Kara-at, czyli śladami Czyngis-chana

Po co ci dwie ręce do jednego konia? - zagadnął Tałaj, nasz kirgiski przewodnik. Musiał się z tym długo nosić, bo od jakiegoś czasu podejrzliwie się przyglądał.

Kirgistan

Niezręcznie mu było pouczać zagranicznego turystę, ale w końcu nie wytrzymał. Biorę więc wodze w jedną rękę i od razu czuję się jak kowboj, a raczej dżygit, potomek Czyngis-chana. Szybko też zapominam o wszystkich innych dobrych nawykach, które usiłowano nam wpoić w polskiej stadninie. Nie były zbyt ugruntowane, bo naukę jazdy rozpoczęliśmy całkiem niedawno.

Przed nami dolina po horyzont. Zamyka ją grań ośnieżonych czterotysięczników, jedno z pasm Tien-szanu. Tędy - szlakiem przemarszu armii Czyngis-chana i fragmentem słynnego Jedwabnego Szlaku - wiedzie nasza trasa. Jedziemy do Paryża. Tak w każdym razie mówi Tałaj, ale chyba żartuje.

 

Kirgizi, Polacy, Tatarzy i Żydzi

Nie przepadamy za miejskimi rozrywkami. Do muzeów zaglądamy tylko pod karą chłosty. Wielkie aglomeracje nas męczą. Agroturystyka nudzi. Na zorbing jesteśmy za starzy, a na wspinaczkę - wstyd przyznać - zbyt masywni. Co więc robić w czasie urlopu?

Konie wydały się idealne. Jesienią rozpoczęliśmy naukę, by wakacje spędzić w siodle. Gdzie? Tam, gdzie są konie. Na półki księgarskie właśnie powrócił jeden z reportaży Kapuścińskiego - "Kirgiz schodzi z konia", więc zdecydowaliśmy, iż my na tego konia wsiądziemy.

Najtrudniej było skompletować ekipę. Sam pomysł - konno przez Kirgizję - podobał się wszystkim znajomym. Ale też wszyscy - jakże mylnie - uznawali go za zbyt ekstremalny, by poprzeć go osobistym udziałem. Wreszcie, niecałe dwa miesiące przed planowanym wyjazdem, udało się namówić Gosię. Nigdy dotąd nie jeździła konno, ale solennie przyrzekła, że jeśli nie będzie miała zbyt wiele zajęć w pracy, to postara się szybciutko poduczyć.

Konie wydały się idealne

Gosia znalazła czas tylko na siedem godzinnych lekcji. Za to, jak przystało na lekarkę, przygotowała ogromną apteczkę pełną panaceów na wszelkie możliwe przypadłości, obtarcia, stłuczenia, odgniecenia, którymi zamierzała wspomagać niedostatek praktyki w obijaniu się na końskim grzbiecie. Uznaliśmy, że sobie poradzi.

 

Jedziemy więc tylko we trójkę, ale niczym paniska jesteśmy otoczeni opieką aż czterech osób. Towarzyszą nam bowiem dwaj przewodnicy narodowości kirgiskiej, Tałaj i Mirżan, a także Ira i Wiktor, których między sobą nazywamy Rosjanami, bo mówią po rosyjsku. Oni jednak oburzają się, kiedy to słyszą. Tłumaczą, że obecnie są przecież obywatelami Kirgizji, a ich przodkami byli Żydzi i Tatarzy.

Ira jest nauczycielką geografii i właścicielką jedynego prywatnego muzeum egzotyki morskiej w Biszkeku, stolicy Kirgizji. Mieści się ono u niej w mieszkaniu w bloku, w dużym pokoju. Codziennie nachodzą ją wycieczki, ale prowadzi otwarty dom i lubi gości.

Wiktor pozostawał ze swym koniem niemal w symbiozie - obaj zasypiali po półgodzinie marszu.

Wiktor na swoim chudym, siwym i wiecznie sennym koniku wygląda jak Sancho Pansa i wnosi do grupy klimat absurdalnego humoru. Po pół godzinie marszu zasypia "za kierownicą", a potem winę zwala na konia. Geolog, były górnik, speleolog i alpinista, jest właścicielem firmy świadczącej usługi wysokościowe.

Nie możemy się ich dopytać, co to za Paryż, do którego zmierzamy. Bo chyba nie ten nad Sekwaną? Ale oni do końca nie puszczają pary z ust. Wiemy tylko, że od celu dzieli nas ponad 200 km i cztery wysokie przełęcze. Ostatnia na wysokości - bagatela - prawie 4000 m n.p.m. Czy konie umieją się wspinać?

 

Cztery pory roku w jednej dolinie

Wyjeżdżaliśmy w pełni lata, choć nie było go widać w Warszawie. Kiedy szłam ulicą w kusej sukience, zastanawiając się, co tu jeszcze z siebie zrzucić, by nie zostać oskarżoną o zgorszenie, w witrynach sklepów prezentowano już garsonki z jesiennej kolekcji. W mieście zawsze czuję się beznadziejnie spóźniona i nie mam czasu nacieszyć się chwilą. Jesień ściga się tu latem, a zimą wprasza się wiosenna Wielkanoc.

W stepie wszystko jest na swoim miejscu.

W dolinach już jesień. Na górze - zima i ośnieżone szczyty. Pośrodku - wiosenne alpejskie łąki, jaskrawożółte pełniki, maki, dzwonki i fioletowo-purpurowe trujące tojady. Hale pokryte soczystą zieloną i równo wystrzyżoną trawą (notujemy w pamięci, że może warto sprowadzić stadko owiec i zakończyć spory o to, kto będzie kosił trawnik przy domu).

Tałaj, kirgiski przewodnik

Kirgizi wierzą, że dostał im się najpiękniejszy kawałek świata. Legenda mówi, że kiedy u zarania dziejów Bóg rozdawał ziemię, ustawiła się do niego długa kolejka ludów. Koczownicy długo nie ustali w ogonku, bo odeszli sprawdzić, co się dzieje z ich stadami. Kiedy wrócili, okazało się, że wszystko już rozdane. Bóg przyznał, że ma jeszcze skrawek lądu, bo odłożył go dla siebie: "Miała tam stanąć moja dacza, ale pal ją diabli, weźcie go dla siebie!"

 

Żona Czyngis-chana

Pięknu krajobrazu nie sposób zaprzeczyć, choć trudno nie zadać pytania, dlaczego Bóg chciał wypoczywać w tak mało ustronnym miejscu. Kirgizja leży bowiem na gwarnym skrzyżowaniu dróg, które prowadzą z Chin na Zachód. Pod Biszkekiem rozpościera się gigantyczny bazar, ponoć jeden z największych w Azji. Jak rozdęte do granic absurdu targowisko na Stadionie Dziesięciolecia - w sprzedaży głównie detaliczna i hurtowa oferta chińskiego badziewia.

Dawniej doliną rzeki Tałas, którą teraz przemierzamy na koniach, ciągnęły całe armie. Na halach pasły się konie wojowników Manasa, narodowego bohatera Kirgizji, który w IX w. walczył o zjednoczenie kirgiskich plemion. O jego dokonaniach opowiada przekazywany ustnie od pokoleń poemat "Manas" - epopeja 20 razy dłuższa od "Odysei" i "Iliady"!

Według miejscowej legendy pod tym kamieniem spoczywa jedna z żon Czyngis-chana, którego hordy prawie dziewięć wieków temu zmierzały na podbój Chin, tym samym szlakiem, który my teraz przemierzaliśmy.

Do dziś widoczne są kamienne kręgi otaczające groby Mongołów, którzy najechali te ziemie kilkaset lat później. W mogile zwieńczonej kamiennym obeliskiem z wyrytą kobiecą twarzą leży - według miejscowych legend - jedna z licznych żon Czyngis-chana. Z naskalnych rysunków podobnych do indiańskich petroglifów, które zdobią liczne czarne, okopcone głazy, jak z książki można odczytać historię ostatnich kilku tysięcy lat. Niemal żadne z tych miejsc nie zostało jeszcze przebadane przez archeologów, choć niektóre zostały już zasmarowane współczesnymi wyznaniami: "kocham Maszę. Wasia. 1972".

 

Kapusta i ogórki pod siodłem

Kirgiskie siodła są wyściełane miękkimi kołderkami i okazują się nadzwyczaj wygodne. Mimo że spędzamy na końskich grzbietach ponad siedem godzin dziennie, nie mamy żadnych obtarć i siniaków. Z wyjątkiem tego, który nabiłam sobie na nodze od kapusty.

Nasi opiekunowie nie uznają bowiem wysokogórskiej żywności, liofilizatów, zupek w proszku czy choćby chińskiego makaronu. W moich sakwach zalega więc 14 kg prawdziwych ziemniaków, niemal drugie tyle cebuli, cztery dorodne kapusty, marchew, bakłażany, ogórki, papryka. Inni wiozą weki z mięsem, bańki z majonezem, konserwy rybne etc. Każde z nas ma pod nogami niemal 40 kg bagażu.

Nasze ostatnie ognisko w dolinie. Wyżej nie będzie już drzew ani krzewów. Tam pali się tylko wysuszonymi odchodami

Podczas postojów Ira skrobie, sieka, faszeruje, przyprawia i pichci. Prawdziwa orgia smaków i zapachów. Potrawy kuchni kirgiskiej, uzbeckiej lub tatarskiej.

Jedzenie, a właściwie cały długi proces stawiania kuchni i przygotowania posiłku, pełni funkcję głęboko socjalizującą. Tyle tylko, że naszym koniom wcale nie zdaje się lżej. Wydaje się nam, że te kilogramy, które ubyły z sakw, trafiły nam pod skórę.

 

Wędzarnia w gradzie

Od rana jest paskudnie. Wczoraj padało, a dzisiaj wieje przenikliwy wiatr i zbierają się gęste czarne chmury. Zostawiamy bagaże przy jednej z jurt na zboczu i pniemy się coraz wyżej w jedną z bocznych odnóg doliny. Jesteśmy zaintrygowani, bo Tałaj i Mirżan chcą nam pokazać "wędzarnię Manasa". Niestety, niemal od razu zaczyna siąpić deszcz. Im wyżej, tym zimniejszy. W końcu przechodzi w śnieg. Po chwili słychać grzmoty i czujemy uderzenia gradu wielkości grochu. Jest na przemian ciemno i jasno. Koniom trudno ustać przy gwałtownych podmuchach wiatru. O dziwo, zachowują stoicki spokój.

Przeczekujemy wściekły atak gradu

Nie jesteśmy do tego przyzwyczajeni. Przypominam sobie jedną z wycieczek na koniach w podwarszawskim lesie, kiedy nasz cały zastęp spłoszył się nagle na widok granatowej dziecięcej rękawiczki leżącej na ścieżce. Rumaki uznały ją za śmiertelne niebezpieczeństwo i zarządziły odwrót. Bez konsultacji z nami.

A kirgiskie konie idą spokojnie, choć wali grad, a droga prowadzi ostro w górę, czasem po gołoborzu (skalnym rumowisku). Pytamy: - Tałaj, czy te konie mogą się czegoś przestraszyć?

- A czego miałyby się bać?

- Czy widziałeś, by się spłoszyły?

- Nigdy.

Te same kołderki, które za dnia wyściełają siodło, nocą służą jako materac do spania

Wędzarnia Manasa to malowniczy komin i rozpadlisko w skałach na przełęczy 3,5 tys. m n.p.m. Ponoć pradawni wojowie wypełniali je gałęziami drzew, a potem wrzucali do szczeliny barany i piekli. Mało prawdopodobne. Najbliższe gałęzie i drzewa widzieliśmy w dolinie dwa tysiące metrów niżej, o wiele godzin konnej drogi stąd.

Tubylcy do gotowania używają kizjaku - wysuszonych krowich odchodów, które żarzą się podobnie jak torfowe brykiety. Sami z powodzeniem próbowaliśmy tej metody pichcenia potraw, by oszczędzić pojemniki z gazem.

Skalna wędzarnia robi wrażenie, ale przecież nie takie jak konie. Drobne, ale niewiarygodnie wytrzymałe, idą stępem i kłusem przez siedem godzin dziennie, czasem podrywają się do galopu. Podczas wspinaczki wybierają drogę z gracją górskich kozic. Przechodzą rwące strumienie, stąpając po dnie pełnym śliskich otoczaków.

Dalibyśmy wszystkie pieniądze za takiego konia. - Nie jest na sprzedaż - mówi Tałaj. A co z nim zrobisz, kiedy już nie będzie mógł ci służyć? Kirgiz w międzynarodowym geście zarzynania przeciąga ręką po szyi. Nie będzie ci szkoda? - Tak się u nas robi.

Gdzie więc można kupić takie konie? - Dobrej szkapy nie kupisz na targu - mówi Tałaj. - Tam dostaniesz tylko konia na obiad, takiego, który ma zły charakter - stara się wyjaśnić dość nieporadnym rosyjskim.

 

Dokąd prowadzisz te barany?

Znowu deszcz. Potoki wody leją się z nieba. Jedynym ratunkiem, suchą oazą w tym bezmiarze wody, jest wnętrze dużego płóciennego namiotu pasterzy, który wyłania się zza kolejnego zakrętu doliny. Tałaj podjechał pod wejście - tak by było go widać ze środka, i zastygł bez ruchu. Czekał, aż gospodarze go zobaczą i przygotują się na spotkanie.

Wkrótce też ze środka wyskoczyło trzech młodych mężczyzn - pastuchów, którzy całe lato opiekowali się tu krowami i końmi. Po krótkim przywitaniu zaprosili nas do środka, zajęli się naszymi końmi, postawili czajnik na ogniu, a jeden z nich poszperał w tobołkach i wyciągnął na stół trochę masła i konfitury z truskawek. Kiedy nasza grupa piła gorącą herbatę i suszyła się pod namiotem, gospodarze - mimo naszych gorących zaproszeń - niewzruszenie stali na zewnątrz pod strugami ulewnego deszczu. Ich gościnność wymagała, byśmy w środku czuli się jak najbardziej komfortowo.

Ten malec przyniósł nam do obozu kumys (sfermentowane mleko) oraz chleb, którymi Kirgizi goszczą swoich gości.

Ludy koczownicze gościnność mają głęboko zakorzenioną, zwłaszcza tutaj, na Jedwabnym Szlaku, którym przez stulecia ciągnęli obcy. Zawsze można liczyć na zaproszenie do jurty, czarkę kumysu, kawałek konycz nan, konfitury i miód. Często na stole - czyli ceracie rozłożonej na środku jurty - pojawi się też masło (choć przeważnie zjełczałe), a nawet ciasteczka smażone w głębokim tłuszczu (boorsok).

Gościnność nie jest ani udawana, ani obliczona na coś w zamian. Jedyną potrzebą, którą Kirgizi w ten sposób zaspokajają, jest ciekawość innego świata i innych ludzi.

Jeden z pasterzy wdał się w długą rozmowę z naszymi przewodnikami. Mówili śpiewnie, trochę gardłowo, po kirgisku. Nic nie rozumieliśmy, ale wyraźnie chodziło o nas.

- Pytają pewnie, dokąd prowadzisz tych baranów - szepcę do Iry. Nie jest tajemnicą, że nasze zachcianki - pętanie się z końmi po górach bez wyraźnej potrzeby i celu - wydają się tutaj co najmniej dziwne.

- Ależ skąd, nie powiedziałem niczego podobnego! - zaperza się młody pasterz. Ale twarz podejrzanie się czerwieni.

 

Złoto czy dziecko? Wybór nie należy do ciebie

Zwykle po wymianie pozdrowień najpierw pada pytanie: skąd jesteś? A zaraz potem - ile masz dzieci? Dzieci to nieodłączny element każdej jurty, jak u nas telewizory. Bardzo szybko się uczymy, żeby nim siądziemy za stołem, rozejrzeć się uważnie wokół, czy pod derkami, kocami i poduszkami nie śpi czasem jakiś malec, któremu wchodzimy właśnie na głowę.

Wkrótce też wiemy, skąd jest ich aż tyle. Docieramy do błękitnego zapadliskowego jeziora, którego wody zostały spiętrzone i zatrzymane na wysokości 3,5 tys. m przez wielką kamienną lawinę tarasującą ujście w dolinę. Jego brzegi upstrzone są setkami kamiennych piramidek. To jezioro życzeń. - Ludzie przyjeżdżają tu, by prosić o potomków - wyjawia Tałaj. Trzeba przemyć twarz, po czym siedem razy zaczerpnąć i napić się wody. - A mogę zażyczyć sobie coś innego? - Możesz, ale... tak czy inaczej dostaniesz dziecko - śmieje się Kirgiz.

Ułożona przez nas piramidka przy jeziorze życzeń. Zgodnie z miejscowymi wierzeniami powinna niebawem przynieść nam nowego potomka

Mirżan - drugi i dużo młodszy z naszych kirgiskich przewodników - zniknął za jakąś skałą na dłużej. Domyślamy się, jakie może zaklinać życzenie. Dzień wcześniej wyznał, że marzy o poślubieniu białej kobiety. Najlepiej z Moskwy. Stolica Rosji jest tu synonimem wielkiego świata, nieznanego, nieosiągalnego. Mirżan chętnie by poszedł w ślady Nurbana, który trzy lata wcześniej tym samym szlakiem prowadził grupę Rosjan. Jedna z dziewczyn na pożegnanie zostawiła Nurbanowi swój moskiewski adres, a on trzy tygodnie potem niespodzianie stanął na progu jej mieszkania. - I co ja mam z nim zrobić? - dzwoniła przerażona, ale i nieco rozbawiona do organizatorów wyprawy. Nurban do dziś nie powrócił do rodzinnej wsi.

Jeśli się ożenisz z moskwianką - dokuczamy Mirżanowi - to kto ci przygotuje bieszbarmak? To narodowe kirgiskie danie: makaron z domowego ciasta rozwałkowanego i ciętego w cienkie paseczki, gotowany w bulionie i podawany z cebulą, baraniną i pieprzem.

Jedna z anegdot opowiada o Kirgizie, który przez rok czekał na ratunek na bezludnej wyspie. Pewnego razu u brzegu pojawił się statek z piękną dziewczyną na pokładzie, która rozchylając kusząco skąpy strój, zawołała: "Chodź, dam ci wszystko, czego ci było brak!". A Kirgiz rzucił się wpław, mrucząc do siebie: "Ani chybi to bieszbarmak, ani chybi bieszbarmak".

 

Bułki drożdżowe na przełęczy

Po obejrzeniu polodowcowego jeziora Kol-Tor na wysokości 3300 m n.p.m. zjeżdżamy w dolinę, a właściwie konie same zjeżdżają - one najlepiej wiedzą, gdzie stąpać, by nie połamać nógIle mamy dziś do przejścia? - padło pytanie przy porannej kawie. Niewiele, kilka metrów. Byle dojść do koni. Za to konie czeka prawdziwa próba zręczności - ostatnia i najtrudniejsza przełęcz. Zwykle Tałaj tylko nas straszył, pokazując na jakiś ośnieżony szczyt i mówiąc, że jutro tam właśnie się udamy. Tym razem nie żartował. Wspinamy się wprost na skalisty i kamienisty grzbiet, który jeszcze rano był biały od śniegu. Po raz pierwszy jest za trudno dla koni, musimy zsiąść i ostatnie kilkaset metrów pokonać na piechotę. To alpejska wysokość, nic dziwnego, że dopada nas zadyszka.

Wkrótce Ira zażądała postoju. Wczesnym rankiem przygotowała zaczyn drożdżowy, który po paru godzinach ubijania się na koniu postanowił opuścić przytulną sakwę i wypełzł na zewnątrz. Zatrzymaliśmy się więc, by czym prędzej upiec bułki. Był to z pewnością najdziwniejszy posiłek, jaki zdarzyło mi się jeść na 4 tys. m n.p.m. Cieplutkie drożdżowe bułeczki smażone w głębokim oleju, z czterema nadzieniami do wyboru: kapuścianym, grzybowym, kartoflano-cebulowym i słodkim z dżemem z suszonych fig i moreli.

Jemy i zjeżdżamy w dół, tam gdzie praży słońce. Na zielone trawy. Konie nieproszone rzucają się biegiem. Galop po miękkich trawach stepu jest najwspanialszą rzeczą pod słońcem. Wiem, że będzie mi brakować mojego czarnego konia ("kara at" po kirgisku) i że nigdy w Polsce nie spotkam mu równego. Wybaczam mu nawet okrutne darcie mordy i strzyżenie uszami do każdej klaczy w zasięgu wzroku.

Stoimy na najwyższej z pokonanych przełęczy, zwanej Tokoiłu-Aszuu (prawie 4000 m n.p.m.). Jedyny moment, kiedy zeszliśmy z koni. Nie dały rady przejść tego stromego i kamienistego podejścia z nami na grzbiecie. W oddali ośnieżona grań Gór Kirgiskich. Przed nami zejście w dolinę Suusamyru

To już koniec wędrówki. Przed nami sam Paryż. Jak się wyjaśnia, to niewielka osada na dnie doliny Suusamyru, przy jedynej drodze z Biszkeku do Oszu. Kilkanaście barakowozów i szpetnych budek z dykty, mnóstwo stoisk z kartoflami, owocami i piciem. Skąd ta górnolotna nazwa? Czy to wyraz tęsknoty kirgiskich koczowników do wielkiego świata? A może przybyszów z Rosji, którzy kolonizowali ten kraj w czasach carskich i sowieckich?

Za przełęczą konieczny był drobny remont naszych ?pojazdów?. Tałaj i Mirżan poprawiali mocowania podkówNasi Kirgizi czują się tu trochę nieswojo. Jak rozumiemy, tutaj już nie ma ich pobratymców, koczują członkowie innych klanów. - Dużo handlarzy, możemy wpaść w oko koniokradom - wyjaśnia niespokojny Tałaj. Zabiera konie, by jak najszybciej wrócić z powrotem za przełęcz, do swojej doliny Tałasu. A my wracamy do Biszkeku, wspinając się znowu z mozołem na jedną z najwyższych przełęczy w grzbiecie Gór Kirgiskich, ale tym razem samochodem po wygodnej szosie. Docieramy tam po kilku godzinach jazdy, już o zmroku. I rzucamy okiem za siebie. I wreszcie wiemy, dlaczego Paryż! Z góry nie widać jego baraków, brudu i szpetoty. Tylko dziesiątki świateł, które sprawiają wrażenie, iż tam w dole, wśród górskich pustkowi i zielonych hal rozłożyła się jakaś wielka metropolia.

 

 

Pani Ormusz, żona gospodarza, który wypożyczył nam konie, powitała nas ?kaczką? ulepioną z baranich flaków i z dziobem z marchwi

Jedzenie

Podstawą diety jest baranina i konina. W dolinach łatwo kupić jest znakomite owoce, ale w górach wegetarianów mogą czekać ciężkie chwile.

Szorpo - gęsta zupa z baraniny i warzyw.

Karta - flaki końskie z sałatką z rzepy.

Karyn - żołądek koński.

Bieszbarmak - baranina z domowym makaronem typu krajanka, podlana bulionem.

Łagman - baranina z warzywami i makaronem typu nitki.

Manty - pierożki nadziewane baraniną gotowane na parze.

Boorsok - niesłodkie faworki smażone w głębokim oleju.

Konycz nan - inaczej lepioszka - płaski chleb drożdżowy pieczony na ognisku.

Kumys - lekko słony napój alkoholowy (1-3%) z kobylego mleka.

Ajram - mniej więcej to samo z mleka krowiego.

Arszan - napój ze sfermetowanego ziarna. Gęsty i zawiesisty o smaku co najmniej podejrzanym.

 

 

Kirgistan

Leży w środkowej Azji. Graniczy z Chinami, Kazachstanem, Tadżykistanem i Uzbekistanem. Stolicą jest Biszkek (dawniej nazywany Frunze). 93 proc. terytorium zajmują góry. Najwyższy szczyt - Dżengis-czokusu (dawniej Pik Pobiedy) ma 7439 m n.p.m. Kraj nie ma dostępu do morza, ale na jego obszarze leży drugie co do wielkości jezioro górskie na świecie - Issyk-kuł, o głębokości 669 m i powierzchni 6236 km kw.

Ludność w miastach żyje przede wszystkim z handlu, koczownicy - z hodowli bydła i owiec. W nielicznych dolinach, głównie na południu, uprawia się bawełnę, buraki cukrowe, tytoń i pszenicę.

Na czerwonej fladze Kirgistanu widnieje w środku żółty Tunduk - to symbol kolistej konstrukcji zwieńczającej każdą jurtę.

Dojazd

Najszybciej jest dolecieć samolotem - z Moskwy albo ze Stambułu. Bilet tam i z powrotem (bez polowania na zniżki czy okazje) kosztuje niestety ok. 2,5 tys. zł. Taniej jest pociągiem, ale nie o wiele taniej, jeśli nie postawimy na "wielką przygodę" i pojedziemy tanim wagonem platzkartnym (bez przedziałów, a więc wraz z tłumem ponad sto osób śpiących na trzypoziomowych półkach w jednej wspólnej przestrzeni). Za bilet z Moskwy w wagonie z przedziałami zapłacimy ok. 1300 zł. Podróż pociągiem ma tą wadę, że trzeba postarać się o rosyjską wizę. Polacy do Kirgizji wjeżdżają bez wizy.

Tutejszy chleb (konycz nan) wypiekał się na naszych oczach

Wyposażenie

W dolinach panują latem upały. Jeśli wybieramy się na południe kraju (okolice Oszu), warto zadbać, by nie prowokować zbyt odkrytym strojem. Za to w położonym na północy Biszkeku i jego okolicach krótkie spodenki czy odkryte brzuchy na razie nikogo nie gorszą.

W górach pogoda jest zmienna. Za dnia przydaje się krem przeciwsłoneczny z wysokim filtrem i kapelusz, a po zachodzie słońca - puchówka i ciepły śpiwór. Podstawą jest dobry płaszcz przeciwdeszczowy okrywający nogi jeźdźca i boki konia. Przydają się też gumowe buty. Kto lubi komfort jazdy, może zabrać ze sobą strzemiona - w kirgiskich zwykle nie można regulować długości. Toczków chroniących głowę nikt nie używa. Grube filcowe kołderki, które za dnia wyściełają siodło, nocami z powodzeniem mogą zastąpić w namiocie karimatę.

 

Orientacyjne ceny

Naszą wycieczkę przygotowali miłośnicy koni z Biszkeku (sheglov.victor@gmail.com). Podobne wojaże ma w ofercie też agencja z Moskwy (info@russianexplorer.ru) i z Biszkeku (info@fartour.ru, info@issyk-kul.info). Można też wszystko zorganizować samemu, choć z wiąże się to z ryzykiem, bo gwarancją udanej wyprawy są sprawdzeni przewodnicy, którzy opracują i poprowadzą ciekawą trasą. Cena wynajęcia konia to 5-10 euro/dzień, kirgiski przewodnik kosztuje ok. 10 euro/dzień.

 

Tekst i zdjęcia: Irena Cieślińska, Piotr Cieśliński

Więcej o: