"Aż do piekła". Na Dzikim Zachodzie bez zmian

Co robią kowboje, gdy amerykański sen w ruinach? Napadają na banki. Mimo że mamy XXI wiek.

Twórcy „Aż do piekła” opowiadają o ich motywacjach wprawnie posługując się gatunkowymi kliszami sensacyjnego thrillera i kryminału. Współczesny Teksas w obiektywie operatora Gilesa Nuttgensa nie potrzebuje przesadnej stylizacji, by przypominać scenerię klasycznych westernów. Mamy parę rabusiów: dwóch braci, którzy realizują skok po skoku według – jak się okaże – przewrotnego planu.

Ich tropem bohaterów rusza duet strażników. Na pierwszy rzut oka niedobrany, bo zgorzkniały szeryf tuż przed emeryturą (Jeff Bridges jest klasą dla siebie) bez przerwy przekomarza się ze swoim partnerem – półkrwi Indianinem, lecz mimo złośliwości łączy ich przyjaźń.

Świat, w którym rozgrywa się akcja „Aż do piekła”, zmienił się tylko pozornie od czasów, gdy kowboje walczyli z Komanczami. Jest jałowy jak krajobraz teksańskich prerii.

Zapyziałe miasteczka, samotne farmy, okolica pogrążona w kryzysie i bez perspektyw na przyszłość. Trudno tu przetrwać bez kredytu. Nic dziwnego, że klienci knajpy ze spokojem obserwowali, jak rabowano bank, który rabuje ich od lat. Czy jeśli w grę wchodzi dobro rodziny, istnienie strukturalnego zła może być etycznym usprawiedliwieniem dla złamania prawa? Takie pytania padają w filmie Davida Mackenziego szczególnie w odniesieniu do jednego z braci, desperata, który jest pomysłodawcą całego przedsięwzięcia. Gra go Chris Pine, obsadzony na przekór dotychczasowym rolom. Drugi brat (Ben Foster) ma wybuchowy charakter i sporo na sumieniu.

Scenariusz Taylora Sheridana, który wcześniej napisał „Sicario”, ma ciekawe społeczne tło. Lecz pozwolił nakręcić po prostu porządne kino: mięsiste i bez kompromisów.

Więcej o: