Mateusz śmiechem leczy małych i dużych

Mateusz Marek i Doktor Chaos

Mateusz Marek i Doktor Chaos (Fot. Mateusz Marek)

Mateusz Marek na co dzień występuje na scenie kabaretowej i tryska czarnym humorem. W wolnym czasie pracuje jako klaun w szpitalu, gdzie jako Doktor Chaos rozśmiesza chore dzieci.

Masz 28 lat. Z wykształcenia jesteś dziennikarzem, kulturoznawcą i pedagogiem, ale praktycznie całe twoje życie kręci się wokół satyry. Współtworzysz grupę komediowo-muzyczną Sekcja Muzyczna Kołłątajowskiej Kuźni Prawdziwych Mężczyzn (SMKKPM). Dużo czasu poświęcasz również fundacji Czerwone Noski - Klown w Szpitalu. Skąd zamiłowanie do rozśmieszania ludzi?

Mateusz Marek: Przez długi czas nie mogłem się zdecydować co robić, dlatego robiłem wszystko na raz. I właściwie niewiele się zmieniło. Lubię absurd, bardzo cenię sobie dystans. Myślę, że to zamiłowanie do rozśmieszania ludzi wzięło się stąd, że jest wiele rzeczy, które mnie frustrują, bolą lub wzruszają. Odkryłem, że najlepszą formą na wyrażenie tego jest po prostu satyra, pastisz, humor.

W 2011 roku założyłeś z kolegami SMKKPM. O czym śpiewają kabareciarze z Krakowa?

Ełckie Centrum KulturyEłckie Centrum Kultury Fot. Ełckie Centrum Kultury

Jesteśmy grupą komediowo - muzyczną. Ale śmiejemy się na smutno. Mamy taki słodko gorzki humor z nutką dziecinnej naiwności i dużą ilością sentymentów. Staramy się w zabawny sposób opowiadać o różnych życiowych rozczarowaniach, nieudanych związkach, naszych wadach, niespełnionych marzeniach, niesłusznych i słusznych stereotypach. Opowiadamy o tym, co łączy wszystkich.

Ta długa i skomplikowana nazwa zespołu też mocno o was świadczy. Mówicie o sobie "chuligani miłości", interesuje was "miłość, miłość i jeszcze więcej smutku". Chcecie zarazić Polaków czarnym humorem?

Spotkanie z nami to taki śmiech przez łzy, ale bardzo zdrowy i donośny. Mamy wielu fantastycznych fanów, gramy koncerty, jeździmy po Polsce. Nie ma dla mnie większego komplementu niż to, że ktoś przychodzi do nas po występie i mówi, że się uśmiał, że nie wierzy w to, co właśnie zobaczył i że dziękuje nam za te życiowe teksty. Od tego jesteśmy - ośmieszamy te smutki, ogrywamy je i dajemy jakąś nadzieję, nawet gdy przekornie mówimy "że nic lepszego w życiu nas nie czeka".

 

W 2012 roku dołączyłeś do fundacji Czerwone Noski - Klown w Szpitalu. Wcielasz się w postać Doktora Chaosa, który odwiedza chore dzieci w szpitalach. Jak wygląda taka wizyta?

Działamy na zasadach improwizacji komediowej. Pracujemy zawsze w porozumieniu z personelem, małymi pacjentami i ich rodzicami. Czasem śpiewamy piosenkę, przeprowadzamy bardzo ważne badanie, czasem tańczymy, czasem tylko rozmawiamy.

Mateusz Marek i Karol WolskiMateusz Marek i Karol Wolski Fot. Doktor chaos

Szpital to najbardziej wymagająca scena na jakiej można stanąć. Trzeba mieć oczy dookoła głowy, pamiętać o wszystkich zasadach, które tam panują, być bardzo wrażliwym na otoczenie, na partnera, z którym się pracuje.

Jak często wcielasz się w Doktora Chaosa?

Obecnie odwiedzamy szpitale 2 razy w tygodniu. Z wszystkimi placówkami współpracujemy na stałe. Zwykle to fundacja kontaktuje się ze szpitalem, ale odpowiadamy także na zgłoszenia z placówek, które chciałyby gościć na swoich oddziałach klowna.

Zdarzyło się, że śmiechoterapia nie podziałała na dziecko, a zamiast zabawy był płacz?

Rzadko dochodzi do takich sytuacji, ale i na to mamy swoje sposoby. Ostatnio upadł mi rekwizyt i poprosiłem koleżankę, doktor Elizę Syropek, żeby szybko go schowała, a ona położyła go sobie na głowie. To dla niej było bardzo dobre rozwiązanie, przecież przestała to widzieć – więc tego nie ma. Dzieciaki śmiały się w głos. Nigdy nie wiadomo co się zdarzy, co przyjdzie nam do głowy i przede wszystkim, co zastaniemy po wejściu do sali.

Mateusz Marek i Karol WolskiMateusz Marek i Karol Wolski Fot. Jola Kamińska

Zabawa zabawą, ale przecież to szpital. Jak radzisz sobie z cierpieniem małych pacjentów?

Bywa bardzo różnie. To nie są łatwe doświadczenia. Jednak Doktor Chaos - mój klown, jak każdy klown w szpitalu, musi być absolutnie ponad tym. Nie może patrzeć na chorobę. Za każdą chorobą stoi najnormalniejsze i najwspanialsze w świecie dziecko, które zwłaszcza w takiej sytuacji potrzebuje radości. Jesteśmy tam po to, żeby oderwać wszystkich od monotonii, żeby wprowadzić element innego świata. Nie zawsze celem jest śmiech. Czasem wystarczy być i dać coś od siebie. Dzieciaki i ich rodzice naprawdę bardzo z tego korzystają.

Czy każdy może dołączyć do fundacji?

Najpierw trzeba wygrać casting. Kiedy ja startowałem w Krakowie było około 50 chętnych. Wybrano dwie osoby. Potem jest jeszcze okres próbny, warsztaty, szkolenia, wizyty pokazowe, długi i skomplikowany proces, który trwa nawet pół roku. Zresztą warsztaty to rzecz, która towarzyszy nam cały czas. Szkolimy się z najlepszymi improwizatorami, aktorami, muzykami z całej Europy. Dzielimy się też swoimi doświadczeniami z klownami z fundacji z innych krajów podczas warsztatów międzynarodowych. W każdej chwili można też aplikować o wyjazd do serca fundacji, do Wiednia, do International School of Humour, gdzie tematyczne warsztaty prowadzone są praktycznie co tydzień.

Jak wyglądają lekcje "dobrego humoru"?

Uczymy się opanowania różnych strategii improwizacji, budowania charakteru klowna. W zależności od preferencji można zbudować swój warsztat umiejętności w zakresie gry na instrumencie, śpiewu, tańca, akrobatyki, animowania kukiełek i pacynek, sztuczek magicznych. Są też oczywiście warsztaty teoretyczne, gdzie przyswajamy wiedzę o poczuciu humoru w różnym wieku, zasadach higieny w szpitalu, przebiegu różnych chorób.

Mateusz Marek i Karol WolskiMateusz Marek i Karol Wolski Fot. Mateusz Marek

A co z dorosłymi pacjentami. Są odporni na śmiechoterapię?

W niektórych krajach klowni z naszej fundacji pracują również na innych oddziałach niż dziecięce - między innymi na geriatrii. Mam nadzieję, że niebawem będzie tak również u nas. Jestem przekonany, że śmiech to świetne lekarstwo niezależnie od wieku.

Ale z pewnych tematów trudno się śmiać...

Chodzi o nabranie dystansu do samego siebie. Chciałbym żebyśmy razem mogli sobie zakpić z tego co nas spotyka. Lubię jak ludzie się cieszą. Najchętniej rozdawałbym pieniądze na ulicy, ale ich nie mam. I to nie jest powód do płaczu, to jest właśnie powód do śmiechu. 

Na swoim Facebooku zażartowałeś z gry Pokemon Go. Twój pomysł przypadł do gustu internautom. Uważasz, że gonimy za głupotami, przez które ważne rzeczy przechodzą nam koło nosa?

Zaproponowałem grę LUDZIE GO. Z grubsza nie mam nic do Pokemonów, wpadł mi po prostu pomysł na żart, jak się okazało udany. Nie chce nikogo pouczać, ale ludzie... po prostu się wyluzujcie. Złapcie dystans i rozejrzyjcie się dookoła. Jest bardzo wiele rzeczy, które możecie zrobić dla innych i bardzo wielu #megarzadkichludzi, których warto złapać i poznać.

ZOBACZ WIDEO

Zobacz także
  • Kultura w windzie Czy w windzie mówimy: "Dziękuję"?
  • Stone Master: Graffi Druk w kamieniu
  • Grzegorz Drojewski Mój dzień pracy: aktor głosowy
Skomentuj:
Mateusz śmiechem leczy małych i dużych
Zaloguj się lub komentuj jako gość

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Polecamy