Ja kontra życie, pierwsza runda. Wywiad z Pawłem Domagałą

Paweł zdecydowanie prowadzi na punkty. Jego piosenka stała się hitem roku. Koncerty wyprzedane. Płyta "1984" pokryła się podwójną platyną. I choć śpiewa "Weź, nie pytaj", my jednak pytamy. O wszystko: od pierwszych prób z rakietką zamiast gitary po koncerty w klubie otoczonym sex-shopami. Wiemy, za co (i z kim) wyleciał z pierwszego serialu i co planuje. Filmowo i muzycznie.

Chciałem zacząć od pytania, dlaczego nie masz już fryzury na amerykańskiego surfera, ale widzę, że wraca.

Wraca, ale niestety będę musiał ją znowu ściąć. Co chcę zapuścić włosy, to pojawia się projekt, w którym każą mi je ściąć. Teraz zaczynam nową produkcję i pierwsze pytanie było, czy zetnę włosy…

Cóż to będzie?

A niestety nie mogę mówić. To tajny projekt.

A coś możesz zdradzić? Dla kogo to? Dla jakiej telewizji? Czy to film czy serial?

No właśnie nie wiem i wolałbym się nie wychylać.

OK. Pytając o fryzurę, wyjąłem twoje zdjęcie i fotografię Owena Wilsona [aktora znanego m.in. z „O północy w Paryżu” i wielu komedii, jak „Polowanie na druhny”, „Stażyści” czy „Noc w muzeum”]. Pewnie już słyszałeś, że jesteś do niego podobny?

Wydaje mi się, że teraz już nie tak jak kiedyś. Poza tym byłem podobny raczej z włosów.

[Przyglądając się zdjęciom] No tak, on ma złamany nos.

Bardzo go lubię jako aktora. Napisał też świetny scenariusz do filmu „Genialny klan” Wesa Andersona. Bardzo go szanuję, bo jednak napisać taki scenariusz to jest coś.

Sądząc po jego rolach, nie wydaje się, że to człowiek, który pisałby scenariusze. Z tobą jest podobnie: ty w filmach zwykle grasz człowieka, takiego niezbyt… jakby to powiedzieć grzecznie…

Głupka.

No, niezbyt bystrego.

Wiesz, to rynek o tym decyduje. Ja nie miałem możliwości wybierania sobie ról.

Reżyser widział cię w czymś i mówił: „U mnie zagrasz tak samo”?

Trochę tak jest. Biorą cię, dają podobną rolę i oczekują tego samego. Jak proponujesz coś innego, to słyszysz: „Ej, nie po to cię zatrudniliśmy”. Teraz dzięki temu, że muzyka dała mi taką wolność, staram się inaczej dobierać role.

Czyli ta rola, o której nie możemy mówić, będzie inna?

Zdecydowanie. Tak… To znaczy, mam nadzieję, bo może się okazać, że ja nie potrafię nic innego [śmiech].

Ale na pewno potrafisz śpiewać. Wiesz, ile odsłon na YouTubie ma wideoklip „Weź, nie pytaj”?

Nie. Chyba około 80 milionów.

Już 90. Po ilu milionach przestałeś sprawdzać?

Jakoś bardzo szybko, bo premiera piosenki zbiegła się z naszymi wakacjami, a potem urodziła mi się druga córka, wobec tego chciałem się „odłączyć”. Zaskoczył mnie ten sukces. Z Łukaszem Borowieckim spodziewaliśmy się, że jak będzie 5 milionów, to będzie dobrze.

Z Łukaszem Borowieckim, czyli współtwórcą waszych utworów.

Współtwórcą, współproducentem. Mamy wytwórnię Domagała / Borowiecki.

No więc, odciąłeś się od tego, a potem zaglądasz na YouTube’a…

Nie. Dziennikarze zaczęli intensywnie dzwonić, czego wcześniej nigdy nie robili. Przecież jak w maju 2018 r. rozsyłaliśmy tę piosenkę po dużych rozgłośniach radiowych, to mówiono nam, że to jest MUZYKA NISZOWA i nie znajdzie odbiorców. Że to takie bluesowe ballady, których czas przeminął.

Jak wygląda takie wysyłanie piosenek do radia? Wysyła się plik MP3, czy osobiście płytę się zawozi?

Ja to zrobiłem na rympał. Wchodziłem na internetowe strony rozgłośni, szukałem dyrektora muzycznego i wysyłałem. Na początku duże radia nas – że tak powiem – zlały. Chociaż trzeba przyznać, że niektórzy chociaż odpisali.

Większość się nie odzywa?

Tak, ale np. Adam Czerwiński z RMF-u czy dyrektorzy Radia ZET i Eski odpisali. Co prawda: „Dziękujemy, ale nie”, jednak odpisali. 

Dyrektor RMF-u odpisał, że nie, a później w tej rozgłośni „Weź, nie pytaj” stało się piosenką roku.

Fajnie, że potrafili zmienić zdanie. Ale to internet zrobił nam robotę. Z całym szacunkiem dla rozgłośni, które są fajne, bo dzięki nim są tantiemy, ale pewne utwory trudno zlekceważyć, jeśli są hitami w internecie, który póki co jest najlepszym miernikiem zainteresowań i gustów publiczności.

Wspomniałeś tantiemy. Czy „zaiks” za ubiegły rok już przyszedł?

Nie. Nie przyszedł i sam jestem ciekawy, jak będzie. Ale my sami siebie wydajemy, więc za każdą wytłoczoną płytę wpłacamy pewną kwotę do ZAiKS-u.

Czyli wy płacicie ZAiKS-owi, a potem ZAiKS wam oddaje?

Tylko mniej [śmiech].

To gdzie tu biznes?

Przy drugiej płycie dogadaliśmy się, że płacimy już mniej. Poza tym ZAiKS pilnuje naszych praw, co przy tak popularnej piosence jak „Weź, nie pytaj” jest bardzo potrzebne. Z Łukaszem nigdy się nie zgodziliśmy, by ten utwór był w jakiejkolwiek reklamie, aby fragmenty tekstu były używane w sloganach, na żadnego sylwestra nie jeździmy, a mimo to ona i tak jest wykorzystywana wbrew naszej woli. Wtedy nie musimy się tym zajmować, bo robi to ZAiKS.

Rozumiem, że tej piosenki nie ma w reklamie nie dlatego, że nie było propozycji?

To, że „Weź, nie pytaj” stało się hitem, zawdzięczamy przede wszystkim publiczności. Tę piosenkę wypromowali sami ludzie, więc dodatkowe zarabianie na niej poprzez reklamy i inne działanie byłoby dla mnie niedopuszczalne.

Na to przyjdzie czas za 50 lat [śmiech].

Oczywiście, jeśli za 20-30 lat nie będę miał za co żyć, wtedy wybaczcie. Może nawet za 10 czy za pięć. Nie wiadomo, jak to będzie.

Czyli jak usłyszymy „Weź, nie pytaj” w reklamie…

To znaczy, że było u mnie cienko [śmiech].

Mam zestaw pytań dotyczących tej piosenki, ale żeby do nich dojść, musimy cofnąć się do czasów szkolnych. Jakie przedmioty lubiłeś najbardziej?

W podstawówce lubiłem wszystkie, bo miałem bardzo fajną szkołę. To była pierwsza społeczna.

To ta szkoła, gdzie było was ośmioro w klasie?

Tak, w najlepszym momencie. To były lata 90. Rodzice się skrzyknęli i sami założyli szkołę. Ja naprawdę nie czułem tam, że się uczyłem. Dopiero jak poszedłem do liceum, to zobaczyłem, jaki mam bagaż wiedzy. A byłem w bardzo dobrym liceum. Kiedy do niego uczęszczałem, było w rankingu „Perspektyw” drugie w Polsce. Chodziłem do klasy matematyczno-fizycznej, a w podstawówce byłem laureatem olimpiady fizycznej.

Olimpiada z fizyki, a potem taka szkoła? Powinieneś teraz być wykładowcą na MIT w Bostonie! A ty zostałeś komediantem.

Bo zawsze tego chciałem. Na tym polega dobra szkoła, że nie zabija pasji i pozwala się rozwijać w takim kierunku, w jakim człowiek chce. Ja zacząłem grać w Teatrze Powszechnym w Radomiu, będąc w trzeciej klasie liceum, bo wygrałem casting. I nikt nie robił mi problemów z tym, żeby zwalniać mnie z zajęć.

A w tym mat-fizie lubiłeś język polski? Konkretnie chodzi mi o analizę wiersza, czyli słynne „co poeta miał na myśli”.

À propos analizy wiersza, pamiętam anegdotę z Wisławą Szymborską, która zdawała maturę – oczywiście jako happening – i analizowała swój wiersz. Według klucza zdała na ocenę mierną.

Sama nie wiedziała, o czym pisze [śmiech]. Słowa twojej piosenki „Weź, nie pytaj” były już analizowane w mediach. Zwłaszcza fragment: „Nie chcę żyć polityką / Kiedy tłumy na mieście / Ja córkom zrobię jeść”. Musiałeś wyjaśniać, że tłumy na mieście to nie demonstranci, tylko imprezowicze. A ja zapytam, co robisz jeść córkom.

Teraz tej młodszej to już warzywka gotowane i blendowane. Ma pół roku i zaczyna jeść coś poza mlekiem. Daję też „słoiczki”, bo pani pediatra powiedziała, że jak nie mamy dobrego źródła warzyw, to lepiej dawać dania gotowe. Starsza ma sześć lat i już sama zaczęła robić jajecznicę i omlety.

A co ty robisz?

Omlet to było moje popisowe danie, ale robię też bardzo dobre sznycle. Takie cieniutkie. Miałem też masakryczne doświadczenie, bo kiedyś przeczytałem, że dla dziecka najlepsze jest mięso z królika. Chciałem więc kupić królika, ale gdy go zobaczyłem, to mówię: „Nigdy w życiu!”. Wygląda jak obdarty ze skóry pies. Nie wyobrażam sobie, że miałbym coś z tego zrobić.

Wróćmy do analizy utworu. Dalej jest prosto, wiemy, co poeta miał na myśli i dochodzimy do „Kiedy stuknie mi 50 lat”. Dlaczego akurat taki wiek?

Z obserwacji moich kolegów. Jeśli ktoś zostawiał żonę dla innej – i potem żałował, bo to zazwyczaj tak się kończy – to właśnie gdy miał te 50 lat.

Cała piosenka jest wyznaniem miłości, zapewnieniem o wierności.

Tak. Napisałem ją, gdy dowiedziałem się, że Zuzka jest w drugiej ciąży.

A właśnie. Wracamy do pytania o jedzenie. W piosence jest „córkom zrobię jeść”, a wtedy miałeś tylko jedną córkę.

Wiem, ale myślałem o tym, że muszę napisać o obu, bo drugiej będzie przykro. A poza tym już była z nami. Mentalnie. Już wiedzieliśmy, że to będzie córka. Nie chciałem, żeby potem była zazdrosna, że jedna jest w piosence, a drugiej nie ma [śmiech]. Ta piosenka jest naprawdę o tym, że człowiek rzadko ma takie momenty, gdy jest szczęśliwy, czuje, że ma wszystko i że nic go nie interesuje oprócz tego jego małego świata. A ja akurat miałem taki moment, kiedy poczułem, że nic mi więcej do szczęścia nie potrzeba oprócz tych trzech dziewczyn. 

Ten utwór stał się hitem, również weselnym. Wiele par wybiera go na pierwszy taniec. A my w tym numerze mamy duży dodatek o weselach. Zapytam więc wprost: czy mógłbyś zagrać na weselu?

Nie. Był czas, że próśb, by zagrać na weselu lub nagrać życzenia dostawałem – i tu nie przesadzam – 500-600 dziennie. Naprawdę. Nie odpowiadam, bo nie jestem w stanie tego przerobić. Poza tym traktuję to trochę jak żart. Mogę zagrać, jak nasz przyjaciel niedługo będzie miał ślub, bo to jest bliska mi osoba. Ale jeśli ktoś pyta, czy zagram u niego, to mówię: „Ha, ha, dobre”, bo nie wiem, jak mam na to reagować, gdyż samo pytanie wydaje mi się dość dziwne… Ale teraz mam z czego żyć, może za 10 lat będę miał toury co weekend od maja do września [śmiech].

Teraz nie ma takiej sumy, za którą byś zagrał?

Na pewno jest. Ale to mało realne. Gdyby jakiś szejk zaproponował sumę jak Rihannie czy Beyoncé, to nawet z nimi mógłbym wystąpić [śmiech]. Ale jakbym zagrał, to na pewno nie dla pieniędzy, tylko musiałaby to być sytuacja, która mnie wzruszy. Ja wiem, to jest straszne, bo każdemu wydaje się, że ma fantastyczną historię swojej miłości. I tak jest, ale jak dostajesz ich 500…

Ty swoją żonę poznałeś w szkole aktorskiej?

Tak, byliśmy na jednym roku.

Wiedziałeś, że jest córką wybitnego aktora Andrzeja Grabowskiego?

Nie wiedziałem. Teraz zabije mnie, ale nie wiedziałem, kto to jest Andrzej Grabowski. To znaczy nie kojarzyłem go z nazwiskiem. Naprawdę.

Słyszałem, że aby ją poderwać, zorganizowałeś własny koncert.

To prawda. Zorganizowałem koncert w jednym z klubów, w których grywałem, zaprosiłem ją i zagrałem.

Jak to wyglądało? Wszedłeś do klubu i powiedziałeś: „Chciałbym tu zagrać”?

Tak. Będąc na studiach, tak chodziłem po klubach z gitarką. Mówiłem, że nie chcę pieniędzy, tylko co mi ludzie rzucą. 

Jakie to były kluby?

Takie jak Swingo Bar – taka lekka patologia: był sex-shop, ten bar, sex-shop i kolejny sex-shop.

To wiem, gdzie te pieniądze potem wydawałeś [śmiech].

Jeden koncert miałem w takim bardzo modnym klubie. Ale w tych „fancy” ludzie niechętnie rzucali. Fajniejsze były te niepozorne.

A były miejsca typu „mordownia”?

Nie, moja muzyka by tam nie pasowała. To raczej były puby, gdzie ludzie pili piwo, gadali.

Nie miałeś sytuacji: „Proszę ciszej, my tu rozmawiamy”?

Nie. Na początku ludzie byli sceptyczni, ale często zaczynali słuchać tego, co gram i śpiewam. I to zbudowało moją pewność siebie.

Grać uczyłeś się w szkole muzycznej?

Przez 12 lat uczyłem się prywatnie gry na gitarze klasycznej – z podpórką, z nutami. A wcześniej robiłem udawane koncerty, „grając” na rakietce do badmintona. Puszczałem sobie „Dzwony rurowe” Mike’a Oldfielda, Dżem, Czesława Niemena i wyobrażałem sobie, że występuję. Dość wcześnie sam zacząłem pisać piosenki. Pierwszą grałem w trzeciej klasie podstawówki na szkolnej akademii.

Już wtedy własną piosenkę grałeś?

Tak. Nawet pamiętam tytuł – „Anielski blues” [śmiech]. Byłem zafascynowany bluesem. Zresztą nadal jestem. W moim domu było dużo bluesa, jazzu i country – na tym wyrosłem.

Rozumiem, że od tej trzeciej klasy podstawówki cały czas coś pisałeś. Czy któryś z tych utworów trafił na płytę?

Mam nagrane na VHS-ie piosenki z 6-7 klasy i myśleliśmy, żeby wrzucić je na płytę jako bonus. Stwierdziliśmy jednak, że nie. Natomiast niektóre z początków studiów czy końca liceum weszły na pierwszą płytę.

Druga nosi tytuł „1984”. To twój rok urodzenia. A czy jest też jakieś odniesienie do Orwella?

Zupełnie o tym nie myślałem, ale uwielbiam Orwella i uważam, że wstęp do pierwszego wydania „Folwarku zwierzęcego” to jest coś, co każdy w dzisiejszych czasach powinien przeczytać. Niesamowite, jak to jest aktualne, niestety. Natomiast ja tą płytą chciałem wrócić do swego dzieciństwa, do tego Radomia, to miało być takie rozliczenie siebie, podsumowanie pierwszej rundy „ja kontra życie”.

Czyli to też nie pokazanie, że jesteś o krok dalej niż serial Netfliksa?

[śmiech] Nie. Ale tak sobie z Łukaszem myśleliśmy, że fajnie by było, gdyby serial miał tytuł „1984” – mielibyśmy darmową promocję, bo to w podobnym czasie wychodziło.

Wy wydaliście już dwie płyty sami. Czy ktoś początkujący, absolutnie anonimowy też mógłby tak zrobić? Albo inaczej: czy to, że jesteś znanym aktorem miało jakieś przełożenie na wasz sukces?

To bardzo trudne pytanie, bo choć w muzyce nie byłem bardzo znany, to jednak trochę już działałem, mieliśmy koncerty z moim poprzednim zespołem. Nie ma też co ukrywać, że popularność filmowo-serialowa, ta „morda”, pomogła mi w sensie promocyjnym. Nie mieliśmy pieniędzy na marketing. Jedyną promocją było to, że gdy dzwoniłem do „Pytania na śniadanie” czy „Dzień dobry TVN”, to z ciekawości mnie zapraszano, ale żaden portal nie napisał, że Paweł Domagała wydał pierwszą płytę, dopiero popularność piosenek to zmieniła. Bo trzeba stwierdzić, że kilku kolegów aktorów cieszących się większą popularnością też wydaje płyty i one się tak dobrze nie sprzedają. Więc moja aktorska popularność była ważna, ale nie kluczowa. Z drugiej strony wymień mi kogoś z młodych popularnych dziś artystów spoza hip-hopu, którzy nie są po żadnym talent show. Niemal wszyscy są. Dawid Podsiadło, Krzysiek Zalewski, Monika Brodka, Daria Zawiałow… Promocja stacji telewizyjnej pomaga na starcie, a my o takiej promocji przy „Opowiem Ci o mnie” nawet nie mogliśmy marzyć. Jest jeszcze internet, ale ten internet też trzeba jakoś „rozhulać”. Jeśli ktoś nie chce iść do talent show ani pokazywać się do kamerki na YouTubie, to ja nie wiem, jak to zrobić. Nie mam pomysłu, jak wypromować kogoś całkiem nieznanego, nawet jeśli gra tak, że słuchaczom buty spadają.

Ale w waszej wytwórni myślicie, by wydać płytę kogoś innego?

Łukasz Borowiecki robi świetny jazz i chcielibyśmy, by wydał swoją płytę jazzową. I myślimy, co jeszcze. Ja lubię taką muzykę, której w Polsce prawie nikt nie gra, więc jak kogoś takiego spotykam i wiem, że będzie miał pod górkę z przebiciem się, to korci mnie, żeby mu pomóc. Choć nie ma co ukrywać, że na razie jesteśmy na to za mali.

Widziałeś parodię „Weź, nie pytaj” autorstwa Malwiny Bakalarz, czyli „Ciągle sprzątam te same miejsca…”?

Tak. Bardzo sympatyczna. To jest już któraś parodia i jeśli to nie jest „Weź, nie pier…” i podobna kloaka, to linkujemy to na naszej stronie i staramy się wspierać, bo wiemy, że jest w tym dużo oddolnej roboty, którą bardzo cenię.

Jak obejrzałeś to, poczułeś, że to też o tobie?

Pewnie. Każdy rodzic, ty pewnie też, czasem jest „samotną matką” [śmiech]. „Weź, daj wypić ciepłą kawę” – bardzo mi się to podobało, uważam, że to urocze. Trzeba dodać, że to wdzięczna piosenka do parodii. Nie liczyłem, ile ich jest, bo większość niestety jest alkoholowo-wulgarna, a takie „januszowo” jest dla mnie nie do przejścia. Najgorsze, że wszystkim się wydaje, że takie teksty o piciu są oryginalne. Że nikt inny na to nie wpadnie. To niebywałe.

Wróćmy do oryginału. Lubisz sport?

Kiedyś grałem w koszykówkę.

To wiesz, co jest nie tak w scenie z koszem w „Weź, nie pytaj”?

Kroki. Wiem. Ale niewiele osób wie o tym, że chłopaki, które grają w teledysku w koszykówkę, to aktorzy z filmu „Klechdy” Pawła Łukomskiego, reżysera tego klipu.

To zdradź jeszcze, za którym razem trafiłeś do kosza.

Właśnie za pierwszym! Potem już nigdy się nie udało [śmiech]. Próbowaliśmy, żeby było bez kroków, ale już nie weszło.

To teraz mały quiz: co łączy Stinga z Metalliką?

Nie mam pojęcia.

No to podpowiedź: płyta Stinga, płyta Metalliki…

Aaa…. Pamiętam. Debiut naszej płyty „Opowiem Ci o mnie” na liście OLiS – między Stingiem a Metallicą. To było coś.

Pytanie drugie: jaka jest sensowna cena za T-shirt?

Zależy jaki. Ja uważam, że 79 zł jest OK.

Brawo. Wiesz, do czego piję.

Ale wyjaśnię dlaczego. Moglibyśmy kupić gotowe z Chin za 5 zł i sprzedawać po 30 zł, lecz jednak to szyją polskie ręce i jest dobre gatunkowo. Oczywiście jest droższe, ale jakby wszystko miało być tańsze, to nikt by w Polsce nie miał pracy.

Mogę zobaczyć twoje skarpety? O, niesłużbowe!

Niesłużbowe [śmiech]. Sprzedajemy koszulki, skarpety, torby – dużo rzeczy. Pamiętam, jak byłem na koncercie Johna Mayera i tam było wszystko: gitary, kostki, koszulki, plecaki, pościel. Pomyślałem: „Kurde, super to jest, chciałbym, żeby kiedyś na moich koncertach były takie rzeczy”. Bo ja to lubię. I chciałem mieć sklep z „merczem”, ale takim naprawdę fajnym. Nie z chińskim paździerzem, lecz czymś, co jest nie tylko pamiątką, ale naprawdę chcesz w tym chodzić.

To mamy remis. Trzecie decydujące pytanie. Dokończ słowa: „Sny pochowane na strychu nie mogą już…”

…spać. To jest „Początek”. Bardzo dobra piosenka. 

Hymn ubiegłorocznego Męskiego Grania. Dla ciebie udział w czymś takim byłby doświadczeniem ciekawym czy niepotrzebnym?

Kurde. Teraz nie chcę sobie strzelić w stopę. Powiem ci szczerze, że bardzo sobie cenię Męskie Granie. Jak ktoś nas zaprosi na jeden koncert, to super. Ale nie wiem, czy odnalazłbym się jako część tak wielkiego przedsięwzięcia. Lubię, jak wszystko zależy ode mnie.

A jakieś muzyczne kolaboracje?

W związku z tym, że ta moja muzyka jest tak osobista, to musiałby być ktoś, kto ma totalnie taki sam flow. Musielibyśmy najpierw się zaprzyjaźnić. I musiałby kumać gadkę radomską.

Trzeci raz wspominasz o Radomiu.

Bo miasto to dla mnie ludzie. Moi przyjaciele. To jest niesamowite, że trzymamy się razem. To jest taki rodzaj sekty. Jak ktoś jest z Radomia, to jest sztama, choćbyśmy się nie znali.

I macie tajne znaki jak masoni?

Nie mogę powiedzieć, bo nie jesteś z Radomia.

To powiedz, czy to prawda, że swoje filmowe występy oglądasz po kilkanaście razy.

Tak, staram się. Nie tylko swoje. Jak mi się jakaś rola wybitnie nie podoba (lub podoba), to oglądam i analizuję. Tak samo jest z muzyką. Jak mi się coś bardzo podoba, to słucham w kółko. Na początku emocjonalnie, a potem już sobie analizuję.

A jak piszesz teksty?

Zazwyczaj mam ze sobą kalendarz. Zasłyszę jakieś zdanie albo coś mi wpadnie do głowy, to zapisuję. Każda piosenka jest bardzo konkretnym moim stanem, wydarzeniem… Często piszę piosenki pod konkretne osoby. Gadam z kimś, pada jakieś zdanie, a ja używam go i po premierze płyty ta osoba dzwoni i mówi: „Stary, dzięki”. Piszę o tym, co u mnie aktualnie jest. Jedyne, co staram się kontrolować – zarówno muzycznie, jak i tekstowo – żeby jednak upraszczać. Jak coś jest proste, to wtedy wiem, co chcę powiedzieć. A już zauważyłem u siebie taką tendencję, że jak nie wiesz, co chcesz powiedzieć, to walisz jakieś metafory, niby że to fajnie brzmi, ale o co tam chodzi? 

Może ktoś sobie wymyśli.

[śmiech] Jak mówił Witkacy: „Najtrudniejsza jest prostota”. Teraz są warsztaty dla twórców, jak robić rzeczy prosto. Ja też staram się, żeby było prosto, żeby nikt nie miał wątpliwości, że wiem, co chcę powiedzieć. Ja nagrywam piosenki z samą gitarą, a potem wysyłam je Łukaszowi, który je produkuje. Mamy taki test, że piosenka musi sama z gitarą albo z pianinem dobrze brzmieć. Bo dziś najgorszą piosenkę można genialnie wyprodukować wszystko zmieniając.

Ty wyleciałeś z pierwszego serialu za to, że zmieniałeś teksty.

To było „Prosto w serce”. Wywalili mnie ze Sławkiem Zapałą, dziś znanym jako Sławomir. Pozdrawiam serdecznie, bo znamy się ho, ho. Wywalili nas dwóch, bo razem zmienialiśmy te teksty. Najlepsze, że cała ekipa mówiła: „Super, super, świetnie, róbcie tak”, po czym producent zaprosił nas do siebie do gabinetu… i tyle mieliśmy serialu.

Nie rozumiem. Ktoś był tak przywiązany do scenariusza?

Nie. Chodziło o to, że niby za ostro, ale wydaje mi się, że teraz to by przeszło. [Paweł krzyczy do dyktafonu] Sławek! Byliśmy tam najlepszym wątkiem!

Teraz sam piszesz scenariusz filmu? Zresztą po co pytam. Na pewno jest gotowy już od liceum.

Nie. Krótkie formy – spoko. Ale mam duży problem z całością. Natomiast żona pisze scenariusz i pracujemy nad nim. Mamy takie marzenie, żeby zrealizować ten film w najbliższych latach.

Będziecie musieli zaryzykować i zainwestować własne pieniądze?

Tak. Moglibyśmy szukać inwestora czy producenta, ale ja już wiem, że nikt w to nie wejdzie.

Albo się zgodzi, ale powie: „Mam córkę i jest taka zdolna”.

To nie chodzi o obsadę, ale o pewien rodzaj wrażliwości i wiary w widza. Ja mam inne doświadczenie z publicznością. Mówi się, że widz jest głupi i że gdyby było to, czego chce publiczność, to byłoby tylko disco polo i kabarety. To nieprawda. Jest bardzo duże grono inteligentnych widzów, którzy mają świetne poczucie humoru, lecz nie ma dla nich propozycji.

Czy to znaczy, że to będzie komedia albo raczej komediodramat?

Uwielbiam filmy Diablo Cody. One mnie i wzruszają, i śmieszą. Tak samo „Mała Miss”. Chciałbym, żeby to poszło w tym kierunku. Moim bogiem komedii jest Ricky Gervais. Teraz jego serial „After Life” jest na Netfliksie i już widzę, że pierwsze trzy ujęcia by nie przeszły w żadnej polskiej stacji.

Na film czekamy, ale słyszałem, że twoja nowa płyta już powstaje.

Tak. Premiera 20 listopada 2020 r.

Co? Jeszcze półtora roku, a ty już znasz datę premiery?

Bo ja lubię sobie wyznaczać daty. Mam dużo różnych zajęć i muszę planować z wyprzedzeniem.

To jeszcze powiedz, ile będzie piosenek, jakie mają tytuły [śmiech].

Będzie 12 utworów i na preorderze jeden dodatkowy.

Niesamowite, że już to wiesz. A ile z tych piosenek powstało?

Tak, że już wiemy, co z nimi zrobić, to z 11.

To czemu mamy czekać jeszcze ponad rok?

Chcemy to nagrać, doszlifować. Część z nich będziemy grali podczas jesiennej trasy, czyli od września. A na razie jeszcze koncertujemy z „1984”. Nie chcę zawalić słuchaczy swoimi piosenkami.

Zbliża się lato, juwenalia. Gracie?

Tylko raz, i to z powodów osobistych. Nie występujemy na niebiletowanych koncertach. Mógłbym – jest teraz takie modne słowo – zmonetyzować piosenkę „Weź, nie pytaj”, tylko co dalej? A moim marzeniem jest, żebym za 20 lat też mógł pojechać w trasę i grać. Poza tym w moim przypadku nie sprawdza się przypadkowy słuchacz, który przyszedł na imprezę, ale niekoniecznie żeby nas słuchać. Przez to, że gramy w filharmoniach, teatrach i klubach, to bilety muszą być trochę droższe, ale ja to doceniam i staram się odwdzięczyć publiczności.

Gdy macie koncerty, to żyjesz w trasie czy na noc wracasz do domu?

Jak jest bardzo daleko, to zostaję, ale staram się wracać. Tak do 300 km, to powrót. Nie lubię być sam w hotelu. Jestem domatorem.

Nie dziwię się, masz dwie córki. Czy będziesz próbował jakoś nakierować je w życiu na konkretne profesje?

Absolutnie nie. Jedyne, na czym mi zależy, to aby nie szły do pracy, kalkulując, czy można dużo zarobić. Chcę, żeby naprawdę robiły to, co kochają, żeby praca była ich pasją, bo jednak praca jest tak dużą częścią naszego życia, że męczyć się w pracy to męczyć się w życiu.

A ty miałeś kiedyś w życiu uczciwą robotę?

Nie [śmiech]. Przez chwilę byłem kelnerem.

Ale czy to uczciwa robota była?

Podjadaliśmy, a nie można było.

Na koniec zapytam, co byś powiedział sobie samemu sprzed lat?

Chyba nic bym nie mówił, bo bałbym się, że zapeszę. Nawet jak kiedyś podjąłem złe decyzje, to summa summarum czegoś mnie to nauczyło. Powiedziałbym: „Rób swoje”.

Więcej o: