Żona i kochanka - wywiad z Radzimirem Dębskim

rozmawiał Michał Karpa
08.02.2016 15:09
A A A
RADZIMIR DE?BSKI

RADZIMIR DE?BSKI (Fot. materiały prasowe Wyborowa)

Nie, nie zmieniamy się w plotkarskie pisemko. Żoną i kochanką Radzimira Dębskiego jest muzyka. Tak twierdzi. Twierdzi również, że medytuje podczas jazdy na motocyklu, a w Stanach na śniadanie jada podwójnego burgera z bizona. No i mówią tam na niego Jimek, a nie Radzimir...

Zrobiło się o nim głośno, gdy przygotował remiks piosenki Beyoncé. Ostatnio zaś była "Historia hip-hopu", czyli miks fragmentów znanych numerów hiphopowych przełożonych na język muzyki klasycznej.

Michał Karpa: – Amerykanie od lat próbują w taki sposób "żenić" oba gatunki, ale dopiero twoje wykonanie z katowicką Narodową Orkiestrą Symfoniczną Polskiego Radia podbiło internet.

Radzimir Dębski: – Dla mnie mój projekt był czymś zupełnie naturalnym i nie miał niczego udowadniać. Okazało się, że właściwie nikt tego wcześniej w taki sposób nie zrobił, co mnie zdziwiło, bo przecież w galeriach czy muzeach sztuka ulicy jest od dawna obecna i nikt nie ma z tym problemu. To był bis, który napisałem w noc przed próbą generalną, kierowany jakąś niezrozumiałą powinnością, którą miałem w sobie. Chciałem napisać fragmenty pięciu numerów, skończyło się na 30. Wyobrażałem sobie kosmitę, któremu miałem, z pomocą orkiestry symfonicznej, wytłumaczyć, czym jest hip-hop.

Jak podszedłeś do tematu?

– Organicznie. Kiedy coś orkiestrujesz, szukasz zamienników, tak jakbyś chciał zrobić wieżowiec z bambusa. Dlatego u nas każdy dźwięk wychodzi z tradycyjnych instrumentów – fortepianu, kontrabasu, fagotu, puzonu, marimby, harfy etc. Efekt nie jest idealny, ale tu chodzi o prawdziwe muzykowanie – o to, żeby każdy na scenie słuchał każdego, a nie słuchawki z laptopem. Nasze tempa nie są komputerowe, gramy nierówno, pływamy.

– W zasadzie ciągle powtarzam, że moją główną misją jest przeciąg i przemyt. Przeciąg, czyli szukanie powiewu świeżego powietrza. Jest w tym sportowa złość, którą kumulowałem w sobie przez lata, planując, jak ja to nazywam, napad na bank. Knułem i kombinowałem, by w odpowiednim momencie uderzyć. A przemyt, bo czerpię największą satysfakcję z sytuacji, w których uda mi się coś przestawić poza swoje miejsce, otworzyć kogoś na coś innego, nowego.

"Historię hip-hopu" komplementowały amerykańskie gwiazdy, m.in. Nicki Minaj, M.O.P., Mobb Deep i Ashton Kutcher. Ale na pochwałach się nie skończyło. Dostałeś propozycję napisania muzyki do nowej wersji „West Side Story”.

– To dosyć ciekawa historia. Przez lata przejeżdżałem obok studia reżysera Setha Epsteina w Santa Monica i zawsze zastanawiałem się, co zrobić, żeby z takimi ludźmi pracować. A on zobaczył na YouTubie coś, co zrobiłem w Polsce –  "Historię hip-hopu" – i sam do mnie napisał. Zaproponował, żebym zrobił dla niego coś podobnego, ale... odwrotnie. W "Historii hip-hopu" muzykę uliczną przetłumaczyłem na język i instrumentarium klasyczne. W przypadku "West Side Story" chodziło o skomponowanie jej od nowa, o zdekonstruowanie pomysłów giganta, jakim był Leonard Bernstein, i całego klimatu najważniejszego musicalu w historii, i zrobienie tego od nowa, bardzo na czasie.

Regularnie kursujesz między Polską a Stanami Zjednoczonymi. Nie myślałeś, żeby na stałe zamieszkać w USA i tam się realizować?

– Ludzie często mnie pytają, dlaczego nie wyprowadzam się do Stanów. Nigdy tego nie zrobię, choć jeżdżę tam wiele razy w roku. Nawet jeśli miałbym za oceanem dom i musiałbym tam spędzić dwadzieścia lat, to jestem z Polski i będę tu najczęściej, jak się da. W zglobalizowanym świecie jest bardzo ważne, by pielęgnować pamięć o tym, skąd się jest.

– Zresztą nie powinienem się wymądrzać, tylko robić muzę, angażować się w różne projekty w Polsce, którymi będę się mógł pochwalić na świecie bez najmniejszych kompleksów. Zawsze mieliśmy utalentowanych ludzi, dzisiaj dodatkowo jest zaplecze infrastrukturalno-techniczne, z którego możemy korzystać. Nie możemy czuć się gorzej i myśleć, że żyjemy na peryferiach ludzkości.

W jednym z wywiadów powiedziałeś, że świat w końcu dostrzega, że w Polsce dzieje się coś wyjątkowego.

– Głównym problemem jest to, że oni nic o nas nie wiedzą, a jeśli już, to nadal kojarzą Polskę z wojną i Holocaustem. Musimy więcej mówić o nas, dać się zaprzyjaźnić, pokazać im, że jesteśmy normalnymi, fajnymi ludźmi. Teraz Polska miała taki moment boomu, wreszcie się wyrwaliśmy z tych wszystkich klątw. Teraz jest ten moment, kiedy wszystko zaczęło rosnąć, przyjechali fajni ludzie i robili zajebiste rzeczy. Nie można tego nie widzieć i nie doceniać. Od lat zapraszam do Polski znajomych z całego świata i niesamowite wrażenie zrobiła na nich choćby ta popieprzona mieszanka architektury, której nie ma nigdzie indziej, bo przecież w żadnym normalnym kraju nie pozwala się budować tak różnych budynków obok siebie. Połączenie tego, co stare i przedwojenne, z tym, co komunistyczne i azbestowe, i dodatkowo jeszcze z tym, co nowoczesne i odważne, totalnie ich rozwaliło. Zresztą nie dotyczy to tylko Warszawy. Piękny jest Szczecin, w którym się urodziłem. Wrocław ma nową, nieprawdopodobną salę koncertową, chyba tak samo zajebistą jak katowicki NOSPR. Przez ostatnie lata niesamowicie zmienił się Gdańsk. Mógłbym długo wymieniać kolejne miasta... Polska jest fajnym miejscem, w najfajniejszym momencie.

Czym różni się Twój dzień w Warszawie od dnia w Los Angeles?

– Tam mam większy porządek i na przykład chodzę na siłownię, tu tylko udaję (śmiech). Kiedy dwa lata temu wyjechałem do Stanów na kilka miesięcy, każdy mój dzień wyglądał prawie tak samo. Wstawałem rano, szedłem na siłownię. Potem jadłem podwójnego burgera z bizona, wsiadałem na motor i sławną Mulholland Drive jechałem do pracy, gdzie siedziałem do 2 w nocy. Ten motocykl był wtedy całym moim prywatnym życiem i tylko dzięki niemu nie zwariowałem. Masz kask na głowie i święty spokój. Medytacja.

Dość niekonwencjonalna.

– Dość długo, gdzieś do 25. roku życia, sam sobie zabraniałem wsiadania na motor. I chyba dobrze. Ale przyjemność zmiany biegów, dźwięków, wibracji, brutalności w motocyklach mnoży się przez 10. Jadąc w kasku na głowie, mam poczucie kompletnej izolacji. Nie muszę z nikim rozmawiać, nikt nie zadaje żadnych pytań, nie żąda odpowiedzi. Ludzie w tym celu chodzą w góry, opływają świat kajakiem. Ja mam tak, kiedy jadę na motorze. Zresztą temat motocykli i samochodów jest mi totalnie bliski. I nie chodzi o dresiarskie podniecanie się wypasionymi furami. Chodzi bardziej o uczucie, kiedy miękniesz, patrząc na auto, które jest prawdziwym dziełem sztuki. Sztuka wizualna i użytkowa aut, formy, faktury materiałów, piękno i obcowanie z nim. jaram się projektami pietra frui, a jest zapomniany jak Art Tatum, większość ich nie zna. Design to bardzo dużo, ale nie wszystko. Bo przecież jeszcze jest dźwięk silnika. A dodatkowo – przy odpowiedniej wyobraźni – za niewielkie pieniądze można kupić najpiękniejszego klasyka na świecie.

Masz takiego klasyka?

– Mam pięknego bandziora, czyli dużego fiata [to dwudrzwiowe coupé, R32 - red]. Jest trochę starszy ode mnie, ale trzyma się lepiej niż ja. I fejm na mieście, i powodzenie u dziewczyn ma też większe ode mnie.

Jakiej w nim słuchasz muzyki?

– Jeżeli już, to jazzu, ale najczęściej tylko silnika, bo muszę odpoczywać od muzyki, żebyśmy się sobą nie znudzili i żeby zawsze była dla mnie i żoną, i kochanką.

– Za kółkiem lubisz też czasami poszaleć w wyścigach i na rajdach samochodowych.

W końcu zrobiłem licencję wyścigową i mogę się ścigać na poważniejszych zawodach

– Ostatnio byłem gościem neoraid Rally Team – startowaliśmy w 24 heures Tout Terrain de France, czyli mistrzostwach Francji w całodobowym wyścigu w terenie. To był kompletny odlot, jarałem się jak dziecko. Ale w autach też fajne jest to, że można się świetnie bawić przy małym budżecie. Paradoksalnie największą frajdę można mieć, ścigając się zdezelowanymi gratami po lasach na Litwie. Absolutnie muszę spróbować.

Bywałeś też na zawodach Formuły 1. Póki co – jako obserwator.

– Miałem to szczęście, że widziałem, jak Robert Kubica w Monako staje na podium. Chyba nigdy nie byłem bardziej dumny. Zresztą jego wypadek uważam za wielką tragedię, do dziś o tym myślę.

Komu teraz kibicujesz?

– Karolowi baszowi, który jest kartingowym mistrzem świata. Dzięki osiągnięciom Roberta Kubicy w końcu zaczyna się myśleć o tym, żeby dofinansować młodych, żeby mieli czym i gdzie jeździć. Tak samo było z Małyszem – jego sukces stworzył Stocha. A teraz Marcin Gortat zmienia postrzeganie koszykówki, latem robiąc kampy dla dzieci, i zaraz stworzy swojego następcę. Mało jest takich rzeczy, które są fajniejsze od fundacji Marcina. Dla mnie pracowanie z dzieciakami to jest absolutny szpan i mistrzostwo świata.

A co z modą? Po występie w Opolu w 2012 r. narzekałeś, że media komentowały twój ubiór, a nie muzykę, którą przygotowałeś.

– To było jakoś niedługo po remiksie dla Beyoncé, byłem bardzo ciekawy, jak ludzie zareagują na muzykę napisaną na otwarcie superjedynek w Opolu. Tylko że nikt o niej nie wspomniał. A do dzisiaj słyszę dyskusje o tym, jak słabe są "tradycyjne" polskie festiwale i narzekania na naszą scenę popową. Próbujesz, starasz się coś zmienić, a okazuje się, że w sumie chyba nikt na to nie czeka.

Nad czym teraz pracujesz?

– Dla Wyborowej zrobiłem właśnie kawałek "3 Cities" w klimacie trzech miast – Warszawy, Paryża i Nowego Jorku. To w zasadzie trzy numery w jednym – sporo się w nim dzieje, to miał być mocny strzał. Premiera już niedługo, za chwilę pojawi się też teledysk.

– Wcześniej na podobnych zasadach współpracowałem z Reebokiem. W obu przypadkach chciałem wykorzystać to, że jeśli zgłaszają się takie firmy, to i dla mnie może wyjść z tej współpracy coś ciekawego artystycznie. Zawsze staram się mieć jakiś cel, szczyt do zdobycia. Czasami wpadam w ciągi, które mnie samego dziwią.

– Staram się uciekać od tego, z czym jestem w danej chwili kojarzony, i robić swoje. Jeśli decyduję się na współpracę z jakąś firmą, instytucją czy mecenasem, zawszę stawiam na muzykę. Dzięki temu nie dochodzi do sytuacji, w których oddaję się komuś wizerunkowo.

A jeśli chodzi o wizerunek. W internecie promujesz się głównie przez Facebooka. Sam prowadzisz profil czy masz od tego ludzi?

– Prowadzę sam, ale posty wrzucam megarzadko. Na tyle rzadko, że Facebook obcina mi zasięg. Staram się nie zalewać fanów byle czym, tylko dawać im treściwe informacje. Tym bardziej, że nie mam trolli, a ludzi ciekawych, zainteresowanych... Nie muszę niczego kasować.

I to dla ciebie przydatne narzędzie?

– Absolutnie tak. Fajne jest to, że jak już piszę, posty mają jakiś kosmiczny zasięg. I z tego powodu mam Facebooka, a nie Instagrama, Twittera czy Snapchata. Jestem muzykiem i Facebook jest dla mnie narzędziem do wstawienia tej muzyki – i kontaktu z najważniejszymi dla mnie ludźmi na świecie, dla których to wszystko robię. Nie interesuje mnie też pokazywanie na Instagramie tego, co jem, chociaż na knajpy wydaję wszystko, co mam, więc mógłbym też zabłysnąć (śmiech). Podoba mi się Vine, bo jest platformą, która zachęca do kreatywności. I wszystkie te serwisy właśnie po to powinny istnieć.

Radzimir Dębski – rocznik 1987, absolwent Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina w Warszawie i University of California w Los Angeles. Zasłynął w 2012 r. dzięki zwycięstwu w konkursie na remiks piosenki "End of Time" Beyoncé. W ubiegłym roku we współpracy z katowicką NOSPR i raperem Miuoshem nagrał album zatytułowany "2015". Jest także współtwórcą muzyki do serialu "Ranczo" i autorem obecnej oprawy muzycznej do telewizyjnych "Wiadomości".

Zobacz więcej na temat:

Komentarze (64)
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • avatar
  • avatar

    refuze

    Oceniono 159 razy 107

    Słowo "zajebisty" jest używane przez ludzi, którzy w ten sposób m.in. chcą pokazać że odcinają się od poprawnej teraźniejszości, a po wtóre w taki sposób chcą nadać swojemu językowi mówionemu cech oryginalności. W jednym w drugim przypadku efekt jest odwrotny od zamierzonego. Słowo "zajebisty" to prostacki wulgaryzm, to językowe torsje, to zapijaczony sex semantyczny.

  • avatar

    mylink1

    Oceniono 46 razy 36

    "Twierdzi również, że medytuje podczas jazdy na motocyklu" - ruszył mnie ten tytuł fragment.. bo w wypowiedzi uzyskuję inną informację "Masz kask na głowie i święty spokój. Medytacja." Ja zrozumiałem wypowiedź tego pana jako metafora, a nie faktyczne medytowanie podczas jazdy motocyklem.. Zresztą nie wyobrażam sobie medytacji będąc za sterem jakiejkolwiek maszyny..

  • avatar

    mietekkowalski

    Oceniono 90 razy 24

    Przeróbka, przeróbka, "Ranczo" i "Wiadomości" - gigant muzyki:)

  • avatar

    remislanc

    Oceniono 28 razy 20

    "Jeden z najprzystojniejszych Polaków zdradza nam, kto jest jego żoną i kochanką. Będziecie zaskoczeni"

    Pawłowicz ???

  • avatar

    klm747

    Oceniono 29 razy 17

    parchaty gimbusie Karpa - Pietro Frua to imię i nazwisko, i pisze się to z dużych liter!!
    podobnie, jak nazwisko Basz!

  • avatar

    hbire

    Oceniono 37 razy 15

    trza było zapytać o kochanka !

  • avatar
  • Krzysztof Klim

    Oceniono 13 razy 11

    Waz poprawke na to że. To facet oderwany od realnego zycia.Tkwi w muzyce.Wydaje Mu sie ze tak bedzie dobrze. Trochę luzu .....

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Polecamy