Szwajcaria trainseksualna

W piłkę kopaną, owszem, przegrali, lecz Mazurami ich nie przebijemy. Po co Szwajcarom dostęp do morza, skoro otoczone wysokimi górami długie i głębokie jeziora polodowcowe zapewniają klimat śródziemnomorski? W Ticino nawet mówią po włosku. Niespieszna podróż koleją wąskotorową przez filmowo zielone doliny nie może się nudzić. Zygzaki, szyny, wiadukty, serpentyny.
1 Szwajcaria Szwajcaria Fot. Shutterstock

Selfie z kilkutysięcznikiem

Mogliśmy w tym czasie zwiedzić pół Europy, lecz pośpiech wrogiem turysty. Tak jak zorganizowane wycieczki - mówi Koreańczyk, którego imienia oczywiście nie zapamiętałem. Ciekawa rozmowa kradnie mi widoki z panoramicznych okien Bernina Expressu, jednego z hajlajtów Grand Touru, czyli klasycznej wyprawy dokoła - oraz wzdłuż i wszerz - Szwajcarii.

Jedziemy najwyżej położoną linią kolejową Europy (linią kolejową - są kolejeczki położone jeszcze wyżej), dobijamy do 2250 m n.p.m., pociąg przystaje na kwadrans. Z nowoczesnych wagonów wylewają się wycieczkowicze, w większości egzotyczni i związani łańcuchem tej okropnej turystki zbiorowej, cykają widokówki dla rodziny. Podskok z górami w tle, selfie z górami w tle oraz "czy mógłby pan nam pstryknąć z górami w tle" w przypadku par. Nie każdy urodził się Kukuczką, każdy chce się pokazać na tle kilkutysięczników

2 Chur Chur Fot. Shutterstock

Chur, 595 m n.p.m.

Mój koreński kolega ruszył z antycznego Chur - czytaj z niemiecka ?kur? (jak ten, co zapiał) - stolicy Gryzonii. Gryzonia brzmi jeszcze śmieszniej niż "kur", dlatego możesz używać poważnie brzmiącej nazwy Graubunden. Albo nawet Graubunda, aby było z niemieckoszwajcarska. Gdy wpiszesz to słowo w Google'a, odkryjesz brutalny hit niejakiego DJ-a Mico. "Du bisch dr gailst Kanton vor Walt", czyli "Jesteś najzajebistszym kantonem świata" - tak rozpoczyna dziewczyna discohymn rejonu, którego nazwy pewnie nie słyszałeś. A już na pewno nie w oryginale. W Chur zaczyna swój bieg wąsko- i jednotorowa linia Albula, wiodąca do Sankt Moritz, raptem 60 km dalej. Za to ponad kilometr wyżej (1775 m n.p.m.). Rozstaw torów: 1 m, podobnie jak na trasie Piaseczno-Grójec.

Albula jest najważniejszą częścią kolei retyckich, zarządzanych przez Rhatische Bahn (RhB). Retyk, przypominamy,  to najmłodsze piętro górnego triasu w eratemie mezozoicznym, pamiętaj! Infrastruktura wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Wszystko budowane może nie przed 200 mln lat, ale też dawno, na początku XX w., nawet chwilę wcześniej. Kapitał holenderski, inwestor wizjoner zwał się Willem Jan Holsboer. Przystanek dalej jest muzeum, tam dowiem się o gościu więcej (nic ciekawego).

3 Bergun Bergun Fot. Franciszek Mazur

Bergun, 1367 m n.p.m.

Oto cicha wioska zamieszkana przez kilkaset osób - i okupowana przez drugie tyle turystów. Stacja Bergun/Bravuogn ma moc przyciągania. Bahnmuseum - i cała linia Albula - to mekka trainseksualistów. Na bocznicy zobaczysz lokomotywę i wagony pamiętające czasy II olimpiady zimowej, czyli tej w St. Moritz w 1928 r., każdy z dumną pieczęcią RhB na rdzewiejącej karoserii. Przy nazwie wioski podaje się też wersję retoromańską, taki zaszczyt spotkał raptem 14 miejscowości w Szwajcarii. Większość leży w Gryzonii, gdzie egzotycznym językiem, który jakoś nie chce do końca zginąć, włada teoretycznie co szósty mieszkaniec. Na ulicach i w hotelach Bergun na szczęście słyszę szwajcarski niemiecki, więc co nieco rozumiem. Choć właściwie nie słyszę nic, bo poza stacją jest spokojnie i pusto. Tak powinny wyglądać wakacje.

Latem przybywa się tu w celach hikingowo-rowerowo-biegowych. Wolne niekolejowe chwile swej krótkiej szwajcarskiej wycieczki postanawiam wykorzystać na jogging krajoznawczy. W Bergun zaliczam skrawek trasy, którą za parę dni zrobią maratończycy i ultramaratończycy biorący udział w Swissalpine Marathon Davos. Do sławnego - dzięki "Czarodziejskiej Górze" i dorocznemu Światowemu Forum Ekonomicznemu - uzdrowiska jest równe 42,2 km. Szlak ładnie oznakowany, prowadzi doliną, wzdłuż rzeki, równie malowniczy co wyczerpujący, aż 1700 m przewyższeń. Zawracam po paru kilosach przy leśnym parkingu. Drogą nikt nie jeździ, wokół tylko drzewa, woda i... parkomat. W Szwajcarii stawiają parkomaty pośrodku nigdzie. Na obrzeżach Bergun trafiam też na ciekawe (jak na tutejsze standardy) kempingowiska - w tym regionie raczej nie można rozbijać się na dziko. Najpierw widzę rozstawiony na stałe spory wigwam, w którym możesz przekimać, chyba nawet za darmo. Drugie miejsce wygląda jak cygańskie obozowisko ze starymi kamperami, koszt takiego noclegu to 10-20 franków. Grosz w porównaniu z cenami hotelowymi (w mej wsi: 150 franków za dwójkę). Po marszobiegu jestem z powrotem na stacji.

Na zewnątrz najjaśniej świeci lokomotywa typu krokodyl. Gromada: retycki, ma się rozumieć. Z długim pyskiem, wyprodukowana w latach 20., jedna z raptem 15 takich (dwie wciąż w obiegu). W budynku muzeum poza pokaźną makietą znajduję gablotę z równie pokaźnym zbiorem historycznych biletów. Dla każdej trasy z punktu A do B drukowano osobny (Bergun-Preda, Preda-Sankt Moritz, Bergun-Sankt Moritz itp.), więc jest tego kilkadziesiąt sztuk.

Bo RhB to nie jest jakaś zapyziała linia na końcu świata, tylko żywy, zelektryfikowany organizm. Na torze Albula poza pociągami lokalnymi i towarowymi kursują dwa składy stricte turystyczne - wspomniana Bernina oraz Glacier Express. Wszystko to musi się jakoś pomieścić i elegancko przepleść, korzystając z mijanek na stacjach (i trzech dodatkowych). Poprowadzenie pociągów przez góry jest zadaniem z górnej półki, niewiele krajów potrafi to zrobić tak, jak należy. O czym jak o czym - o tym Polacy wiedzą doskonale. Szwajcarska precyzja za to, naturalnie, nie zawodzi.

4 Preda Preda Fot. Franciszek Mazur

Preda, 1789 m n.p.m.

Kolejne 12 km trasy - aż dwukrotnie mniej w linii prostej! - pokonuję w kwadrans. Czyli pociąg wlecze się jakieś 50 km/h. Droga wiedzie tunelami krętymi, a wręcz spiralnymi, i równie krętymi wiaduktami. Kamienne łuki wyglądają jak z bajki, tylko smoków brakuje. Przerzuć kartki wstecz do zdjęcia otwarciowego.

Bergun jest małe, zaś Preda praktycznie nie istnieje. W niezamieszkanej wiosce wysiada się z trzech powodów. Zimą - aby zjechać sankami do Bergun, szosą, która jest o tej porze roku dla samochodów zamknięta. 6 km (400 m w dół) to najdłuższa taka oświetlona trasa w Europie. Latem - aby do Bergun wrócić wzdłuż torów i imponujących wiaduktów. Oraz w celu zapoznania się z tajnikami budowy tunelu (Preda-Spinas). Od ubiegłego roku równolegle do historycznego, przeciekającego na skutek erozji i ustawicznego nacisku zębu czasu, buduje się nowy. A że wszystko da się turystom sprzedać, inwestycja jest zarazem ekspozycją, u południowego wejścia powstała wystawa-muzeum-plac zabaw.

Ponieważ to tylko parę kilometrów w głąb skały, drążenie odbywa się tradycyjną metodą wybuchową, a nie supermaszyną. Bo superdrogie maszyny do wiercenia tuneli są jednorazowego użytku, więc po prostu się nie opłaca. Jeśli jesteś tuneloseksualny, możesz przybyć 10 września na dzień otwarty, na miejscu budowy wytłumaczą ci to lepiej.

Cały proces dzieje się oczywiście z zachowaniem ekostandarów, nic nie zginie, nic nie zostanie dodane. Sztandarowym przejawem tej polityki było przenoszenie zamieszkujących rejon prac węży, łapanych sztuka po sztuce. Uwaga, jadowitych!

5 Trening w Sankt Moritz Trening w Sankt Moritz Fot. Franciszek Mazur

Sankt Moritz, 1822 m n.p.m.

Koło roku 2021 stary tunel stanie się tunelem technicznym. Na razie jeździ nim kolej, a ja tą koleją wspinam się do Sankt Moritz. Słynny sportowy kurort pod egidą św. Maurycego położony jest w sercu doliny Engadyny. To tu odbyły się pierwsze zawody curlingowe, pierwsze mistrzostwa Europy w jeździe figurowej, to tu powstał pierwszy tor bobslejowy na świecie. Naturalny lodowy, ostatni taki wciąż aktywny. W St. Moritz narodziła się też pierwsza szwajcarska szkółka narciarska, a w 1928 i 1948 r. odbyły się zimowe igrzyska. Na niewielkim, zamarzniętym zimą jeziorze, ścigają się na koniach - wierzchem, w rydwanach z płozami, skijoringowo, czyli na nartach, sprawdź Whiteturf.ch - i grają w polo. No, kultowa sprawa.

Latem St. Moritz to idealny teren do biegania. Z dodatku triatlonowego do "Logo" , który miałem niebywałą przyjemność redagować (do nabycia na Kulturalnysklep.pl), dowiedziałem się, że trenują tu bracia Bronwlee, czyli brytyjscy mistrzowie świata i olimpijscy. Nie wiem, jak im poszło w Rio, bo magazyn wysłaliśmy do druku przed startem, lecz zdziwiłbym się, gdyby któryś wypadł poza pierwszą piątkę. Skoro trenują tu najlepsi, trenuję i ja. Najpierw w poszukiwaniu słynnego toru Olympia Bob Run - stromo pod górę, zakosami niczym pociąg, z GPS-em w łapie, skracam łąkami. Mapa mówi, że jestem na mecie. Czyli na starcie. Widzę pole golfowe, hotel, w klubie akurat odbywa się festiwal jazzowy. Dziś Charles Bradley. Bilet? 175 franków. To pierwsza zła wiadomość. Druga? Uświadamiam sobie, że skoro tor jest naturalny, to znaczy, że już wiosną topnieje - i budowany jest co roku od zera. Idiota. Dowiaduję się też, że zimą możesz wykupić zjazd czwórką jako balast, z pilotem i hamulcowym. Przyjemność kosztuje sporo więcej niż wejściówka na Bradleya.

Nawiguję zatem ku miastu, mijam korty tenisowe, minigolfa, elegancką starówkę. Elegancką, lecz bez rewelacji, to nie jest miasteczko do zwiedzania grupami i z przewodnikiem w ręku. Dołączam do licznej grupy joggującej wokół jeziorka St. Moritz. Mainstream. Na drugi trening wybieram laski wokół jeszcze mniejszego (a więc cieplejszego i pływalnego) Lej da Staz, gdzie mijam nie tłumy, a sarenki. I po raz pierwszy, zapewne ostatni w życiu, goniony chłodem porannych mgieł, na krótkim odcinku schodzę poniżej pięciu minut na kilometr.

6 Tirano Tirano Fot. giovanni boscherino / Shutterstock.com

Tirano, 441 m n.p.m.

Do tej pory jako posiadacz Swiss Passa przemieszczałem się kolejami lokalnymi. Ale Gryzonię opuszczam na bogato, przeszklonym Bernina Expressem (dopłata 14 franków) - więc możemy na chwilę wrócić do Koreańczyka. Facet pracował po 20 godz. dziennie dla Samsunga jako wzięty inżynier, ale przekręcił życie o 180 stopni, teraz ma posadę nauczycielsko-rządową, gwarantującą np. długi urlop. Przeznaczył z żoną na Szwajcarię parę tygodni. Nie na Francję, nie na Hiszpanię.

Tymczasem wjeżdżamy w rejon włoski, podążając na południowy kraniec kraju. Jeszcze podczas mozolnej wspinaczki nazwy stacji zaczynają brzmieć zaiste magnificamente. Pontresina (1774 m n.p.m.), Bernina Diavolezza (2093), Ospizio Bernina (2253) nad Lago Bianco. Za oknami słońce nieskutecznie walczy z lodowcem. Tendencja językowa utrzymuje się podczas zjazdu. Cavaglia (1693 m), Poschiavo (1104), Le Prese (964), wreszcie przekraczamy granicę i lądujemy w Tirano.

To pociąg międzypaństwowy - choć granicę włosko-szwajcarską należy uznać za mocno symboliczną. W uśpionym Tirano jest godzina 13, nie ma nic, nie dzieje się nic, trwa sjesta, kręcą się tylko turyści, mój Koreańczyk idzie na lunch, jeszcze się spotkamy. Ja kupuję włoskie piwo za szwajcarskie franki, chowam się w cieniu, jest ze 30 stopni, dwukrotnie więcej niż w St. Mortiz nad ranem. Siadam na murku, ociekam sobie, tak po polsku. Do Szwajcarii wracam autokarem - do Lugano w kantonie Ticino. Przewoźnikiem jest ciągle RhB, trójkąt St. Moritz-Ticino-Lugano to jednodniówka pociągowo-busowa. Na przystanku jest już typowo włosko: karteczka na drzwiach kanciapy informuje, że informacja informacji nie udziela, zwłaszcza na temat tego połączenia. Na pokładzie znów Koreańczyk, droga znów supermalownicza, jedziemy wzdłuż pólnocno-zachodnich brzegów jezior Como (Y-kształtne, najgłębsze w Alpach, do 425 m) i Lugano, okupowanych przez żeglarzy, windsurferów i kajciarzy. Jeszcze mocniej na południe, prawie do końca trasy po stronie włoskiej. Po godzince (i po tym piwku) już tęsknię za pociągiem. Czyli toaletą. A przede mną jeszcze dwie.

7 Na tym jeziorze zimą odbywają się wyścigi konne o stuletnim rodowodzie: White Turf Na tym jeziorze zimą odbywają się wyścigi konne o stuletnim rodowodzie: White Turf Fot. Franciszek Mazur

Lugano, 273 m n.p.m.

Uratowany. Jest postój. Po włosku, czyli zamiast zapowiadanych 10 minut trwa pół godziny. Do Lugano docieram późnym popołudniem. Niby w Szwajcarii, lecz latem w dolinach Ticino skrapla się okoliczna Europa - rosną palmy, robią wino. Jest parno i zielono, na luzie. Wieczorny jogging po promenadzie to chybiony pomysł. Nie tylko dlatego, że mój hotel położony jest przy stacji kolejowej, a morze - dobre 70 m niżej, czyli czeka mnie powrotna wspinaczka zygzakami przez miasto. Bo to jest miasto, pierwsze prawdziwe miasto na mej trasie, 60 tys. mieszkańców, korki, starówka i mniej urokliwe centrum. Wracając do pomysłu - jest chybiony dlatego, że o godz. 22 ludzie dopiero się rozkręcają, wychodzą, obiadują, piją, obsiadają fontanny niczym gołębie. Chowam słuchawki, przełączam się na trucht i słuchanie włoskiego z ulicy.

Włochy obecne są w historii i teraźniejszości regionu. Ot, choćby po drugiej stronie jeziora - włoska enklawka (eksklawka?), która przegłosowała swą lombardzkość pod koniec XVIII w. Potem Lombardia została Włochami - i mamy taką hecę. Campione d'Italia, czyli 2 km2 i efektowny łuk w(y)jazdowy, który kazał postawić Mussolini. Il Duce dodał również drugi człon nazwy, aby nie było wątpliwości. Teraz campiońscy policjanci, gdy chcą skoczyć po fajki do kiosku na drugą stronę ulicy-granicy, muszą zdejmować mundury, mieszkańcy korzystają z usług szwajcarskiego operatora komórkowego, walutą jest zaś frank.

Historii tych słucham na lugańskiej promenadzie, gdzie także za dnia panuje atmosfera wakacyjna. Dołączam do kąpiących się w jeziorze - temperatura wody to 26 stopni. Sztuczną plażę usypano w Parco Civico, który jest zarazem egzotycznym ogrodem botanicznym i ma oryginalną, długą drewnianą ścieżkę-kładkę nad samym brzegiem. Kiedy sprawdzałem jej przyczepność wieczorem, dało się wyczuć, że miejscowa młodzież kocha wolność, a wśród parkowej roślinności nie brakuje konopi.

Teraz jednak jest południe, wsiadam do transportu publicznego w postaci nowoczesnej łodzi motorowej. Niektóre przystanki na trasie są włoskie, zależy, do której strony jeziora i na jakiej wysokości przybijamy. To nie jest wybrzeże dla biednych ludzi, co widać także po kabrioletach mknących wąską serpentyną. Ciężko o miejsca postojowe, parkingi kute są w skale. Wysiadam 45 min później w Morcote, by skosztować lokalnego białego merlota. Białego. Merlota. Ze szwajcarskiego Ticino. To produkt unikalny.

Stąd już krótka droga do dolnej stacji kolei linowo-terenowej na Monte San Salvatore. Takie "funikulary" zawsze są w programie prawilnego turysty, konstrukcje - jak w tym wypadku - miewają ponad sto lat. Przyciągają wdziękiem cywilizacji sprzed ery Wi-Fi. A przede wszystkim oszczędzają czas i nóżki, wspinaczka na górę (600 m - na wysokość 912 m n.p.m.) trwa dwie godziny. Na szczycie kościółek oraz fascynująca wieża do zbierania piorunów. Niby nie pełni już funkcji badawczej, lecz pioruny tego nie wiedzą. Nie chciałbym tu trafić podczas burzy

8 Hipsterska część Zurychu Hipsterska część Zurychu Fot. Franciszek Mazur

Bellinzona, 238 m n.p.m.

Nędzne 238 m n.p.m. - tak nisko podczas tej podróży jeszcze nie upadłem. Do Bellinzony (piękna nazwa!) wpadam jednak nie na wysokogórskie przebieżki, tylko sobotni targ.

Jedno miasto, trzy pokaźne zamczyska, kolejny zabytek z kolekcji UNESCO. Zrzucony na spadochronie, nigdy nie powiedziałbyś, że wylądowałaś w Szwajcarii. Zwłaszcza podczas jarmarku z pierdołami, mięsiwami i warzywami. Toż to gwarna Lombardia.

A potem? Potem to już tylko północ. Północ, północny zachód, do Zurychu, gdzie lądują i skąd startują samoloty do domu.

Dziękuję za te wspólne kilkaset słów. I zapraszam do Szwajcarii!

Komentarze (1)
Szwajcaria trainseksualna
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • avatar

    Gość: kejpiwrc

    0

    zdjęcie przedstawiające Lugano jakieś dziwne... trzeba było wrzucić z Parco Civico czy tez San Salvatore

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX