Artur Boruc: "Sodówka" każdemu odbija

Facet, który wzbudza skrajne emocje. Z reprezentacji dwa razy wylatywał za picie. Teraz odszedł sam, w chwale. Był gwiazdą Celticu, mógł grać w AC Milan, a nawet... (to zdradza w wywiadzie). Dziś walczy o miejsce w Bournemouth, gdzie go odwiedziliśmy.

Małpy już nie ma

Sebastian Staszewski: - Ile razy dał pan komuś w mordę?

Artur Boruc: - Jako piłkarz?

Tak.

- Zdarzało się. Ale rzadko.

Kibicom Rangers?

- Też.

Odwrócę pytanie. Jak często fani zapraszali pana na kielicha?

- Bardzo często.

To był miły gest czy ironia?

- Dla mnie - miły gest. Objaw sympatii. I tego, że ludzie traktują mnie jak normalnego człowieka. Na pewno kilka osób kpiło, ale trudno, ich sprawa. Większość zaproszeń była szczera..

Korzystał pan?

- Nie, to byłoby nieprofesjonalne.

Dużo głupot narobił pan w życiu?

- Trochę.

Taką był tatuaż małpy wypinającej zadek, na którym napisane było "Rangers"? Zrobił go pan na brzuchu w czasach, gry grał pan w Celtic Glasgow. A Rangers to największy rywal "Celtów".

- To był impuls, chwila uniesienia. Dziś mam tatuaż, który przypomina mi tamten, ale nie widać już ani małpy, ani napisu. Nie uważam jednak, że to był błąd. Wtedy sądziłem, że to było coś fajnego.

Było?

- Przez pryzmat moich dzieci - nie. Ale gdybym był singlem, to na pewno bym go nie zamazał. To był fajny pomysł. Niecodzienny.

Jak bardzo zmieniła pana praca z psychologiem Markiem Graczykiem? Pytałem o to pana kolegów z Legii Warszawa. Powiedzieli, że bardzo.

- Wiem, że czasem wygląda to tak, jakbym na cały świat miał wyj...

A ma pan?

- Często tak, ale czasem to tylko pozory. Dla kogoś może to być pozerstwo, sam nie wiem. Jestem przekorny, wiele rzeczy zrobiłem na pokaz, również tych głupich. Dzięki Graczykowi nauczyłem się jednak widzieć problemy na swój sposób. I przez to robię wrażenie, jakie robię. Poznałem trochę ludzkie mechanizmy, wiem, na czym one polegają. Może nie mam racji, ale nauczyłem się tak żyć.

Działa?

- Działa. Bardzo ułatwiło mi to życie. Pamiętam siebie z 1999 roku, gdy zaczynałem grać w Legii. Nie byłem zbyt pewny siebie. Chłopak z Siedlec przyjechał do Warszawy. Legia - wielki klub, a w nim gwiazdy. A ja miałem na nogach podróbki adidasów. Brakowało mi zaufania do własnych umiejętności. Kiedy miałem 20 lat, zmarła mama i nie było łatwo. Rozmowy z Graczykiem postawiły mnie na nogi. Skupialiśmy się co prawda na elementach sportowych, reakcjach na różne bodźce, ale rozmawialiśmy też o życiu. Pan Marek wiele rzeczy ładnie potrafił wytłumaczyć. To było fantastyczne doświadczenie. Dzięki sesjom zacząłem poznawać siebie. Chociaż do dziś jeszcze mi się to nie udało.

Jest pan wrażliwy?

- Sądzę, że tak.

A wygląda pan na twardziela, który wszystko ma w dupie.

- Mieć wszystko w dupie, a rozpłakać się czasem, to coś zupełnie innego. Jestem uczuciowy, chociaż nie wylewny. Wzruszam się jednak dość łatwo. Płaczę na filmach, zdarzyło mi się nawet na reklamie. Nie jest to może szloch, ale łzy lecą. Nie zawsze siedzę wtedy sam, ale nie wstydzę się płaczu przy bliskich. W ogóle nie wstydzę się robić różnych rzeczy przy różnych ludziach. Choć dziwnie to brzmi.

 

Pożegnanie z kadrą

Bardzo przeżywał pan swój ostatni mecz w reprezentacji?

- Jarałem się tym. Emocje pojawiły się dopiero, kiedy tego wszystkiego dotknąłem.

I co?

- Było widać, jak schodziłem.

Co podobało się panu najbardziej?

- Chyba sam fakt bycia na tym zgrupowaniu. I to, że kilka osób miało przyjść na stadion, żeby jeszcze raz zobaczyć Boruca. Ci ludzie często wspierali mnie w trudnych chwilach. Teraz znów się spotkaliśmy. Ostatni raz. Wiesz, że nie pamiętam swojego pierwszego zgrupowania? Na pewno jednak zapamiętam pożegnalne. Ale nie czułem się nieswojo. Było tylko trochę inaczej.

Jak naprawdę było z pana rezygnacją? Bardziej pan chciał czy bardziej pan musiał?

- To był mój wybór. Przemyślany, bo nie decydowałem z dnia na dzień. Zrobiłem tak, jak czułem. Do ogłoszenia decyzji nie musiałem szukać szczególnego momentu. Wszystko przeanalizowałem, porozmawiałem z rozsądnymi ludźmi. Kiedy byłem pewny, że to koniec, napisałem o tym na Instagramie. Wybrałem odpowiedni czas.

Odpowiedni, bo obsada bramki reprezentacji jest wyjątkowo mocna? Wojciech Szczęsny jest piłkarzem Juventusu, Łukasz Fabiański gra w Swansea, a Łukasz Skorupski nabiera szlifów w Romie.

- To był ostatni argument, który brałem pod uwagę. Najważniejszy był spokój mojej głowy. To, że teraz będę mógł podejść do życia trochę inaczej.

Kiedy myśl o rezygnacji z gry w kadrze pojawiła się po raz pierwszy?

- To było jeszcze przed mistrzostwami Europy we Francji. Później wszystko rosło. I w pewnym momencie poczułem, że należy podziękować. Każdy ambitny facet, który gra rolę drugiego czy trzeciego, nie czuje się dowartościowany. A przynajmniej mnie nie było z tym dobrze. Przecież całe życie byłem numerem 1 albo o to walczyłem. A w tamtej sytuacji kopałem się z koniem. Nie miałem zbyt wielu możliwości.

Podjął pan dojrzałą decyzję?

- Tak staram się o niej myśleć.

A może przeważyło ego?

- Raczej ambicja.

Złość?

- Zawsze czuję ją, kiedy nie gram. Gdybym jej nie czuł,  nie byłoby sensu, abym wychodził na trening.

To była trudna decyzja?

- Emocje były. Niektórzy sugerują, że mogłem zrezygnować tuż po Euro 2016. Bo ze sceny trzeba zejść niepokonanym. Ale czy byłbym niepokonany? Przecież byłem pokonany: i jako bramkarz, i jako członek drużyny. Leżałem na łopatkach. Dlatego twierdzę, że nie ma dobrego momentu, aby kończyć karierę. I dlatego zrobiłem to po swojemu.

Czuł się pan na siłach, aby stać w bramce reprezentacji?

- W Bournemouth broniłem regularnie, wychodziło mi to całkiem nieźle. Dużej różnicy między mną a kolegami nie było. A biorąc pod uwagę moje lata i doświadczenie, teoretycznie jest mi łatwiej. Decyzję podejmuje jednak trener. To on wie, czy bramkarz pasuje mu do koncepcji, czy wkomponuje się w drużynę, czy odpowiada mu charakterologicznie. Forma sportowa nie zawsze jest czynnikiem decydującym.

Pana ulubiony moment w reprezentacji Polski?

- Awans na mistrzostwa Europy w 2008 r. Chwila gdy w Chorzowie pokonaliśmy Belgów. To była kadra Beenhakkera.

I jak wspomina pan tamte mistrzostwa? Polska awansowała na Euro po raz pierwszy w historii. Ale na turnieju była klapa.

- No byłem tam… I tyle. Nie było powodów do dumy.

Z czego jest więc pan dumny?

- Z meczu z Irlandią Północną w Belfaście. W 2009 r.

A tak na poważnie?

- Na poważnie.

Przecież w tym spotkaniu eliminacji mistrzostw świata przegraliśmy 2:3. Na dodatek wpuścił pan do bramki piłkę kopniętą przez Michała Żewłakowa, pana przyjaciela.

- Właśnie dlatego. Jestem dumny z tego, że się, k... podniosłem. Z samego meczu nie mogę się cieszyć, ale z tego, że się pozbierałem – na pewno. Po tamtej porażce byłem zmiażdżony niesamowicie. Miałem kłopoty w życiu prywatnym, a na dodatek puściłem szmatę na stadionie wypełnionym kibicami Rangers. Od samego początku na mnie gwizdali, wyzywali mnie, ale sądziłem, że przez pięć lat gry w Celticu przyzwyczaiłem się do tego. Sądziłem, że mam mocny łeb. A zabolało niesamowicie. Do dziś na szkockich stadionach słychać czasem przyśpiewkę o mnie i o tamtym meczu. Siedzi to we mnie. Ale czuję dumę z tego, że wygrałem z demonem. Trudnych momentów w życiu miałem kilka, ale to była kulminacja. Było tak, jak było, w dużej mierze z mojej winy.

 

Alkohol i sodówka

Ile jest prawdy w legendach o piciu w reprezentacji? 10 lat temu co rusz wybuchały różne afery.

- Jakie?

W 2010 r. z kadry wylecieli Sławomir Peszko i Maciej Iwański, których po meczu z Australią w Krakowie nakrył Franciszek Smuda. Dwa lata później kolejny raz ukarany został Peszko. A jeszcze wcześniej, w 2008 r., po porażce z Ukrainą we Lwowie Leo Beenhakker złapał pod wpływem alkoholu pana, Dariusza Dudkę i Radosława Majewskiego. A przynajmniej was z kadry wyrzucił.

- A w Warszawie niedawno nie było afery?

Była. Ale pytam o tamte czasy.

- Ubawiłem się większością tych historii. Raczej mnie śmieszyły, niż poruszały.

Czasy się zmieniły?

- Pod względem picia? Na pewno.

Awram Grant, były trener Chelsea, opowiadał mi kiedyś, że piłkarze w Anglii piją naprawdę ostro.

- Też odnoszę wrażenie, że w Premier League jest pod tym względem gorzej niż u nas. We Włoszech natomiast alkohol nie jest niczym zakazanym. Nawet na kolacji przed meczem na stole stoi wino. Ale wszystko jest bardziej kulturalne. Choć na początku we Florencji myślałem, że mnie podpuszczają. Piją i piją to wino. Sądziłem, że to test dla Polaka: czy od razu rzuci się do picia, czy nie. A tak było za każdym razem.

Wytrzymałby pan dziś lot z Chicago do Warszawy bez kilku lampek wina?

- Na pewno, ale dlaczego miałbym to robić? W trakcie powrotu ze zgrupowania w Ameryce Północnej byłem na pokładzie samolotu prywatną osobą. Tak samo Michał Żewłakow i wszyscy inni piłkarze. To była afera wydmuszka.

Ale przez nią nie zagrał pan na Euro 2012. Wielu kibiców żałuje tego do dziś.

- Tak miało być.

W pana głosie słyszę gorycz.

- Na pewno fajnie byłoby zagrać wtedy w Polsce, ale nie mogłem tego przeskoczyć.

Wywiad udzielony przez pana Sergiuszowi Ryczelowi z nSport, w którym nazwał pan Franciszka Smudę "Dyzmą" i którym ostatecznie zamknął pan sobie drzwi do reprezentacji, był potrzebny?

- Yhy…

To znaczy tak?

- Czasem przychodzi moment, gdy wydaje ci się, że musisz nadstawić drugi policzek. Czułem, że to była taka chwila. Cała sytuacja była na tyle rozdmuchana, że pomyślałem, iż muszę coś powiedzieć. Inaczej źle bym się z tym czuł. Gdyby Smuda nie zaczął, nie byłoby mojego wywiadu. Jeśli szukał pretekstu do wyrzucenia mnie z kadry, mógł to zrobić inaczej. Wolał mnie jednak prowokować głupimi tekstami.

Widzieliście się po lądowaniu na Okęciu?

- Nie.

Podałby pan Smudzie rękę?

- Wolałbym uniknąć sytuacji, w której musiałbym to zrobić. To już przeszłość, ale ten człowiek nie zachował się fair. Nie chcę do tego wracać. Darujmy sobie rozmowę o panu Smudzie.

Spokorniał pan przez te lata?

- Na pewno zmądrzałem, stałem się spokojniejszym człowiekiem. Pokory pewnie też mi przybyło, chociażby przez to, że w moim życiu wydarzyło się całkiem sporo.

Sodówka też była?

- Oczywiście. Każdemu odbija.

Każdemu? Dlaczego?

- Mnie odbiło już w Legii. Wtedy zacząłem być arogancki. I do dziś tak mnie odbierają. Ale nie chcę tego zmieniać, trudno. Sodówka - choć nie jest do niczego potrzebna - jest nieunikniona. Jeśli prosty chłopak z małej miejscowości nagle zaczyna mieszkać w Warszawie czy innym dużym mieście, gra w reprezentacji, czyta o sobie w gazetach i zarabia dobrą kasę, to nie może się przed tym obronić.

Nie zna pan wyjątków?

- Może jakieś są. O, jeden jest w reprezentacji. To Karol Linetty. Ewenement. Chłopak jest bardzo dobrze wychowany. "Dzień dobry", "dziękuję", "proszę", "pan", "pani". Kiedy na niego patrzę, myślę sobie, że chciałbym, aby tak zachowywały się kiedyś moje dzieci. Karol jest tym samym gościem, który przyjechał wystraszony na pierwsze zgrupowanie. Nie zmienił się nic a nic.

Pan w jego wieku stawał się bożyszczem Warszawy. Pamięta pan swój pierwszy kontrakt w Legii?

- Nie był imponujący. Miałem 900 zł umowy i 1400 zł pensji. Razem 2300. Plus kasa na mieszkanie. Nie rzuca na kolana, co? Dlatego wtedy żyłem na kredyt. Brałem od Legii zaliczki i się bujałem. Chociaż w Siedlcach dostawałem trzy stówy i mogłem sobie pozwolić co najwyżej na wspomniane podróbki.

Co kupił pan za pierwszą pensję?

- To obciach, ale pobiegłem do obuwniczego i kupiłem buty. Takie niby pantofle. Na lekkim obcasiku. Masakra. Upatrzyłem je dużo wcześniej. Jak dziś sobie to przypomnę, to sam się śmieje. Ale ja miałem gust… Chociaż z drugiej strony w tamtym czasie styl był, że tak powiem, ekstrawagancki.

Kiedyś kupił pan "niby pantofle", a teraz chce pan kupić klub piłkarski. Wraz z pana kolegą pięściarzem Andrzejem Fonfarą złożył pan ofertę pierwszoligowemu Zagłębiu Sosnowiec.

- Nie mogę o tym mówić.

Kiedyś powiedziałby pan "pomidor".

Fakt! To pomidor, ha, ha.

 

Amerykański sen (o Warszawie?)

Gdzie zamieszka pan po zakończeniu gry w piłkę?

- Chciałbym spróbować życia w Ameryce.

American dream kusi.

- Raczej american style. Jestem bardzo polski, na pewno często bym wracał. Bo to żaden problem wsiąść do samolotu na kilka godzin. Ale chciałbym wyjechać do USA. W Glasgow wciąż mam dom, czasem odwiedzam Szkocję, ale to raczej nie jest miejsce, w którym osiądę. Fajne są też Włochy.

A rodzinne Siedlce?

- Odwiedzam je czasem. Mieszkałem na ulicy Marchlewskego, która teraz jest ulicą Sokołowską, na osiedlu Kasprzaka, które teraz jest osiedlem Wyszyńskiego. Pozmieniało się. Ale znajomych mam tam coraz mniej. Nie stoi się już pod klatką. A kiedyś się zdarzało. Ja natomiast potrzebuję teraz prawdziwego domu.

Czym jest prawdziwy dom?

- Takim moim miejscem. Dawno zapomniałem, jakie to uczucie być w domu. Nawet w Bournemouth nie czuję, że to kąt, który jest tylko mój i mojej rodziny. Czekam więc na moment, kiedy będę mógł stworzyć takie miejsce. Życie piłkarza to życie na walizkach, ale w końcu trzeba się zatrzymać.

I zostanie pan tatą Borucem, który codziennie rano odwozi dzieciaki do szkoły?

- Teraz też czasem odwożę, chociaż rzadko. Obowiązki rodzinne bierze na siebie Sara. Pomaga nam także mój brat, który mieszka w Southampton, 30 km od nas. Nie oszukujmy się, że jakiś zawodnik samodzielnie zajmuje się dzieciakami. Ale jeśli maluszek chce się przytulić do taty, to jestem na miejscu. I tak będzie. Może ta Ameryka okaże się idealnym miejscem na życie rodzinne?

A więc transfer do MLS?

- Może. Od dawna biorę to pod uwagę.

Szybko zaczął pan współpracę z psychologiem, ale szybko skończył pan z menedżerem Radosławem Osuchem. Później nie miał pan agenta. Może w kluczowych momentach brakowało mądrej głowy?

- Współpraca z Radkiem była pomyłką. Kompletną. Nie chcę na niego nadawać, ale facet dużo gadał, a niewiele robił. Taka niestety była prawda. Później kilku agentów robiło do mnie podchody, ale żadnemu nie wyszło. Byłem trochę zrażony, zamknąłem się na menedżerów. Sam negocjowałem kolejne umowy, np. ostatnią w Glasgow, która okazała się najwyższą, jaką miałem w Szkocji. Po prostu uważałem, że dobry piłkarz sam się sprzeda. A ja byłem dobrym piłkarzem.

Najlepsi współpracują jednak z gigantami, takim jak: Mino Raiola, Jorge Mendes, Pini Zahavi.

- Ale przecież jeśli ktoś by mnie chciał, to znalazłby kontakt. Jeśli nie ma tematu, to go nie ma.

W 2008 r. chciał pana AC Milan. Carlo Ancelotti widział w panu następcę Brazylijczyka Didy. Cała Italia czekała na ten transfer, bo chwilę wcześniej prestiżowy dziennik "La Gazzetta dello Sport" uznał, że jest pan trzecim najlepszym bramkarzem w Europie. A pan, ot tak, kazał Włochom spadać.

- Wtedy nie dogadały się kluby. Celtic nie blokował transferu, ale oczekiwał większej kasy. A że miałem w umowie zapis o procencie dla mnie od kwoty, za którą mnie sprzedadzą, to w negocjacjach kibicowałem Szkotom. Nie paliłem się jednak do odejścia. I nie żałuję tego. Zostałem w Glasgow i wciąż byłem szczęśliwym człowiekiem. Poza tym wiadomo, co by było, gdybym tam poszedł?

Zagrałby pan w klubie, który chwilę wcześniej, w maju 2007 r., wygrał Ligę Mistrzów.

- No fajnie. Ale Celtic to też wielki klub. Ludzie, którzy nie znają realiów, nie zdają sobie sprawy, że to gigantyczna firma. Świetny stadion, wyjątkowi kibice, wspaniała historia. Naprawdę nie miałem tam źle.

Oferta z Milanu była najlepszą, jaką pan otrzymał?

- Kilka propozycji mogło zakończyć się głośnym transferem. Zabawna jest ta z 2013 r. Po kilku naprawdę świetnych ligowych meczach zadzwonił pracujący dla mnie agent. Był bardzo podniecony. Okazało się, że chce mnie jeden z czterech najmocniejszych klubów w Anglii. Gigant. Menedżer był już po rozmowie z działaczami. Odezwał się do mnie, choć nie chciał powiedzieć, o jaki klub chodzi. Ale w końcu go przekonałem. Fakt, byłem pod wrażeniem. O godz. 13 grałem mecz ze Stoke City, na trybunach zasiedli przedstawiciele giganta. Po kilkunastu sekundach przelobował mnie bramkarz Asmir Begović. Ze 100 metrów. No i po meczu temat transferu się zakończył. Gdyby nie to, byłbym dziś w innym miejscu. Było jeszcze kilka dużych klubów. Ale to opowieści na moją autobiografię.

Proszę zdradzić, co zabrał panu Begović.

- Manchester City. Zamiast mnie wzięli z Malagi Willy'ego Caballero, który dziś jest w Chelsea.

A Begović jest dziś pana klubowym kolegą w Bournemouth. Los nie zna litości.

- Ale mamy dobre relacje. To bardzo kulturalny, sympatyczny chłopak. Sam nie podejmował tematu. W końcu ktoś "życzliwy" rzucił coś z boku. Porozmawialiśmy, pośmialiśmy się. I tyle.

Ma pan 38 lat. Edwin van der Sar grał w Premier League do 40. roku życia. A pan ma już plan?

- Nie wybiegam tak daleko. Nie zakończę kariery, póki będę zdrowy. I póki będę grał zajebiście.

Wróci pan do Legii?

- To nie zależy tylko ode mnie. Gdyby ktoś widział taki transfer na sensownych zasadach, to pomyślałbym o tym bardzo poważnie.

Dariusz Mioduski powiedział WP.pl, że chce Boruca w Legii.

- Nie mówię "nie". Tylko prezes musi zdać sobie sprawę, że wtedy będzie miał dwóch dziadków. Razem z Arkiem Malarzem będziemy mieć ze sto lat! Najstarszy duet bramkarzy w Europie, ha, ha. Nie wiem, czy Legia tego potrzebuje. Ale jak się zastanowią i odezwą, to może coś z tego wyjdzie.

A jeśli nie Legia, to wspominane MLS?

- To łączyłoby się z moimi planami życiowymi. Tylko, że pieniądze, które tam są, są mniejsze niż w Europie. A ja chcę karierę wycisnąć do końca.