Zalewski: Współcześni rockmani biegają i jedzą kiełki. Etos trochę się zmienił

Kuba Dobroszek i Krzysztof Zalewski

Kuba Dobroszek i Krzysztof Zalewski (Fot. Mateusz Skwarczek/AG)

Siedziba wytwórni Kayax to niepozorny domek na warszawskiej Saskiej Kępie - gdyby nie mała tabliczka z nazwą obok drzwi, zapewne nie zorientowałbym się, że wewnątrz akurat tego budynku stoją liczne statuetki za osiągnięcia muzyczne.
Krzysztof Zalewski dociera na miejsce pół godziny po umówionym czasie. Podjeżdża sfatygowaną Toyotą Yaris i niemal sprintem wbiega do środka.

Krzysztof Zalewski: Sorry za spóźnienie, boksy miałem. 

Kuba Dobroszek: Jakie boksy? 

- Trenuję boks, tak dla zdrowotności. Rano miałem zajęcia, więc musiałem się doprowadzić do stanu używalności.  

Ale że boks?! 

- Ćwiczę, żeby być zdrowym, żeby nie dostawać zadyszki na koncertach. Mam szczęście trenować z Pawłem Skrzeczem, który jest naszym wicemistrzem olimpijskim z 1980 roku. Oczywiście dogryza mi lekko, że muzyk, że delikates, ale lubię to, bo pomaga mi utrzymać formę. Choć rzeczywiście - póki co wybitnym bokserem nie jestem, ale za parę lat? Kto wie. 

Pobiegałbyś. Nikt by się nie naśmiewał, a forma też by była. 

- Nie lubię biegać, mimo że mam dużo znajomych, którzy to robią. Próbowałem z nimi trenować, ale bieganie bez celu jakoś mnie nie przekonuje. Podobno endorfiny zaczynają wytwarzać się po półgodzinnym biegu... Kiedyś na wakacjach zrobiłem osiem kilometrów, ekstremalny dla mnie dystans. Endorfinowy haj się pojawiał, ale podczas postojów, kiedy nie musiałem dalej biec. 

Ja z wysiłku fizycznego najbardziej lubię zmianę płyty w odtwarzaczu. I jedną mam nawet ze sobą - pamiętasz ten album? 

(Kładę na stoliku "Czarną Brygadę" Brygady Kryzys) 

- Znam! "Centralę" z tej płyty nawet śpiewałem z Olafem Deriglassoffem dwa lata temu na "Męskim Graniu". 

To jedna z pierwszych płyt, jakie kupiłem. 

- Jedną z pierwszych, które ja kupiłem była pierwsza płyta Doorsów. Kaseta w zasadzie, na Kasprzaku jej słuchałem. Męczyłem też kasetę z kompozycjami Gershwina, bo akurat była w domu. Natomiast w momencie, kiedy zacząłem dostawać pierwsze kieszonkowe, to akurat byłem na fali Queen i Guns N' Roses. Kiedyś za całe pieniądze, które dostałem na wakacje kupiłem wszystkie części "Use Your Illusion". 

Wszystkie? Przecież są tylko dwie. 

- Tak, ale piraci targowi potrafili zrobić aż sześć części! Potem pojawiły się kompakty. Moja babcia jako pierwsza w rodzinie kupiła odtwarzacz CD. Miała całą kolekcję płyt Lutosławskiego - materiał dla ośmiolatka raczej niestrawny. Z muzyki lżejszej posiadała "Road To Hell" Chrisa Rea i "Człowiek jam niewdzięczny" Czesława Niemena. Na zmianę słuchałem więc u niej tych płyt, bo reszta jej zbiorów była dla mnie jeszcze wtedy za ciężka. Trochę żałuję przy tym, że w odpowiednim momencie nie zaprzyjaźniłem się bardziej z punk rockiem. Jak poszedłem do liceum, to zacząłem słuchać ostrego heavy metalu. Takiego, że tak powiem - w rajtuzach, z czego musiałem się trochę leczyć. 

Czemu leczyć? 

- Bo to muzyka ukierunkowana bardziej na wirtuozerskie popisy niż targanie duszy. Radosna, ale też momentami śmieszna. Oczywiście nadal chętnie pobiłbym się z kimś o to, czy Iron Maiden jest świetnym zespołem, bo to swego rodzaju przynależność do pewnej grupy - podobnie jak kibicowanie konkretnemu klubowi piłkarskiemu. Natomiast ze słuchania Iron Maiden po jakimś czasie się wyrasta. 

W jakim stopniu te młodzieńcze fascynacje wpływają na twoją obecną twórczość? 

- Kiedy komponuję, muszę się bardzo pilnować...  

Pilnować? 

- Żeby nie zapędzać się w gitarowe solówki, tematy w tercjach i patatajki na bębnach. Muszę pamiętać, że w prostocie tkwi siła.  W tym momencie chciałbym wspomnieć moją nauczycielkę od chóru, panią Gruszkę. To niesamowita osoba, która nauczyła mnie czerpać radość ze śpiewania, otworzyła mi różne klapki w głowie. Chodziłem do szkoły muzycznej, gdzie chór był obowiązkowy.  

Obowiązkowy, czyli nudny. 

- Właśnie. Tymczasem ona miała bardzo nowatorskie podejście, nietypowe jak na szkołę muzyczną. 

To znaczy? 

- Np. jak śpiewaliśmy "Kukułeczka kuka" - prostą ludową pieśń - to p. Gruszka dyrygowała nami jak magnetofonem. Przewijała nas do tyłu, do przodu, dawała zadania w stylu: "a teraz śpiewacie tak, jakby kończyły wam się baterie, coooraaz woooolnieeeej...". W ogóle sam fakt, że chodziłem do szkoły muzycznej dużo mi dał. Chcąc nie chcąc musiałem osłuchać się z podstawami muzyki klasycznej. Trochę się tych Chopinów i Mozartów nasłuchałem i gdzieś to we mnie zostało. 

Głęboko? 

- Wciąż zdarza mi się słuchać klasyki, choć przyznaję, że coraz rzadziej, bo im więcej mam zajęć - prób czy koncertów - tym częściej potrzebuję oddechu, ciszy. W domu na pianinie cały czas mam ustawione nuty do Inwencji Bacha i co jakiś czas uczę się kolejnej, żeby palce nie wyszły zupełnie z wprawy. 

Jak w ogóle wspominasz naukę w szkole muzycznej? 

- Nie lubiłem ćwiczyć. To była straszna męka, miałem ochotę porąbać pianino siekierą... Byłem po prostu leniem - choć miałem jakieś zdolności, zwykle brakowało mi samozaparcia. Nie wiem, czy miałem zadatki na koncertującego pianistę, ale na pewno gdybym więcej ćwiczył, miałbym dziś większą łatwość w graniu na klawiszach na scenie. 

Z nauczycielami się kłóciłeś? 

- Chyba nie. Kwestionowanie autorytetów przyszło do mnie nieco później. Szkoła muzyczna to był - mimo wszystko - fajny okres! Wiesz, dzieci uszlachetnione przez muzykę (śmiech). Choć sporo się tłukłem we wczesnej podstawówce. 

Tłukłeś się?! 

- Do piątej klasy biłem się w zasadzie codziennie. Krew się lała. Mówię to pół żartem pół serio, bo oczywiście małe dzieci nie mogą sobie zrobić dużej krzywdy. Trochę jak w "Mikołajku". 

O dziewczyny się biłeś? 

- Nie. Raczej o honor! Przełomowa była dla mnie piąta klasa w szkole muzycznej. Bardzo późno zacząłem rosnąć - kiedy szedłem do liceum, to miałem jeszcze 1,50 cm... No i w piątej klasie pokłóciłem się z kolegą, który później grał ze mną w zespole na klawiszach. On wyrósł strasznie szybko - ja miałem w tej piątej klasie z 1,40 on 1,70. Umówiliśmy się na bitkę za szkołą. Miał dwa razy dłuższe ręce, więc nawet nie byłem w stanie go podejść. Spuścił mi taki łomot, że przez jakiś czas nie widziałem na jedno oko. Od tamtej pory jak ręką odjął, więcej się nie biłem! Dostałem oczywiście parę razy od jakichś ochroniarzy w knajpie, zdarzało się, ale regularnej bijatyki nie zaliczyłem. Nie licząc tych moich bokserskich podejść. 

Dobrze ci zrobił ten kolega. 

- Też tak myślę. Przestałem być nadmiernie agresywny i pierwszy do bitki. Sprowadzono mnie do parteru i skierowałem swoją energię gdzie indziej.

Krzysztof ZalewskiKrzysztof Zalewski JAKUB ORZECHOWSKI

Tę pracowitość, której brakowało ci w szkole muzycznej już wypracowałeś? 

- Uważam, że nadal brakuje mi dyscypliny. Natomiast w momencie, kiedy mam dużo zajęć i wiem, że są w nie zaangażowani również inni ludzie, to potrafię zaiwaniać jak mały samochodzik. Gorzej, kiedy są momenty bez deadline'u i bata nad głową, bo wtedy się rozleniwiam. W pracy nad dyscypliną na pewno pomaga mi boks, bo przecież muszę zwlec się rano i pocić. Poza tym lubię mieć pełny kalendarz, z czym - na szczęście - nie mam obecnie problemu. Niedawno miałem pierwszą wolną sobotę od nie pamiętam kiedy. 

I jak ją spędziłeś? 

- Wybrałem się na siłownię po długiej nieobecności, poczytałem książkę... Zwyczajnie. 

Co za nudy... Liczyłem, że jeden z ostatnich polskich rocknrollowców, za jakiego cię mam, wciela rockowy etos również w życiu prywatnym. 

- Dlaczego mnie za takiego masz? 

Nie boisz się zabierać głosu w sprawach politycznych, piszesz zaangażowane społecznie teksty... Tę "Czarną Brygadę" przyniosłem nie bez powodu - ty trochę podążasz ścieżką takich ludzi jak Brylewski czy Lipiński. 

- Nie no, mam nadzieję, że zostało jeszcze trochę tych rockmanów. Przecież to Budyń, wokalista Pogodno, podrzucał mi książki Slavoja Zizka i odpytywał z różnych filozofów. Inna sprawa, że nadeszła pewna zmiana pokoleniowa i więcej rockmanów biega oraz je kiełki, a nie siedzi w knajpach do piątej rano, opowiadając te same historie...

W ogóle dobrze, że wspomniałeś o Brylewskim, bo ostatnio widziałem z nim wywiad - to niesamowity człowiek. Piękne rzeczy mówił. Ewidentnie opowiadał się po jednej ze stron naszego polsko-polskiego konfliktu, ale nie widziałem w nim ani zajadłości ani nienawiści. To mi bardzo imponuje, sam staram się taki być. Nie wyobrażam sobie, żeby nie wykrzykiwać swoich poglądów, bo za parę lat plułbym sobie w brodę, że byłem jednym z tych, którzy siedzieli cicho, podczas gdy za oknem dokonywały się niedobre przemiany. Otwarcie podkreślam, że nie lubię naszych włodarzy, ale mimo wszystko staram się zachować szacunek dla ludzi, którzy są ich sympatykami. Przecież mają do tego prawo! 

I dlatego krzyczysz na koncertach: "kto nie klaszcze - ten za PiS-em"? 

- To był żartobliwy rym, żeby zachęcić ludzi do wspólnego wybijania rytmu w piosence "Jaśniej". Zdarzyło się to ze dwa razy. Czasami krzyczałem "kto nie klaszcze - ten z policji" - też nie najpiękniej. Staram się być wyważony i zen, ale niestety nie zawsze mi to wychodzi, bo emocje biorą górę, ale mam nadzieję, że jakoś często granicy nie przekraczam. Nasi ojcowie walczyli o pluralizm, więc jestem zaniepokojony tym, co się ostatnio dzieje. Lepszy i gorszy sort. Jedyny pozytywny aspekt tej całej sytuacji to mobilizacja rozleniwionego społeczeństwa i coraz więcej ludzi na antyrządowych protestach. 

Chodzisz na protesty? 

- Jeśli mogę, to chodzę.  

I jakich tam ludzi widzisz? 

- Pamiętam jak byłem pod pałacem prezydenckim - akurat zaczynały się przymiarki do ustawy o sądownictwie. Widziałem dziki tłum i trochę się obawiałem, że może się zrobić niebezpiecznie... Tymczasem zobaczyłem kulturalnych, dobrze wychowanych ludzi! Kiedy pewna starsza pani próbowała przejść, to protestujący się odsuwali, żeby tylko było jej jak najłatwiej. Mimo emocji nie przekroczono granicy, nie wykrzykiwano nienawistnych haseł. Pojawiały się co najwyżej uszczypliwe hasła w stylu: "Adrian, wetuj". 

Uszczypliwe, mówisz... 

- Wiadomo, że czuć było jawną niechęć do obozu rządzącego, ale trzymano poziom. Ja osobiście nie słyszałem żadnych wulgarnych czy nienawistnych haseł. Nikt nikomu nie życzył śmierci - co najwyżej pozbawienia władzy i sprawiedliwego osądzenia. Koniec końców niewiele to dało, bo rządzący zrobili, co chcieli, nie oglądając się na zasadne zastrzeżenia dużej części społeczeństwa, ale poczułem się zbudowany postawą protestujących ludzi. Serce rosło, kiedy czuło się tę solidarność, wspólnotę.  

Jesteś dobrze poinformowany jak na osobę, która deklaruje, że nie ogląda telewizji. 

- Nie potrzebuję telewizora, kiedy jest Internet i prasa. Komuna przeminęła, PiS też przeminie. A my zostaniemy tutaj ze sobą - Polacy, sąsiedzi, rodzina. Odkąd pamiętam, nie było tak dużych podziałów. Podczas spotkań w gronie najbliższych rozmawia się o wszystkim tylko nie o polityce, bo w momencie, kiedy się taki temat pojawi, to zaczyna się ciskanie talerzami, obelgami i w ogóle dramat. Dlatego ważne jest, żebyśmy nauczyli się ze sobą rozmawiać, szanować się nawzajem.  

W wysokie tony uderzasz. 

- Ja wiem, że to górnolotne i naiwne. Sam się łapię na tym, że czytam jakiś artykuł w Internecie i zaczyna się we mnie gotować. Czasem mnie poniesie, jestem tylko człowiekiem, mam jednak nadzieję, że nie dzielę przesadnie ludzi. Inna sprawa, że nie da się uszczęśliwić wszystkich. Dziękuję losowi za moją obecną sytuację - mogę głośno mówić, co myślę, a przy tym wciąż zapełniam duże sale koncertowe, a fani śpiewają i lubią moje piosenki.  

I grywasz "do kotleta". Jakiś czas temu widziałem cię na dwóch prywatnych eventach, gdzie śpiewałeś przed ludźmi bardziej zainteresowanymi darmowym alkoholem niż twoją twórczością. Czuję dysonans. 

- Nie do końca się zgodzę. Na jednej z imprez, o których mówisz, ewidentnie były osoby, które cieszyły się moją muzyką, śpiewały ze mną i tańczyły - było jak na "normalnym" koncercie. Na moje biletowane występy przychodzą ludzie dla moich piosenek. Z kolei na takich imprezach firmowych, to ja przychodzę do ludzi, czasem słuchających zupełnie innej muzyki, więc sytuacja jest nieco inna, ale też ciekawa dla mnie. Zawsze gram swój repertuar najlepiej jak potrafię. To w końcu mój zawód! 

Co zapamiętujesz z takich koncertów?  

- Ja się po prostu dobrze bawię, grając swoje kawałki. Więcej fajnych wspomnień mam oczywiście z moich "normalnych" koncertów. 

Z czym związanych? 

- Na scenie zazwyczaj światła walą ci po oczach, więc nie bardzo widzisz pojedyncze twarze. Ale jak już widzisz, to fajne są momenty, kiedy patrzysz jak muzyka działa na słuchaczy. Jak na własne oczy orientujesz się, że ktoś ma zaraz popłakać się ze wzruszenia, albo ktoś inny skacze z radości. Z trasy "Zalewski śpiewa Niemena" pamiętam moment, kiedy podczas jednego z koncertów wyjątkowo udała mi się gitarowa solówka. Chodziłem wtedy dumny jak paw, a znajomych z zespołu pytałem: "Słyszałeś, jaką zajebistą melodię zagrałem?" (śmiech) Poza tym wspólne śpiewy z fanami dają dużo frajdy. Na trasie promującej "Złoto" specjalnie tworzyłem hymny do śpiewania z ludźmi.  

Uroczo było patrzeć jak frazę "Mam siedemnaście lat i w ogóle nie chcę; i nie chcę mieć więcej" na melodię przeboju "Loser" Becka z największym zaangażowaniem śpiewają ci dobrze po czterdziestce (śmiech). W pamięć wryło mi się też wspinanie po scenicznych rusztowaniach, no i oczywiście obowiązkowe wchodzenie w tłum. Nawet na trasie niemenowej, kiedy musiałem chodzić po filharmonicznych fotelach. 

No, podczas imprez zamkniętych takich momentów nie uświadczysz. 

- Czasami zdarzają się piękne momenty również podczas takich wydarzeń. Sam zagrałem ich jeszcze niewiele, ale przez cztery lata grałem z Brodką i czasami na zamkniętych imprezach był taki sam szał pod sceną jak na festiwalowych koncertach. Swoje granie traktuję nie tylko jak powołanie, ale również jako zawód. To wielki przywilej, że mogę robić to, co kocham, a przy tym zarabiać na chleb. Ważne, żeby nie przekroczyć pewnej granicy. 

Jakiej? 

- Wzbraniam się przed koniunkturalizmem. Najpierw musi być piosenka, która mi się podoba i mnie wzrusza, a jeżeli ma szansę na bycie hitem radiowym to super! Nie zacznę nagle śpiewać rock-polo, bo akurat modny jest Sławomir. Podczas tworzenia mam z tyłu głowy taką myśl, że jeśli coś mam później grać sto razy na koncertach, to musi mi to sprawiać przyjemność. Muzyka, mimo że jest źródłem utrzymania, jest dla mnie przede wszystkim święta. I jest celem samym w sobie, a nie tylko środkiem do zarabiania pieniędzy.

Krzysztof Zalewski: W kraju, który deklaruje się jako katolicki w 90 proc., gniótł mnie temat nastawienia do uchodźców

 Ty masz chyba duże ego, prawda? 

- No pewnie. Gdybym nie miał dużego ego, to wybrałbym inny zawód. Staram się spuszczać z niego powietrze, mam na to różne sposoby, o których nie chcę opowiadać. Moja pierwsza płyta - "Pistolet" wydany po zwycięstwie w Idolu - nie okazała się gigantycznym sukcesem. Wtedy musiałem to ego trochę schować. 

Dlatego zniknąłeś na tak długo? 

- Nie umiałem śpiewać. Nie umiałem komponować ani pisać tekstów. Mogłem spieniężyć tamten medialny sukces poprzez udostępnienie swojej twarzy i pozwolenie innym tworzyć dla mnie muzykę, ale nie chciałem tego robić. 

Bo? 

- Wykrzykiwanie swoich wartości jest dużo ciekawsze niż śpiewanie cudzych rzeczy. Zwłaszcza, że, powtarzam, ja nie byłem wówczas wybitnym wokalistą. Nie jestem Sinatrą, który mógł śpiewać piosenki innych, robiąc to absolutnie doskonale. Zszedłem więc do podziemia, choć muszę przyznać, że i tak miałem sporo szczęścia, bo przez te lata żyłem z muzyki: nagrywałem chórki, przeszkadzajki, grałem z Muchami, Nosowską czy Brodką. Nadszedł jednak ten moment, kiedy zorientowałem się, że mam trzydzieści lat, więc trzeba się zmierzyć z pisaniem piosenek nie tylko do szuflady. Liczyłem się z możliwą krytyką, ale bardziej bałem się tego poczucia, że w ogóle nie spróbowałem. Przerażała mnie wizja pięćdziesięcioletniego Krzysztofa Zalewskiego, który opowiada w knajpie, jaki to kiedyś był zajebisty, a nikt się na nim nie poznał... 

Nie masz refleksji, że za późno ten sukces przyszedł? Że za późno się poznali? 

- Na pewno mogłem zrobić coś szybciej. Wziąć się w garść i nie zmarnować kilku lat, kiedy próbowałem uporać się z osobistymi problemami. Ale myślę o tym jak Kubuś Fatalista - skoro tak się stało, to tak musiało być. Co mi przyjdzie z biczowania się? Poza tym ja przecież młodo wyglądam (śmiech). Ostatnio gadałem z Dawidem Podsiadło, który zbladł, kiedy powiedziałem mu, że mam prawie 34 lata. Wygrywam słabym zarostem i raczej chłopięcą posturą. Zdarza się, że w sklepie proszą mnie o dowód. 

A więc dojrzałeś w najlepszym możliwym momencie? 

- Każdy okres jest dobry, żeby chwycić życie za rogi i znaleźć chociaż kawałek kontroli nad nim. Jestem w tzw. wieku chrystusowym, bo dopiero w sierpniu skończę 34 lata i czuję, że zaczynam przeistaczać się w mężczyznę.  

W czym to się objawia? 

- Przestałem imprezować. Myślę dwa kroki do przodu i jestem spokojniejszy. Mam też więcej cierpliwości niż kiedyś - wiem, że na niektóre rzeczy trzeba poczekać, a inne zaplanować. Staram się kontrolować również to swoje rozdęte ego. Na scenie okej, mogę zgrywać gwiazdę, ale po skończeniu koncertu przestaję być pępkiem świata, więc dopasowuję się do otoczenia. 

Czasy też się przecież zmieniły - mówi się, że dzisiejszy sześćdziesięciolatek to wczorajszy czterdziestolatek. 

- Czyli ja mam jakieś 21 - może być! Czyta się w gazetach, że mamy plagę "dużych dzieci". Żeby nie było - ja też jestem fanem "Piotrusia Pana", a film "Hook" oglądałem wielokrotnie. Absolutnie uważam, że każdy z nas, niezależnie od wieku, powinien zachować w sobie cząstkę dziecka. Problemem stają się proporcje. Cały czas trzeba zachwycać się światem, tym, co przynoszą kolejne dni. Kiedy możesz być dzieckiem, to bądź. Ale kiedy musisz być mężczyzną - bądź mężczyzną. To się objawia np. w podejściu do kobiet. 

Co masz na myśli? 

- Jestem wychowany przez samotną matkę, która była najcudowniejszym człowiekiem, jakiego poznałem. To ona uczyła mnie wrażliwości, wpajała zasady moralne i pielęgnowała we mnie ciekawość świata. Odkąd pamiętam, zabierała mnie co tydzień do teatru, starając się uwrażliwić mnie na sztukę. Chociażby z tego powodu mam ogromny szacunek do kobiet, bo okazuje się, że to zwykle one są motorem różnych działań. 

Twoich również? 

- Pewnie! Pierwszy zespół założyłem, bo chciałem zaimponować dziewczynie, w której byłem zakochany jako nastolatek. Bardzo często pracowałem nad sobą, nad swoim charakterem tylko dlatego, żeby wywrzeć wrażenie na ważnych dla mnie kobietach. I to działało również w drugą stronę - jeśli zostawałem ze złamanym sercem, to pisałem piosenkę o moim złamanym sercu

W szóstej klasie wysłałem walentynkę do pewnej koleżanki. Napisałem w niej, że "działa na mnie jak benzyna na samochód". 

- To ja pisałem jeszcze gorzej... Dopiero teraz, kiedy odnajduję jakieś fragmenty tekstów z dawnych lat, widzę, jakie to wszystko było nadęte. Im byłem młodszy, tym bardziej chciałem udowodnić wszystkim, że jestem dorosły. Tymczasem utwór najlepiej działa wtedy, gdy używasz prostych słów. Wystarczy spojrzeć na Boba Dylana. 

Ale wracając do kobiet - uważam, że one powinny rządzić światem, bo dzięki temu doszlibyśmy do większego społecznego porozumienia. Mniej byłoby konkursów, kto ma dłuższego albo kto może dalej napluć. Testosteron czasem przeszkadza, naprawdę.

Krzysztof Zalewski podczas koncertu z serii 'Męskie Granie'. Katowice, 22 lipca 2017Krzysztof Zalewski podczas koncertu z serii 'Męskie Granie'. Katowice, 22 lipca 2017 Fot. Dominik Zachariasz / REPORTER

Mam znajomych, którzy twierdzą, że kobiety są bardziej nieracjonalne i nieprzewidywalne. 

- To nieprawda. Są bardziej emocjonalne, z tym się zgodzę. Ale na dłuższą metę potrafią schować ambicję, by tylko osiągnąć wspólny cel. Lubię pracować z kobietami - w ostatnią trasę z utworami Niemena pojechałem z siostrami Przybysz, świetnymi, dowcipnymi dziewuchami! Grałem też na Strajku Kobiet... To dla mnie zaszczyt, kobiety są super. 

Tę jedyną kobietę już znalazłeś? 

- Tak.  

To o czym teraz marzysz? 

- Żeby zrobić kolejną płytę, jeszcze lepszą. Żeby się rozwijać. Bardzo chciałbym wydać też płytę po angielsku, może jakąś kompilację? Trochę z Brodką pojeździłem po różnych światowych show-case'ach - byliśmy w Anglii, w Stanach, w Estonii - więc jakieś pierwsze szlify już za sobą mam. To była fajna szkoła życia, widząc Monikę - wielką gwiazdę - która sama rozkłada sobie sprzęty i kable. Wiadomo, że gram muzykę - to rozrywka, a nie coś tak ważnego jak operacja na sercu. Ale najważniejsze, żeby nie odpuszczać, cały czas iść w górę. 

A prywatnie? 

- To się u mnie w jakimś stopniu łączy. Chciałbym być odpowiedzialnym człowiekiem, przydatnym dla innych ludzi. Wiem jak bardzo sam potrzebowałem muzyki w różnych momentach mojego życia, jak pomagała mi znosić porażki, potęgowała radość z sukcesów, więc może na tym polu mogę się teraz ludziom jakoś odwdzięczyć. Muzyka to obecnie w zasadzie jedyny środek zmieniający świadomość, z jakiego korzystam. Ale jest to środek najbezpieczniejszy, bo, po pierwsze, nie ma skutków ubocznych. A po drugie - jest najsilniejszym środkiem zmieniającym świadomość. Widać to choćby po świetnej frekwencji na koncertach. Ludzie potrzebują oddechu od tej cyfrowej doskonałości, dlatego tak cenią sobie występy na żywo, zawsze będące czymś wyjątkowym. 

O kasie i sławie nie marzysz? 

- Tak jak w "Mikołajku" - chciałbym mieć własny samolot. Samochód już mam -  może  nie Porsche, ale przynajmniej łatwo się parkuje. 

Zobacz także
  • Ten Typ Mes Ten Typ Mes: Gadam z ludźmi przy barach w całej Polsce. Mówią mi, co kochają, czego nienawidzą
  • Piotr Żyła Żyła: Szczerze? Skoczkowie mają nudne życie
  • - W gastronomii jestem tylko sługą, który ma umilić ci czas Mateusz Gessler: Gotujmy po polsku!
Komentarze (1)
Zalewski: Współcześni rockmani biegają i jedzą kiełki. Etos trochę się zmienił
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • avatar

    Gość: PJ

    Oceniono 2 razy 2

    Panu Zalewskiemu życzę wszystkiego najlepszego z okazji dobrego POCZĄTKU. Zasługuje na deszcz gwiazd; faktycznie, niech one pofatygują się do Niego :-) Podziwiam!

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Polecamy