Sneakerheadzi. O kolekcjonerach sportowych butów

Można zbierać znaczki albo etykiety z piwa. Można też zbierać sportowe buty, których każda para kosztuje tyle, co tygodniowe wakacje dla pary na Balearach.

Przy ulicy Chmielnej 6 w Warszawie znajduje się elegancki butik Jan Kielman. W zakładzie szewskim, w którym od 1883 r. szyją buty na miarę, za ręcznie robioną parę trzeba zapłacić nawet kilka tysięcy złotych. Idealnie dopasowane oksfordy czy derby, wykonane z najwyżej jakości materiałów, nigdy nie będą uciskać, i cena, chociaż wysoka, wydaje się być uzasadniona. W końcu to para na całe życie, a za najwyższą jakość trzeba płacić.

Zaledwie kilkaset metrów dalej, przy tej samej ulicy, od wczesnych godzin porannych ustawia się już kolejka. Kilkanaście osób koczuje pod sklepem WSS. Dziś premiera kolejnej serii butów Yeezy od Adidasa. Sneakersy jak to sneakersy, uszyte z jakiejś ultranowoczesnej tkaniny z podeszwą ze sztucznego tworzywa. Made in China za 1000 zł i jeszcze trzeba odstać swoje, a potem dopchać się do półki, żeby w ogóle móc pójść z pudełkiem do kasy. Za kilka dni na wolnym rynku ich cena wzrośnie nawet czterokrotnie. Jak twierdzą znawcy tematu, buty Yeezy od Adidasa i tak należą do sneakersowego mainstreamu, bo wcale nie tak trudno je zdobyć.

Teraz pozostaje sobie zadać już tylko pytanie: kto i dlaczego chce płacić kosmiczne kwoty za sportowe buty, kiedy za rogiem można mieć unikaty szyte na miarę w tej samej cenie albo tańsze?

Dawno temu w Ameryce

Jak wszystko, co związane z kulturą konsumpcjonizmu i absurdu, tradycja zbierania sneakersów narodziła się w USA. Sneakerheadzi pojawili się tam już w połowie lat 80., a za pierwszy model butów, który rozpoczął sneakermanię, uznaje się Nike Jordan, który pomagał projektować najsłynniejszy koszykarz na świecie, Michael Jordan.

Sneakerhead to taki ktoś, kto kolekcjonuje sportowe buty. Ale nie pierwsze lepsze, które dostaniesz w każdym centrum handlowym, tylko te wyprodukowane w limitowanej serii, które powstały we współpracy z kimś znanym – może to być sportowiec albo muzyk, ale też miejsce - np. wyszukany butik ze sportowymi butami. Im trudniej będzie zdobyć jakiś model tym jego cena będzie oczywiście wyższa, a respekt w oczach znawców większy. Logiczne.

Rynek sneakersów wart jest dziś ponad 50 mld dol. i wciąż ma tendencję wzrostową. Premiery tylko tych limitowanych modeli będą już liczone w setkach rocznie. Zanim sneakersy trafiły pod strzechy, chodzili w nich głównie koszykarze i hip-hopowcy – to oni tak naprawdę je wypromowali. Muzycy Run D.M.C. w 1986 r. wydali singiel My Adidas, który jest uznawany za początek kolaboracji wielkich marek i artystów. A kiedy koncerny wyczują interes, nie ma zmiłuj.

Po sprzedażowym sukcesie Nike Air Jordanów w USA producenci obuwia sportowego zaczęli wprowadzać też linie lifestyle’owe, czyli buty, w których można pewnie biegać, ale ich głównym zadaniem jest nadać właścicielowi status „cool”.

Tylko trzeba pamiętać o jeszcze jednym ważnym elemencie: sneakersy sneakersom nierówne. Żeby zdobyć uznanie, trzeba wiedzieć, które pary są aktualnie pożądane. I tę wiedzę trzeba zdobywać szybko, bo buty znikają ze sklepów w kilka minut.

Na polskiej ziemi

Kto chce zostać sneakerheadem w Polsce, musi uzbroić się w cierpliwość i gruby portfel, bo choć kultura zbieraczy luksusowych adidasów istnieje u nas jakieś 20 lat, nadal pod tym względem jesteśmy traktowani jak zaścianek Europy.

Zulukuki: 'Śledzę nowości na bieżąco, ale mnie szczególnie interesują buty, które mają w sobie jakieś nowości technologiczne. Fascynuje mnie to, jak marki podchodzą do designu i nowych rozwiązań. Z tego, co mam w swojej kolekcji, to np. Nike Lab model ACG ze stycznia zeszłego roku. Nie mają sznurówek, tylko linkę ze stoperem i magnetyczną klamrę. Lubię takie nietuzinkowe rozwiązania, chociaż na rynku masowym nie mają raczej racji bytu. Teraz marzą mi się buty Nike Mars Yard zaprojektowane przez Toma Sachsa. Wyglądają trochę jak buty
dla kosmonauty, to jest druga edycja, ale już dziś wiadomo, że to będzie drogi i bardzo pożądany model [550 dol. - przyp. red.]. Myślę, że cena na rynku wtórnym sięgnie prawie 10 tys. zł'.Zulukuki: 'Śledzę nowości na bieżąco, ale mnie szczególnie interesują buty, które mają w sobie jakieś nowości technologiczne. Fascynuje mnie to, jak marki podchodzą do designu i nowych rozwiązań. Z tego, co mam w swojej kolekcji, to np. Nike Lab model ACG ze stycznia zeszłego roku. Nie mają sznurówek, tylko linkę ze stoperem i magnetyczną klamrę. Lubię takie nietuzinkowe rozwiązania, chociaż na rynku masowym nie mają raczej racji bytu. Teraz marzą mi się buty Nike Mars Yard zaprojektowane przez Toma Sachsa. Wyglądają trochę jak buty dla kosmonauty, to jest druga edycja, ale już dziś wiadomo, że to będzie drogi i bardzo pożądany model [550 dol. - przyp. red.]. Myślę, że cena na rynku wtórnym sięgnie prawie 10 tys. zł'. Fot . Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta

– Buty sportowe od zawsze były mocno związane z hip-hopem, a każdy, kto się w jakiś sposób interesował tą kulturą, w końcu zaczął też zwracać uwagę na sneakersy – mówi Zulukuki, zbieracz butów i ekspert z Polski. – U mnie miłość do butów wiązała się właśnie z tym, że od 15. roku życia tańczyłem. Ciuchy i buty bardzo konkretnie wpływają na to, jak się poruszasz, szczególnie w tańcach streetowych, które trenowałem, bo tu 80% to właśnie ruch nóg. I tak zainteresowałem się butami. Zacząłem ściągać je ze Szwecji, gdzie mieszkał mój brat. Albo ze Stanów. Pierwsze, które zamówiłem, nazywały się Adidas Top Ten, były bardzo kolorowe, w bitwie tanecznej od razu przyciągały wzrok. Kosztowały jakieś 500 zł, co było ogromną kwotą na tamte czasy. Dziś to normalna cena za trochę lepsze sneakersy – kontynuuje Zulukuki. Sam nie chce, żeby nazywać go sneakerheadem, chociaż na co dzień prowadzi bloga i profil na Instagramie na których pokazuje swoje buty i wspomina o tym co będzie warte uwagi na rynku, a to, ile wie o sneakersach i jak dużą ma kolekcję, kwalifikowałoby spokojnie do tego tytułu.

Kamil 'Instabaks':
'Mam bzika na
punkcie Japonii
i szukam butów
z takimi motywami,
ale Japończycy są
bardzo hermetyczni,
więc stamtąd trzeba
ściągać buty przez
pośredników'.Kamil 'Instabaks': 'Mam bzika na punkcie Japonii i szukam butów z takimi motywami, ale Japończycy są bardzo hermetyczni, więc stamtąd trzeba ściągać buty przez pośredników'. Fot . Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta

Żeby zobaczyć, kim jest prawdziwy sneakerhead, poleca spotkać się z Kamilem Tomaszewskim, na Instagramie znanym pod ksywką „Instabaks”. Już stojąc w przedpokoju, można zrozumieć, co miał na myśli Zulukuki. W domu Kamila w każdym kącie stoją starannie ułożone pudełka z butami. – Dokładnie nie wiem, ile ich mam, ale do mojej kolekcji bardzo pasuje modne określenie 500 plus – śmieje się Kamil. – Pierwszą parę kupiłem 10 lat temu, to były Air Maxy 90, nie był to jakiś wyjątkowy model, ale szukałem czegoś trochę lepszego od tego, co było dostępne na rynku. I tak się zaczęło. Żeby mieć coś ciekawszego, trzeba było wtedy ściągać buty z Ameryki, w tym akurat pomogła mi kuzynka, która tam mieszkała. Pierwsze zamówienie, jakie zrobiłem, to było chyba z 12 par. Nie kupowałem jeszcze limitowanych edycji, szukałem po prostu tego, co mi się podobało. W Polsce boom na te trochę lepsze sneakersy zaczął się mniej więcej w 2010 r. Wtedy zdarzało mi się też stać w kolejce pod sklepem, ale to były inne czasy. Raz przyszedłem dosłownie pięć minut przed otwarciem, kolejka była może na 20 osób, ale wszyscy się znali i bez problemu dostałem to, po co przyszedłem – opowiada Kamil.

Teraz trochę bardziej
interesuję się butami trekkingowymi,
szczególnie podoba mi się to,
co robi marka Salomon. Też wchodzą
w różne kolaboracje, bardzo
jestem ciekawy, jak to się rozwinie
- mówi Kuba, który na co dzień
prowadzi fanpage o sneakersach:
facebook.com/kuuuubspage,
śledzi go prawie 35 tys. osób.Teraz trochę bardziej interesuję się butami trekkingowymi, szczególnie podoba mi się to, co robi marka Salomon. Też wchodzą w różne kolaboracje, bardzo jestem ciekawy, jak to się rozwinie - mówi Kuba, który na co dzień prowadzi fanpage o sneakersach: facebook.com/kuuuubspage, śledzi go prawie 35 tys. osób. Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta

Polska to dla wielkich koncernów nadal mały, lokalny rynek, który dopiero się rozwija, ciężko zdobyć prawdziwe białe kruki. – Jeśli szukam jakichś butów, zazwyczaj robię wymianę lub zakup przez Facebooka. – Kuba Domański, pseudonim w sieci Kuuuubs, jeden z młodszych, ale szanowanych polskich sneakerheadów. – Jestem znany w środowisku, więc myślę, że mało kto odważyłby się mnie oszukać, bo wie, że mógłbym taką sprawę nagłośnić. Generalnie to środowisko rządzi się swoimi prawami i chociaż w grę wchodzą spore pieniądze, to panuje miła atmosfera – wyjaśnia Kuba, który ma kolekcję 100 par butów, o łącznej wartości – jak sam szacuje – kilkudziesięciu tysięcy złotych.

Największa w Polsce streetwearowa grupa, na której spotykają się i rozmawiają miłośnicy sneakersów, to Hypetalk na Facebooku. Zapisanych na niej jest ponad 80 tys. osób i wciąż przybywa. To jednak nadal niewystarczająco, żeby wielkie koncerny jak Nike czy Adidas doceniły nasz rynek. Po ważne premierowe modele trzeba udać się do Berlina albo próbować swojego szczęścia online.

Wojny sneakersowe

Na świecie sneakersowe towarzystwo wcale nie jest takie miłe. W 2012 r., po premierze butów Air Jordan Playoff XI, jeden ze szczęśliwców, któremu udało się je zdobyć, został zastrzelony i obrabowany w drodze do domu w New Jersey jeszcze tego samego popołudnia. Sprawcy? Trzech nastolatków. Dwa lata później, podczas premiery butów Nike Foamposite Pro Premium Yeezy, w nowojorskim sklepie na Brooklynie doszło do kolejnego krwawego incydentu. Piętnastolatek, który według świadków wepchnął się w kolejkę oczekujących na start sprzedaży, został postrzelony przez innego nastolatka ogarniętego sneakermanią. Buty, które tak bardzo pragnął zdobyć, kosztowały w sklepie 250 dol., dziś ich wartość szacowana jest na blisko 400.

Przestępstwa „na tle sneakerowym” to nie żadne wyjątki od reguły. Według wyliczeń magazynu „GQ”, rocznie z powodu sportowych butów ginie na świecie ok. 1200 osób. Wideo z kilku takich napadów można bez problemu znaleźć na YouTubie. Nie mówiąc już o nagraniach tłumów koczujących pod sklepami czy tratujących się klientów, którzy podczas sprzedaży wdzierają się do butików i biegną sprintem po wymarzoną parę. Część koczujących wcale nie walczy oczywiście o buty dla siebie, ale liczy na dobry zarobek.

Ze sprzedaży na rynku wtórnym można podobno nawet nieźle wyżyć, chociaż prawdziwi sneakerheadzi raczej stawiają na wymiany. Zagraniczne butiki mają też swoje sposoby, żeby walczyć z odsprzedażą: podczas premier każą np. od razu zakładać buty na nogi, sprzedają tylko jeden but, a po drugi trzeba pofatygować się za tydzień albo nie dają klientom kartonowych pudełek.

Wirtualne kolejki

Oczywiście pojawienie się internetowych sklepów zmieniło trochę reguły gry w sneakerowym świecie.

– Jest taki włoski sklep internetowy Louisaviaroma, udało mi się dostać do ich online klubu VIP i dzięki temu mam lepszy dostęp do premier i tego, co pojawia się na rynku – mówi Kuba Domański. – Fakt, sam dostęp nie gwarantuje mi, że się uda, bo nawet na tej stronie buty zawsze wyprzedają się w ciągu kilku sekund, ale to lepsze niż ślęczenie przed

komputerem przez kilka godzin. Pamiętam, że na pierwszy model Yeezy od Adidasa czekałem przed ekranem trzy, cztery godziny – system online losował, kto może wejść do sklepu i zrobić zakupy. To działało jak taka wirtualna kolejka, a ty siedzisz i czekasz w nerwach, czy ci się uda, i nie możesz się ruszyć nawet na sekundę. Zazwyczaj jeśli bardzo chcę coś zdobyć, to pozostaje mi raczej rynek wtórny albo wymiany, bo w Polsce wszystkie premiery są nadal bardzo ograniczone. W przypadku limitowanych kolekcji Adidasa sporo ciekawych modeli trafia do warszawskiego sklepu WSS i Chmielna 20. Converse swoje premiery robi we flagowym butiku w stołecznych Złotych Tarasach, a Nike w Polsce praktycznie nie istnieje. W Stanach znajdziesz jordany w co drugim sklepie, do nas trafia może z 10 par w dniu premiery. Jedne udało mi się zdobyć w dość nietypowy sposób. Premiera kolekcji Nike Jordan Off-White była online, a marka wrzucała każdego dnia zaledwie po trzy pary co pół godziny i można je było tylko wylosować. Poprosiłem kilku znajomych o to, żeby też się zarejestrowali, i jednemu z kolegów się udało – mówi Kuba.

Dobre inwestycje

W czym trzeba się dziś pokazać, żeby uzyskać status „cool” w środowisku? – Na pewno modne są ultraboosty od Adidasa, wyglądają dobrze i są megawygodne, albo jordany jedynki – mówi Kuba Domański. – Z rzeczy na topie w 2018 r., bardzo ciekawe były buty Adidas Futurecraft wykonane w technologii 4D, które stworzono z artystą Danielem Arshamem. I jeszcze Nike React 87 stworzone z marką Undercover – według mnie był to but roku 2018. Jest zrobiony z transparentnego materiału, każdy się dowie, jakie nosisz skarpetki – śmieje się Zulukuki. W tym roku czekam na współpracę Converse i marki Ambush – to będą inspirowane militarnym stylem trampki. Mój ostatni zakup to Nike Air Force One stworzone we współpracy z marką Carhartt, bo w pełni łączą sportowy i roboczy styl obu brandów – ocenia Zulukuki.

– Yeezy boosty, choć w środowisku sneakerheadów trochę tracą na znaczeniu, to nadal wielki hit sprzedażowy. Nike Air Max Plus – to trochę taki dresiarski but, ale coraz więcej ich widać na ulicach. No i oczywiście wszystkie performance’owe buty – czyli klasyczne buty streetowe z biegową podeszwą, według mnie na to będzie teraz bardzo duży boom. Kolejny trend to tak zwane daddy shoes, czyli takie duże buty – Nike M2K Tekno i Adidas Yung, Nike Airmax 97 i 98 oraz hit – Air Jordan One – przewiduje Kamil.

A w czym lepiej byłoby się jednak nie pokazywać na ulicy? – Według mnie to model Balenciaga Triple S. Na świecie właśnie zmieniają się zasady gry, dziś high fashion to streetwear – podsumowuje Zulukuki.

'Instabaks' ma w domu ponad 500 par sportowych butów i o każdej z nich potrafi coś ciekawego
opowiedzieć, bo nic nie trafiło do jego kolekcji przypadkiem.'Instabaks' ma w domu ponad 500 par sportowych butów i o każdej z nich potrafi coś ciekawego opowiedzieć, bo nic nie trafiło do jego kolekcji przypadkiem. Fot . Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta

Chłopaki z zasadami

Większość ludzi myśli, że sneakerheadzi kupują drogie buty i stawiają je na półce. Albo wybierają najdroższe modele, żeby zyskać uznanie w środowisku. Nie ma takiej reguły, respekt zyskujesz, jeśli przede wszystkim masz wiedzę i pojęcie, co tak naprawdę masz na nogach.

– Nie kupuję sneakersów ze względu na cenę, dany model musi mi się podobać. Interesują mnie głównie kolekcje, które powstały we współpracy z artystami. Mam takie buty od

Asicsa zaprojektowane przez Ronniego Fiega, który jest właścicielem butiku Kith, nazywają się Salmon Toe. Na rynku wtórnym kosztowały 2-3 tys. zł, ale niedawno ich produkcja została wznowiona w Stanach i udało mi się dorwać wersję 2.0 tego modelu. Wymieniłem je za buty Yeezy i chociaż wiem, że byłem stratny w tej transakcji, zdobycie ich miało dla mnie wartość sentymentalną. Powstało ich 700 par i wszystkie zostały wyprodukowane w Japonii, więc pod względem jakości są znacznie lepsze niż modele szyte np. w Chinach – mówi Kuba Domański.

„Instabaks”, czyli Kamil, nosi wszystkie swoje cenne zdobycze. Zazwyczaj od razu pierwszego dnia wychodzi w nowych butach na miasto. – Jeśli kupuję buty, to najczęściej robię to, bo ktoś da mi znać, że ma coś ciekawego, pisze na Instagramie albo na forum. Kiedyś sporo podróżowałem na sneaker-eventy, środowisko było mniejsze, więc wszyscy wszystkich znali. Nadal utrzymuję kontakt z wieloma osobami, czasami ktoś z zagranicy stoi dla mnie w kolejce i pomoże kupić buty za normalną cenę – dodaje Kamil.

Rynek sneakersowy rośnie w szybkim tempie. Kiedyś w miesiącu pojawiało się kilka limitowanych par, teraz co weekend do sprzedaży trafia ich kilkanaście. Oczywiście wszystkie limitowane, tworzone we współpracy z artystami, muzykami, robione z przetworzonych śmieci czy elementów marsjańskiego łazika (tak, istnieją takie!). I można w duchu myśleć sobie o sneakerheadach, że to taka banda chłopaków, którzy wydają fortuny na buty i wiedzą o nich masę nikomu niepotrzebnych faktów. I można sobie narzekać, że milenialsi to już niczym poważnym się nie interesują. A kiedyś to ludzie mieli poważne hobby... np. zbierali znaczki.

Więcej o: