"Wołyń" Smarzowskiego. Dostali przyzwolenie na zabijanie

?Wołyń? Wojciecha Smarzowskiego jest jednym z najbardziej wyczekiwanych filmów tego roku. Najczęściej pojawia się pytanie, w jaki sposób reżyser przedstawił Ukraińców.

– To nie jest film przeciwko Ukraińcom. To jest film przeciwko nacjonalizmowi. To teraz bardzo aktualny temat. Myślę, że jasno pokazuję, do czego zdolny jest człowiek, gdy wyposaży się go w pewną ideologię i da mu się przyzwolenie na zabijanie – odpowiada Smarzowski.

Całą historię obserwujemy z perspektywy 17-letniej Zosi Głowackiej (świetna, debiutująca na ekranie Michalina Łabacz). W 1939 roku jej siostra bierze ślub, z miłości (to ważne), z Ukraińcem. W trakcie trwającej prawie pół godziny sekwencji zaślubin poznajemy mieszkańców wsi z pozoru żyjących ze sobą w zgodzie. Obok siebie egzystują Polacy, Ukraińcy i Żydzi. Dobrze się znają i niby akceptują, ale kiedy już wszyscy wypiją, zaczynają wychodzić na wierzch zadawnione pretensje. W niczym jednak nie zwiastują rzezi, do której wkrótce dojdzie. Chyba najbardziej złowróżbnie wyglądają weselne brutalne zabawy – tylko w nich widać zapowiedź nadciągającej tragedii, kiedy zmienią się w sposób zabijania.

Zosia jest zakochana z wzajemnością w Ukraińcu Petrze (Wasyl Wasylik). Niestety nie mogą być razem, bo ojciec dziewczyny sprzedaje ją bogatemu wdowcowi Maciejowi Skibie (Arkadiusz Jakubik) za kilka morgów ziemi i zwierzęta gospodarskie. Nowy mąż nie ma jednak szans nacieszyć się młodą żoną, bo przychodzi wrzesień, a z nim wojna i powołanie do wojska. Zosia zostaje sama na gospodarstwie, mając pod opieką dwójkę dzieci Skiby i jego starą matkę. Dzieci się jej nie słuchają, teściowa za nią nie przepada, a prawdziwa miłość jej życia także walczy na froncie. W ciągu kilku lat przez wioskę najpierw przechodzą Sowieci, potem naziści, a na końcu ukraińscy nacjonaliści. W coraz ciaśniejszym kręgu przemocy dziewczyna musi walczyć nie tylko o swoje życie, ale także dziecka. Widzimy, jak Zosia dojrzewa i z dziewczyny staje się kobietą. Bardzo wymowna w tym kontekście staje się scena, gdy wbrew woli ojca, ryzykując życie, ukrywa Żydów. – To mój dom i ja podejmuję decyzję – mówi twardo. W końcu, kiedy UPA wyrżnie jej rodzinę, jest zdana tylko na siebie.

Smarzowski nie feruje wyroków. Stara się (choć czasem sztucznie) zawsze pokazać dwie strony.

W pewnym momencie widzimy dwie msze w cerkwi i kościele greckokatolickim. Jeden duchowny zagrzewa do walki i święci kosy, widły, siekiery, drugi mówi o miłości do bliźniego i niewywyższaniu się nad inne nacje. Niestety wygrywa retoryka przemocy, a największymi oprawcami okazują się najbliżsi sąsiedzi, z którymi jeszcze niedawno piło się wódkę. Trzeba obejrzeć ku przestrodze, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, gdy niektóre hasła sprzed 70 lat znowu ktoś zaczyna powtarzać.  

Więcej o: