Hawaje - raj nie tylko dla fanów podróżowania

11.05.2017 15:36
Za deską kumpla wynurza się ostra, trójkątna płetwa. Czuję, że zaraz pobiję rekord w bieganiu po wodzie. W brzuchu pożar. Nogi odpalają disco. To chwila, w której nie decydujesz o swoim życiu i stajesz się przekąską.
1 Hawaje - raj dla miłośników wielkiej wody i surfingu Hawaje - raj dla miłośników wielkiej wody i surfingu Hawaje / fot. Shutterstock

Po prostu musisz tam polecieć

Po całym dniu w brazylijskim upale pochłaniałem jeden kubek caipirinhii za drugim. I wtedy przysiadła się do mnie Jenin. Jasne kręcone włosy, śliczny uśmiech, oczy, w których bez protestu bym utonął. Szwajcarka, której domem był cały świat - bez znaczenia Brazylia, Nowa Zelandia, Hawaje. Fajnie, że żyjemy w czasach, w których wspomnienia można nosić w kieszeni, bo pokazała mi sporo niesamowitych zdjęć. Przy tych z Hawajów zaświeciły się jej oczy: - Igor, Maui to raj na ziemi. Musisz tam polecieć, po prostu musisz. Igor, obiecaj, że to zrobisz! Na pożegnanie zostawiła mi swoje koraliki, które miały przypominać, że moim celem jest dotarcie do stanu aloha. Jenin, trochę czasu mi to zajęło, ale wreszcie tu jestem!

KTÓRA ZATOKA DZISIAJ?

Budzę się chwilę po wschodzie słońca. Stoję w drzwiach balkonu i czuję zapach oceanu. Wszystko w soli, stopy przyklejają się do posadzki. Nieśpiesznie jem jagody acai, ananasy, świeżo zerwane pomarańcze. Pierwsze oddechy budzącej się Maui za mną. Pozostaje mi tylko zdecydować, na którą plażę się wybrać.

Najlepsze plaże surfingowe to Ho'okipa i The Jaws, zresztą są słynne wśród surferów na całym świecie. Honolua Bay jest wyjątkowym miejscem, w którym tworzą się piękne barells (woda załamuje się nad głową, płynie się w tubie). W południowej części wyspy, w okolicy Kihei, jest z kolei dużo fajnych miejsc do nauki. The Jaws pojechałem zobaczyć... raz. Błoto do kolan, wszyscy idą pieszo, bo nawet auta z napędem na cztery koła sobie tu nie radzą. Surferów wciągają na fale skuterami, bo sami nie daliby rady jej złapać. Fale są tak ogromne i szybkie, że używając tylko rąk i nóg, nie nabiera się wystarczającej prędkości, żeby zrównać się z falą. Tu nabiera się respektu dla siły oceanu: fale są wysokie na kilka pięter i już z daleka czujesz, jak trzęsie się ziemia. Surferzy przypominają małe mrówki na długich zapałkach. Jak coś im się nie uda? Wyobraź sobie, że położysz się pod nadjeżdżający pociąg z węglem. Tu dochodzi jeszcze brak powietrza przez ponad minutę. Oczywiście The Jaws nie jest dla każdego. Jeśli spróbujesz w miejscach bardziej dostępnych, to surfing będzie dla ciebie prosty: leżysz na brzuchu, ręce zginasz w łokciach możliwie blisko ciała i osi deski, kładziesz płaską dłoń na pokładzie, wypychasz górę, podciągasz nogi i w zależności czy jesteś prawo, czy lewo nożny, to tę nogę wysuwasz do przodu. Uginasz kolana, obniżasz pozycję (środek ciężkości), łapiesz równowagę i lecisz. Można to wszystko zrobić od razu, dynamicznie. Można robić spokojnie krok po kroku, ale trwa to za długo, a ty tracisz prędkość, falę i finalnie równowagę.

Mimo tej prostoty nie ma sztywnej zasady - jedni łapią surfing od razu, innym i pół życia nie wystarczy. Obracam deskę, kładę się na nią brzuchem. Wiosłuję miarowo: lewa, prawa; lewa, prawa. Wskakuję na falę i wstaję. Zaczynam rozumieć potęgę oceanu. Fala buduje się tak nagle i jest tak stroma, że będąc na jej szczycie, po prostu leci się w dół jak z pionowej ściany. Oczywiście początkowo nieraz daję się zaskoczyć. Wtedy wkurzam się podwójnie, raz na sam upadek, dwa, że wiem, że czeka mnie spotkanie z potężną "washing machine". To nie przesada. Naprawdę uczucie jest takie, jakbyś wpadł do bębna gigantycznej pralki, który miota tobą w różnych płaszczyznach. Po dwóch tygodniach miałem superprzepłukane zatoki i wypiłem kilka litrów pacyficznej solanki.

Najważniejsze, żeby nauczyć się dobrze rozpoznawać i liczyć sety (grupa fal większych od przeciętnych). Jest nas kilkadziesiąt osób, z przewagą ciemnoskórych, wytatuowanych lokalesów. Im ani na chwilę nie schodzi z twarzy uśmiech a la Marilyn Monroe. Siedzimy na deskach, czekamy na fale. Idzie set, próbujemy. Pierwsi zaczynają latać tubylcy i wtedy dociera do mnie, że nie tylko washing machine to groźna sprawa, bo widok napływającego na ciebie Hawajczyka, który wygraża ci zaciśniętą pięścią i zaraz na ciebie wpadnie, też nie nastraja optymistycznie. A wkurzony lokales-fruwa marynara ma dodatkowo w sobie sporo chęci do ręcznego tłumaczenia swoich racji. Dlatego, ale nie tylko dlatego, na moim etapie surfing jest jak seks z upudrowaną gwiazdeczką z półmetrowymi tipsami, której IQ zbliżone jest do orangutana. Po dłuższej abstynencji korci strasznie, po chwili namysłu trąci zoofilią. W surfingu trzeba się dużo narobić, a w zamian dostaje się mało. No, jak inaczej to określić, gdy spędzasz na wodzie godziny, a kontakt z "tą" falą masz przez sekundy! Ale z drugiej strony life is about moments! Dlatego zgrzeszyłbym, gdybym nie spróbował hawajskiego surfingu. Ale do deski wolę dołożyć latawiec i wiatr, a wtedy stosunek czekania do pływania zmienia się diametralnie!

2 Pną się w górę i wiją się jak sznurki. Od jazdy po nich aż kręci w brzuchu, za to od widoków można dostać zawrotów głowy! Spektakularne trasy widokowe.//HANA HIGHWAY (HI-360). Znajduje się we wschodniej części Maui w archipelagu Hawajów. Łączy Kahului z miastem Hana. Ma 110 km długości, 620 zakrętów i 59 mostów. Pną się w górę i wiją się jak sznurki. Od jazdy po nich aż kręci w brzuchu, za to od widoków można dostać zawrotów głowy! Spektakularne trasy widokowe.//HANA HIGHWAY (HI-360). Znajduje się we wschodniej części Maui w archipelagu Hawajów. Łączy Kahului z miastem Hana. Ma 110 km długości, 620 zakrętów i 59 mostów. HANA HIGHWAY USA/shutterstock

Tu jest twój dom!

Maui jest najbardziej sharkogennym miejscem na świecie. W Kihei rekiny pływają w porcie. Malcolm, znajomy surfer mówi, że się nie przejmuje, bo od 12 lat moczy tu tyłek i nic się nie dzieje. Albo paraliżuje cię strach i nie pływasz, albo akceptujesz to, że rekiny są najlepszymi drapieżnikami na świecie i jak będą chciały cię zjeść, to cię zjedzą. Jak widzisz rekina, to jesteś "bezpieczny" - masz 50 proc. szans, bo to oznacza, że na razie on się tylko interesuje tym, co pływa po powierzchni i podpływa żeby to sprawdzić. Jeśli spróbujesz uciekać, to dla niego sygnał, że został zaproszony na śniadanie. Gorzej jak rekina nie widzisz, bo wtedy poluje i nie sprawdza, tylko jest zdecydowany, że musi coś zjeść.

Szybko nauczyłem się je rozróżniać. Jeśli dostrzeżesz czarny albo biały czubek płetwy grzbietowej, to masz duże szanse na wyjście z wody w jednym kawałku. Widzisz pręgi tygrysie na ogonie, to znak, że nadpływa agresywny skurczybyk. Pewnie cię nie pożre, ale na pewno może solidnie potarabanić. Widzisz srebrną, dużą płetwę? To żarłacz biały. Tu opis wypadków jest zbędny, bo i tak jest już po temacie.

Kiedy zastanawiałem się nad zakupem kolejnej deski wave na kajta, bo mam taką w Polsce, spotkałem w sklepie koleżankę. Szybko rozwiązała mój problem: - Kupuj, to jest twój dom!

Kupiłem. I nie żałowałem ani przez chwilę. Na kajta upodobałem sobie plażę Kanaha, potocznie nazywaną zresztą The Kite Beach. Jest zaraz przy lotnisku. Na rafie, blisko brzegu, załamują się piękne, długie fale. Bezwietrznych dni jest mało. Reguła to raczej mocny wiatr. Dlatego pływam najczęściej na full zdeepowerowanej siódemce, szczególnie gdy zaczynają się małe sztormy. To perfekcyjne momenty, gdy w czasie przypływu łapiesz jedną za drugą cudowną falę. Jeszcze jeden plus: w pobliżu nie ma aroganckich surferów lokalesów, więc gdy na fale pakujemy się w kilku, a dołącza jeszcze jakiś windsurfer, wychodzi towarzyski majstersztyk. Jest aloha. Kiedyś pomagałem znieść ze szkółki sprzęt znajomemu. W ciężarówce zobaczyłem foila (deska z długim statecznikiem, zakończona czymś a la małe skrzydełka). Słyszałem już wcześniej o tym wynalazku, ale nie widziałem go jeszcze. Gerrard wyjaśnił, że bajer polega na tym, że gdy płyniesz, całość wychodzi nad wodę i unosi się, lewitując nad powierzchnią. Ponoć bardzo przyjemne. Tłumaczył mi, co i jak, i zapewnił, że da spróbować. Wszystko ładnie, pięknie, ale mówię mu, że słyszałem, że z dołu te skrzydełka, które zostają w wodzie, wyglądają jak ryba i są wyjątkowo atrakcyjną zabawką dla rekinów.

Gerrard chwilę milczał, wreszcie wziął głęboki oddech i potwierdził moje informacje: - Płynąłem kiedyś tam, daleko w zatoce za rafą i nagle poczułem mocne uderzenie, wpadłem do wody, a obok mnie rekin młot.

- I co zrobiłeś?

- Po tym jak się zesrałem? Złapałem deskę i się popłakałem, bo nie mogłem wystartować, tak się trząsłem.

- Wiesz, to ja ci podziękuję za foila.

Często widzę ludzi, którzy przed wejściem do wody wykonują znak krzyża. Lubię swój święty spokój, więc jak tylko się dowiedziałem, że mogę o niego zadbać, kupiłem opaskę magnetyczną, która ma rekiny odstraszać. Opaska nieśmiertelności za 60 dolców? Ha, to jest dopiero coś!

3 Wybrzeże Na Pali, Kauai, Hawaje. Wzdłuż wybrzeża Na Pali prowadzi jeden z najbardziej widokowych szlaków na świecie - Kalalau Trail. Widoki w kanionie Waimea, dolinie Kalalau i całym wybrzeżu Na Pali są powalające. Strome, porośnięte bujną zielenią klify wpadają do błękitnego oceanu, tworząc niepowtarzalną scenerię. Wybrzeże Na Pali, Kauai, Hawaje. Wzdłuż wybrzeża Na Pali prowadzi jeden z najbardziej widokowych szlaków na świecie - Kalalau Trail. Widoki w kanionie Waimea, dolinie Kalalau i całym wybrzeżu Na Pali są powalające. Strome, porośnięte bujną zielenią klify wpadają do błękitnego oceanu, tworząc niepowtarzalną scenerię. Wybrzeże Na Pali, Kauai, Hawaje / fot. Shutterstock

Kąpiel z wielorybami

Timm ma 27 lat i najdłuższe stopy, jakie widziałem. Przydają mu się. To spec od wielorybów. Zabiera ze sobą turystów i często nurkuje, a wtedy płetwy mu niepotrzebne. Opowiadał, że podczas nurkowania wielorybi śpiew zaczyna wibrować w całym ciele, a słychać go z daleka pod wodą. Dowiedziałem się też, że ogonem o taflę wody biją tylko samice, które w ten sposób zapraszają samców na podwodną jogę. Panowie przypływają wszyscy, to akurat normalne. I leją się po łbach, też wszyscy. To też normalne. Wyskakują z wody i konkurują o względy samicy. Przy lądowaniu spadają jeden na drugiego. Wagowo piórkami nie są, więc często leje się krew. Zdarza się, że trwa to wiele minut. Trochę robota głupiego, bo po tych walkach samica i tak kopuluje z każdym z nich - nieważne, czy wygrany, przegrany, czy tylko kibic. Na łódkę z Timmem się nie skusiłem, wolałem jeszcze bliższy kontakt. Postanowiłem, że na spotkanie z wielorybami wybiorę się z Kupono, lokalnym kajtowym wyjadaczem z superanckim poczuciem humoru. Kupono zabrał ze sobą deskę i kajak. Papier, nożyczki, kamień. Wylosowałem SUP-a (stand up paddle board), kumpel kajak. Jak długo wiosłowaliśmy w poszukiwaniu wielorybów? Cholernie długo. Ważne, że wreszcie zobaczyłem przed dziobem ich grzbiety. Były na wyciągnięcie ręki. Pojawiały się to tu, to tam. W pewnym momencie zamarłem - dwa metry od deski pojawiła się gigantyczna głowa. Przypominałem sobie, co mówił Timm, i modliłem się, żeby to nie był chłopak, który jak nic wyskoczy w powietrze. Uff, samica. Szybko założyłem maskę i wskoczyłem do wody. Okazało się, że pod wodą jest kilka innych olbrzymów. Cuuuudoo! Popatrzyły na mnie i... odpłynęły. A ja trzęsąc się od doznań, wdrapałem się na deskę.

Już miałem podzielić się z Kupono wrażeniami, gdy za kajakiem kumpla zobaczyłem ostrą, trójkątną płetwę. Musiał dostrzec moją minę, bo odwrócił się i zamarł z przerażenia. Rekin zaczął patrol. Pierwsze kółko, szeroki promień. Drugie, zdecydowanie ciaśniejsze. W brzuchu miałem pożar, a nogi odpaliły disco, gdy podciągałem je na deskę (jak przywali z dołu, trudniej będzie mnie strącić).

Płetwa zniknęła, a za chwilę wyłoniła się ponownie, a za nią... dwie kolejne. W sportach ekstremalnych masz zawsze jakiś wpływ na rozwój wypadków, tu czułem się bezradny jak dziecko. Przerażające chwile.

I wtedy nadleciał czerwony helikopter straży przybrzeżnej. Chłopacy zauważyli, co się dzieje i zaczęli krążyć nisko nad nami. Z góry wyglądało to pewnie gorzej niż z naszej perspektywy - widzieli całe ryby, a nie tylko płetwy. Jeszcze nigdy nie wiosłowałem tak szybko.

DLA TAKICH CHWIL WARTO ŻYĆ

Ostatnio nie padało, a po prostu lało. Przez dwa tygodnie dzień w dzień. Telefon codziennie wyświetlał informacje o potencjalnym tsunami i zalecenia, że lepiej nie wychodzić z domu i przenieść się w górzystą część wyspy (to dla tych, którzy mieszkają blisko oceanu). Nawet bez ostrzeżeń to były takie dni, w których, miałem ochotę wracać do Polski. A później wieczorem wychodziło nagle słońce. Jadłem rybę, którą złapał Kupono, siadałem na skale i gapiłem się na zachód. Myślałem: Boże, jak ja ci dziękuję, że mogę tu być. I jestem!

Skomentuj:
Hawaje - raj nie tylko dla fanów podróżowania
Zaloguj się lub komentuj jako gość

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX