bezruchu. No nic, płynę dalej.

Woda jest już mocno wzburzona. Wiem, że gdzieś nad moją głową wisi ściana Kjerag (czytaj Sierag) z rozpadliną o wysokości 984 m. To jedna z najbardziej spektakularnych ścian w Norwegii, która jest wyzwaniem nawet dla najlepszych wspinaczy. To tam znajduje się Kieragbolten, czyli zaklinowany między dwiema skałami głaz wiszący tysiąc metrów nad wodą. Niestety, tonie w chmurach, z których leje się na mnie ściana wody. Fiord robi się coraz węższy i wiatr co rusz zmienia kierunek. Chwilami wieje z taką siłą, że mam problemy z włożeniem pióra wiosła do wody. Już nieźle styrany dopływam do miejsca, w którym mogę wysiąść. To coś w rodzaju cypla, na którym znajduje się latarnia.

Wysiadam na brzeg i doznaję olśnienia - jestem w legendarnym miejscu, w którym lądują wszyscy base jumperzy skaczący z Kjeraga w swoich kombinezonach ludzi-wiewiórek! Dojadam czekoladę, spycham kajak na wodę i wiosłuję ostatnie 3 km do osady Lysebotn, która leży na końcu fiordu. Tu już jest spokojnie. Wyciągam kajak na brzeg. Wyjmuję wszystko, co mam poupychane w lukach, i układam pod zdziczałą jabłonką. Damiana nie widać. Zjadam kabanosa zadołowanego na specjalną okazję. Ubieram się ciepło i robię kawę. Plan: zanim kumpel dopłynie, znajdę miejsce na nocleg.

Ale tu niespodzianka - każdy spłachetek trawy jest oznaczony tabliczką "no camping".

Przechodzę koło rozkopanej przystani i jakieś dwieście metrów dalej znajduję pole kempingowe z knajpą, domkami i hostelem. Od barmana-recepcjonisty, który okazuje się być Litwinem, dowiaduję się, że rozbicie namiotu kosztuje 180, a hostel 300 koron od osoby. Dochodzę do wniosku, że jednak nie ma sensu spać w namiocie i warto zapłacić więcej, ale się wysuszyć. Z ostateczną decyzją czekam jednak na Damiana, który ledwo żywy dopływa dwie godziny później. Okazało się, że musiał wracać, bo zapomniał z biwaku kamery.

Czyścimy kajaki i zostawiamy je obok przystani, bo tak się umówiliśmy z wypożyczalnią. Wypożyczenie kajaka na dwa dni z opcją, że sami go odbiorą, kosztowało nas po 1100 koron na głowę. Wreszcie ładujemy się do hostelu o dumnej nazwie The White House. Domek ma ze 100 lat i jest wyposażony w równie archaiczne meble, co przydaje mu niezwykłego klimatu. Niestety, jest przed sezonem i łazienki są remontowane. Kąpieli nie będzie. Gotujemy więc sobie liofilizowane porcje w kuchni i z niepokojem patrzymy na niebo nad fiordem (widno jest do 23). Mamy już dość deszczu. Kajaki za nami, teraz czas na lądowy etap naszego krótkiego wypadu.

Może i ta restauracja nie prezentuje się okazale, ale za to miejscówka zapiera dech w piersiach! Może i ta restauracja nie prezentuje się okazale, ale za to miejscówka zapiera dech w piersiach! Fot. Rafał Król

Dzień bólu i rozczarowań

Damian umówił się z Litwinem, że ten podwiezie nas na płaskowyż Lyseheine, na przełęcz, do wiszącej nad przepaścią restauracji Oygardstol. Recepcjonista altruistą nie jest i inkasuje od nas 300 koron. Warto, bo podejście zajęłoby nam pół dnia. Wydawało się nam, że pogoda gorsza być nie może. Myliliśmy się. Na górze są ze 4 stopnie, mnóstwo śniegu, a z nieba leje się lodowaty deszcz. Przez płaskowyż przewalają się języki chmur.

Już pierwsza godzina wędrówki w porywistym wietrze i po płytach skalnych zabezpieczanych łańcuchami uświadamia mi, że to nie będzie łatwy dzień. Latem z parkingu do kamienia nad przepaścią idzie się nieco ponad dwie godziny. My w ciągu godziny pokonujemy zaledwie dwa kilometry. Teren jest górzysty, na przemian podejścia i zejścia. Dopiero w okolicach Kieragbolten wychodzimy na szeroki, niemal płaski teren wyglądający niczym gigantyczna, ale nierówna wylewka betonu. Dojście pod głaz zajmuje nam trzy godziny. Coś optymistycznego? Wyglądamy o niebo lepiej niż wycieczka Koreańczyków, których prowadzi miejscowy przewodnik. Niewielka to pociecha, bo okazuje się, że do Kieragbolten nie można podejść zbyt blisko, bo droga prowadzi po jęzorze śniegu grubości 5 metrów, który może się oberwać. Nie ma też spektakularnych widoków, bo wszystko tonie we mgle i chmurach.

Schowani za kupą kamieni zastanawiamy się, co robić. Wiemy, że plan przejścia 60 km przez góry w ciągu 3 dni jest nierealny. Nierealne jest też spanie w namiocie, ponieważ żeby się nie rozchorować, musielibyśmy mieć grubsze ubrania i szanse na wysuszenie. Mamy za to T-shirty, krem do... opalania oraz śpiwory puchowe, ale jest tak wilgotno, że w ciągu kilku godzin zamokłyby i przestały grzać. Są dwie możliwości: schodzimy do hostelu albo idziemy do chatki górskiej nad jeziorem Langavatn. Przewodnik Koreańczyków, blond wiking, doradza nam pierwszą opcję, ale my na przekór zdrowemu rozsądkowi postanawiamy iść nad jezioro.

Późnym popołudniem, przeklinając tę decyzję, docieramy do schroniska. To dwa budynki i dwa pomieszczenia gospodarcze na wysokości 1142 m n.p.m. Śnieg gruby na kilka metrów (nic dziwnego, że dla zwykłych turystów sugerowany sezon zaczyna się w lipcu). Przynoszę z jeziora wiadro wody, odlepiamy z siebie mokre ciuchy i przygotowanym drewnem palimy w żeliwnym piecu.

W pięć godzin przeszliśmy tylko 10 km. Damian skrupulatnie wypełnia księgę meldunkową i formularz do opłacenia noclegu (uwzględnia oczywiście nawet ciasteczka, których nie mógł sobie odmówić, i ilość drewna, które spaliliśmy). Wychodzi po 350 koron na głowę. Jak na nocleg w schronisku - dużo, jak na uratowanie życia - darmocha.

Na górze dopadła nas prawdziwie norweska, majowa zima Na górze dopadła nas prawdziwie norweska, majowa zima Fot. Damian Laskowski

Góry - dzień nadziei

Wstajemy z ambitnym planem przejścia 20 km. Idziemy wzdłuż sieci jezior. Pogoda wreszcie się poprawiła, tylko śnieg wciąż trzyma mnóstwo wody, co czujemy przy każdym kroku. Łatwiej też wyszukujemy szlak znaczony przez kopczyki z kamieni oraz namalowane czerwoną farbą "T" (tour). Trasa mimo że dobrze widoczna, często zmienia kierunek. W wielu miejscach musimy pokonywać wezbrane strumyki. Wreszcie zaczynamy schodzić w rozległe doliny. Dopiero co minęło południe, więc opieramy się pokusie i nie zachodzimy do mijanego schroniska. Biwak robimy sobie dopiero około 14. Wypadł na wzgórzu nad niewielkim, wciąż zamarzniętym jeziorem. Gdy idziemy dalej, wielokrotnie po kolana, po pas, zapadamy się w śniegu, ale innej drogi nie ma. Z czasem trasa staje się jednak łatwiejsza, a gdy wychodzimy na drogę z ubitego tłucznia, czujemy się jakbyśmy dostali skrzydeł. Po dziewięciu godzinach rozbijamy namiot przy opuszczonym domku. Jest już 14 stopni i sporo zieleni. W takich warunkach nawet meszki specjalnie nie przeszkadzają. Jesteśmy na wysokości 340 m n.p.m. Jutro zejdziemy do osady Florli.

Norweskie fiordy - prawda, że piękne? Norweskie fiordy - prawda, że piękne? Fot. Shutterstock

Flori - trochę kultury

Ze ścieżki mamy oszałamiający widok na Lysefiord, i do Florli docieramy w dwie godziny. Jest 9, gdy stajemy na przystani, w której dwa dni wcześniej wyczekiwałem na Damiana. Cieszymy się słońcem. Przy nabrzeżu wyciągamy i suszymy wszystko, co się da, od namiotu po buty. Naszym poczynaniom przygląda się starsza kobieta. To Agnes, jedna z trzech osób, które mieszkają tu przez cały rok. Rozmawia nam się znakomicie, a gdy Agnes wspomina, że jest artystką i organizowała wystawę słowackiego wspinacza Stefana Papco, a ja powiedziałem, że widziałem jego prace w Tatrach - to byliśmy już jak starzy znajomi. Nic dziwnego, że kilka minut później siedzieliśmy w jej domu stojącym na skalnej półce nad portem. Przy kawie, ciasteczkach i pełnoziarnistym chlebie, przysmaku jej męża Nielsa, poznaliśmy nieco historię Florli. Po starej elektrowni został piękny modernistyczny budynek nieco przypominający zamek. Ocalał dzięki Agnes, która chce z niego zrobić atrakcję turystyczną.

Za nim znajdują się tory nachylone niczym w porządnym rollercoasterze oraz schody nie byle jakie, bo najdłuższe na świecie. Liczące 4444 stopni. W XVII w. mieszkało tu kilkadziesiąt osób, ale po zejściu lawiny kamieni ludzie opuścili Florli na sto lat i mieścina już nie odżyła.

Najedzeni i wzbogaceni wiedzą wracamy na przystań. Gotujemy obiad i wsiadamy na prom, który pędzi po fiordzie niczym motorówka. Wreszcie wszystko widać - mijamy "pulpit rock", czyli Preikestolen, kolejną atrakcję Lysefiordu. Skalna ambona wisi 650 m nad wodą i jest tak wielka, że może na nią wejść kilkaset osób. Mijamy wyspę, most i wysiadamy w Lauvvik, choć moglibyśmy płynąć dalej, aż do Stavanger.

Szukam w pamięci i dochodzę do wniosku, że był to jeden z moich najbardziej szalonych wypadów. Choć dostałem porządnie w kość, to myślę, że było warto. Wrócę kiedyś nad Lysefiord. W lipcu lub sierpniu. Maj? Maj sobie raczej daruję.

Więcej o: