Filmowy podryw "na Mozila". Reżyser: Szukałem łobuza, którego wszyscy kochają

Muzyk dostał wymarzoną główną rolę w filmie: gra samego siebie w komedii o miłości i niepowodzeniach. - Na początku pracy nad scenariuszem długo szukałem odpowiedniego bohatera: kogoś, kto ma opinię łobuza, ale wszyscy go kochają - wspomina reżyser filmu ?Szkoła uwodzenia Czesława M.? Aleksander Dembski.

– Gdy dowiedziałem się, że Czesław Mozil napisał w sieci, że chciałby kiedyś zagrać w filmie, pomyślałem: „Czesław Mozil.? Będzie idealny!” – mówi. Dembskiemu udało się zdobyć numer, jednak piosenkarz nie odebrał telefonu ani nie oddzwonił. Reżyser zaczął już tracić nadzieję, ale wreszcie dostał SMS z pytaniem: „Tu Czesław, kto dzwoni?”. Dembski odpisał: „Robię film o kobietach i alkoholu, chciałbym Cię zatrudnić”. Odpowiedź przyszła po chwili. Była krótka: „Coś o tym wiem, pogadajmy”. I pogadali.

W ten sposób Dembski pomógł Mozilowi spełnić marzenie o aktorstwie. Muzyk od lat wspominał o tym w wywiadach z nadzieją, że któryś z reżyserów potraktuje go poważnie.

– Jak się było gwiazdą jasełek w dzieciństwie i ma oczywisty talent, to trudno zrozumieć, dlaczego nikt nie dzwoni – żartuje.

Mozil pojawiał się wcześniej na ekranie w mniejszych rolach (np. jako jeden z byłych facetów Katarzyny Maciąg w „Facecie (nie)potrzebnym od zaraz”, ale po raz pierwszy dostał główną rolę.

W dodatku stanął przed nie lada wyzwaniem, bo wcielił się w samego siebie.

Jego bohater to celebryta na zakręcie, który im bardziej od kłopotów ucieka, w tym większe się pakuje. Ile w tytułowym Czesławie M. z prawdziwego?

– Żyję w filmie życiem i problemami, jakie mam na co dzień. Przynajmniej według ludzi, którzy wyrobili sobie zdanie na mój temat po lekturze Pudelka – tłumaczy Mozil.

"Nigdy nie byłem w tym dobry"

Ze świata warszawskich klubów bohater trafia do Świnoujścia, gdzie poznaje dwóch byłych stoczniowców. Adam z Zygmuntem chcą rozkręcić własny biznes: szkołę uwodzenia dla mężczyzn. Potrzebują tylko mentora, odpowiedniej twarzy dla swojego przedsięwzięcia. Wybierają popularnego muzyka. Są bowiem przekonani, że zna się na rzeczy, co – jak twierdzi Mozil – wcale nie jest prawdą.

– Nigdy nie byłem w tym dobry, dlatego tytuł i cały pomysł na film jest przewrotny. Zazdrościłem kolegom, którzy potrafili uwodzić kobiety. Dla mnie ratunkiem była muzyka. Nie wiem, jak bym sobie bez niej poradził – mówi piosenkarz, który ponoć przytył na potrzeby roli. – Wszyscy nasi bohaterowie są bardzo nieidealni, a przez to prawdziwi: łysieją, mają brzuszki, kredyty hipoteczne i różne inne problemy na głowie – dodaje reżyser.

Zdaniem Dembskiego humor pojawia się na styku odmiennych światów, jakie reprezentują Mozil i stoczniowcy.

„Szkoła uwodzenia Czesława M.” to nie tylko humor, ale i muzyka.

– Mój bohater ma kryzys twórczy, więc gra właściwie wyłącznie piosenki innych. Oczywiście każdy, kto ma dobry gust muzyczny, wie, że nie powinno się wydawać płyty z coverami, to obciach. Ale dzięki filmowi miałem wreszcie odpowiedni pretekst i mogłem sobie na to pozwolić.

Soundtrack, na którym znalazły się kawałki grane przez nas z zespołem Czesław Śpiewa na koncertach, wyjdzie pod koniec września – opowiada Czesław Mozil.

Film promować będzie teledysk do kawałka „Trzeba mieć specjalną skrzynię” w duecie z Arturem Andrusem.

– Udało się zrobić smutną piosenkę, która promuje polską komedię. Nikt wcześniej nie miał takiej odwagi – zaznacza Mozil.

Premiera klipu już dziś. Film w kinach od 21 października.

Więcej o: