Vega: "Gangsterzy to też są ludzie"

Życie czasem przeciąga nas na złą stronę. Ale jako katolik wierzę, że w każdym jest iskra boża, nikt nie jest całkowicie zdeprawowany - przyznaje reżyser "Pitbulla" Patryk Vega w rozmowie z Piotrem Zabłockim

Spotkaliśmy się u niego w biurze. Przed bramą stał terenowy samochód, którym w filmie „Pitbull. Nowe porządki” jeździł Bogusław Linda. Patryk Vega zaparzył mi kawę – taką jaką pamiętam z dawnych reporterskich czasów, z wizyt u policjantów, piekielnie mocną,
z fusami. No, ale w końcu rozmawiałem z reżyserem, który polską policję zna jak mało kto.

Piotr Zabłocki: - Po wyjściu z kina zrobiło mi się smutno. Niby źli przegrali, ale... czy z polską policją jest naprawdę aż tak źle?

Patryk Vega: - Źle? W porównaniu do poprzedniego „Pitbulla” jest ogromny skok, w tamtym filmie było więcej degrengolady. Tu policja jest silna i skuteczna.

Silni i skuteczni są policjanci: „Gebels” czy „Majami”. Ale jak patrzyłem na gnojka z wydziału spraw wewnętrznych, który chce udupić bohatera, albo komendanta, który rzuca mu kłody pod nogi, to zastanawiałem się, co by się stało, gdyby bohaterowie filmu stwierdzili: „A, mam to w dupie”.

- W policji są dwie drogi kariery: albo ta na ulicy, albo ta za biurkiem. I  jak w wielu instytucjach ci ludzie za biurkiem trafiają tam czasami z nadania czy ze względu na jakieś kontakty. Ale to ulica weryfikuje, jakim policjantem jesteś. „Pitbull” to film i nie można robić uproszczeń, że każdy przełożony jest zły, ale tacy też się niestety zdarzają. Problemem jest to, że niewiele potrzeba, żeby policjant z policji wyleciał, zbyt łatwo ferujemy wyroki w stosunku do policjantów.

Zbyt łatwo?

- No tak. Policjant niejednokrotnie ma być równocześnie prokuratorem, sędzią i katem. I ma podejmować trudne decyzje, które są ogromnym obciążeniem. Kieruje się często wyłącznie własnym doświadczeniem, a składamy na nim ogromną odpowiedzialność.

Wszyscy słyszeliśmy o zdarzeniach, że podejrzany zginął w czasie przesłuchania. Automatycznie przyjmujemy, że policjant przeładował klamkę, sądził, że nie ma pocisku, i go zastrzelił. A przecież może doszło do szarpaniny? Ja tego nie wiem, ale z reguły przyjmujemy wersję negatywną dla policjanta.

Ale to gruba sprawa, a żeby wylecieć z policji, wystarczy się pomylić w notatkach. Bo policjant powinien wszystko spisywać zaraz po interwencji. A jak ma na dworcu cztery kradzieże, to spisuje po zakończeniu interwencji. Wpisuje, że któraś z nich była o 12.15, złośliwy przełożony sprawdza monitoring, okazuje się, że to była 12.07, i to jest podstawa do nagany.

W filmie też tak jest – bohater zostaje skazany na banicję, mimo że odniósł ogromny sukces.

O tym mówię. Aż się zdziwiłem, że policja z tobą współpracowała przy tym filmie.

- Dlaczego?

Ze względu na obraz tych przełożonych, którzy boją się podjąć decyzję, na skorumpowanego gliniarza, na te metalowe szafki rodem z PRL-u...

- Jesteś pierwszym człowiekiem z całej rzeszy dziennikarzy, który zwrócił uwagę na te szafki. Policjanci i ich przełożeni uważają, że wiernie oddaję rzeczywistość. Ważne jest to, z czym się z tej historii wychodzi, a w tym przypadku dobro zwyciężyło, źli goście ponieśli konsekwencje. Chodzi w końcu o skuteczność, a nie laurkę. Widzowie są wyczuleni na propagandę.

Jako dziennikarz byłem w paru komendach, ale zdziwiłem się, że te szafki nadal są.

- A niektórzy zarzucali mi, że filmowe komisariaty są zbyt ładne, że nie ma syfu. Tylko że nie ma w tym ani grama kreacji. Graliśmy te sceny w prawdziwych komendach.

Czyli zarzut dla policji, że jest zbyt ładna.

(śmiech)

Jak się przygotowywałeś do tego filmu?

- Impulsem była książka „Złe Psy. W imię zasad”, którą popełniłem po śmierci Sławka Opali, protoplasty „Despera” z „Pitbulla”. Tam pojawił się temat policjanta, który rozpracował grupę mokotowską, zaczynając od haraczy. Ale ta grupa miała tak rozległe wpływy, że postanowiłem zdokumentować wątek gangu obcinaczy palców.

Nowe było to, że wszedłem w świat przestępczości. Wcześniej przestępca był pokazywany z perspektywy policjanta, w nowym „Pitbullu” mamy różnych bohaterów pokazywanych z dwóch stron barykady.

Gadałeś z przestępcami?

- Tak.

Wśród policjantów to nazwisko otwiera chyba przed tobą drzwi. A po drugiej stronie było trudniej?

- Nie, nie było. Andrzej Fidyk pokazał mi, że trzeba być lojalnym wobec bohatera i go kochać, żeby pokazać świat z jego punktu widzenia. To nie jest tak, że ja wyciągam informację, robię film i facet wychodzi na idiotę, a miał wrażenie, że będzie to wyglądało zupełnie inaczej.

Z wykształcenia jestem reporterem i przez lata, szukając swojego stylu, zrozumiałem, że tym, co mnie kręci w robocie filmowca, jest dokumentacja. Mam szansę wskoczyć w głowę tych ludzi i zobaczyć świat ich oczami. Ludzie odkrywają przede mną rzeczy, o których nie wiedzą ich bliscy. Robiąc taki film, mogę przeżyć wiele żyć. Ja nie kreuję niczego, ale odsłaniam rzeczywistość.

No dobra, ale gangsterzy tego nie wiedzą.

- Ja nigdy w życiu nikogo nie sprzedałem ani nie oszukałem. To wiedzą. Nie gadam z gangsterami o policji, a z policjantami o gangsterach. Trzeba znać swoje miejsce. Musisz wiedzieć, czy jesteś gościem, który lata z pistoletem, czy gościem, który robi film o facetach latających z pistoletami.

Zawsze znałeś swoje miejsce?

- Wiadomo, że jako młody człowiek zachłysnąłem się tym, że mogłem jeździć na strzelaniny z policjantami, brać udział w szturmach na mieszkania, zatrzymaniach morderców, rozmowach z nimi...

Takie poczucie bycia dopuszczonym do tajemnicy? Młodzi dziennikarze popełniają ten grzech.

- Miałem status osoby przybranej. Oznacza to, że w kamizelce kuloodpornej możesz brać udział w działaniach policyjnych. Wiadomo, że nie w pierwszej linii, ale wchodziłem normalnie do mieszkań, byłem jak policjant bez broni. To nie jest poczucie dopuszczenia do tajemnicy, to jest wrażenie uczestnictwa. De facto uczestniczyłem w tym.

I co?

- Na początku byłem podjarany tym najbardziej atrakcyjnym aspektem tej pracy. Teraz wiem, że – jak napisał Nietzsche – jeśli zaglądasz w otchłań, ona także zagląda w ciebie. Obcowanie z wieloma okropieństwami, poruszanie się w tej czarnej materii, przyprawiało mnie o depresję. Nadużywałem alkoholu z tego powodu, to było wyniszczające. Dziś wystarczy mi modlitwa, żeby to rozładować i pozostać pogodnym człowiekiem. Ale potrzebowałem na to lat.

Masz jakieś zasady postępowania podczas pracy?

- To nie jest po prostu zbiór 10 zasad. Ale po pierwsze staram się nie krzywdzić innych ludzi i staram się ich nie oceniać. To jest bardzo trudne, ale uczę się, żeby nie ferować wyroków, bo to nie jest moja sprawa. Ludzie się pytają, w jaki sposób ja mogę opowiadać o ludziach, którym można odmówić miana istoty ludzkiej. Może dlatego, że ja się nie stawiam w roli sędziego, ja po prostu pokazuję, jacy oni są. Nie osądzam ich.


Wróćmy do dokumentacji. Jak długo przygotowywałeś się do filmu?

- Całość zajęła mi około dwóch lat. Oczywiście nie ślęczałem nad dokumentacją od rana do wieczora. Ale czasami docierałem do kogoś przez jakiegoś znajomego, to trwa. Na przykład przy „Służbach specjalnych” na rozmowę z pewną osobą musiałem czekać rok...

To jest żmudna praca, ale staram się robić filmy, które będą kompilacją gotowych elementów rzeczywistości. Kompilacją, bo rzadko udaje się przenieść życie jeden do jednego na ekran, ono wymaga pewnej kondensacji. W pierwszym „Pitbullu” na pięciu bohaterów składały się losy kilkunastu prawdziwych policjantów.

Moja rola scenarzysty sprowadza się do skomponowania elementów rzeczywistości w jedną historię. Poza tym wydaje mi się, że tak jak kiedyś ducha czasów najlepiej oddawało malarstwo, a potem muzyka, to dziś rzeczywistość oddaje dialog w filmach. Dlatego „Rejs” jest wieczny, bo oddaje całą paranoiczną rzeczywistość PRL za sprawą dialogów.

Poświęcam mega dużo czasu na wyłapywanie dobrych tekstów. W „Pitbullu” wszystkie dialogi są prawdziwe, spisane na kartkach z autentycznych sytuacji.

Ten „czy Zbyszek i Zbigniew to jest to samo imię” też?

- Naprawdę tak.

A postaci? Widziałem kilku gangsterów na salach sądowych, ale najczęściej byli to toporni goście, którzy stylizowali się na dżentelmenów, a słoma z butów im wystawała. A „Babci”, granemu przez Bogusława Lindę, nie wystaje.

- Kiedyś tak było, że gangster to był gość, który nosił dres, miał złoty łańcuch i zasuwał ekstrawaganckim samochodem, żeby szpanować na ulicy. Dzisiaj poważni gangsterzy to są ludzie, którzy przywodzą na myśl prawników albo ludzi z korporacji. Oni w ogóle nie klną, noszą garnitury, a ich partnerkami nie są kobiety typu miss stycznia. Uwierz mi, poznałem takich gangsterów jak „Babcia”.

Chciałem też pokazać, że to nie są maszyny, tylko ludzie. Myślę, że życie potrafi w tak przewrotny sposób się potoczyć, że przeciąga niektórych na tę złą stronę. Jako katolik wierzę, że w każdym jest iskra boża, nikt nie jest do końca zły. To mi przyświecało w nowym filmie. Bo mamy przecież odwrócenie schematu: to policjant wydaje się zły, a gangster wzbudza na początku naszą empatię.

To, co mnie najbardziej interesuje, to w którym momencie ludzie przechodzą na złą stronę. Poznałem kilku, którzy byli przyzwoitymi ludźmi na początku, a życie wciągnęło ich w negatywne okoliczności.

A „Zupa”, który obcina palce, katuje prostytutki w burdelu? Trudno mi uwierzyć w jakąkolwiek iskrę bożą w tym człowieku...

- No, to jest przykład z życia. Krzysztof Czeczot stworzył bodaj najbardziej przerażającą postać w tym filmie. Chłopaka z dobrego domu, który jest najbardziej zdeprawowany, i nawet nie robi tego dla pieniędzy tylko dla sławy i poważania.

To przykład z życia?

- Tak.

Gadałeś z tym gościem?

- Nie. Nie ze wszystkimi mi się udaje. Część z tych osób siedzi w  więzieniu, nie chcą się zgodzić na widzenie. Tę postać mogłem budować na podstawie opowieści jego kolegów. Nie policji, ale osób, które go znały.

A jak robiłeś dokumentację i spotykałeś się z tymi złymi, którzy mają niby pierwiastek dobra, nie bałeś się?

- Czego?

Że może ci się coś stać.

- Nie.

Twój film opiera się na historii gangu, który planował też porwania i zabójstwa policjantów. Nie bałeś się, że komuś nadepniesz na odcisk?

- Jako katolik nie mam nastawienia do ludzi opartego na strachu. Druga rzecz, jestem filmowcem, który porusza się w fikcji. Nie jestem dziennikarzem śledczym, który używa nazwisk i dat, co może przyczynić się do tego, że ktoś pójdzie siedzieć. Mogę spowodować czyjś uśmiech czy irytację, ale nikomu nie zagrażam. Poza tym przez te wszystkie lata zyskałem wiele znajomości i  w  policji, i w służbach, i w środowiskach przestępczych. Generalnie mam poczucie, że jestem w stanie zapewnić sobie bezpieczeństwo.

Na Facebooku miałbyś dziwną listę znajomych.

(śmiech) Tak. Ale nie można się w tym pogubić. Nie można być przez chwilę policjantem, a potem gangsterem. Jestem tylko filmowcem, który opowiada historie.

- To nieprawda, że nie da się chodzić na imprezy policyjne i nie pić- To nieprawda, że nie da się chodzić na imprezy policyjne i nie pić Fot. Albert Zawada

Fascynuje cię policja?

- Uważam, że jest na świecie kilka tematów, które zawsze będą interesujące, i wśród nich jest bezpieczeństwo. Po „Służbach specjalnych” przyszło do mnie wiele osób, które opowiadały o tym, co im się przydarzyło. Czy jestem zafascynowany? Oczywiście, że tak. Bo gdy ktoś opowiada mi scenę, która jest genialnym materiałem na film, czy słyszę superdialog, to trudno, żebym jako filmowiec przechodził obok tego obojętnie.

Wychowywałeś się na warszawskiej Ochocie, w rejonie tamtejszego trójkąta bermudzkiego. To wpłynęło na twoje zainteresowanie policjantami i gangsterami?

- Główne znaczenie miało to, że wychowywała mnie tylko matka i nie miałem męskiego wzorca. Robiłem więc przegięte rzeczy, żeby udowodnić sobie, że jest stuprocentowym facetem. Potem handlowałem pirackimi grami komputerowymi. Byłem trochę odszczepieńcem, wskakiwałem w rozmaite grupy, gdzie nie byłem w stanie się zasymilować. Kiedy nużyło mnie jakieś środowisko, wyskakiwałem z niego i szukałem czegoś nowego.

No i moja mama miała koleżankę, która była kochanką faceta z wydziału zabójstw, trafiłem tam bodajże, gdy miałem 20 lat. Mogłem robić naprawdę ostre rzeczy w legalny sposób, jako dokumentalista. Żadne młodzieżowe historie nie mogły się z tym równać, bo to były tysiąc razy intensywniejsze przeżycia.

A jak wyglądała młodość na Ochocie?

- Tam się przenikała młoda gangsterka związana z „Pruszkowem”, a z drugiej strony bananowa młodzież, która chciała w tym świecie uczestniczyć. Bardzo wielu moich przyjaciół było z majętnych domów, a spora część poginęła, granaty im podrzucano do domów. Miałem kumpla, który władował się w handel narkotykami, rękę mu obcięli maczetą, ale dalej jest po ciemnej stronie.

Kiedyś facet ze służb powiedział mi, że niewiele dzieli gliniarzy od gangsterów, bo adrenalina jest podobna.

- Cholera, ale to nie jest prawda. Wiesz, kiedyś siedziałem przy jednym stole z policjantami i gangsterami i nie byłem w stanie stwierdzić, kto jest policjantem, a kto gangsterem. Wszyscy wyglądali jak bandyci i klęli.

Ale ta granica istnieje. Trzeba w tym wszystkim pamiętać, jaki cel komu przyświeca. Miałem szczęście poznać policjantów, którzy taki kręgosłup etyczny zatrzymali. To byli faceci twardzi tak samo jak gangsterzy, ale działający z wektorem dobra. Jest różnica między policjantem, który kogoś napierdala, żeby wyciągnąć informacje albo ukarać za to, co zrobił, a kolesiem, który robi to z sadyzmu. W obu przypadkach jest to pobicie, ale czemu innemu służy.

Helsińska Fundacja Praw Człowieka by się nie zgodziła.

- To jest ogromny temat filozoficzny, na który nie ma łatwej odpowiedzi. W nowym „Pitbullu” jest scena z dziewczynką, która była świadkiem morderstwa swojej mamy i jej konkubenta. Zadzwoniła do znajomego, że mama nie żyje, a ten przekazał informację gangsterom, że zostawili dziecko. To zdarzyło się naprawdę i ja widziałem nagranie z kamery monitoringu, kiedy gangsterzy wyprowadzają tę dziewczynkę z bloku. To był ostatni raz, kiedy to dziecko było widziane, a minęło od tego czasu 10 lat. Kiedy opowiadam tę historię, to ludzie pytają, czemu policjanci nie wydusili z tych gości, gdzie jest to dziecko. Gdyby chodziło o dziecko, z pewnością lwia część społeczeństwa pozwoliłaby na przekroczenie uprawnień, prawda?

A ty co byś zrobił?

- Nie wiem, ale opowiem ci dwie inne historie, kiedy coś zrobiłem, mogę?

Proszę.

- Na jednej z komend zatrzymano faceta podejrzanego o morderstwo. Była wigilia, policjanci byli pochłonięci prezentami, niespecjalnie chcieli z nim rozmawiać. Zostawili mnie z nim na trzy godziny i on mi się przyznał do morderstwa. Potem byłem wzywany do sądu i on poszedł siedzieć.

Była też taka sprawa: chłopak zabił teścia, który się znęcał nad rodziną. Zamiast się przyznać, chłopak go poćwiartował i zakopał w lesie w beczce. Policja przez rok nic nie mogła zrobić, bo nie było ciała. Po roku chłopak zobaczył mnie z ukrytą kamerą w samochodzie. Wpadł w panikę, nocą przekopał tę beczkę w inne miejsce. Po dwóch dniach znaleźli ją grzybiarze i poszedł siedzieć.

Spotkałem się z nim w więzieniu. On mi o wszystkim opowiedział i poczuł ulgę. Bo był jak Raskolnikow, jemu się śniło, że ten teść zakrwawiony wstaje z grobu i się mści, więc on był strasznie tym obciążony psychicznie. Pamiętam, że w czasie widzenia poprosił, żebym przekazał gryps jego żonie. Przejąłem go niepostrzeżenie przy strażnikach i przekazałem, bo tylko tyle mogłem dla niego zrobić.

Jak widzisz, są momenty, gdy nie jesteś biernym obserwatorem, ale wpłynąłeś na czyjeś życie.

Jak się potem czułeś? W końcu nie jesteś policjantem, tylko filmowcem.

- W tamtym czasie piłem takie absurdalne ilości alkoholu, że niewiele było mojej refleksji. A teraz... Ten człowiek dopuścił się zbrodni, więc nie mam poczucia, że zmanipulowałem rzeczywistość, wpędzając kogoś do więzienia.

Wydaje mi się, że nic nie jest przypadkowe i wszystkie doświadczenia, które nas spotykają, czemuś służą. Poddaję się temu, co daje mi rzeczywistość, i staram się postępować w zgodzie z dziesięcioma przykazaniami. Nie jest to łatwe i nie zawsze mi się udaje, ale staram się podnosić i iść we właściwym kierunku.

Przestałeś pić, zacząłeś się modlić... Nie przeszkadza ci to w pracy? W obu środowiskach, w których pracujesz, dużo się pije. Szanują cię, gdy siedzisz przy herbacie?

- To nieprawda, że nie da się chodzić na imprezy policyjne czy z gangsterami i nie pić. Można, tak samo, jak można bawić się na weselu bez alkoholu. A poza tym ja im mówię, że już swoje w życiu wypiłem. Rozumieją to.

 

Rozmawiał: Piotr Zabłocki

"Babcia" to kolejny morderca, który zapewne zadomowi się w świadomości rodzimego fana popkultury. Zapraszamy jednocześnie do naszego zestawienia najsłynniejszych filmowych zabójców.

 

Komentarze (17)
Vega: "Gangsterzy to też są ludzie"
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • Pani Ka

    Oceniono 51 razy 25

    Takich typów nie trawię. Nieważne po której stronie, zawsze musi być skrajnie i zawsze musi być jakis zewnętrzny "bożek". Tylko dekoracje się zmieniają.

  • jiddu

    Oceniono 44 razy 20

    A ja kiedyś się modliłem a teraz piję i baluję :)

  • michal2708

    Oceniono 46 razy 20

    Z jednej skrajności w drugą. Z jednej głupoty w drugą.

  • public_enemy

    Oceniono 37 razy 7

    może niech każde zdanie zaczyna od "Jako katolik..." Niektórym to naprawdę szajba bije na dekiel. W sumie nie ma się co dziwić, nie trzeba myśleć, wystarczy każde swoje działanie wyjaśnić "jako katolik..." i już, sumienie wyczyszczone. Zrobiłem coś złego, pójde się wyspowiadać i bóg wybaczył.

  • oloros11

    Oceniono 13 razy 5

    a tak po prostu zachowywać się przyzwoicie - to trudne
    dla niektórych po prostu niewykonalne
    i co gorsza to nie dotyczy pojedynczych ludzi - to taka dobra tradycja - jak pijane świnie - raz lewym rowem raz prawym - nigdy prosto p srodku

  • marty25

    Oceniono 17 razy 5

    To częsta sekwencja w życiu. Najpierw impreza potem głowa posypana popiołem. Nazywa się "strach przed śmiercią"

  • atr8

    Oceniono 27 razy 5

    Teraz jeszcze tylko serial o "wyklętych", albo "Prawo Beaty" i mamy nową ikonę narodowego kina. Sam Krauze nie podskoczy.

  • frywolnym_truchtem

    Oceniono 15 razy 3

    Najgorsi są właśnie neofici. Ci ludzie nie potrafią znaleźć sensownej równowagi, muszą jechać po bandzie, nie ważne której. Klasyka to właśnie pijący, ćpający, imprezujący na maksa, którym nagle klapka się przestawia i zostają niemal pustelnikami. Tacy są najniebezpieczniejsi i przede wszystkim całkowicie niewiarygodni. Należy ich unikać dla własnego bezpieczeństwa.

  • popis.pasozyty

    Oceniono 18 razy 2

    Vega przeszedł na czarną stronę mocy. Niech noc będzie z tobą.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX