"Szczęki", "183 metry strachu" i "Rekinado". Dlaczego Hollywood tak pokochało rekiny?

Za sprawą Spielberga Hollywood wciąż obławia się na rekinach. Jak to się stało?

Gdyby nie ogromny żarłacz biały terroryzujący nadmorski kurort Amity, Blake Lively nie musiałaby dziś pewnie przeżywać „183 metrów strachu”. Thriller z jej udziałem wszedł na ekrany niemal dokładnie 41 lat po klasyku według książki Petera Benchleya.

Premierę „Szczęk” w reżyserii, 29-letniego wówczas, Stevena Spielberga poprzedziła zakrojona na szeroką skalę kampania. Zwykle blockbustery wprowadzano na ekrany na Boże Narodzenie, lecz wytwórnia Universal Pictures wybrała wakacyjny termin (20 czerwca), tuż przed sezonem urlopowym, uznawany dotąd za niewdzięczny. Był to strzał w dziesiątkę. „Szczęki” reklamowano wymownymi hasłami: „Zobacz to, zanim pójdziesz popływać”, „Już nigdy nie wejdziesz do wody” itd. I ludzie naprawdę nie wchodzili, przynajmniej nie latem 1975 roku! Chodzili za to do kina, zapewniając twórcom filmu rekordowe wpływy. Po raz pierwszy w USA padła magiczna granica 100 mln dol., zaś wynik 470 mln w światowym box offisie pobiły dopiero „Gwiezdne wojny”.

Rekin, który się psuł

Podobno na testowych pokazach „surowej” wersji publiczność reagowała krzykiem, a Spielberg i spółka postanowili jeszcze podkręcić efekt w paru scenach. Dlaczego groza była tak przekonująca? Wydaje się to wypadkową reżyserskiego wyczucia, jego umiejętności gry z widzem, lecz również. przypadku. Część rozwiązań wymusiły bowiem problemy na planie. Zdjęcia kręcone na wyspie Martha’s Vineyard u wybrzeży Massachusetts, zamiast zakładanych 55 dni trwały ostatecznie pięć miesięcy, a budżet wzrósł ponad dwukrotnie do 9 mln dol.

Produkcja od początku przypominała koszmar. Jeśli nie utrudniała jej fatalna pogoda, to w kadr wpływał ciekawski żeglarz i trzeba było powtarzać ujęcie wymagające parogodzinnych przygotowań. Sprzęt niszczał od słonej wody.

 

Posłuszeństwa odmawiał mechaniczny rekin ochrzczony imieniem „Bruce” po prawniku Spielberga. Emerytowany spec od efektów Bob Mattey (wcześniej stworzył gigantyczną ośmiornicę do „20 000 mil podmorskiej żeglugi”) ożywił projekt scenografa Joe Alvesa. Przygotowano trzy makiety żarłacza do ujęć od przodu oraz z lewej i prawej strony, łączone za pomocą pneumatycznego siłownika z podwodną platformą. Wyglądały świetnie, wciąż się jednak psuły. Dlatego część scen Spielberg „ogrywał” inaczej, niż zakładał, kombinował z pracą kamery. Stąd wykorzystanie perspektywy rekina, widok płetwy grzbietowej, beczki ciągnięte po powierzchni wody. Rekina widzimy na ekranie rzadziej – w całości dopiero w finale, ale jego obecność jest wciąż odczuwalna, budując napięcie potęgowane przez muzykę Johna Williamsa. Po raz kolejny potwierdziło się, że bardziej przeraża to, czego nie widać.

Tango Rekinado

„Szczęki”, w których doszukiwano się opowieści o kryzysie męskości, a nawet nawiązania do afery Watergate, wpisały się do społecznej świadomości kulturowej. Sukces filmu przyniósł niezbyt udane kontynuacje, już bez Spielberga za kamerą.

Walka z rekinami stała się popularnym motywem. Kręcono kolejne filmy, jak „Piekielna głębia” o eksperymentach w podwodnym laboratorium czy „Ocean strachu” z parą miłośników nurkowania walczącą o przetrwanie na otwartym morzu. Ten niezależny film zrobiony za 500 tys. dol. zarobił 55 mln. Nawet produkcje familijne zaadaptowały na swoje potrzeby postać rekina (jak animowane „Rybki z ferajny”), ale najbardziej te drapieżniki pokochało kino klasy B.

Przykładem niech będzie bardzo popularna seria zapoczątkowana w 2013 r. kiczowatym „Rekinado”. Otóż mieszkańcy Los Angeles (a w kolejnych częściach Nowego Jorku, Waszyngtonu i Las Vegas) muszą stawić czoła krwiożerczym żarłaczom, jakie niespodziewanie przyniosło ze sobą potężne tornado.

 

Czwarta odsłona właśnie miała premierę na kanale Syfy.
 

Więcej o: