Rachunek wędrownego pijaka

Sto wiorst nie droga, sto rubli nie pieniądz, sto gram nie wódka.

 

Nie do końca mogę się zgodzić z tą starą syberyjską pogaduchą.

azja, rosja, syberia, jacek hugo-baderCoś o tym wiem, bo właśnie wróciłem stamtąd po trzymiesięcznej podróży. Sto wiorst to rzeczywiście, jak na rosyjskie rozmiary, niewiele, zaledwie 106 km i 678 m. Tam jak ktoś powie, że mieszka pod Irkuckiem, to może się okazać, że to jest dwieście albo trzysta kilometrów od tego miasta.

A dacie wiarę, że popitka może wypaść drożej, bo litr soku z jabłek w takim Magadanie kosztuje właśnie sto rubli (łatwo przeliczać je na złotówki, wystarczy ująć jedno zero).

Wspomniałem Magadan, bo stamtąd rozpocząłem moją ostatnią syberyjską podróż. To stolica regionu, od nazwy rzeki przecinającego tę ziemię, zwanego Kołymą - w latach stalinowskich najstraszliwsza wyspa Archipelagu Gułag, kraj łagrów. W Rosji i na euroazjatyckim kontynencie dalej na wschód i północ jest tylko Czukotka.

 

Jechałem autostopem.

Na Kołymie niewiele chce rosnąć, bo straszliwa zima trwa od października do maja. Ziemię skuwa wieczna zmarzlina, więc wszystko, co tam sprzedają, trzeba przywieźć samolotem albo morzem, bo nie ma normalnej drogi lądowej ani kolei.

azja, rosja, syberia, jacek hugo-bader

Dlatego sok jest droższy od wódki. Wszystko jest straszliwie drogie, szczególnie żywność - to znaczy zakąska. Kiedy ruszałem we wrześniu z Magadanu, przywiezione z Chin pomidory kosztowały 280 rubli za kilogram (28 złotych), jabłka - 260 rubli, cytryny - 140, ziemniaki i cebula po 40, a kiwi 20 za sztukę.

Jeszcze straszniej było na Czukotce, gdzie kończyłem moją podróż: pomidory - 440 rubli, cytryny - 250 rubli, ogórcy (czyli narodowe, najważniejsze obok ziemniaków, warzywo Rosjan) - 160 rubli, a parówki, serdelki i kiełbasa 500-700 rubli. Dacie wiarę? Parówki po 50 złociszy za kilogram!

Ale miało być o wódce, a nie zakąsce.

Zrobiłem zatem rachunek sumienia. Podróżując przez Kołymę z Magadanu do miasta Jakuck w Jakucji, byłem w drodze 36 dni. W tym czasie brałem udział w 19 tęgich popijawach. Nie liczę niewinnego popijania piwa w przydrożnych barach czy pod sklepami w kołchozowych wioskach. Mam na myśli potężne grzanie wódy albo koniaku.

Kawior na zagrychę

Popijawa pierwsza. Z Władem, głównym chirurgiem szpitala obwodowego w Magadanie, którego przypadkowo spotykam na ulicy pierwszego dnia po przylocie do tego miasta. Koniak z piwem w restauracji Magnolia. W trakcie balangi dzwoni telefon mojego towarzysza. Wzywają go do szpitala. Pacjent z otwartym złamaniem uda wykrwawia się, bo zgruchotana kość przecięła tętnicę, a młodzi koledzy Włada nie potrafią sobie z tym poradzić.

Mój chirurg za żadne skarby nie chce wstać od niedopitej jeszcze butelki. Przekrzykując pijackie wrzaski zza sąsiedniego stolika, przez telefon kieruje rękoma swoich niedoświadczonych kolegów.

Zdenerwowany, nie wytrzymuję i ryczę na biesiadujących obok facetów, żeby przestali drzeć mordy, bo my tu prowadzimy operację. Zanosi się, że spuszczą nam bańki, ale słyszą, że Wład cholernie fachowo gada do telefonu i odpuszczają. Potem nawet przysiadają się do nas i stawiają następną butelkę.

A operacja się udała.

azja, rosja, syberja, jacek hugo-bader,alkohol,wódkaPołów łososi w Morzu Ochockim.

 

Popijawę drugą urządza Wania, bandycki autorytet z Magadanu, i Dima, pułkownik bezpieki z tego samego miasta. Towarzyszy nam Dimy kierowca, z racji urody zwany "Żabą", i inspektor ochrony rybołówstwa Nikołaj. Miejsce akcji - barak inspektora nad brzegiem Morza Ochockiego, kilkadziesiąt kilometrów w bok od Magadanu.

Z brzegu zarzucone mamy sieci, z których co półtorej-dwie godziny wyciągamy cztery albo sześć wspaniałych pacyficznych łososi zwanych kiżuczami. To okres kiedy te ryby wędrują wzdłuż morskiego brzegu, by trafić na ujście rzeki, którą płyną w górę na tarło. Mają po cztery-pięć kilogramów i zawsze wpadają w sieci parami. W samicy jest około ośmiuset gramów obłędnego w smaku, grubego (to znaczy duże kulki), czerwonego kawioru. To była nasza zagrycha.

Jednak nie z racji gastronomii uważam tę popijawę za jedną z najbardziej niezwykłych, w jakich w życiu brałem udział. I nie z tego powodu, że Dimka i Wania wypijają po litrze wódy, rżnąc nieprzerwanie przez sześć godzin w kozła na duże pieniądze. To prosta gra karciana podobna do naszego durnia, ale nie mają przy sobie gotówki, więc stan rozgrywki zapisują na uwalanej rybą i kawiorem gazecie.

azja, rosja, syberja, jacek hugo-bader,alkohol,wódkaCzekista Dima siedzi do nas frontem, bandytę Wanię widzimy w lustrach.

Obserwuję graczy z rozdziawioną gębą, bo to prawdziwe misterium: niby karciane starcie, bitwa, wojna świata przestępczego ze światem stróżów prawa, służb specjalnych, bezpieki, ministerstwa spraw wewnętrznych, a tak naprawdę przyjacielska partyjka dwóch różnych gatunkowo mętów, zgodnie z bandycką tradycją obrzucających się przy tym piekielnie skomplikowanymi, jak to się mawia w Rosji - wielopiętrowymi przekleństwami.

 

W szkole też piją

Trzy dni później kolejne pijackie misterium. Tym razem z Aleksandrem Basanskim, najpotężniejszym kołymskim poszukiwaczem cennych kruszców, miejscowym oligarchą, który co roku wyrywa z tej ziemi półtorej tony złota i 20 ton srebra. Mnie też obsypał złotem, ale o tym przeczytacie oddzielny reportaż w "Dużym Formacie".

 

azja, rosja, syberja, jacek hugo-bader,alkohol,wódka,złoto

Aleksander Basancki - największy kołymski oligarcha i jego ulubiony gadżet - złoty puchar pełen złotych samorodków.

azja, rosja, syberja, jacek hugo-bader,alkohol,wódka

 

Już następnego dnia i jeszcze kolejnego daję gazu na poligonie Borysa. W Rosji działka, na której poszukiwacze kopią złoto, nazywana jest poligonem. Przez kilka dni mieszkam w głuchej tajdze nad rzeką Kołymą w baraku z pracownikami Borysa, inżyniera górnika, który w radzieckich czasach wydobywał złoto dla socjalistycznej ojczyzny, a po jej rozpadzie dla miejscowego burżuja. Kilka lat temu kupił działkę na spółkę z kolegą i teraz pracują tylko dla siebie.

azja, rosja, syberja, jacek hugo-bader,alkohol,wódkaPoligon Borysa. Obozowisko poszukiwaczy złota nad Kołymą.

 

azja, rosja, syberja, jacek hugo-bader,alkohol,wódkaJurij z Debina w swoim przytulnym warsztaciku.

Wiedzieć trzeba, że rosyjska tradycja nie pozwala odejść od nieopróżnionej butelki, nie pozwala także nie dopić kieliszka. W Rosji pije się na komendę, z toastami, i do ostatniej kropli w rumoczce (kieliszku) albo stakanie (szklance). To dotyczy także koniaku, wina i szampana. Zostawianie czegoś na dnie oznacza nieszczerość tego, który nie dopił. Ta resztka w kieliszku to jest zło, złość, która zalega albo może zapaść między biesiadnikami.

 

azja, rosja, syberja, jacek hugo-bader,alkohol,wódka

Jurij z Jagodnego w swojej norze na złomowisku.

Od osiemnastu lat podróżuję do Rosji i zawsze przy alkoholu próbuję się migać, opuszczać kolejki, pić połówkami, ale to nigdy się nie udaje. Moi kochani, zastolni towarzysze z dobrego serca pilnują, żebym pił równo ze wszystkimi i do ostatniej kropli, choćbym miał przypłacić to życiem.

Rzecz jasna tak samo jest w redakcji "Siewiernej Prawdy" w pasiołku Jagodne, gdzie daję w banię z Wiktorem, redaktorem naczelnym tej gazetki. Wiktor szklaneczkę z wódką bierze w dwie ręce, bo nie ma nawet jednego palca. Którejś strasznej, kołymskiej zimy wracając po pracy z redakcji, zadarł z miejscowymi bandziorami, dostał w łeb i nim się ocknął, odmroził wszystkie palce. Według innej wersji spił się i usnął na mrozie.

Następnego dnia powtarzamy ten wyczyn, ale towarzyszy nam kolega Wiktora - Kola.

 

Kolejny dzień jest najbardziej wyczynowy. Najpierw rano obciągamy flaszkę koniaku z Jurijem, emerytowanym majorem wojsk rakietowych ZSRR, który w Jagodnem pracuje na miejskim wysypisku, a wieczorem następną butelkę koniaku z przewodniczącym lokalnej administracji w jego biurze.

azja, rosja, syberja, jacek hugo-bader,alkohol,wódka Jurijem z Jagodnego pojechaliśmy na wysypisko śmieci.

To wyczerpujący dzień, bo między jedną a drugą butelką jestem w miejscowej szkole, która świętuje dwudziestolecie istnienia. Było wystawne przyjęcie i też nie dało się wymigać.

 

Kto nie pije, ten stuka

W Rosji jest pięć tysięcy zarejestrowanych gatunków wódek. Tyle nazw zastrzegli sobie producenci. Obowiązuje minimalna cena urzędowa. Nie wolno sprzedawać jej taniej niż za 89 rubli (prawie dziewięć złotych) za pół litra. A pamiętam sprzed paru laty flaszki za 70, a nawet 60 rubli i plastikowe kubeczki, jak od jogurtu, za 10 rubli (złotówka!), które zawierały "symboliczne sto gram" najwstrętniejszej na świecie cieczy o mocy 40. "Symboliczne sto gram" - kolejne powiedzonko ukochane przez rosyjskich mężczyzn.

azja, rosja, syberja, jacek hugo-bader,alkohol,wódka Eksponaty z muzeum wódki w Moskwie.

Z wódką mam spory kłopot, bo ja mogę się napić, a nawet lubię, ale wyczynowcem nie jestem, a w pracy, szczególnie kiedy jadę w świat, spirytualiów unikam, jak mogę.

 

Kłopot w tym, że Rosjanie są nadzwyczaj gościnnymi ludźmi, a tu przychodzi do nich cudzoziemiec, do tego dziennikarz, i wyciąga z człowieka najgłębsze tajemnice, otwiera duszę. Moje związki z bohaterami, z ludźmi, z którymi rozmawiam w celach zawodowych, są bardzo krótkie, kilkugodzinne, rzadko kilkudniowe, ale za to bardzo intensywne. Mam dużą łatwość zaprzyjaźniania się i nie ma w tym żadnej gry, udawania - najprawdziwiej w świecie błyskawicznie zakochuję się w prawie wszystkich swoich bohaterach. To wiadomo, że jak się spotykamy, to za chwilę na stole pojawi się butelka. I to nie ja ją tam stawiam. Podczas całej mojej podróży ani razu nie kupiłem wódki.

A takich spotkań mogę mieć kilka dziennie. I co mam powiedzieć człowiekowi, do którego ostatecznie ja mam interes? Że z nim nie wypiję, bo jeszcze gdzieś idę? Że jestem abstynentem? Suchym alkoholikiem? To żadnej rozmowy nie będzie.

azja, rosja, syberja, jacek hugo-bader,alkohol,wódka Agata - moja żona w muzeum wódki. To miejsce nazwała "ścianą płaczu".

Mamy w Polsce powiedzonko, że kto nie pije, ten kabluje, znaczy donosi. Rosjanie mają dokładnie takie samo (u nich kablownik, kabel, donosiciel, szpicel to stukacz) i nie powtarzają go tak jak my, dla śmiechu - u nich to najgłębsza prawda, mądrość życiowa, powtarzana przez pokolenia od czasów Piotra Wielkiego, kiedy wysunęli się na czoło wśród pijących alkohol narodów świata.

 

Kapitał z drugiej kieszeni

Popijawę dwunastą urządzamy w Burchale, kiedy z prawdziwą ulgą opuszczam Jagodne, w którym prawie nie trzeźwiałem. Osada Burchała to stolica kołymskich chiszników, czyli nielegalnych, pracujących bez licencji, wolnych poszukiwaczy złota. Pierwszą osobą, którą spotykam na ulicy pasiołka, jest 80-letni Władymir Michajłowicz, ich król, postać legendarna, człowiek o zwierzęcym instynkcie do namierzania żył złota. Zobaczywszy mnie, natychmiast w miejscowym sklepiku robi stosowne zakupy z wódki, koniaku i wina (to ostatnie na wypadek, gdyby nawinęła się jakaś kobieta). Jak wszędzie w Rosji nie ma nawet mowy, żebym choć odrobinkę partycypował. Władymir Michajłowicz sięga do kieszeni na piersi i wyciąga paczkę pięciotysięcznych banknotów w bankowej opasce. To pół miliona rubli (50 tysięcy złotych!), a gdybyście popatrzyli na dziadka, byłoby wam żal, że chodzi w takich lichych trzewikach.

azja, rosja, syberja, jacek hugo-bader,alkohol,wódka, złoto

azja, rosja, syberja, jacek hugo-bader,alkohol,wódka

Władymir Michajłowicz, król nielegalnych poszukiwaczy złota i samorodek na jego dłoni.

- Nie ta kieszeń - śmieje się i wsadza pieniądze z powrotem. - W tej noszę linię kredytową. Kapitał zakładowy jest w innej kieszeni.

Biesiadujemy u Tamary, jego przyjaciółki i sąsiadki, ale na noc idę do kawalerskiego mieszkania Władymira Michajłowicza. Pokazuje mi wielki samorodek, znaleziony ostatnio na poligonie, który leży w miseczce z drobnymi pieniędzmi na telewizorze, i przed snem urządzamy popijawę numer trzynaście, a rano, przy śniadaniu, popijawę numer czternaście.

 

Popijawę piętnastą urządza Dimka, emerytowany kapitan specnazu (z oddziału trzyminutowego reagowania), a teraz poszukiwacz złota, którego zgarnąłem z drogi, jadąc autostopem do jakuckiego miasta Ust-Nera. To już koniec października, mrozy, poszukiwacze złota zakończyli sezon, więc Dima bierze wypłatę za pół roku pracy i jedzie do miasta, ale jego ciężarówka się psuje. Dwie doby na drodze nie pojawia się żaden pojazd. Dima pali wszystkie opony, żeby się ogrzać, już zamarza, kiedy się zjawiamy i zabieramy do naszej ciężarówki.

W mieście się okazuje, że Dimka nie wraca do domu, tylko kwateruje się w moim hotelu i z determinacją zaczyna przepijać ciężko zapracowane pieniądze. W domu czeka żona i dwoje dzieci, a ten chleje wiele dni bez przerwy. Wszystkie męty z Ust-Nery wyczuły frajera i zbiegły się jak sępy do naszego hotelu, żeby opić się za friko. Ja też biorę udział w jednej pijatyce i dzięki temu dowiaduję się, co to jest syndrom paputczika, a jeśli wy jesteście tego ciekawi, musicie czytać "Duży Format", bo dużo będzie o tym. Powiem tylko, że paputczik to po rosyjsku człowiek, z którym jest ci po drodze - dosłownie (bo jedziecie razem w jedną stronę) i w przenośni, bo się ze sobą zgadzacie, macie wspólne cele, interesy.

azja, rosja, syberia, jacek hugo-baderOrmiański piknik nad Indygirką.

Szesnastka to piknik we wspaniałej scenerii: noc, mróz, brzeg potężnej, a rwącej jak górski potok Indygirki. My palimy ognisko, pieczemy baranie szaszłyki, wołowe płuca, wieprzowe serdelki i pijemy ormiański koniak. Bo mój gospodarz jest Ormianinem, właścicielem jedynej w Ust-Nerze restauracji i piekarni.

 

Dwie rodziny Jurija

Popijawa siedemnasta ma jeszcze bardziej niesamowitą scenerię. Po dziesięciu godzinach jazdy rozklekotanym kamazem w stronę Chandygi i przejechaniu 452 kilometrów stajemy nad Szamańskim Ruczajem.

azja, rosja, syberia, jacek hugo-bader

Kolacja przy Szamańskim Ruczaju.

Kolejny magiczny wieczór. Uwielbiam je. To dla nich jeżdżę w świat i uprawiam zawód reportera. Uwielbiam gadać z paputczikami, a Jurij - nieskomplikowany chłop, lat 40, syn, wnuk i brat szoferów, od szóstego roku życia wiedział, że nie chce, jak wszyscy radzieccy chłopcy, być kosmonautą, sportowcem ani milicjantem, tylko kierowcą jak wszyscy mężczyźni w jego rodzinie. A więc Jurij, nieskomplikowany chłop, opowiada mi o swoich dwóch rodzinach. Jedną ma w Magadanie, drugą w Ust-Nerze. A on ciągle w drodze pomiędzy tymi miastami. To jedyna droga na Kołymie, więc Jurj mógł być tylko tutaj albo tutaj. W Magadanie od 17 lat był w związku małżeńskim ze Swietłaną, z którą ma troje dzieci, a w Ust-Nerze przygruchał sobie Katię.

Osobliwe, że Katia jest starsza od starej partnerki. To kobieta po przejściach, po dwóch rozwodach, bez dzieci, bo nie może, ale z Jurijem niespodziewanie zachodzi i życie mojego kamazisty nagle się komplikuje. Ktoś donosi magadańskiej żonie o drugim życiu jej męża... Oj, kiedyś wam skończę tę opowieść.

Zatem zatrzymujemy się z Jurijem na noc. Wreszcie możemy spokojnie pojeść, zrobić herbatę na chińskiej kuchence, Jurij otwiera flaszkę. Ohydna berbelucha, ale piję najwięcej, jak się da, żeby dla mojego szoferaka było jak najmniej. Ruszamy przecież raniutko, a droga przez zaśnieżone góry straszliwa.

 

Oczy gryzą spaliny, bo nasz kamaz to 19-letni gruchot. Na postoju śmierdzi spalinami jak cholera, a przy takim mrozie (około 20 stopni) silnik chodzi bez przerwy, całą noc, żeby nas grzać. Martwię się, czy rano się obudzimy.

azja, rosja, syberia, jacek hugo-baderPrzejazd przez stary most o nośności 5 ton, podczas gdy my z ładunkiem ważymy 37 ton.

I udało się. Dożyłem więc osiemnastej pijatyki. To jedyna popijawa w tej podróży z kobietą w roli głównej. Nina jest cudowna. Biesiadujemy u niej w domu. Opowiada mi bardzo długą historię, jak to kiedyś zamarzała w tajdze, a życie uratował jej spirytus.

Jakut pije cierpienie

Za to popijawa dziewiętnasta jest z dwoma facetami, z Flipem i Flapem, jak w duchu nazywam moich towarzyszy, z którymi mieszkam na wspólnej kwaterze w pasiołku Czurapcza. Wypijamy po trzy kieliszki, a jeden z nich, chyba Flap (ten chudy), pada. Jakuci, jak wszystkie narody Północy, powinni wystrzegać się alkoholu, bo ich organizmy nie potrafią sobie z nim radzić. Taka specyfika fizjologii.

azja, rosja, syberja, jacek hugo-bader,alkohol,wódka

Jeden z moich paputczików. Szoferak, ale tak jak Basancki ma gębę pełną złota.

Flap pada, ja kładę się spać, a do moich towarzyszy dołączają inni mężczyźni i rozpoczyna się moja najgorsza, najstraszniejsza noc na Kołymie (teraz to już Jakucja). Rzecz w tym, że Polak, Rusek czy ktokolwiek - popije sobie, powrzeszczy, poprzewraca się, rzygnie i idzie spać - ale nie pijany Jakut! Ten będzie poniewierał się w nieskończoność. Nawet próbuje się położyć, ale zaraz się zrywa i gna gdzieś, albo zaśnie, ale za minutę-dwie spada z łomotem z łóżka i balanga z towarzyszami nabiera wigoru. Jadą gdzieś po wódkę, wracają, piją, wrzeszczą, kłócą się, demolują mieszkanie, śmieją się na siłę i bez sensu.

To grupa miejscowych naczelników mikroskopijnego rozmiaru, którzy urządzili sobie męski wieczorek. Jest ich siedmiu czy ośmiu. Wyglądają, jakby czegoś się naćpali. Czegoś co ich zwala z nóg, a jednocześnie pobudza, nakręca. Strasznie jest na nich patrzeć. Wyglądają, jakby cierpieli, nie mogli ustać, usiedzieć w miejscu. W tych sekundach, kiedy usypiają, wyją straszliwie, jęczą, jakby diabły siedziały im na piersiach i dusiły bez miłosierdzia.

 

Europejczykowi alkohol czasem daje przyjemność, zadowolenie, rozkosz - Jakut zawsze dostaje niepokój, cierpienie.

azja, rosja, syberia, jacek hugo-baderOstatnie kilometry podróży - przeprawa przez rzekę Lenę.

 

I to była ostatnia popijawa w mojej podróży przez Kołymę, ale żadna ulga dla wątroby. Przede mną Jakucja i Czukotka.

 

azja, rosja, syberja, jacek hugo-baderJacek Hugo-Bader

Reporter "Gazety Wyborczej" i "Dużego Formatu", podróżnik, pisarz. Mistrz wcieleń - by sprawdzić, jak traktuje się u nas bezdomnych, potrafił sam przeistoczyć się w śmierdzącego włóczęgę. Zjechał Rosję od Moskwy po Władywostok, jak nikt potrafi wsłuchać się w duszę współczesnego Rosjanina (a także Jakuta, Ewenka i Czukczy).

 

Tekst i zdjęcia: Jacek Hugo-Bader

Współpraca: Jan Strzelecki

Partnerem relacji jest Wydawnictwo "Czarne"

Zdjęcie autora: Michał Mutor (montaż)

Infografika: Mikołaj Kirschke

Więcej o:
Komentarze (12)
Rachunek wędrownego pijaka
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • spec24

    Oceniono 1 raz 1

    Szczególnie po pijaku, warto pamiętać wskazówki z przewodnika po ryzykownych gestach: www.gnioty.pl/9089 - pozwoli to zaoszczędzić sobie wielu niepotrzebnych problemów. Szczególnie polecam wybierającym się na wakacje do Turcji :)

  • pamejudd

    Oceniono 1 raz 1

    Lubie Badera, ale slajdy mnie odrzucaja.

    klm747 dosc dobitnie wyrazil ponizej, co sam chcialbym przekazac redaktorzyscie ktory wpadl na pomysl takiej formy publikacji artykulu.

  • anuszka_ha3.agh.edu.pl

    Oceniono 1 raz 1

    Red. Hugo-Bader lubi koloryzować.
    "Właśnie wróciłem stamtąd po trzymiesięcznej podróży."

    Właśnie jak właśnie.
    Popijawę z chirurgiem opisał już 28 września 2010:

    wyborcza.pl/dziennikkolymski/1,109327,8435740,Dziennik_kolymski__Pierwszy_tydzien.html
    W dodatku:
    "Byłem w drodze 36 dni"
    - to w końcu 3 miesiące, czy miesiąc z kawałkiem?

  • pamejudd

    Oceniono 1 raz 1

    Lubie Badera, ale slajdy mnie odrzucaja.

    klm747 dosc dobitnie wyrazil ponizej, co sam chcialbym przekazac redaktorzyscie ktory wpadl na pomysl takiej formy publikacji artykulu.

  • klm747

    Oceniono 1 raz 1

    pewnie ciekawe, ale c.h.u.j wam w d.u.p.ę z tymi slajdami - pier.dolę, nie klikam!

  • leszek567

    0

    Kto nie byl i nie pil ... - niech sie nie wypowiada . A slajdy (fotografie) normalne - najnormalniejsze ... myske , ze autor moglby pokazac o wiele drastyczniejsze , gdyby tylko chcial . Ogolnie stwierdzam , ze my Polacy zniewiescielismy , w razie czego ani nam dorownac odpornoscia narodom na Wschod . Cywilizacja czy naturalna selekcja ? Co lepsze ?

  • sunday

    0

    Na przeszczep wątroby autor już zbiera?

  • pjck

    0

    To jakas tragedia.

    A Hugo-Bader musi mieć koooońskie zdrowie...
    No to na zdrowie!

  • sealion

    0

    Jaki jest tytuł ksiązki ?

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX