Brzydki, zły i szczery - wywiad z O.S.T.R.

12.07.2016 10:49
 O.S.T.R.

O.S.T.R. (Fot. Albert Zawada)

Kiedy docieram do siedziby wytwórni Asfalt Records, okazuje się, że O.S.T.R. się spóźni. Tkwił w podwarszawskich korkach. Wolał spędzić wcześniejszy wieczór z rodziną i tłuc się samochodem prosto na wywiad, niż przyjechać na spokojnie dzień wcześniej i spać w hotelu. Ale nie daj się zwieść - może i woli spędzić czas z dzieciakami, ale w czasie rozmowy (i na płycie) to O.S.T.R. w świetnej formie.

Kuba Dobroszek: - "Życie jest jak pociąg, w którym przesiadamy się do kolejnych wagonów" - tak powiedział mi kiedyś Andrzej Żuławski.

O.S.T.R.: - Ładne, ale ja porównałbym życie do ekspedycji w Himalajach.

Takie jest wymagające?

- Jeśli jesteś dobry, to dojdziesz na sam szczyt. Ale jeśli słaby - skończysz w pierwszym obozie. Każdy ma swoje plany i ambicje, czas je weryfikuje.

W Himalajach jednak dużo zależy od szczęścia.

- A w życiu nie? Sukces to mieszanka szczęścia, uporu i desperacji. Właśnie dlatego mamy takie zróżnicowanie zawodów: możesz wykonywać pracę, która nie powoduje żadnego stresu - robisz swoje i wracasz do domu. Ale możesz też być neurochirurgiem, gdzie jeden twój błąd może zadecydować o czyimś życiu lub śmierci.

To co jest tym szczytem?

- Chodzi o to, żeby robić to, co się kocha. Żeby wejść na szczyt i się na nim utrzymać. Niektórzy zdobywają go latem, kiedy pogoda sprzyja. Inni - na przykład ci, którzy wychowują się bez mamy czy taty - zimą. Możemy wybrać prostą drogę albo wspinać się trzy kilometry w pionie.

Mamy wpływ na wybór tej drogi?

- Oczywiście. Niestety decydując się na konkretny szlak, trzeba coś poświęcić. Ja musiałem zrezygnować z bycia skrzypkiem, nie spełniłem marzeń moich rodziców. Oni, posyłając mnie do szkoły muzycznej, liczyli, że będę grał koncerty dla znawców muzyki klasycznej, dla elity. Ale moje marzenia kompletnie się z tym nie pokrywały - w wieku dziesięciu lat odkryłem hip-hop.

Od czego się zaczęło?

- Od albumu "Living Large" grupy Heavy D & The Boyz. To było tak, że poprosiłem wujka mieszkającego w Kanadzie, żeby przysłał mi jakąś muzykę. No i dostałem kasetę: na jednej stronie był rap, a na drugiej - Black Sabbath, nie moja bajka.

Nie smakują ci nietoperze?

- Nawet nie jestem w stanie podać tytułu tej płyty, bo dotrwałem tylko do drugiego kawałka. Co ciekawe, strona z hip-hopem jest tak zdarta, że nic nie słychać. Natomiast Ozzy wciąż brzmi tak samo.

Komu było ciężej, gdy zdecydowałeś zająć się hip-hopem? Tobie, bo w jakiś sposób zawiodłeś rodziców, czy jednak rodzicom, który mieli inny plan dla syna?

- Nigdy z nimi nie rozmawiałem na ten temat.

A co chciałbyś im powiedzieć?

- Hmmm... Wiesz, ja od zawsze bardzo uparcie dążyłem do celu. Był taki okres, że poświęcałem szesnaście godzin dziennie, żeby tylko realizować swoją pasję. Jeśli na czymś skupiasz się tyle czasu, to w pewnym momencie po prostu musisz stać się dobry, niezależnie od talentu. To oczywiście wymaga poświęceń, bo rezygnuje się tym samym z życia prywatnego, ze znajomych.

Ile to trwało?

- Zaczęło się w wieku trzynastu, czternastu lat. Kiedy dostałem jakieś nowe płyty, to potrafiłem nie spać trzy dni - słuchałem, analizowałem.

Ale to jak - pani na polskim nawijała o Mickiewiczu, a ty ją miałeś w dupie i pisałeś teksty pod ławką?

- Dokładnie. Kumple na długiej przerwie chodzili kopać piłkę, a ja wykorzystywałem każdą chwilę do pisania i doskonalenia swoich tekstów.

O czym może pisać czternastolatek?

- O wszystkim! Czułem się trochę jak kronikarz, bo nie było tematu, którego nie chciałbym skomentować. Jak cię wkurzył nauczyciel matmy, to pisałeś o wkurzającym nauczycielu matmy. Człowiek był zbuntowany, więc tak też to brzmiało. Od zawsze chciałem pisać prawdę, dlatego przerażają mnie dzieciaki rapujące o jeżdżeniu bentleyami.

Masz jeszcze te stare teksty?

- Pewnie. Leżą w domu w pudełkach po butach. Setki zeszytów.

Czytasz je?

- Traktuję je po prostu jako naturalny element swojej nauki hip-hopu. Moja mama przywiozła mi je w zeszłym roku. Przekartkowałem wówczas chyba wszystkie skoroszyty - to było bardzo ciekawe doświadczenie, bo jak na dłoni widziałem swoją drogę od momentu, kiedy kompletnie nie rozumiałem, o co w tym wszystkim chodzi. Każdy czas ma swoje prawa. I sztuką nie jest bezrefleksyjne łamanie tych praw, tylko wykształcenie własnego stylu właśnie przez branie pod uwagę wszystkich zależności.

Wtedy wspinaczka dopiero się rozpoczynała. Do którego obozu już doszedłeś?

- Atakuję szczyt.

Już?

- Dopiero! Mam trzydzieści sześć lat, kiedy miałbym atakować? Po pięćdziesiątce?

Różnie bywa.

- Mam dwójkę cudownych dzieci, piękną żonę, przetrwałem chorobę, która zagrażała mojemu życiu, jestem szczęśliwy, niezależny... Jak miałby wyglądać szczyt, jeśli nie tak? Każdemu życzyłbym, żeby mógł żyć tak jak ja.

To znaczy?

- W moim życiu nie istnieje słowo "muszę". Wszystko, co robię - robię, bo chcę. Nie mam nad sobą szefa, który na porannym kolegium rozkazuje: "ty, weź, idź zrób wywiad z O.S.T.R.". Każda z moich płyt osiągnęła sukces - nie jest tak, że gadamy, bo wciąż słychać echo debiutu, wydanego wiele lat temu.

Każda kolejna płyta to kolejne wzniesienie do pokonania w drodze na szczyt?

- Tak. I na szczęście jakoś się udaje. Jestem przede wszystkim tym samym człowiekiem, którym byłem na początku ekspedycji: szczerym i honorowym. Troszczę się o najbliższych - synom zapewniłem miliard razy szczęśliwsze dzieciństwo, niż miałem ja sam.

Jesteś bardzo zżyty z rodziną, prawda?

- To najważniejsze osoby w moim życiu. Jako osobisty szczyt traktuję fakt, że synowie codziennie trzy razy powtarzają, że mnie kochają. I nie dlatego, że ich o to proszę - sami z siebie. Chodzę z nimi na orliki, odrabiam lekcje, spędzamy razem czas. Jestem czynnym ojcem, a nie takim, który po powrocie do domu kładzie się na kanapie z gazetą w ręku.

To dlaczego teraz o rodzinie wciąż się zapomina? Dlaczego wyjeżdża się do dużego miasta, wpada w wir pracy czy studiów, a do domu dzwoni się tylko od święta?

- Każdy wychowuje swoje dzieci według własnego kodeksu moralnego. Rzecz polega na tym, żeby nie być hipokrytą - nie mów, że spędzasz czas z młodymi, skoro nie spędzasz. Dziecko będzie twoim najlepszym przyjacielem, jeśli się o to postarasz. Musisz się z nim zgadzać, kiedy ma rację, ale też wyprowadzać z błędu, kiedy się myli.

Słyszysz podobne opinie wśród znajomych?

- Nie dyskutujemy na ten temat. Nikogo nie chcę oceniać.

Tu nie chodzi o ocenę, ale o obserwację.

- Wolę obserwować swój własny kąt. Za dużo jest w świecie ocen - stwierdzam to jako osoba oceniana bez przerwy. Jedynymi przyjaciółmi, których rzeczywiście obserwuję, są moja żona i dzieci. Jestem głową rodziny, mam obowiązek tego nie spieprzyć. Chciałbym, żeby mój syn przyszedł do mnie, kiedy będzie chciał pierwszy raz napić się piwa lub pierwszy raz się poważnie zakocha. A na to trzeba sobie zasłużyć, dlatego nie chcę marnować czasu na obserwowanie innych. Łatwo jest obserwować cudzy ogródek.

Przecież wszystkie twoje teksty to obserwacja.

- Tak, ale nie tego, jak ktoś wychowuje dzieci. Są trzy tematy, o których nie powinno się dyskutować: rodzina, religia i polityka. Ja nie oglądam telewizji, nie jestem w stanie nawet wymienić, jakie partie są w sejmie.

Wyniosłeś to z domu?

- Nie, sam to wymyśliłem, opierając się na swoich wspomnieniach. Moi rodzice to -kochani ludzie, ale nie potrafili utrzymać rodziny razem. A dla mnie rodzina to podstawa egzystencji. Dom rodzinny jest czymś wyjątkowym. Czymś, do czego nie zaprasza się byle kogo.

 

Jak pamiętasz swój dom rodzinny?

- Dzieciństwo na łódzkich Bałutach było super! Czasami aż za bardzo super (śmiech). Kiedy jesteś młodym człowiekiem, a do tego mieszkasz w takim miejscu jak Bałuty, to siłą rzeczy masz wielu znajomych, którzy lubią poszaleć, niekoniecznie zgodnie z prawem.

No tak, to ponoć najbardziej łódzka dzielnica.

- To na pewno dzielnica bardzo specyficzna. Piękna. Miasto w mieście. W Łodzi fakt, że jesteś z Bałut, jest powodem do dumy. Zwykle było tak, że imprezy zaczynaliśmy na ul. Piotrkowskiej, gdzie są zlokalizowane właściwie wszystkie główne bary i puby, a kończyliśmy właśnie na Bałutach.

Rówieśnicy nie traktowali cię z góry? Pochodzisz w końcu z tzw. inteligenckiej rodziny, dostaliście mieszkanie...

- Jestem dumny ze swoich rodziców i ze swoich korzeni, ale to nie miało kompletnie znaczenia w relacjach z rówieśnikami. Nikt nie zwracał uwagi, z jakiego domu pochodzisz, bo każdy klepał tę sama biedę, zmagając się z urokami tamtych czasów. Załatwianie kartek na żywność i benzynę czy wymiana dewiz na mięso i mleko to były problemy.
Wszyscy byli wrzuceni do jednego kotła. Za czasów PRL był tzw. przydział na mieszkanie, więc rodziny nie miały wpływu na to, w jakim sąsiedztwie przyjdzie im mieszkać . Cały plan komunistów na tym polegał, żeby koło murarza ulokować lekarza. Milicjanta koło kryminalisty. Robotnika obok muzyka. W ten sposób władza próbowała nie dopuścić do masowej konspiracji i buntu.

Was ulokowali koło kogo?

- Moim sąsiadem był ciężki alkoholik, który kiedyś próbował nam wejść do mieszkania i siekierą porąbać fortepian, chociaż na trzeźwo był bardzo uczynnym człowiekiem. Nie ma co kontynuować tego tematu. O zmarłych się źle nie mówi.

Pamiętasz pierwszego papierosa?

- Nie.

Pierwszego jointa?

- Też nie.

Pierwsze wino?

- Chodziłem do szkoły, która była obok rozlewni tanich win, w której powstawało legendarne wino Atu (śmiech). Jak w trzeciej klasie podstawówki odkryliśmy, że jest coś takiego, jak wino musujące jabłkowe, to...

...zaraz, zaraz - w trzeciej klasie podstawówki?!

- Mówiło się, że to dla ojca, i nikt o nic nie pytał. Niestety takie były czasy, że nikt nie zwracał uwagi na rozmieszczenie sklepów monopolowych czy rozlewni tanich win. Dopiero potem weszła w życie ta słynna ustawa, że miejsca, w których sprzedaje się alkohol, muszą być oddalone minimum kilkaset metrów od szkoły, więc rozlewnia przy ul. Brzozowej została zamknięta.

Co to była za szkoła?

- Państwowa szkoła muzyczna. Ale nauczycieli stamtąd już, dzięki Bogu, nie spotykam.

Aż tak złe wspomnienia?

- Chętnie pogadałbym może z dwiema, trzema nauczycielkami. Nigdy nie zapomnę, co ta szkoła próbowała mi zrobić. Jeśli gościu, u którego masz kształcenie słuchu, próbuje cię oszukać i podaje złe terminy matury, to jest to ohydne. Nie miałeś szans walczyć z takimi ludźmi, bo to było słowo przeciwko słowu. Do tego miałem taki styl życia, że często wagarowałem.

Koledzy z klasy nie pomagali?

- Raczej nie potrafiłem się do nich dopasować. Najważniejsze, że zdałem maturę i dostałem się na studia.

Z jakim wynikiem?

- To było śmieszne, bo dyrekcja generalnie zastanawiała się, czy mnie do tej matury w ogóle dopuścić. Była wielka dyskusja wśród nauczycieli. Trzy tygodnie później były egzaminy wstępne na uczelnię, w których zająłem drugie miejsce, a konkurencja była ogromna. Pamiętam, jak moja profesorka od skrzypiec - którą uwielbiam, jest wspaniałą kobietą - przyszła do mojej mamy i powiedziała: "słuchaj, Basia, on nie jest debilem".

Pozostali nauczyciele zapewne nie podzielali jej opinii.

- W klasie maturalnej grałem egzamin ze skrzypiec. Moja rodzina nie była zamożna, raczej biedna. Dostałem po dziadku taką fioletową flanelową koszulę, białej nie miałem. No i przed egzaminem podeszła do mnie dyrektorka i z oburzeniem zapytała: "Co ty w ogóle na siebie założyłeś?! Przyszedłeś do burdelu czy na dyplom?".

Sam byłeś?

- Była ze mną moja mama. Ona zauważyła tę sytuację - że coś jest nie tak - więc od razu do nas podeszła i spytała się, o co chodzi. Na co pani dyrektor: "Właśnie mówiłam Adamowi, jaką ma piękną, gustowną koszulę. Naprawdę elegancko wygląda". Szczęka mi opadła, ale nie przeszkodziło mi to w zaliczeniu dyplomu na najwyższą możliwą ocenę, to było wtedy bodaj 25 punktów.

Podobne sytuacje zdarzały się często?

- I to jak... Kiedyś wysłano grupkę uczniów - w tym mnie - na konkurs. Wszystkim, poza mną, opłacono wyjazd: przejazd, hotel, jedzenie. Mało tego - zająłem najlepsze miejsce ze wszystkich. Każdego, kto był wtedy na konkursie, trzy
tygodnie później zwolniono z trudnego egzaminu. Każdego, ale nie mnie. Po prostu mnie nie lubili.

Ale przyznasz, że z wzajemnością.

- Szkoła muzyczna w tamtym czasie to była bardzo duża polityka. Za komuny większość rodziców dzieci, które chodziły ze mną do klasy, wyjeżdżała na zagraniczne kontrakty. Zarabiali w markach i dolarach, więc ich dzieci miały praktycznie wszystko, łącznie z najlepszymi nauczycielami i taryfą ulgową. Oparłem się kiedyś o ławkę i naglę słyszę: "Auaaaa, złamałeś mi palec!!!". Następnego dnia dziewczyna - już z ręką w gipsie - przyszła do szkoły z mamą. Kobieta chciała, żebym został dyscyplinarnie usunięty ze szkoły, bo wyrządziłem jej córce krzywdę. Tak jakbym zrobił to celowo.

Jak się sprawa skończyła?

- Po tygodniu okazało się, że mnie nie wyrzucą, więc dziewczyna cudownie ozdrowiała. Ojciec był lekarzem - wsadził córce rękę w gips tylko po to, żeby wszystkich wykiwać. Totalna patologia.

Jak w tym wszystkim odnajdywali się twoi rodzice?

- Oni, owszem, wymagali ode mnie gry na skrzypcach, ale nie robili ze mnie jakiegoś gogusia. Wychowałem się na takim, a nie innym osiedlu, gdzie jak cię ktoś próbował skroić, a ty się nie postawiłeś, to po prostu zabierał ci wszystko i dawał po ryju. Dopiero jak się postawiłeś, to zyskiwałeś szacunek. Morda nie szklanka, tak się kształtowało charakter.

Często obrywałeś?

- Potrafiłem się postawić i walczyć o swoje. Nikogo się nie bałem, starałem się być zawsze szczery i godny zaufania. Dzięki temu miałem szacunek u osiedlowej starszyzny. Podejrzewam, że lata mojej młodości niczym się nie różniły od młodości moich rówieśników z innych miast. Większość dnia spędzało się poza domem. To był piękny czas.

Dziś jest podobnie?

- Zupełnie inaczej. Prywatne życie toczy się przede wszystkim w internecie. Osiedla nie są już takie, jak były jeszcze piętnaście czy dwadzieścia lat temu. Nie zobaczysz dzieciaków grających w piłkę i siedzących na ławkach z przyjaciółmi. Nawet Bałuty się zmieniły, już nie wymagają od ciebie szybkiej adaptacji do danej sytuacji. Niemniej bardzo się cieszę, że wychowałem się w czasach, kiedy człowiek musiał uważać na to, co się dzieje wokół. Walczyłem, żeby mnie szanowano i nauczyłem się jednego - że twarz tracisz tylko raz.

Co było największym marzeniem dla młodego chłopaka z Bałut?

- Chciałem się stamtąd wyrwać.

Jednak.

- Jeśli ktoś urodzi się w brazylijskich fawelach i je kocha, nie oznacza, że nie chciałby się z nich wyrwać. Jest miłość z rozsądku i z przymusu. Jeśli nie możesz z czymś walczyć, to musisz to pokochać. Ja kocham Bałuty, ukształtowały mnie jako mężczyznę, uwrażliwiły na pewne kwestie, pozwoliły odkryć swoją drogę. Ale czy chciałbym, żeby moje dzieci się tam wychowywały? Zdecydowanie nie.

Ta kwestia jest też chyba nierozerwalnie złączona z rodzimym hip-hopem. Wielu powtarza, że ten gatunek stał się popularny na taką skalę właśnie dlatego, że jako jedyny szczerze opowiadał o bolesnym rozczarowaniu transformacją. Miał być kapitalizm, nowe życie, a z rozliczeń niewiele wyszło.

- Nie wiem, mogę mówić tylko za siebie. Kiedy pisałem kawałek "A.B.C." [wydany na debiutanckim albumie artysty w 2001 roku - red.], byłem wielkim idealistą, wierzyłem, że mogę coś zmienić. Dzisiaj mając dużo większą wiedzę i doświadczenie, nie przyglądam się polityce, bo wiem, że nie mam na nią wpływu. Ile ludzi w naszym kraju, tyle poglądów i recept politycznych.

W muzyce dzieje się równie źle?

- Nie wiem, nie obchodzi mnie to. Ja sobie, scena sobie. Możesz sprawdzić mój telefon - do mało kogo mam numer. Nie śledzę tego, co dzieje się w polskim rapie.

Na pewno śledzisz.

- Nie. Wolę obejrzeć play-offy NBA. To jest tak, jakbym produkował masło, a jednocześnie interesował się recepturą innej firmy też produkującej masło.
A tak na poważnie, nie mam czasu na słuchanie polskiego rapu i śledzenie kuluarowych plotek. Mam synów, których muszę wychować, i nie wyobrażam sobie, bym czas, który mam zarezerwowany dla nich, marnował na śledzenie branżowych nowinek. ?

To jakie płyty podsuwasz synowi?

- On świetnie zna się na YouTubie, więc nie muszę mu niczego podsuwać. Ale jeśli już poprosi o polecenie czegoś, to często wskazuję na muzykę elektroniczną: Jean Michel Jarre, Vangelis, Klaus Schulze, Tangerine Dream... Nie śledzę polskiej sceny hip hop. Nie jest ona dla mnie inspiracją.

W ogóle?

- Jeśli chcesz być dobrym kochankiem, nie musisz zaliczyć każdej dziewczyny na świecie. Wystarczy, że skupisz się na tej jedynej. Dlatego, żeby robić dobry hip-hop, nie potrzebuję słuchać pozostałych polskich raperów. Jestem zbyt zajęty na to, by przejmować się innymi. To jest szczyt moich Himalajów, a nie stanie na czerwonej ulicy i patrzenie na kurtyzanę obok, czy przypadkiem nie ma lepszych warunków.

Skoro już jesteś na tym szczycie, to co dalej?

- Trzeba zdobyć kolejny. Jeszcze nie wiem jaki, ale na pewno pokonam kolejną drogę w górę z zaangażowaniem, z sercem, z rozsądkiem. Jeśli masz talent, to jesteś wręcz zobowiązany, żeby odnieść sukces.

Szczyty w pewnym momencie się kończą.

- Z racji mojej choroby jeszcze przed czterdziestką całe życie stanęło mi przed oczami. Zdawałem sobie sprawę, że to może być po prostu koniec mojej wspinaczki. Zaczął się bilans: czy byłem dobrym człowiekiem, czy zrealizowałem wszystkie marzenia.

I jak wyszedł?

- Życzę każdemu, żeby mógł realizować swoją pasję i czuć się w niej spełnionym, a ja właśnie tak się czuję. 

Komentarze (10)
Brzydki, zły i szczery - wywiad z O.S.T.R.
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • avatar

    Gość: jj86 ldz

    Oceniono 5 razy 5

    Jaki kurna powrot on nigdzie nigdy nie zniknal mial chwile przerwy (pol roku) inni mimo tego ze nie choruja nie robia tyle co on. OSTR jestes jeden jedyny. |Dzieki stary

  • avatar

    Gość: Joel

    0

    No to jak?! "Nie mozna byc hipokryta" a potem sciema ze nie wie jakie partie sa w sejmie... KAZDY wie, chic by tego nie chcial... Lubie go, muzyke robi wspaniala, ale niech nie robi z ludzi idiotow...

  • avatar

    Gość: Joel

    0

    no to jak? "nie byc hipokryta" a potem kolo wyjezdza ze nie wie jakie partie sa w sejmie...
    Przeciez, nie zyje 5 km pod ziemia... Kazdy to wie, chocia by nie chcial...

  • avatar

    Gość: Matt

    0

    wielki powrót legendy

  • avatar

    Gość: CapsLook

    Oceniono 2 razy -2

    ''Nie śledzę polskiej sceny hip hop. Nie jest ona dla mnie inspiracją.'' Polska scena hip-hopowa wychowała O.S.T.R.-a więc jak się z nią nie utożsamiasz to zmień nazwe placku.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Polecamy