Wołyń. To nie jest film, na który można iść z popcornem

?Wołyń? Wojtka Smarzowskiego wciska w fotel narastającym na ekranie okrucieństwem

To nakręca się jak spirala: – za kradzież kur odcięcie dłoni, za odcięcie dłoni – obdarcie ze skóry. Wszystko niemal dzieje się w opłotkach jednej wsi, wojna toczy się gdzieś obok. Jak w tyglu mieszają się Polacy, Niemcy, Ukraińcy, Rosjanie, Żydzi, zajmując mniej lub bardziej dominującą pozycję.

To mogą być pieniądze, władza lub brutalna siła wspierana uderzeniem siekiery. Dlaczego zabijają się sąsiedzi – Smarzowski nie odpowiada. Wzajemna niechęć ma tkwić gdzieś ukryta i dopiero kiedy są warunki, wyłazi na wierzch.
 

To jedyna rzecz, która nie brzmiała przekonywająco: bo jeśli tak, to po co agitator i tyle agitacyjnych sloganów.

Film zaczyna się od ślubu Polki z Ukraińcem, to właściwie pretekst, by pokazać Zosię (której oczami będziemy śledzić Wołyń) i jej miłość do chłopca ukraińskiego Petry. Niestety rodzice dziewczyny sprzedają ją (ta scena zrobiła na mnie duże wrażenie) najbogatszemu we wsi wdowcowi z dwojgiem dzieci – za morgi, krowę, konia.
Dziewczyna, potem już młoda kobieta z dzieckiem, szuka ratunku przed rzezią, ale wszędzie trafia na krew i trupy bliskich ludzi.

Czy ocaleje po to, by dać świadectwo prawdzie, o której wkrótce nikt nie chce pamiętać.?

 
Kiedy wychodziłam – zobaczyłam zapłakaną dziesięciolatkę, którą ojciec zabrał do kina, i niemal nietknięty kubek popcornu stojący obok.  Wołyń to nie jest film do popcornu.
Więcej o: